Too late too soon (8)

8.

Alec nie wiedział, co go tknęło, by zawrócić… po prostu nagle pojawiło się to dziwne uczucie w żołądku, skręt, niepokój, obawa, zmęczenie… wszystko razem wymieszane w nieprawdopodobny mix… nie miał najmniejszego pojęcia, co to do diabła, ani skąd się wzięło, ale zawrócił. Tknęło, czuł to… przez ledwie ułamek sekundy, ale czuł.

To było po prostu nieprawdopodobne.

Instynkt jednak kazał mu zawrócić. Zostawił w pół słowa Biggsa, odwracając się na pięcie i szybkim marszem zmierzał z powrotem do na wpół zrujnowanych budynków, które teraz były ich tymczasowym domem. Chowały piekielnie bolesne wspomnienia, lecz wymieszane nawet z odrobiną tych dobrych odrzucały każdego transgenika. Z drugiej strony dla wielu z nich to był jedyny dom, jaki znali, gdzie czuli się bezpiecznie. Nie mógł tego ot tak sobie wyrzucić przez okno, musiał to uwzględnić… nawet jeśli dla niego to uczucie, samo słowo dom kojarzyło się z czymś, z kimś zupełnie innym. Z Nem.

Z jakiegoś zwariowanego powodu dzisiaj rano przestał się martwić, chociaż wiedział, jego doświadczenie mu to podpowiadało, że nie powinien. Nem była w szpitalu, z Luisą. Była więc bezpieczna, uniknęła walk na ulicach… mimowolnie czuł przeogromną dumę na samą myśl o tej małej kobietce, która potrafiła poradzić sobie w najgorszych warunkach. Jego ludzie wciąż szukali jej na ulicach, na pewno ją znajdą… ‚Taaa…’ Taki był cały komentarz Biggsa.

Skręcił za rogiem budynku i nagle zatrzymał się w pół ruchu, cały tlen ulatujący gwałtownie z jego płuc, serce bijące dziko w alarmie. Wzrok objął małą postać w ciemnym ubraniu, wyskakującą z karetki w ślad za noszami, które musiały nieść jego brata, ale w tym momencie nie troszczył się o nic innego, jego wzrok był jak przyszyty do tego małego najwyraźniej zmęczonego cudu, cudu, który rok temu wdarł się do jego życia szturmem i w ciągu ledwie tygodnia przewrócił wszystko do góry nogami.

Jego Nem.

„Oddech, stary!” Biggs klepnął go życzliwie po plecach, ale nie zwrócił na niego uwagi. Kto by się przejmował docinkami, kiedy jego Nem stała ledwie kilkanaście metrów od niego, żywa, cała, chociaż zmęczona… stała przed wejściem do Manticore, nie wiejąc, nie uciekając… tylko po prostu myśląc.

Głęboki oddech.

Jego i jej. Wyraz jej twarzy… w przelocie ujrzał na moment to samo, co widział na lotniskowcu… a jednak się nie cofnęła. Poprawiła plecak i w końcu unosząc niemal wyzywająco podbródek przekroczyła próg instytucji, przed którą tak desperacko uciekła rok temu.

„Powiedz mi, że też to widziałeś… że nie mam halucynacji.” niemal błagał przyjaciela. Biggs uśmiechnął się uspokajająco.

„Nie masz. Lepiej idź do niej, zanim zmieni zdanie…”

Twarz Aleca skurczyła się na ułamek sekundy. Stawał wobec naprawdę paskudnych sytuacji, ale nigdy chyba nie czuł takiego strachu i niepewności, jak teraz.

„Hej, nawet jeśli skopie ci tyłek… nawrzeszczy… to jednak ona wciąż tu jest, prawda?” Biggs wyszczerzył zęby na widok niepewności przyjaciela. To było naprawdę niesamowite, aż żałował braku aparatu fotograficznego przy sobie… Właściwie to nigdy w życiu nie widział na twarzy Aleca czegoś takiego.

Biedak, wpadł jak śliwka w kompot. I o ile jego percepcja Nem odpowiadała prawdzie, to dziewczyna nie miała nic przeciwko temu. Tylko musiał zmusić tego osła, własnego szefa, by przełamał własny strach. On sam tego nie zrobił po Nigerii, tracąc przez to na wiele miesięcy Cece z oczu, uniezależniając się od niej zupełnie. A ile by dał, by znów popaść w tamten obłęd na jej punkcie jeszcze sprzed rebelii Jakubu… uchroniłby go od zgubnego wpływu Nem. A nie chciał się jeszcze teraz zajmować zazdrosnym Aleciem i swoją własną zazdrością o nią. Potrzebowali go… ale teraz Alec potrzebował Nem. O ile Dave nie stracił jeszcze rozumu po takiej ilości rannych, wszystko będzie dobrze…

No dobra, lepiej popchnąć trochę Aleca, zanim dostanie zawału.

„Posłuchaj… idź tam, przywiąż ją do łóżka i nie wypuszczaj, aż się nie przekona, jak oszalałeś na jej punkcie. I nie martw się resztą czy czasem, zostawimy was w spokoju jak długo będzie trzeba…”

Ogłuszony Alec gapił się na przyjaciela, póki ten zirytowany nie popchnął go dość brutalnie w stronę budynku i oglądał jak powłóczy nogami, z wyrazem kompletnego oszołomienia na twarzy.

Ileż by dał, by mieć kogoś takiego dla siebie, kogoś, kto znaczyłby dla niego tyle samo, co Nem dla Aleca, kogoś, kto sprawiłby, że nic innego by się nie liczyło, żadna przeszłość, żadni wrogowie, żadne błędy… ale ostatecznie sam popełnił kiedyś błąd i niestety teraz przyszło mu za to płacić.

~ * ~

Wciągnęła unoszący się znad kubka kawy aromat i skrzywiła się. Niestety, nie była w stanie czuć tego. Nie jej świat, nie jej planeta… jej narząd powonienia był stworzony w zupełnie innych warunkach chemicznych panujących w zupełnie innym niż ziemskim środowisku, więc właściwie nie miała szansy na starcie. Ale czasami się udawało coś wychwycić, to była kawa… chyba… plus tony tabasco, ale tutaj niestety nie dysponowano takim luksusem. Ale kawa była, pomogła jej zebrać się nieco. Dave wręczył jej na dzień dobry kubek świeżo zaparzonej kawy i pognał z powrotem do pracy… tj. do operowania Tava. Uszkodzenie mózgu było naprawdę poważne.

„Zabiłabym za tabasco.”

„Czy nie-zabicie za tabasco także byłoby brane pod uwagę?” ciepły oddech owionął jej prawe ucho. Nawet nie drgnęła.

„Nie…” mruknęła stoicko, wyczuwając jak stojący tuż za nią mężczyzna napina się na to słowo „Ale mogłabym odroczyć wyrok… to zależy od tego, jak pikantny byłby sos.”

Wyląduje w piekle. Ooooch, z całą pewnością, pomyślała, odwracając się.

Zmiany były widoczne już na pierwszy rzut oka. Miał dłuższe włosy, także na karku, zapewne by przykryć ewentualny powracający kod kreskowy. Jego sylwetka straciła dużo z żołnierskiej sztywności, w kącikach ust czaił się niewinny uśmieszek, nadając mu wiele chłopięcego uroku…

Diabelnie, Rain miała to po nim… zagadka rozwiązana.

…oczy wciął płonęły zielenią, nie wydając przy tym żadnych emocji oprócz ostrożności i niepewności. Podniósł pytająco… całą, nienaruszoną buteleczkę tabasco.

Chyba nie trzymał tego z myślą o niej?

Spojrzała na niego niedowierzająco. Uśmiechnął się w odpowiedzi.

Uch, mam kłopot. Ratunku, tato… Kal, do diabła, gdzie się podziewasz, kiedy mógłbyś mnie ratować od zakusów płci przeciwnej?

„I tak ci się nie upiecze… oberwiesz później.” uśmiechnęła się anielsko „Ale tylko dlatego, że teraz muszę desperacko odpocząć…”

Oczy Aleca rozszerzyły się nieznacznie, umysł podsuwający od razu niezliczone sposoby na to, by desperacko odpocząć… wystarczył jej ciepły, słodki, zapraszający zapach, by jego ciało oszalało. Walczył z gwałtownym pragnieniem…

Powoli, 494… spokojnie…

…by po prostu wychylić się, schować twarz w zagłębieniu jej szyi, wdychając jej zapach, tylko jej, ciesząc się po prostu jej obecnością… mógł minąć rok, a on, wciąż, mimo różnych rzeczy, jakie wyprawiał przez ten czas, wciąż ją pamiętał, wciąż miał ją we krwi, smak jej ust miał odbity niczym piętno w mózgu… słodko-pikantny smak jej skóry, miękki jęk, jaki wydobywał się z jej gardła, kiedy jego ręce sunęły po jej ciele, badając każdy zakamarek, każdy kształt…

„Chcesz powiedzieć, że się nie przyda?” rzucił kpiąco, potrząsając buteleczką w przesadnym oburzeniu. Chryste, stracił rozum. Zachowywał się jak skończony idiota. „A ja myślałem…” wydął wargi w dziecinnym żalu „Że zrobisz wszystko dla tabasco.”

„Coś u was to rodzinne, mieć kiepski wywiad na mój temat.” parsknęła „Ktoś powinien przełożyć Tava przez kolano i ręcznie wbić mu do głowy posłuszeństwo wobec rozkazów.”

Raczej nie obraz Tava miał teraz w myślach…

„Wzięli go od razu na chirurgię.” dodała spokojnie, siadając na podłodze pod ścianą. Alec mrugnął, wytrącając się z transu. Nem na zimnej podłodze? Nie ma mowy!

Wyciągnął rękę w jej stronę.

„Chodź.”

Uniosła jedynie pytająco brew, nie kłopocząc się nawet z otworzeniem oczu. Po prostu siedziała pod ścianą. Uch, to będzie ciężka przeprawa. Zapomniał, jak uparta bywała jego Zosia-samosia. Westchnął ciężko i przyklęknął obok.

„Zimna podłoga skrzydła szpitalnego to nie najlepsze miejsce na desperacki odpoczynek.”

Wzruszyła ramionami. Chciała odpocząć, napięcie ostatnich minut spływało z niej falami, a kofeina w jej żyłach właśnie skończyła swój żywot… organizm odrzucał ludzkie pożywienie. Tak więc zaczynała mieć niezły problem, skoro doszło już do takiego stanu organów wewnętrznych. Nie była pewna, czy w ogóle zdołałaby wstać, nie mówiąc o jakimkolwiek spacerze, nawet parometrowym… a nie zamierzała pokazać najmniejszej słabości 494. Ale była tak zmęczona… tak piekielnie zmęczona…

„Nem?” Alec ostrożnie dotknął jej policzka. Nawet nie drgnęła… po prostu zasnęła. Pokręcił w głową w zdumieniu. „Uparta do samego końca.” wyszemrał, delikatnie unosząc ją z podłogi. Ciemna głowa na jego ramieniu, to była zdecydowanie waga, którą mógłby nosić zawsze…

Ignorując uśmieszek Biggsa i co najmniej pół tłumu ciekawskich, którzy mieli na tyle odwagi, by wpatrywać się prosto w nich, powędrował prosto do ich skrzydła.

„Nie wiem, czy go oskalpować, czy zażądać przeprosin.” Dave przedrzeźniał ze swojego miejsca za rogiem korytarza, gdzie słuchał wymiany zdań między dwojgiem kochanków. Nie musiał widzieć, by wiedzieć, że napięcie wyprodukowane przez tych dwoje zasiliłoby Manticore na wiele miesięcy.

„Co?” Biggs spojrzał na niego zdumiony.

„Nic. Tylko przedrzeźniam to, co powiedziała Nem o Alecu.” parsknął w odpowiedzi.

„Sugerujesz to, co mi się wydaje?” brązowe oczy 593 rozszerzyły się w szoku.

„Sugeruję?” śmiech, krótki, ironiczny „Ona straciła całe zaplecze bezpieczeństwa, naprawdę nie ma gdzie teraz pójść – droga powrotna do jej domu, do jej rasy została dla niej zamknięta. Ledwo żyje, a mimo wszystko zdecydowała się wsadzić kij w mrowisko, wejść w gniazdo swojego największego wroga… Nie wyobrażaliśmy sobie nigdy, jaką niezłą pracę wykonaliśmy w Nigerii.”

„Największego wroga?” Biggs zmarszczył brwi „Ciągle uważa nas…”

„Nie widziałeś jej ran.” Dave przerwał „Trzy tutaj…” delikatnie wskazał na różne punkty na sercu „…jedna tutaj…” pokazał z tyłu na kark „Po kulach rozpryskowych 3567, z bardzo bliskiej odległości.”

Broń produkowana tylko i wyłącznie po to, by zabić wyjątkowo odpornych transgeników. Rozszarpywała wnętrzności. Tylko w Manticore wiedziano, co to takiego i tylko tutaj ją produkowano. Ledwie kilkanaście sztuk rocznie.

„Co?” Biggs jęknął w szoku, kilkoro innych transgeników słuchających ich wymiany także.

„Podejrzewam, że to ma coś wspólnego z Tori… najwyraźniej Nem chroniła Sami od przebywania w jej towarzystwie.”

„One się nie spotkały wcześniej.”

„Kto to tak naprawdę wie? Jedyne, co wywnioskowałem, to fakt, że Manticore najwyraźniej nie uwierzyło w śmierć Nem pod falami i ktoś ciągle ją ścigał, wykorzystując transgeników.” w głosie Dave’a pobrzmiewały głębokie nuty gniewu „I kto wie, czy nie wykorzystali tej małej dziewczynki, którą się zajęła, by się do niej dobrać…”

„Poważne oskarżenie.”

„I co z tego?” wzruszył ramionami „Nem uratowała nam tyłki więcej niż jeden raz, a my tylko bezustannie stawaliśmy jej na drodze. Bóg mi świadkiem, jeśli Alec teraz także schrzani sprawę, osobiście skopię mu tyłek.”


~ * ~

Ostrożnie usiadł po turecku przy koi chyba po raz dwudziesty tej nocy. Nem wciąż spała, jej anielska twarz jednak nie była pogrążona w odprężeniu lub spokoju. Linie napięcia nie zostawiały jej twarzy, delikatne, wręcz dziecięce rysy były zniekształcone przez liczne grymasy bólu, które długo nie chciały odejść… nie przewracała się we śnie, tylko niespokojnie poruszała.

Właściwie wątpił, by ten sen przyniósł jej jakieś ukojenie; najwyraźniej dręczyły ją niedobre sny. Ale jeśli zasnęła na siedząco pod ścianą, jeśli jej ciało wyłączyło się bez jej woli i mimo mocnej kawy, fizyczny odpoczynek był jej rzeczywiście ‚desperacko’ potrzebny. Dlatego nie odważył się jej obudzić. Prawdopodobnie sama się przebudzi, kiedy ciało zregeneruje się wystarczająco. Nigdy nie widział, by spała więcej niż było jej to potrzebne. Ale też ta świadomość wcale nie pocieszała, kiedy wszystko w nim wrzeszczało, by obudzić ją z tych koszmarów, wziąć w ramiona, pocieszyć. Czuł jak bardzo znajome fale bezsilności przepływają przez niego ponownie. Ktoś zrobił jego Nem coś złego, tak złego, że to wracało po dwóch i pół miesiącach zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Ta cała ‚powłoka’ chroniła jej ciało, ale najwyraźniej wciąż odczuwała fizyczny ból… Albo to było z powodu walk na ulicach i późniejszego odbicia Tava?

Było wiele pytań, mało odpowiedzi… jak w Nigerii. Jedyną różnicę stanowił fakt, że Nem sama wydawała się dość chętna by odpowiedzieć na nie, nawet na te jeszcze niezadane.

I will not forget you

I remember the nights as I watched as you lay sleeping

your body gripped by some far away dream

well I was so scared and so in love then

and so lost in all of you that i had seen

Ostrożnie jego palce przebiegły przez jej czoło, odgarniając zabłąkane podczas snu kosmyki. Jej włosy były bardzo miękkie, lekkie, delikatne. Nie wiedział, dlaczego miała takie długie włosy, ale w tej chwili niezmiernie mu się to podobało. Widać było, że poświęcała im wiele troski. Były po prostu piękne… jak każdy szczegół w jego Nem, od małego zgrabnego noska do malutkich stópek. Trudno było uwierzyć, by coś tak perfekcyjnego, ktoś tak udany, nie wyszedł z próbówki… albo to było jego zboczenie zawodowe.

Nie mógł się już oprzeć; wargi delikatnie dotknęły ciepłego czoła Nem. Mruknęła coś niezrozumiale przez sen, lecz się nie przebudziła. Wydawało się wręcz, że miękki grymas bólu na ułamek chwili zostawił jej twarz. Zachęcony ponowił miękką pieszczotę. I po raz kolejny.

Uśmiechnęła się nieznacznie przez sen.

„Co tak niewinnie?” kpiący głos za jego plecami spowodował, że Alec niemal podskoczył. Nie wyczuł nikogo, nie usłyszał nikogo… wszystkie jego zmysły były skupione na Nem. Aż strach pomyśleć, jak wiele widział…

Odwrócił się do Mole. Szef TC wyszczerzył zęby, nie wyjmując cygara z ust. Dziwnie było widzieć tego bawidamka szalejącego na punkcie tego dzieciaka… ale skoro to dziecko sprawiało, że szedł jak burza i potrafił pociągnąć za sobą innych, co nikomu się jeszcze dotąd nie udało na taką skalę – to dlaczego nie? Potrafiła sobie radzić sama, była krewną Browna i nie odwracała głowy na widok krwi. Same plusy. I też miała hopla na punkcie 494, każdy to widział, tylko nie on sam. Co za dzieciaki.

„Znaleźliśmy to w rzeczach Cece.” rzucił mu nieszczególnie dużą czy grubą kopertę, której zawartość z całą pewnością powali go na kolana „Twoja mała ma sporo do opowiedzenia…”

Odwrócił się na pięcie i wyszedł, zostawiając za sobą smugę cygarowego dymu. Alec zmarszczył brwi i sięgnął po kopertę. Na jego kolana posypał się plik kilkunastu zdjęć. Zdjęć Cece… i Nem.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *