Too late too soon – epilog

Epilog

Alec siedział pod drzewem.

Niezwykła rzecz? Bardzo niezwykła. Z jakiegoś dziwnego powodu zawsze bał się lasu, jakby przeczuwając, że tutaj rozegrają się jego losy. Po śmierci Bena wyśmiał ten mimowolny strach, ale i tak nie mógł powstrzymać dreszczu na myśl o tym, że ‚przeczuł’ śmierć brata bliźniaka. Nie, żeby żywił dla Bena jakieś cieplejsze uczucia… ale to wciąż było niesamowite.

Dzisiaj jednak w lesie znajdował pociechę. Kojarzył mu się z Nem. Siedzenie w samotności w lesie, pod drzewem, wydawało mu się dobrym sposobem na to, co musiało zostać zrobione.

Wziął kilka głębokich oddechów, trzęsącymi dłońmi rozplątał rzemienie plecaka. Jego zawartość była dziwnie pusta… a jednocześnie tak inna niż to, co miewali inni uciekinierzy. Nie powinno go to dziwić. Była inna.

Zarejestrował kompletny brak odzieży… ale do tego przyznała się wszakże wcześniej. Wewnątrz było niewiele osobistych rzeczy, jakieś pieniądze, policyjna przepustka sektorowa Seattle i coś, co wyglądało na gruby zeszyt. I nic więcej.

Zaintrygowany położył na kolanach ten znitowany gruby plik kartek i przez chwilę patrzył się na sztywną okładkę… Wzorek z jakiejś dziecięcej bajki wydawał się śmiesznie pasować do Nem, jakby ona sama była częścią jakiejś bajki.

W końcu otworzył. Jego serce zabiło mocniej. Z pierwszej strony patrzyły na niego wyblakłe linie rysunku, który mimo tego zachował pełnię tchniętego w niego przez Nem życia. Niemowlęca twarz, słodka i niewinna, patrzyła roześmiana z kartki papieru, na którą spoglądał jak zamrożony. W końcu jednak zebrał w sobie konieczną siłę i przewrócił na następną stronę. I następną. I następną.

Rysunki. Setki rysunków. Mniejszych, większych, z różnych chwil małego życia. Czasami zdarzał się nawet on sam; portrety jego samego z różnych ujęć w Nigerii patrzyły na niego niczym niemy wyrzut sumienia. Nic nie mówiły, nie było żadnych słów, a zostało jednak wypowiedziane tak wiele…

Już miał zamknąć zeszyt, kiedy wiatr przewrócił swawolnie kartki na ostatnią stronę zeszytu. Zagięcie było wystarczająco silne, by się zatrzymały w tym jednym szczególnym miejscu. Musiała oglądać często ten rysunek…

Nawet się nie zorientował, że po jego twarzy spływają łzy, póki nagle słona kropla nie upadła na rysunek przedstawiający szczęśliwą trójkę i rozprysnęła na wszystkie strony… wysokiego żołnierza trzymającego małą dziewczynkę i drobną kobietę tuż koło niego… kolejna kropla… ale ta była już z nieba.

Patrzył się, jednak nie był w stanie oderwać wzroku od widoku, jak deszczowe krople zmywają delikatne, liczne ślady ołówka na papierze. Rysunek niknął na jego oczach, zmywany przez deszcz, a on nie zapobiegł temu… doskonała alegoria tego, co się wydarzyło w ostatnich godzinach. Miał wszystko na wyciągnięcie dłoni… Wystarczyło jedynie wyciągnąć rękę i wypowiedzieć odpowiednie słowa. Ale nie zdołał, zaślepiony. Czy kiedykolwiek jeszcze los podaruje mu jakąkolwiek, chociaż najmniejszą szansę? Czy ona na pewno wróci? Czy zrobił wystarczająco wiele?

Kochał Nem, być może jeszcze bardziej niż rok temu, w Nigerii. Zobaczył część jej, której prawdopodobnie nikomu innemu nie pokazała i był po prostu na kolanach… przed tym, co zobaczył. Ogromne serce i jednocześnie tak mało wiary w siebie. Serce, które miał nadzieję, pewnego dnia, wybaczy. I że może powstanie nowy rysunek… albo po prostu zdjęcie, na którym razem z nimi będzie małe dziecko… chociaż jedno… które będzie miało trafiający prosto do serca uśmiech matki i jego kod kreskowy na karku.

Pewnego dnia. Może.

Koniec

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *