Too late too soon (1)

Too late too soon

W zamyśle był to sequel numer dwa do ‚It’s too late to say I’m sorry’, równorzędny do „Przepraszam’ – tym razem już bez postaci z filmu Tears of the Sun. Ta fabuła jest właściwie moim pierwszym pomysłem na kontynuacje pierwszego opowiadania, zarzuconym dawno temu. Niedawno jednak ‚odkryłam na nowo’ ten pomysł i po koniecznych zmianach, piszę od nowa… Można czytać niezależnie od ITLTSIS, ale podstawa przydaje się zawsze…

W tekście wykorzystałam piosenki S. McLachlan, szczególnie I will not forget you oraz piosenki Sarah Connor: Turn, Are you ready for ride.

 

Streszczenie:

Jednym z powodów porzucenia tego pomysłu był fakt, iż zupełnie nie uwzględniał on istnienia Rain. Tę postać wymyśliłam przy pisaniu siódmego rozdziału. Dlatego córeczka Aleca i Nem będzie tutaj postacią epizodyczną, jedynie wspominaną… ale ostatecznie jednak naprawdę ważną dla ostatecznych wyborów kogoś, komu ufamy.

Upłynął rok od czasu, kiedy Alec oglądał na własne oczy jak jego Nem skacze z pokładu lotniskowca, nie mając najmniejszego pojęcia, że nosi ona pod sercem jego nienarodzoną córkę. Uczy się żyć poza Manticore, pozornie nie podejmując żadnego ze swych dawnych obowiązków. Tymczasem to jego działania na wolności jak nic innego przynoszą tragedię imieniem X5 434, tragedię, która może na zawsze pogrzebać szanse na zdobycie zaufania Nem, kiedy wreszcie kochankowie spotykają się… każde ze swoimi demonami, z bagażem przeszłości, z pochodzeniem z dwóch stron nigdy nie zasypanej przepaści… Czasami może się okazać, że to nic w porównaniu z utratą czegoś, o istnieniu nawet nie miało się pojęcia, nim było za późno…

Wyjaśnienie odnośnie początku i miejsca akcji: biały pokój.

1.

Kobieta nie należała do najmłodszych, chociaż z całą pewnością jej wygląd nosił jeszcze ślady dawnej urody. Hebanowe włosy, z lekka przyprószone siwizną, opadały na ramiona okryte białym fartuchem. Nie miała maseczki na twarzy, nie miała żadnej rurki z tlenem, umożliwiającej oddychanie. Skór, pomyślała udręczona wykrzywiając usta w ponurym grymasie. Jak wspaniale.

„Więc rozpoznajesz rasę na pierwsze spojrzenie. Niezwykłe.” kobieta wyszemrała, podchodząc bliżej. Niezwykle szybko przekonała się, że to był błąd. Czyste, wrogie kamahskie oczy rozbłysły czystą zielenią, szybciej niż kamery mogły zarejestrować, kobieta znajdowała się na podłodze, z dziewczyną przypiętą do szyi w śmiertelnie groźnym uścisku.

„Nu meno es rai?” {Czego chcesz?}

Starsza kobieta uniosła prawą dłoń, lecz zamiast odwzajemnić atak, rozszczepiła palce, a potem zacisnęła je w pięść. Dwukrotnie.

„Nieźle, więc walczyłaś w dziecięcej wojnie.” Nem uśmiechnęła się ironicznie na widok tak znajomego gestu całkowitego poddania i przejścia do rozmów pokojowego stołu. Zwalniając śmiertelny uścisk, przeskoczyła równie szybko z powrotem na swoje posłanie. „Musisz mieć więc dobry powód, by podejść.”

„Khivar.” wychrypiała. Siła dłoni dziewczyny była przeogromna.

„Co tam u najnowszego dupka na tronie Antaru?” spytała w konwersacyjnym tonie, przewracając się na plecy. Ściany białego pokoju były nudne, i takie same, sufit nie był wyjątkiem. Ale nie-patrzenie na Skóra zawsze ich wkurzało niemiłosiernie.

„Mam nadzieję, że jak najgorzej.” jej gość niemal wypluł słowa „Przyszłam zawrzeć umowę.”

„Kamah ze Skórem? Poprzednio nie wyszło to za dobrze. Myślałam, że Antarianie uczą swoich żołnierzy historii.” zakpiła „A propos, jak masz na imię?”

„Karika.”

„Świt?” uniosła się gwałtownie na posłaniu, gapiąc się w zdumieniu na nią „Czuję się wręcz zaszczycona. Cóż sprowadza przesławną generał pod mój nóż?”

„Umowa.” kobieta nieznacznie się napięła. Najwyraźniej Kamahowie potrafili celebrować krzywdy. „Zabijesz mnie, kiedy powiem, o co mi chodzi, nieprawdaż?” spytała smutno.

„Jakkolwiek widok Kamani w morzu krwi działa inspirująco na nasze instynkty ochronne, to jednak tego nie zrobię.” zmrużyła oczy, przekształcając je momentalnie w ludzkie. Ciepłe, brązowe spojrzenie. „Rathis cię lubił. Miałaś za sobą wielu.”

„Wciąż mam.” kobieta parsknęła „Problemy jednak wciąż pozostają te same.”

„Cóż wymyślił Khivar?”

„Wydaje się, że kompletnie zapomniał, dlaczego ktoś nam dokopał.”

„Polityk zawsze wyrzuca do kosza obietnice przedwyborcze.”

„I ma pieczęć.”

„Z dziecka Tess.” pokiwała głową, a widząc zmieszane spojrzenie na twarzy skóra dodała „Tess Harding, przykrywka dla klonu osoby Avy. Wychowana przez Nasedo. Całkiem milutki, morderczy typ kobiety.”

„Ma wszystko… i wciąż chce więcej.”

„Aaaa…” uśmiechnęła się rozbawiona „Kolejny świr pragnący wielkości i wspaniałości.”

„To on stoi za wyciągnięciem waszego statku z dna oceanu.” Karika wypaliła od razu. Jej czas kurczył się zastraszająco. „Nie osobiście, wysłał Nicholasowi kilku naszych najzdolniejszych naukowców, by wprowadzili tutaj technologię wydobywania głęboko położonych wraków. Kontroluje wielu wojskowych.”

„Zawarł umowę z ludźmi.” wzruszyła ramionami „Nic, o czym bym nie wiedziała dotąd. Nasza technologia do podziału. Chciał mieć tylko wolną rękę, mogą badać co chcą, kopiować ile wlezie, aż przybędą jego ludzie, by zabrać statek.”

„Nasze pojazdy już wyruszyły w drogę.” głos Kariki przybrał zdesperowany ton „Nie mamy wiele czasu. Wyciągniemy ciebie, kogo jeszcze chcesz z bazy, w zamian za odebranie Khivarowi pieczęci.”

„Nie ma mowy.” parsknęła.

„Wiem, że jesteście do tego zdolni, odebraliście ją Zanowi i wsadziliście w ludzką istotę. Możecie sobie wziąć pieczęć.”

„Cóż za wspaniałomyślność.” zadrwiła. Przetoczyła się na brzuch, położyła podbródek na rękach i obojętnie wyrzuciła z siebie. „Nie. A teraz, jeśli nie masz już niczego do dodania, radziłabym sobie stąd pójść.”

Skór gapiła się na nią, jakby nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Zamknęła oczy, przygotowując się do czujnego snu. Spanie w białym pokoju mogło skończyć się naprawdę źle, jeśli nie tragicznie. Musiała być ostrożna.

„Chcesz zostawić swoich pobratymców tutaj? By pokroili ich tak jak ciebie w niedalekiej przyszłości? Nie rozumiem ciebie.”

Ale ma zgrzytliwy głos… Nem chciała zasłonić sobie uszy. Albo jeszcze lepiej – wyrzucić ją za drzwi.

„Co więc skłoniłoby cię do wydarcia pieczęci Khivarowi?”

Milczenie.

„W życiu nie zrozumiem, jak Rathis zdołał się z wami dogadać.”

Śmiech. Rathis był wszakże Kamahem. Co prawda w połowie, ale jednak. Płuca boleśnie zaprotestowały przeciwko skurczom mięśni, towarzyszącym śmiechowi, ale mało ją obchodził w tej chwili ból.

„Nie rozumiesz. Nie ma mowy, by wyrwać Khivarowi pieczęć. On jej nie ma.” rechotała dalej „On ma tylko królową i tylko spadkobiercę tronu. On nie ma pieczęci. Jeszcze nie. Musi najpierw zabić Zana. Osobiście. Potem spadkobiercę. Osobiście. Dopilnować, by żaden inny Antarianin nie był wówczas w pobliżu. Ergo, statki, które wyruszyły na Ziemię, niosą na swoim pokładzie władcę Antaru.”

„Chcesz powiedzieć, że on będzie jeszcze silniejszy?”

Zmarszczyła brwi. Przez ciało Skóra przechodziły fale jak żywo przypominające straszliwe przerażenie. Przerażenie jakich mało kto doświadcza w życiu. Co Khivar nabroił, zaczęła mimowolnie się zastanawiać. Kolejny świr na tronie Antaru.

„Tak. Może udawać, że ma pieczęć. Ale czerpie tylko i wyłącznie z energii życiowej synka Zana.”

„Więc wiesz, że jego dzieciak jest synem.” w głosie Kariki pobrzmiewały nutki zdziwienia, ale i delikatnej nadziei. Ech, niech jej będzie.

„Zaprojektowaliśmy to.” przyznała niechętnie „Jednym z powodów, dla których wybraliśmy Ziemię i ludzi, był fakt, że ludzkie DNA jest na nieprawdopodobnie niskim poziomie rozwoju, ledwie kilkadziesiąt par tysięcy genów. Śmiesznie łatwo nimi manipulować, również za życia. Zapadają na choroby i uodporniają się. Dzieci dziedziczą odporność. W mediach wściekają się na transgenicznych, że są zwierzętami, tymczasem ludzie i szympansy mają 97-procentową zgodność genów. Trzy procent różnicy i uważają się za rasę na wzór Boga… kolejny wniosek, mają bardzo dużo psychicznych ułomności, słabości… zdolnych do przechodzenia na inne istoty poprzez transfer energii.”

„Gówno! Nie mówisz poważnie. Więc każdy, kto czerpie energię z księcia, z czasem zeświruje?”

„Takie małe zabezpieczenie.” uśmiechnęła się złośliwie „Khivar zapewne już się zorientował, że coś jest nie tak. Nie byłby na tyle zdesperowany, by wchodzić w układy z ludźmi, by wydobywać z dna oceanu frachtowiec rasy, o której technologię zabijają się dziesiątki innych inteligentnych ras. Nie oddałby do badania naszego statku ludziom, gdyby ziemia nie paliła mu się pod nogami. On ryzykuje, że inne rasy się dowiedzą, że Kamahowie przetrwali i to w taki sposób, że się nie przejmowali pozostawieniem uzbrojonego po zęby frachtowca na dnie oceanu, na planecie, która jest zamieszkiwana przez wyjątkowo głupi gatunek.”

„Ludzie by się z wami nie zgodzili.” zaśmiała się.

Nem parsknęła. Ból znów się odezwał. Otarła kark. Całe jej ciało pełne było stłuczeń, ran i śladów po próbie otworzenia jej. Doktorków musiało niezwykle zdumieć, że jej skóry nie ciął żaden skalpel ani żaden laser. Ale próbowali wciąż. Stłuczenia i rany były dla nich wystarczającym dowodem, że można obejść tę ‚dziwną cechę’.

„Oni nie mają nawet instynktu ochronnego wobec własnej rasy, wybijają siebie nawzajem, niszczą środowisko, od którego są zależni. Mają arsenał jądrowy, przewyższający dwusetnie poziom wystarczający do roztrzaskania w drobny mak tej planety. Rzeczywiście wyjątkowo inteligentne stworzenia.”

„Więc co tu jeszcze robisz?”

„Czekam aż ktoś mi złoży odpowiadającą mi propozycję.”

Karika wciągnęła powietrze. Głęboko, ostrożnie. Tu cię mam. Nie było pełnej zgody wśród twoich pobratymców na tę umowę i boisz się, że to już za dużo. Ale ryzykujesz. Co do diabła Khivar zrobił, że postawiło go to na liście zbrodniarzy wyżej niż Zana?

„Wyciągnięcie z bazy kogo chcę i co chcę. Przejmiecie ochronę Zana. Zaprowadzę was do niego. Jego życie będzie waszą odpowiedzialnością, jeśli zginie, Khivar z dzieciakiem-spadkobiercą będzie miał jak z górki. Gdyby tak się stało, że jednak zdobędzie pieczęć, złamię pieczęć pozostawiając go przy życiu. Nie przejmę jej. Zaginie na trzysta lat w waszej rasie, aż wyłoni się nowa rodzina królewska. Ostatni warunek, nie podlegający negocjacji w ogóle. Zostawiacie nas w spokoju – moją rasę, naszą technologię, nie wywieziecie żadnej wiedzy prócz tej zdobytej przez ludzkich naukowców.”

„Technologia po pierwsze, co nie?” mruknęła w zamyśleniu. Dziewczyna była przygotowana na wszystko. Nic dziwnego, że Kamahowie wygrali z nami.

„Nasza technologia czemuś służy.”

„Jak każda.”

„Ta… W przeciwieństwie do waszej, nasza nie służy do prowadzenia wojen. Chciałabym zobaczyć minę prezydenta, kiedy naukowcy zdadzą mu raport na temat naszego statku. Bardzo chciałabym zobaczyć jego minę.” zachichotała miękko.

~ * ~

Przeskoczyła bezgłośnie ogrodzenie, nawet nie oglądając się za siebie. Dłoń paliła ją; dłoń cała we krwi jej pobratymca. Powstrzymała nerwowy odruch w sobie, chęć wyplucia krwi z płuc.

Wtedy to usłyszała.

Dźwięki niezmiernie podobne do czegoś, co ludzie określali ultradźwiękiem. Dziwne, ponieważ każdy dźwięk był jedynie dźwiękiem i fakt, że świadomie nie potrafili zinterpretować czegoś, co i tak docierało do ich uszu i tego nie rozumieli, nie powinien był tego zmienić. Ale ludzie to ludzie. Robili dziwniejsze rzeczy niż nadawanie głupawych nazw.

Wyskoczyła wysoko, zmuszając przeciążone mięśnie do wysiłku.

Dwa miesiące bez snu. Dwa miesiące tortur. Dwa miesiące od śmierci Rain, od kiedy to bała się tak naprawdę zamknąć oczy w obawie, że wspomnienia jej ukochanej córeczki wydrą jej serce z piersi.

Przysiadła na drzewie, obserwując ciemnymi oczami dziwne, transgeniczne dzieciaki.

Dziwadła.

Uśmiechnęła się nieznacznie, wchodząc w głos ich dowódcy. Cichuteńko wyemitowała rozkaz, tak, by dobiegł do ich uszu ‚z naprawdę daleka’. Uśmiechnęła się ironicznie, kiedy cała zgraja rozmazując pobiegła w tamtym kierunku.

Zeskoczyła bezszelestnie, walcząc z opornym ciałem, by utrzymać antarski kształt. Był trudny do utrzymania. Jak diabli. Teraz rozumiała, dlaczego oprócz Kala i Rathisa mieli tak niewielu ludzi na Antarze. Trzeba było naprawdę niewiarygodnej perfekcji w używaniu swoich zdolności, wytrwałości i wytrzymałości na ból, by znosić protesty własnego ciała. Ale nie na darmo przez siedem dekad słyszała stanowcze wymagania całkowitej perfekcji. Albo rób to perfekcyjnie, albo nie rób wcale. Grr, Kal, mógłbyś wymyślić sobie inne motto. Ileż razy to myślała, słysząc to zdanie?

Znów miała u niego dług. Prawdopodobnie gdyby nie wychowanie u niego, nie przetrwałaby więcej niż kilka dni w białym pokoju. Zabiłaby siebie.

Udawanie Antarki było czystym instynktem, zakopanym głęboko w jej świadomości. Instynktem posłuszeństwa wobec Kala, naśladowaniem go. Ludzie nie mogli wiedzieć, że była Kamahem. Bo jeśli ludzie się dowiedzą, dowiedzą się inne rasy. I dopiero wówczas będą mieć prawdziwe problemy, nie tylko ona będzie uwięziona. Życie pozostałych może zamienić się w niewyobrażalny koszmar. Nie tylko jej.

Uniosła ramię, topiąc kamerę bezpieczeństwa. Jej powłoki z przeogromną ulgą powróciły do podstawowego kształtu na minisekundę, by potem przekształcić się w ludzki kształt. Jednego z naukowców pracujących w bazie.

Otarła krew z oczu. Zachowaj mnie w pamięci.

Pochyliła głowę, nasłuchując odgłosów lasu.

 
„I na te chodzące robociki wydano tyle kasy.” parsknęła z pogardą, najczystszą formą angielskiego, na jaki ją było stać „I pomyśleć, że płaciłam podatki.”

Podkradła się do trójki X7, strzegących granicy lasu. Potem było już z górki. Bez najmniejszego problemu weszła z powrotem do bazy, przeszła przez ich procedury bezpieczeństwa i przez główne biuro dotarła na parking.

„Co za głupota.” mruknęła cicho do siebie na widok skanera. O tak. Jakby nie można było oszukać rentgena. Położyła dłoń najspokojniej w świecie na czytniku.

Witaj, moja wolności.

Nie odwróciła się ani razu, by spojrzeć na bazę. Kamahowie nie rozmawiają o umarłych.

~ * ~

Ścigali ich, nie było wątpliwości. Jednak w przeciwieństwie do ostatnich tygodni, tym razem pościg był zorientowany na żywych transgeników, nie na transgeników w ogóle.

Czyżby reaktywowano Manticore?

Taka była ich pierwsza myśl, ale informacje pochodzące z czarnego rynku zdumiały ich niezmiernie. Ktoś płacił za żywych transgeników ogromne pieniądze, cena rosła w zależności od tego, w jak dobrym stanie był transgenik. Za dorosłego X5 płacono pół miliona. Pół miliona! To było niewiarygodne. Ktoś bardzo, ale to bardzo chciał ich z powrotem, wbrew rozpętanej w mediach awanturze. Publicznie rząd mówił co trzeba, po cichu robił swoje.

Ale fakt, że teraz szukano ich żywych, nie zmienił za wiele w ich wiecznej ucieczce. W ich walkach zmienił się tylko jeden element, ścigający nie strzelali, by zabić. ‚Tylko’ zranić. Straasznie ogromna różnica w przypadku X5, biorąc pod uwagę, że nawet bezpośredni strzał w głowę nie miał najmniejszych szans ich zabić. Zaprojektowano ich piekielnie blisko określenia niezwyciężeni i niestety, czasami miało to swoją cholernie wysoką cenę.

Prawdę jednak ujmując w jednym zdaniu, Dave był zmęczony. Zmęczony ciągłą ucieczką, ukrywaniem się. Zapewne nie on pierwszy i nie on ostatni, żałował wydarzeń w Nigerii, które niewątpliwie przypieczętowały ich los. Jak jedna mała kobietka mogła zmienić ich życie? Niestety, stało się to szybciej niż ktokolwiek mógł przewidzieć. Plany, budowane misternie i z wyczuciem przez długie lata, runęły w gruzy. Z tą jednak różnicą, że Dave, w przeciwieństwie do innych, wiedział trochę więcej. Być może nawet więcej niż 494.

Dwa serca. Jak do cholery 494 niczego nie zauważył?

Ale prawdę mówiąc, oprócz tego jednego badania, nie zauważył niczego niezwykłego w fizjonomii dziewczyny prócz zapachu. Delikatny, o wiele słabszy niż w przypadku ludzi, i zarazem tak odmienny. Nie nosiła nawet na sobie zapachu ubrania, innych ludzi, rzeczy, których dotknęła. Zupełnie jakby to wszystko znikało w tajemniczy sposób. Nem intrygowała go, nie mógł już jednak nic zrobić. I po jej śmierci żałował niezmiernie, że nie zmusił jej do wyjawienia prawdy. Chociaż 494. Ich losy potoczyłyby się inaczej. Musiał w to wierzyć. Ponieważ w innym wypadku, chybaby zwariował.

Zmierzali do Seattle. Powoli zbierała się cała ich jednostka, rozsiana po kraju po pożarze i ucieczce. Musiał niestety użyć swojego opisu, by ich zebrać. Nie przychodzili sami – czasami z ludźmi, czasami z pościgiem na karku… ale w końcu jednak zbierali się razem, organizowali. W ten sposób od innych usłyszał właśnie o Terminal City, miejscu w samym sercu Seattle, które powoli stawało się siedzibą transgeników. Miejscu zapoczątkowanym przez mieszańców z nie-X serii. Więc mógłby dać głowę, że tłumnie zmierzały tam wszystkie ludziom podobne. To było w ich naturze, chronić tych, którzy nie mogli się utrzymać dłużej sami wśród ludzkiego społeczeństwa. Nie, z durnym agentem White przemawiającym przed Senatem. To po prostu stawało się niemożliwe. Nie mogli walczyć przeciwko całej ludzkości, nie dlatego, że nie byli w stanie – ponieważ byli – ale ponieważ mieli utrudniony dostęp do zasobów. Te wszystkie tajne skrytki, pieniądze, przysługi, które załatwiali przez lata tuż pod nosem Renfro i nadzoru, na rozkaz 494, kiedyś musiały się skończyć… ale teraz nawet one były bezużyteczne dla mieszkańców Terminal City. Nie mogli kupować na czarnym rynku. Niech szlag trafi głupie media!

Więc zbierali różne zapasy, gotówkę i ludzi i powoli kierowali się na północny zachód kraju. Teraz była ich całkiem spora liczba i musieli zachować wysokie bezpieczeństwo. Rozdzielili się na cztery mniejsze grupki. Upewnił się, by każdy transgenik był ze swoim partnerem – nie ważne czy ludzki, czy transgenik, nawet jeśli to zmniejszało ich szanse na przeżycie. W cholerę nie mogli ryzykować tego, co się działo z charakterami transgeników, kiedy tracili swoich życiowych partnerów.

Po prostu koszmar.

Za czasów istnienia Manticore to wydarzyło się aż trzy razy. To były czyste przypadki, zdarzały się z ludźmi na zewnątrz. Dwie kobiety, jeden mężczyzna. Trzymali się razem, ponieważ tak było bezpieczniej, łatwiej się kontaktować poza murami i utrzymywać więzi. I jedna głupia katastrofa lotnicza zabrała całą ich trójkę. Wówczas myśleli, że utrata partnera to naprawdę cios w plecy. Ale w życiu żaden z nich nie spodziewał się tego koszmaru, który zaczął się po pożarze Manticore.

Nie policzył, ile transgenicznych oczu, pełnych niewiarygodnie pokonanych spojrzeń, zobaczył w ciągu tego niespełna roku. Życzył sobie tylko, by 494, gdziekolwiek był, był żywy. Im silniejsza alfa traciła partnera, tym gorzej było. Miesiąc temu Joan popełniła samobójstwo po śmierci Ky’a. Cios był niewiarygodny, na samo wspomnienie odbierało im oddech. Każdy transgenik modlił się do wszelkich dobrych mocy, byleby nikogo to już nie spotkało. Więc chronili siebie nawzajem w sposób jeszcze bardziej intensywny, niż kiedykolwiek zaznali tego podczas czasów Manticore.

Tak więc ruszali na północ. W grupie, zorganizowanej grupie byli silniejsi. Każdy o tym wiedział. Niestety, ludzie także. Tej nocy musieli odejść z tego magazynu. Wieści już się rozeszły, byli przez tydzień w mieście, maksymalny czas. Jeśli ktokolwiek chciał dołączyć do nich, od jutra musiałby podążać ich tropem. Wcale niełatwym.

„D.”

Tori, po śmierci Ky’a ich główna zwiadowczyni, wskazała na monitory, na których z GPS sprawdzali okolicę. Niestety, system nie nadawał się do lokalizowania transgenicznych, nie wykrywał temperatury ciał.

„Ile do spotkania?”

„Nie wiem. Zatrzymują się raz, innym razem idą dosyć szybko. Dałabym im 5 do ośmiu minut, zanim wejdą na teren magazynu.”

„To tylko dwójka…” potarł brodę, przeglądając mapę i zasięg czasowy ich ruchów. Diabelnie. „Mógłbym przysiąc, że to zwiad.”

„Świetny zwiad, biorąc pod uwagę, że najwyraźniej nie znają terenu.” Tori wskazała palcem na jedną ze ślepych uliczek, w którą wcześniej wkroczyli. Chryste, sposób wycofania się z pułapki, był nadzwyczaj oryginalny i skuteczny. „Chciałabym wiedzieć, kto ich szkolił.” mruknęła „Nie zdołałam zrobić wystarczających zdjęć z satelity bez ściągania na siebie uwagi, ale wskazują, że jedno niesie drugie.”

„Myślisz, że to nasi?”

„Aha. Tylko nie wiem, kto ich szkolił… albo musieli mieć ciekawe doświadczenia po drodze. To nie wygląda mi na ruchy kogokolwiek z naszego oddziału. Niesienie drugiego wyjaśniałoby także te zatrzymywanie się. Mogą obydwoje być ranni.”

„W porządku, wyślijmy mały oddział. Dowodzisz.” mruknął. Tori pokiwała głową, zebrała trójkę innych i wyszli w ciemność nocy z magazynu. To był czas łowów.

Nie minęła może minuta, jak do uszu Dave’a dotarło soczyste przekleństwo i towarzyszący mu skowyt bólu. Głos Tori wibrował mu w uszach, kiedy w niewiarygodnym pędzie przeskoczył ogrodzenie i okrążył źródło dźwięków walki z innej strony.

Ale w życiu nie spodziewał się tego, co zobaczy. Czwórka rozwścieczonych X5 otaczała dwójkę, najwyraźniej w pełnej gotowości do walki. To, co było zdumiewające to fakt, że każdy z tej czwórki był zraniony w jakiś sposób. I to tylko przez jedną małą osóbkę, wściekle broniącą leżącego u jej stóp… Raina.

Ale naprawdę powalający był fakt, że ta mała osóbka wyglądała ciapka w ciapkę jak Nem.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *