Too late too soon (7)

7.

„Za przeproszeniem… jestem kosmitą!” jęknęła we frustracji, kopiąc ze złością w stary generator. Zetkniecie z jej wzburzonym ciałem przywróciło go do życia dosyć gwałtownie i iskry elektryczności posypały się nagle z przeciętych kabli. „Nie transgenikiem. Moglibyście chociaż raz zrobić coś, co jest zrozumiałe dla mnie?” zgrzytnęła ostro zębami, aż jej obolała szczęka zaprotestowała skurczem mięśni.

Oparła ramiona o ścianę budynku i bardzo złym spojrzeniem obdarzyła wychodzącą właśnie tylnymi drzwiami Luisę.

„Wiesz co, trzytygodniowy mądralo?” westchnęła cierpko „Jedyne, czego się nauczyłaś w Los Angeles, to jak ulegać pracownikom salonu piękności i dać się przerobić na hollywoodzką blondi. Dlaczego nie mogłaś być tak uważna podczas lekcji Kala?”

Dostała w odpowiedzi parsknięcie.

„On uczył ciebie, nie mnie, Nem. To o twoje bezpieczeństwo się martwił, to o ciebie tak szaleńczo dbał. I co tu mówić…” powiodła zmartwionym spojrzeniem po jej sylwetce. Jako Kamah potrafiła widzieć poza powłokami, a to, co widziało, przyprawiało ją o skręty żołądka. Nie chciała wiedzieć, jak powstały te obrażenia… niestety, jej kamahska pamięć podsuwała rozwiązanie.

O tak, potrzebowała kilku lekcji. Szczególnie jak żyć ze swoją nową naturą. Jak żyć bez Redgara, ze świadomością, że jej dawni pobratymcy pozbawili go życia? Czuła obrzydzenie do samej siebie, nawet jeśli nie była już człowiekiem.

„… miał powody. Osobiste, jak i służbowe.” dokończyła miękko „Zaczynam pojmować, dlaczego niektórzy z nas mają na twoim punkcie takiego fioła i mimo, ze sama najczęściej się narażasz, to wciąż nosisz pieczęć rasy.”

Nem uśmiechnęła się miękko.

„Co?”

„Nic. Tylko powiedziałaś ‚nas’, nie ‚was’.”

Usiadła na ziemi, patrząc się ponuro na deszczowe chmury na horyzoncie. Żaden deszcz, żaden płacz nieba nie zmyje krwi z ulic miasta.

„Więc mówisz, że nie mówili dokąd się udają?”

„Nie, nie chcieli mnie dopuścić do tej informacji. Nie było żadnego poślizgu, to wyglądało, jakby mieli z góry zaplanowaną ewakuację… każdy robił swoje.”

Plan.

 

Mieliśmy wszystko z góry zaplanowane, aż ty, zdziro, weszłaś do jego życia… fajnie było rozbić swoich głównych wrogów jednym pieprzeniem się z naszym szefem?

Zacisnęła powieki. Niech ich szlag.

„Nigdy nie padała nazwa, po prostu mówili o realizacji planu. I wysłali ten sygnał, najwyraźniej każdy transgenik z Manticore go zna. Była tam jedna uciekinierka z 2009, Max, ona nie miała pojęcia, co jest grane.”

„No dobrze, zakładając, że mieli plany ucieczki z Manticore jeszcze przed pożarem…” przełknęła ciężko, usiłując skupić się na logicznych aspektach dalszej wędrówki, ale mózg uparcie powracał do słów mordercy jej córki i jego dzikiego, szaleńczego rechotu, kiedy oddawał strzały. Do końca życia będzie ją to prześladowało. „Gdzie mogli się skupić? Musieli mieć jakąś centralę, miejsce z zapasami, miejscami do treningu, odpoczynku, jedzenia, medycyny, planowania… przy czym wszystko musi być na tyle rozległe, by nie ich terytorialne instynkty nie oszalały, a jednocześnie tak łatwe w obronie i nie znane większości, jak samo Manticore… cholera.”

Podniosła się gwałtownie, idąc w stronę samochodu. Tav nieprzytomny wciąż leżał na tylnym siedzeniu, ale przynajmniej miała pewność, że nie umrze podczas podróży. Musiała go uzdrowić.

„Co?” Luisa zawołała za nią.

„Manticore!” zaśmiała się „Oni ewakuowali się do ruin Manticore. Myśląc nie jak transgenicy, ale jak najlepsi żołnierze na tej planecie… to jedyna dostępna i znana każdemu transgenikowi opcja.”

„W porządku… a Manticore było gdzie?”

„Kal będzie wiedział.” uspokoiła ją z krzywym uśmiechem „Kiedy Renfro wróciła z Nigerii wściekła i z niczym, to Kal paczył jej umysł, by zapomniała o nas. Przy okazji także skopiował ich bazy danych… jak co roku, zresztą. On doskonale wie, gdzie to jest.”

„Dlaczego mam wrażenie, że za tą historią kryje się coś więcej?” uniosła pytająco brew, ale w końcu powędrowała do własnego samochodu. Czekała ją podróż do Kala, do Kalifornii.

 

Nie masz pojęcia, oj, nie masz najmniejszego.

~ * ~ 

 

Zdecydowanie, Manticore nie było ‚wojskowym szpitalem dla weteranów’. Baza położona wśród wzgórz, mogła z jednej strony być doskonale broniona, ciemny las i mnóstwo pagórków i dolinek wokół dostarczały takiego pola zarówno do obrony obwodu, jak i samego treningu, że nie dziwiła się w najmniejszym stopniu wyborowi tego miejsca. Poza tym byli tutaj tylko kilkanaście godzin, a zdążyli otoczyć obszar podwójnym ogrodzeniem z zasiekami i różnego typu wykrywaczami ruchu i czujnikami ciepła. Skubańce.

Tylko wartownicy mogliby być milsi, westchnęła nieznacznie, bębniąc palcami o kierownicę. Żołnierz od razu zmiękł, widząc kod kreskowy Tava, ale na nią spoglądał podejrzliwie.

Tak, wiem, że wszyscy się dobrze znacie. Tak, wiem, że mnie nie znacie. Tak, wiem, że moja nocna akcja została nadana w porannych wiadomościach. Tak, wiem, że policja nadal nie przyznaje się do faktu, że stracili swojego koronnego więźnia. Tak, wiem, ze wszyscy tutaj dostawaliście świra z niepokoju o jego los, ale jak nie dojedziemy szybko do waszego szpitala, to podzieli on los ludzkich ofiar. Przyczyna śmierci: pobicie.

„Musisz zostawić samochód.” skinął w końcu twierdząco głową, dając przy tym znak drugiemu wartownikowi, który sprawdzał bagażnik.

Grr, to co, mam go nieść na plecach?

Ale posłusznie wysiadła z samochodu. Chwilę potem z domku wartowników wybiegło dwoje sanitariuszy z noszami i już otwierali drzwi, by wydobyć cennego transgenika.

„Obrażenia?”

Nawet na nią nie spojrzeli. Ach, czuję się bardzo doceniona. I jako żołnierz i jako ratownik, doprawdy, moglibyście być nieco milsi… ja wiem, wojskowa dyscyplina i tak dalej, ale to mogłoby wliczać także uprzejmość zamiast tego suchego, bezosobowego tonu…

„Prawa noga złamana w trzech miejscach, oba barki zwichnięte, pęknięte żebra, mnóstwo mniejszych stłuczeń, otarć i kłuć. Niewielkie krwawienie wewnętrzne. Kręgosłup nie ruszony. Ale myślę, że uderzyli go paskudnie w potylicę. Nie odzyskał przytomności w ogóle. I mógł się zarazić czymś z wody zatoki przy tych obrażeniach, nie wiem, jakie ścieki wędrują do niej.”

„Ścieki?” młodszy sanitariusz zamrugał. Chyba był X6, nie do końca pojmujący jak działa świat zewnętrzny.

„Przy wszelkich uszkodzeniach skóry ryzyko infekcji jest przeogromne. Miejmy tylko nadzieję, że władze Seattle nie postanowiły wpuścić w kanał jakiś ciężkich toksyn, jak w zeszłym roku…” wzruszyła ramionami, zakładając swój plecak i podając plecak Tava jednemu z wartowników. Wiedziała, że przeżyje, przywróciła go do życia, na litość boską! On nie umrze. Ale droga do zdrowia była naprawdę daleka. Naprawdę współczuła facetowi. Niestety, czasami słono płacili za swoją głupotę.

W tym samym momencie dobiegły ją dźwięki szemrania z lasów. Spojrzała z niechęcią między zielone listowie. X7, ale inne niż te przy bazie. Prawdopodobnie mieli inną domieszkę do ludzkiego DNA. Skrzywiła się mimowolnie, kiedy zrozumiała, jaką.

„Nie przepadasz za nimi?” uśmieszek na twarzy wartownika raczej ją wpienił niż rozbawił.

„Nie sposób nie lubić tych wampirków.” odburknęła pod nosem, skanując las wokół. Przy samej drodze był cały tuzin małych wartowników, tylko czekających, by wspierać X5 w razie jakichś problemów. Ale na razie nie było żadnych.

Chyba, że dzięki podejrzliwych spojrzeniom wartownika, ona sama stanowi problem.

A, do diabła z nimi. Westchnęła ponownie w duchu. Tutaj nic ją nie czekało, po cholerę się tutaj wybierała… Nadzieja była matką głupców, czyż nie takie przysłowie ukuła rasa ludzka? Ileż razy nie była zdolna do niczego prócz cichej modlitwy w ciągu ostatnich dwóch i pół miesięcy, niezdolna do niczego, i to dzięki jednemu z nich, oszalałemu transgenikowi? Nie nauczyło ją to czegoś? Nie, musiała się wybrać tutaj jak szalona… Pogięło ją całkowicie. Mogła odejść z Luisą. Mogła zakończyć to raz na zawsze, nie rozdrapując ran, które nie zaczęły się nawet goić… Ale nie, głupia myśl, że jednak 494 może przeżył, że jest mu chociaż winna powiedzieć o Rain osobiście…

To serum w białym pokoju chyba naprawdę niszczyło ich szare komórki szybciej niż zdążały się zregenerować. Ale ostatecznie nawet na to nie miała jak zwalić winy. Wciąż żyła, wciąż działała logicznie… za wyjątkiem tego, że właśnie weszła prosto w paszczę lwa, na ich teren, na dawną siedzibę Manticore…

Tu spędził ładnych kilka lat 494.

Westchnęła w duchu. On raczej nie zostałby dopuszczony do miejsca, gdzie spędziła ponad 5 dekad… Bycie obcym, nawet z całą przeogromną wiedzą i obcą magią, było do bani na tej planecie. Oglądała się przez swoje ramię częściej niż podczas tych pierwszych tygodni życia spędzonych na Antarze. Tygodni, które zamieniły się w miesiące… miesiące ciężkiej pracy, ale uwieńczonej słodko-gorzkim sukcesem.

Obym tego nie żałowała. Usiadła we wnętrzu ich własnej karetki, patrząc na twarz nieprzytomnego Tava. Wydawał się piekielnie młody… ile mógł mieć lat? Nie pamiętała, serum wyżerało wspomnienia… Może miał tak jak ona coś koło osiemnastki albo może był bardziej zbliżony wiekiem do dwudziestodwuletniego 494? Ale niezależnie od tego, ile wiosen zdążył obejrzeć, wyglądał teraz jak zmaltretowany młody chłopak, dziecko praktycznie jeszcze… czuła się przy nim bardzo stara i zanadto doświadczona, chociaż on sam był wysyłany tysiące razy do wojenne strefy. Ale chyba nic nie mogło się równać wspomnieniom tysięcy Kamahów z wojny z Antarem. I dobrze. Nie życzyła nikomu podobnego koszmaru. Nawet Zanowi.

Jechali kilka minut, podczas których robiła co mogła by zignorować ciekawskie spojrzenia dwójki transgeników od medycyny… jak tacy ludzie się do diabła nazywają? Nie wiedziała teraz, ale kiedyś – z pewnością… frustrujące uczucie. Ile czasu zajmie jej chociażby powrót do normalnej działalności? Prawdopodobnie długie miesiące, nawet ze specjalną uwagą Kala i tysiącami godzin spędzonych na ponownej nauce tego świata. Straciła w białym pokoju coś więcej niż Redgara i swoje własne zdrowie… Pozbawiali ją powoli najważniejszej broni – możliwości ukrycia się wśród ludzi, wtopienia w tłum dzięki znajomości ziemskich zwyczajów. Traciła dane na ich temat. Co gorsza, wyglądało na to, że z każdą mijającą godziną zmęczenia, traciła coraz więcej, szybciej, efektywniej… w postępie geometrycznym.

Pochyliła głowę, tłumiąc ziewnięcie. Nie pora była na to, by się tym martwić. Raczej powinna czym prędzej dorwać Dave’a i zatroszczyć się o kilka godzin niezakłóconego odpoczynku. Niekoniecznie snu – bała się spać prawdę mówiąc – ale czegokolwiek, co pomogłoby zregenerować chociaż trochę nadwątlone siły.

„Mogę zadać ci osobiste pytanie?” młodszy sanitariusz, Ha! Wiedziałam, że wiedziałam… ten który wygląda na X6 czy coś koło tego, spogląda na mnie niepewnie. Zapewne ma wryte służbowe, żołnierskie zachowanie wobec przełożonych aż do rdzenia kręgowego. Ile czasu zastanawiał się, czy może się odezwać bez pozwolenia?

No dobrze, dziecko. Technicznie rzecz biorąc jesteś mniej więcej w moim wieku, ulituję się nad tobą…

„Słucham…” mamroczę, zamykając oczy i opierając głowę o ściankę. Szum kół na asfalcie jest niczym melodia; rytmiczna, spokojna, pewna… wręcz usypia.

„Ile masz lat?”

Niewinny uśmieszek zjawia się nagle na moich ustach. No co? W końcu mama też może naśladować swoje dziecko, to przywilej nie tylko w drugą stronę… Taaa, małe dzieci, szczególnie takie cudowne jak jej Rain, potrafiły w jeden dzień nauczyć więcej niż 50 lat w inkubatorze…

„Każda kobieta ma osiemnaście. Nie wiedziałeś?” pytam lekko, zagryzając wargę na widok zmarszczki, jaka się formułuje między brwiami dzieciaka. Myśli bardzo intensywnie. Niemal para unosi mu się z uszu… szum przekładek w poprawionym mózgu jest niczym huk teraz…

Ok. trochę przesadzam z powodu zmęczenia. Może innym razem się pośmieję z innych. Ja zapewne byłam o wiele większym laikiem, a ten dzieciak, nawet jeśli geniusz, nie musi kapować każdego niuansu dorosłego życia. Psiakrew, on dopiero stanął na jego progu!

Oby było szczęśliwsze niż moje…

Samochodem szarpie krótko. Jesteśmy na miejscu. Nawet bez zatrzymania wiedziałaby. W nosie kręcił się ostry zapach sprzątania, leków, zmęczenia, strachu o bliskich, wszelkiej maści zapach rannych… Jezu, jeśli nawet ona to czuła, to co za piekło musi być dla transgenika! Do uszu docierał tupot wielu stóp, czuła charakterystyczną dla transgeników energię życiową… Dużo ich w jednym miejscu. W ciągu ostatniej doby musiały tu ściągnąć prawdziwe tłumy. Jej biedna głowa straciła rachubę przy półtora tysiąca. X-serie i wszelkiego typu specjalistyczne dywizje…

Niedobrze mi.

Wyskakuję na ziemię.. podłogę… asfalt czy co to tam jest. Jest dosyć ciemno, chociaż teoretycznie nie powinno to wpływać na jej zdolność widzenia, to jednak coś w niej przełamywało się w końcu, w przewrotny sposób dając znać, że to już koniec Wielkiej Ucieczki.

Ale czy była bezpieczna? Na samą myśl o powtórce z Nigerii, na samą możliwość, że nawet teraz, tutaj musi być czujna, nawet jeśli 494 będzie zachwycony, by ją widzieć… to jednak wciąż pozostawał ten transgenik, zamachowiec, X5 434 , który zabił Rain i ją samą wydał w ręce wojskowych… A mogła się założyć, że 494 nie wiedział o niczym. Więc póki mu nie powie, a on jej nie uwierzy, nie było szansy, by mogła poczuć się w miarę bezpiecznie.

Jeszcze tylko parę godzin… musi wytrzymać.

Wytrzymała Kamani w ogniu, wytrzymała po bitwie numer siedem tuż nad atmosferą Antaru, która pochłonęła życie czterdziestu miliardów Antarian, podczas gdy ona sama z Rathem obserwowali zmagania własnej rasy z Antaru, pozornie bezsilni, mogąc jedynie jak najlepiej postarać się wykonywać własną część zadania… tak, bywała w gorszej sytuacji niż desperackie pragnienie zwinięcia się w kłębek i zamknięcia, niż pragnienie kogoś, kto zapewni bezpieczeństwo, kto troszczyłby się o najgłupsze sprawy… Kala, 494, Soriego, Rathisa… kogokolwiek, by odegnał te dręczące uczucie, że zaraz zza rogu wyskoczy 434, zaśmieje się jej szyderczo w twarz i rozpruje brutalnie śliczny, błogosławiony brzuszek Sami…

Potrząsnęła głową, usiłując odegnać strachy. Głęboki wdech. Drugi. Trzeci. Jakaś głupia piosenka płynęła z radia…

Turn off the lights

and baby close the door

this is the night

we’ve both been waiting for

to fall in love it only needs

the blink of an eye and then you feel

some kind of longing and wanting and wishing and missing

until the dream comes real

Wykrzywiła usta w pół uśmieszku, pół ironii. Taaa. Jej powitalna pieśń na dzień dobry w Manticore. W żadnym koszmarze nie wyśniła, że sama dobrowolnie przestąpi próg tej bazy… W żadnym.

W końcu założyła plecak przez ramie i biorąc głęboki oddech, przekroczyła próg prowizorycznej izby przyjęć, nieświadoma zupełnie, że od kilka minut jest bacznie obserwowana przez zielone spojrzenie 494.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *