Too late too soon (9)

9.

Gapił się na plik zdjęć… różnych, zdjęć, zrobionych w różnych okresach czasu. Każde przedstawiało w jakiś sposób Nem. Nem wcale nie w podniszczonym ubraniu, ukrytą w długich spodniach, obszernych bluzach i za maską stoicyzmu na ślicznej twarzy. Nem na tych zdjęciach była prześliczną młodą kobietą z uśmiechem trafiającym prosto do serca. Poza tym nie mógł docenić kilku osobliwych szczegółów w tej serii.

Jako facet, nie przeoczył zupełnie, w jaki sposób ukazywały ją te obrazy. Na każdym bez wyjątku była w spódnicy… aaaa… głębokie westchnienie, jego Nem miała fantastyczne nogi… albo w sukience, każda sztuka jej ubioru została starannie dobrana, dopasowana i była w najlepszym gatunku. Nieskazitelnie zaczesane do góry włosy – najwyraźniej naprawdę nie rozpuszczała ich dla byle kogo albo z byle okazji – dobrze dobrane sandałki czy pantofle, torebki i cała gama innych rzeczy, bez których kobieta obejść się nie mogła… Nem nie żyła na krawędzi społeczeństwa, jak transgenicy.

I teraz nie mogła wrócić do domu.

Za to leżała teraz w jego łóżku zwijając się z bólu przez sen, a on był bezsilny, nie potrafiąc jej pomóc.

I co do diabła Cece myślała przez ostatnie tygodnie, nie mówiąc mu zupełnie niczego? Z tych zdjęć wynikało, że prawie wszystkie wcześniejsze miesiące spędziła z Nem! Co tu się działo za jego plecami?

Jego wzrok powędrował znów do śpiącej sylwetki Nem, niewyraźnie rysującej się pod kocem. Złagodniał; podczas gdy on oglądał zdjęcia, ona zakopała się jeszcze głębiej w posłanie, ręka przykrywała jej twarz, głównie oczy, jakby chroniąc od światła. Niechybny znak, że zaczęło jej przeszkadzać… tak więc powoli zaczynała się wybudzać.

Schował zdjęcia do koperty, kopertę do swojego bagażu. Nie wątpił, że istniało jakieś wytłumaczenie… być może Cece była świadkiem wydarzeń, o których na początku opowiadała Nem jego grupie? Może po prostu to było tak paskudne, iż nie wierzyła, by przeżyła? Z drugiej strony to nie tłumaczyło, dlaczego pozwalała mu się zadręczać winą, dlaczego nie powiedziała, że Nem chociaż nie ufała, to jednak coś tam czuła?

Westchnął nieznacznie. Odwieczny problem zaufania. Niedługo z całą pewnością wypłynie znów na powierzchnię…

~ * ~

„Nie ma to jak problemowa dziewczyna…” Dave zachichotał, ignorując pełnego niepokoju Aleca. z drugiej strony otwarte ignorowanie alfy wszystkich transgeników, kiedy jego instynkty ochronne doprowadzały go do szału, nie było najlepszym pomysłem. Westchnął. Nem się nie obudziła i wcale się nie dziwił. Była wykończona. „Woda powinna pomóc. Wsadź ją pod prysznic.”

„Jesteś pewien?” Alec podrapał się z tyłu głowy. Gest nerwowości, czytelny dla każdego, kto znał go bliżej…

„Tak, jestem.” westchnął „Co w końcu pomogło jej w Nigerii? Woda. Zresztą sama się do tego przyznała.”

„Do czego?” spytał podejrzliwie.

„Że wilgoć jej pomaga.” ziewnął mimowolnie. Był już na nogach zbyt długo, a Alec zadręczający się stanem Nem z pewnością nie gwarantował rychłego snu. „Wsadź ją do wody…” uśmieszek „…i nie waż się mi tu pokazywać przez następne kilka godzin. A teraz sio!” wyrzucił go bezceremonialnie ze skrzydła szpitalnego. Miał dosyć zdenerwowanych partnerów chorych transgeników, nie potrzebował świrującego mu Aleca. Nikt nie potrzebował.

Zignorował zdumione spojrzenia współpracowników i zwinął się w fotelu. Potrzebował odpoczynku.

„Przesadziłeś trochę.” Tori przyznała. Parsknął śmiechem, chociaż zmęczonym.

„Niee… Jedyne, co teraz trzeba Nem, to odrobina spokoju.”

„Raczej złamanie jej tajemnicy i wyleczenie, zanim Alec oszaleje bez reszty.”

„Nie.” zaprzeczył „To o jej stan psychiczny martwiłbym się najbardziej…” ziewnięcie „Nie najlepiej z nim.”

„Trzyma się świetnie.” zaprzeczyła gorąco „Jest tylko zmęczona.”

„Jak uważasz…”

Nie miał sił się sprzeczać. To nie było ważne; ważne było by Nem zechciała zostać, i to zostać z Aleciem. Wcale niełatwe zadanie, biorąc pod uwagę jej nieufność. Coś jeszcze nie grało w jej melodii. Coś było nie tak w historii o tym dziecku… nie bynajmniej, że jej nie wierzył. Bo wierzył. Naprawdę kochała to dziecko i jego utrata nie wpłynęła dodatnio na jej psychikę. Uważał tylko, że ukrywała przy tym coś, co wydawało się na wyciągnięcie ręki, a jednak nie mógł tego zrozumieć. Zupełnie jakby dała im wszelkie wskazówki i tylko czekała, aż wybuchnie bomba.

Westchnął. Tak. Nic, tylko czekać na ten moment.

„Wiecie co uważam?”

Tori przechyliła głowę i spojrzała na niego uważniej.

„Co takiego Sherlocku Holmesie?”

„Tak myślałem o tym dziecku… za każdym razem, kiedy mówiła o czasie sprzed spotkania nas, zahaczała tematem o nie. Nie uważacie tego za dziwne?”

Tori nagle zwęziła oczy.

„Co?” wszyscy spojrzeli na nią.

„Sugerujesz, że znała dobrze matkę?”

Ciche westchnienie wyszło z płuc 435, nie bardzo miała podstawy do swoich podejrzeń… ale czasami kobieca intuicja łączyła lepiej i pozwalała widzieć ponad różnicami. Chociaż akurat w tym wypadku… nie chciałaby, by jej podejrzenia okazały się prawdą. Oboje, zarówno Nem, jak i Alec zasługiwali na znacznie więcej od losu niż otrzymali.

„Tori?”

Musiała coś odpowiedzieć. Może najlepiej prawdę.

„Myślę, że jej ojcem był Alec.”

~ * ~

„Mieliśmy wszystko z góry zaplanowane, aż ty, zdziro, weszłaś do jego życia… fajnie było rozbić swoich głównych wrogów jednym pieprzeniem się z naszym szefem? Jesteś cholerną obcą trucizną, która w dodatku wykorzystuje dziecko z naszej krwi do swoich prywatnych celów. Ale jeśli nie chcesz go oddać…” na twarzy 434 pojawił się zdziczały, okrutny uśmieszek. Nem siłą woli zacisnęła każdą molekułę zewnętrznej powłoki. Nie mogła dać znać temu świrowi, że zwykłe kule nie zrobiły jej krzywdy. Gorzej z ogniem. Ci, którzy wyciągnęli ją z płonącego samochodu i rozdzielili od Rain, leżeli nieprzytomni wokół. Mogła ich zabić, ale tego nie zrobiła. Nie była jak on. I teraz stanowił główny problem, główne zagrożenie. Niepokojące uczucie osiadło głęboko w sercu, że wydarzy się coś niedobrego… bardzo niedobrego.

Zaryzykowała spojrzenie na Redgara. Żył.

I to był jej błąd.

Strzał… pierwszy, drugi, trzeci. Czuła, jak dziwne pociski palą ją w piersi, niemal przedzierając się do pierwszej powłoki. Rozszarpujące. Słowo przemknęło przez jej głowę niemal od razu.

„…nie zostanie też użyte przeciwko nam. Jestem pewien, że 494 zgodziłby się ze mną.”

Zamknęła oczy. Oddech rozszarpywał jej płuca, nie wiedziała dlaczego… ale bolało piekielnie. Ale Rain była bezpieczna, pod nią. Jej energia tworzyła wystarczająco silną i niewidzialną tarczę, by mogła zasłonić dziecko.

„Wiesz co…” 434 kopnął ją mocno w bok; nie zareagowała. Udawała nieprzytomną. „I wszystko byłoby ok. gdybyś była jednak Antarianką. Mógłbym wmówić bez problemu 494 co bym chciał… teraz zajmie to tylko troszeczkę więcej zachodu… ale i tak jeśli cię kiedykolwiek wypuszczą z białego pokoju, on uwierzy mnie, nie tobie. Nie mam pojęcia, jak wyprodukowano dzieciaka z 494 na karku… ale 494 nie jest jego ojcem i nie wykorzystasz go do wymordowania nas. Zresztą, 494 dobrze wie, że nie ma najmniejszej możliwości by był ojcem. Ludzkie kobiety są za słabe by nosić nasze potomstwo.”

Szczęk broni.

Dlaczego nie mogła się w ogóle ruszyć? Próbowała… mocno… ale żaden mięsień w jej ciele nie reagował. Musi się ruszyć. Dla Rain. Musi, musi. Nie ma wyjścia.

Dlaczego nie mogła? Panika zaczęła chwytać ją za gardło.

„Szczęśliwie moja organizacja potrafi sobie zapewnić lukratywne kontrakty.” ciężki, złośliwy chichot wyrwał się z jego ust, sącząc jad „Ktoś zapłacił naprawdę duuuużo, by pogrążyć Langleyów. Więc… hata la vista, panno Langley! I temu małemu dziwadłu też.”

Gwałtowny świdrujący ból przedarł się przez jej głowę, płacz Rain ucichł nagle i wszystko odeszło w nicość.

~ * ~

Spojrzał na zegarek. Dochodziła piąta nad ranem, od dwóch godzin Nem wykazywała objawy rychłego obudzenia, lecz na razie wciąż jednak spała. Była niespokojna, to musiał przyznać. Z drugiej strony przewracała się tak od prawie dwóch godzin, najwyraźniej wyszła z tego dziwnego letargu i teraz najzwyczajniej spała. A że sny nie były najmilsze… był gotów ukatrupić każdego, kto je wywołał.

Wyszedł z celi, kierując się ku głównemu budynkowi. I tak na razie nie miał nic do roboty; a skoro tak, to mógł przynieść Nem śniadanie, póki jeszcze spała. Za nic w świecie nie chciał przegapić momentu, kiedy się obudzi. Jego dawny ‘przydział’ może i należał do jednych z najlepszych kwater, powinna być raczej zadowolona, ale do diabła, chciał widzieć jej pierwsze spojrzenie kiedy się przebudzi. Czy w jej oczach będzie ostrożność albo niechęć? No i z całą pewnością upór. Psiakrew, była tak uparta… gdyby to jeszcze ten charakterek wykazywała przy bronieniu ich związku, to wszystkie inne przypadki był gotów jej wybaczyć…

Uśmiechnął się do Biggsa po drugiej stronie ich prowizorycznej stołówki, kiedy ustawiał wszystko na tacy. 593 siedział samotnie nad kubkiem kawy. Zapewne jego myśli nie były radosne. Cece nie żyła. Co prawda wygrali bitwę na ulicach Seattle, ale ostatecznie bilans strat był naprawdę poważny. Nie mogli sobie pozwolić na utratę nikogo więcej. Żaden człowiek już nie zapoluje na nich dla rozrywki. Byli o wiele lepszymi żołnierzami i ludzie w końcu to dostrzegą, albo poleje się krew.

Miał tylko nadzieję, że plan nie zawiedzie. Wszystko od tego zależało; nie mieli praktycznie żadnej alternatywy niż ich wcześniejsze plany. Ludzie nigdy nie pogodzą się z ich istnieniem i funkcjonowaniem obok, jeśli nie będą dla nich użyteczni, jeśli nie będą mieli innego, większego, groźniejszego wroga. A nieznane z kosmosu nadawało się do tej roli wyśmienicie.

Rozczarowanie schwytało go w swoje macki, ale ostatecznie przybrał na twarz maskę stoicyzmu, kiedy zorientował się, że podczas jego wycieczki Nem się obudziła. Wystarczyło zerknięcie przez kratę, łóżko było puste. Westchnął. Postawił tacę na podłodze i odbezpieczył zamek. Szczęk otwieranych ciężkich zbrojonych drzwi – takie ‚małe’ zabezpieczenie przeciwko sile X5 wprowadzone na długo przed nastaniem rządów major Renfro – zabrzmiał nieprzyjemnie złowieszczo.

Spokojnie wkroczył do środka, drzwi automatycznie zamknęły się za nim.

Siedziała na podłodze, plecami oparta o starannie zasłane łóżko. Mógłby ją nawet wskazać za wzór ociągającym się leniwcom. Każdy skrawek posłania odpowiadał sztywnym wojskowym przepisom, jakie wwiercano im do głów odkąd tylko pamiętał. Niezwykłe jak u światowej sławy pani biolog… ale nie u przestraszonego dzieciaka, stwierdził z niepokojem. Całą jej postawa wyrażała ostrożność, obserwowała go nadzwyczaj spokojnie ze swojego miejsca, ale brakowało w jej spojrzeniu tego cienia zmęczenia, które najzwyczajniej w świecie zmuszało ją do zaufania mu.

Prawda była taka, że Nem się bała jego. I oczekiwała na wyrok… jęknął w duchu. Po cholerę poszedł po to śniadanie! Wyrzucał sobie w myślach. To był bardzo, bardzo kosztowny błąd.

Sięgnął do arsenału swoich najbardziej uroczych uśmieszków i ciepłej barwy głosu.

„Przyniosłem śniadanie. Zjesz ze mną?”

Przyniósł tacę, zanim zdążyła odpowiedzieć. Właściwie to nie chciał pozostawić jej wyboru; chciał ją pchnąć do jakiegoś ostrożnego współdziałania, a nie tej rezerwy widniejącej na jej twarzy. Ale miał ochotę ugryźć się w język, kiedy zupełnie nie zareagowała… no dobrze, zareagowała na jego działania. Miał wrażenie że jeszcze bardziej cofnęła się w głąb siebie, za tę uprzejmą maskę na twarzy.

Usiadł po drugiej stronie celi z tacą na kolanach. Żeby dostać jakieś śniadanie, musiałaby się co najmniej na centymetr zbliżyć. Dokładnie znał wymiary tego przeklętego pomieszczenia. Spędził tu ogrom czasu.

Tylko wydawało się, że na jego plany uwzięły się jakieś chochliki. Nic nie działo się tak jak chciał.

„Hm?” podniósł w jej stronę miseczkę z gorącym, aromatycznym gulaszem. Niespecjalnie wykwintne jedzenie, ale z całą pewnością pożywne i bardzo jej potrzebne…

…potrząsnęła przecząco głową.

„Nie, dziękuję.”

Ok., miała ochotę bawić się na grzecznościowe formułki albo duma jej nie pozwalała… westchnął. Mówić jak do ściany. Poważnie, jej upór przejdzie kiedyś do historii transgeników.

Podniósł tacę i przesiadł się tak, by siedzieć obok niej… ale jej nie dotykał. Ostrożnie posadził tacę na jej kolanach.

„Masz jeść.”

„To rozkaz?” zmarszczyła brwi w stylu ‚jeśli to nie to, to nie wykonam’. I kto tu u licha służył w wojsku całe życie?

„Nie.”

„To jest twoje.” zaoponowała nieznacznie łagodniej. Ale tylko nieznacznie. Jej głos wciąż był przepełniony rezerwą.

„Ale ty potrzebujesz pożywienia. Poza tym starczy dla wszystkich. Mamy wystarczająco wiele jedzenia na tygodnie oblężenia.” nabrał na łyżkę sporą porcję i podsunął jej do ust. Czuł się jakby przemawiał do małego dziecka, które nie rozumiało, czym jest jedzenie. A może tak było, zdumiał się w duchu widząc jak się cofa. Wrzucił zrezygnowany łyżkę do miski.

„Ok. Nie chcesz jeść, nie musisz.”

Naprawdę starał się nie okazać złości, ale chyba kiepsko mu to wyszło. Siedzieli w milczeniu obok siebie, on jadł, Nem obserwowała go w milczeniu. Policzył najpierw do stu… potem do trzystu. I tak się nie uspokoił. To było niemożliwością uspokoić rozedrgane serce, kiedy była na wyciągnięcie ręki.

„Nie lubię jeść samemu. Naprawdę nie chcesz trochę?” spróbował ponownie „Chociaż troszeczkę? Ociupinkę?” zaserwował jej spojrzenie błagającego szczeniaka. Teraz to była jej kolej na westchnienie rezygnacji. Cichutkie, ledwo dostrzegalne, ale jednak. Oparła głowę na kolanach i przekrzywiła, by widzieć zarówno zawartość tacy jak i jego.

„Co to w ogóle jest?”

„Co? Jedzonko. Danie główne gulasz, jakaś zielonka i hektolitry mleka do popicia.”

Zmarszczyła brwi, patrząc na zawartość tacy.

„A to co jesz teraz?”

„Gulasz.” zwęził oczy w podejrzeniu. Co się do diabła działo? Miał wrażenie, że rozmawia z kosmitą, który chociaż zna język angielski to jednak nie zna zupełnie świata i znaczenia poszczególnych słów i sytuacji. „Jadłaś chyba to kiedyś?”

Wzruszyła ramionami z nonszalancją.

„Chyba nie.”

Wydało mu się to dość nieprawdopodobne ale nie drążył tematu. Ważne, że zareagowała. Podsunął jej miseczkę i łyżkę.

„Spróbuj.”

Spojrzała podejrzliwie, po czym z wahaniem nabrała trochę i podniosła do ust. Smakowało jak papier. Skrzywiła się z obrzydzeniem w duchu. Ludzkie jedzenie było do bani. Zero smaku.

„Z czego to robicie?” spytała jednak neutralnie. Nie domyślił się chyba jej oceny, bo nie zareagował niczym poza wzruszeniem ramionami.

„Jakieś mięso, przyprawy, trochę warzyw… przysmaża się to najpierw, potem dusi i robi gęsty sos.”

Nic dziwnego, że to było paskudne, skoro to była uduszona potrawa… pomyślała wisielczo. Oddała mu bez słowa miskę. Nie zamierzała robić mu przyjemności za cenę gwałtownych boleści żołądka. Jeszcze gdyby jedzenie miało jakiś smak… ale była Kamahem. Ludzkie pożywienie dla zdrowego obcego nie stanowiło problemu. Jej wnętrzności były jak przemielone mikserem. Nie chciała ryzykować dla jego poprawy humoru.

„Mogę cię o coś spytać?”

Zerknął na nią i uśmiechnął się nieznacznie.

„Jasne. Zobaczymy czym jeszcze potrafisz mnie wbić w podłogę prócz nieznajomości gulaszu.”

Wówczas padły słowa, które zmroziły mu krew w żyłach.

„Jak długo zamierzacie mnie tu trzymać?”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *