Too late too soon (5)

5.

Strzały. Cały sektor piąty był ich pełen. Dźwięki broni palnej rozbrzmiewały niczym echo między zrujnowanymi budynkami, niosły się nad mokrymi ulicami. Noc spływała krwią, każdy to czuł. Zapach przesiąknął powietrze, niósł się z wiatrem, przeniknął nawet wilgoć.

Siedem ofiar śmiertelnych.

Siedem transgenicznych żyć.

„Pieprzyć White’a!” Alec trzasnął ze złością zaciśniętą pięścią w ścianę, w efekcie robiąc przeogromną dziurę. Furia rozsadzała go; Max, która siedziała niedaleko, podskoczyła przestraszona i szerokimi oczami patrzyła się na niego. Nigdy nie widziała takiego Aleca. Był jak dzikie zwierzę, jak dzika bestia, nieokiełzana i bardzo niebezpieczna. Jej nos pełen był zapachu testosteronu, adrenaliny. Jego. W ułamku sekundy w Jam Pony dokonała się ta przemiana, zupełnie jakby wylazł z niego jakiś straszliwy potwór, którego nie rozumiała, który ją przerażał do szpiku kości. Manticorianin. Ktoś, kto zabijał bez mrugnięcia okiem i czerpał z tego satysfakcję, kto był przerażająco nieludzki, kto nie liczył się z niczym. Ktoś, kto żył także i w niej, a ona spędziła pół życia, usiłując zdusić to w sobie i być normalna. Zapomnieć.

Widok, jak łatwo, wręcz ciesząc się na to, Alec przyjął, ba, nawet sprowokował tą przemianę, był po prostu jej najgorszym koszmarem. Nie rozumiała jak można się na to cieszyć, na bycie takim zwierzęciem, kiedy jedyne, co tobą rządzi, to instynkty.

Mole pogardliwie łypnął okiem na 452. Ich największy problem, jak dotąd. Głupia baba, która tak rozpaczliwie próbowała być ludzka, ponieważ dotąd jakimś cudem nie nauczyła się jak być transgenikiem. Jak można było być tak głupim? Chcieć być ludzkim? Co do diabła było niewłaściwe w byciu transgenikiem?

Drzwi do sali operacyjnej otworzyły się gwałtownie, z furią, równą chyba tej, jaka przetaczała się przez Aleca. Biggs wyparował przez podwójne otwarte drzwi, nie mówiąc ani słowa. Jego ściągnięta bez wyrazu twarz mówiła wszystko. Han odwróciła wzrok. Nikt nie patrzył na niego, nawet kiedy jego ciężkie kroki słychać było w pustym zewnętrznym korytarzu.

Serce Cece przestało bić. Głuchy, płaski dźwięk wibrował w uszach Aleca niczym zimne requiem. Wściekłość powoli wpływała do jego żył, lecz lata kontroli i żelaznej dyscypliny rodem z Manticore przedarły się szybko przez to zamglenie. Dominowała jedna myśl. Jeśli się nie opanuje, jeśli nie zapanuje nad innymi, wszystko runie jak domek z kart… Ludzie wybrali ten dzień na frontalny, krwawy atak na nich. Ulice Seattle spływały krwią. Setek ludzi i kilku transgenicznych. Ośmiu, jak dotąd.

Widział po twarzach innych, że płonęła w nich żądza zemsty. Wystarczyło jedno słowo, a rzucą się do gardeł… Gwałtowny, ostry zapach testosteronu drażnił jego nozdrza, ale zignorował go. Teraz był potrzebny. Wiedział, że igra z ogniem… Ale to była ich walka o przetrwanie i w cholerę nie pozwoliłby na to, by głupi ludzie wygrali. Byli niczym jak oni.

„Jakieś wieści o Tavie?” mruknął do Tori, podpierającą ścianę, wiecznie podłączoną do ich drugiej częstotliwości. On sam słyszał ciągle pierwszą, jego własna słuchawka rozbrzmiewała sprawozdaniami. Nie były dobre, ale z pewnością o wiele lepsze niż trzy godziny temu.

To wyglądało na cholerny piknik w stylu ‚hurra, wybijmy wszystkich trans…’.

Jego wzrok padł na Brown. Siedziała pod oknem i gdyby jakiś snajper na zewnątrz zdecydował się ją wziąć na cel, nie miałby najmniejszego kłopotu. Zdecydowanie nie była żołnierzem.

Co ciekawe, mimo, że na pierwszy rzut oka przypominała mu Nem, z każdą mijaną minutą przypominała ją coraz mniej. Ale w jego Nem była jakaś wyjątkowość, elegancja i spokój, zaś Brown, chociaż opanowanej, daleko było do spokoju i cierpliwości. Znosiła tę sytuację, bo musiała.

Jej wcześniejsze słowa – że Nem zaginęła trzy miesiące temu i nie dała znaku życia – jakoś nie trzymało się to kupy. To nie była osoba, która znikała ot tak sobie… ‚zawsze gdzieś wypływała…’ I nie pierwszy raz zastanowił się, jak przeżyła… czy była wtedy ranna? Na pewno… jak zareaguje na niego? Żołądek skręcał mu się z niepokoju, czy będzie chciała go w ogóle znać… a może zemścić? Tori nie wiedziała, dlaczego dziewczyna przystąpiła do nich… ale żyła. I z pewnością ot była ona.

Westchnął, kiedy radio zatrzeszczało znowu, ale westchnienie szybko wypełniła ulga. Dave. Tav, Dave, Sami, Rain i Nem byli w jednej grupie. Ostatniej, która jeszcze nie dotarła z powodu wybranej ustalonej z góry trasy. Prowadziła przez teren najcięższych walk, ale nie zmienili jej. Policja wyłączyła nadajniki komórek, a przez radio płynęły tylko kodowane sprawozdania. Jeśli zmieniliby trasę, nie znaleźliby ich w ogóle.

„Powtórz, Zen.”

„Dave dotarł, zmierza do Harbor Lights.”

Odetchnął. Mały niepewny uśmiech pojawił się na jego ustach. Nem była bezpieczna. Ulga spływała z niego falami.

„Potwierdź skład grupy.”

Przez chwile nie dostał odpowiedzi, w końcu jednak radio zatrzeszczało.

„Dave i Rain.”

Nadzieja matką głupców…

„Nem nie ma z wami?”

„Jest z Tavem i Sami.”

Gówno. Dwie słabe kobiety i tylko jeden żołnierz do ochrony.

„Co do cholery Dave myślał?” wydarł się, niepomny zdumionych spojrzeń, jakie otrzymał od szanownego otoczenia. Sfrustrowany przejechał dłonią po włosach. „Sami jest w zaawansowanej ciąży, a Nem jest biologiem, który szanuje życie!”

„Bynajmniej nie ludzkie!” przyszła cicha odpowiedź z najmniej oczekiwanej strony. Od Luisy.

„Co powiedziała?” spojrzał na nią zimno. Uciekła spojrzeniem. Alec jest alfą, nie był.

„Nem jest doskonale zdolna, by troszczyć się o siebie samą.” burknęła „Szkolona od pierwszego oddechu, by dać radę przeciwko najlepszym elitom jednostek specjalnych, za każdą cenę.”

„No właśnie, ona jest gotowa…”

„Nie martw się.” rzuciła cierpko „Wbrew temu, co widziałeś, nie jest zdolna do samobójstwa.”

„Co ty powiesz?” naśladował jej ton.

„Żyje.” burknęła w końcu „Jest jakieś trzy mile stąd, na południe.”

Rozmazał, chwytając ja za szyję przycisnął do ściany.

„Trzeba było tak od razu!” warknął.

„Powiedz mi, Alec, dlaczego zawsze kiedy coś grozi Nem, rzucasz się do gardła najbliższej blondi?” z lekka rozbawiony głos Dave’a rozbrzmiał od strony wejścia. Za nim pojawił się Biggs, niosąc Raina.

Zwolnił uścisk. Miał przeogromną ochotę rozszarpać gardło Dave’owi, ale to wcale nie zbliżyłoby go do Nem. Był ostatnim, który go widział.

„Co z…”

„W porządku.” uciął krótko „Jest w dziewiątym sektorze.” wręczył mu krótkofalówkę. Alec zamarł, wpatrując się w mały aparacik jak zahipnotyzowany.

Z transu wyrwał go głos własnego brata, kiedy małe urządzenie zatrzeszczało nagle z jego głosem. Dave mruknął coś pod nosem na temat inteligencji blondynek, kiedy 494 wciąż nie zrobił ani ruchu.

„Mamy mały kłopot.”

„Oprócz szalejącego Aleca?” spytał doktorek „Zmieńcie kurs na HL.”

„Już to zrobiliśmy…” przyszła po chwili burcząca odpowiedź. Dave’owi nagle ścierpła skóra. Wyczulony słuch złapał bardzo niepokojący dźwięk. Ktoś kaszlał, prawie wypluwając płuca.

„Czy to…?”

„Taaaa. Właśnie się wydało, co ukrywała Zosia-samosia. Ten krwotok wewnętrzny… to płuca. W każdym bądź razie teraz płyn dostał się do płuc.”

Co za głupi pieprzący dzieciak, Dave myślał, oglądając jak Alec gwałtownie wytrząsa się z oszołomienia. Jak do cholery mogła ukrywać coś takiego? Coś tak poważnego?

Nagle jednak wszystkich dobiegło głośne sapanie. Kaszel w tle ustał… nic nie dobiegało teraz do niego prócz oddechu Tava.

„Tav, żyjesz?”

„Tak.” stłumiona odpowiedź pojawiła się po naprawdę długiej chwili „Nem nie bajerowała, mówiąc o osłonach, powłokach.”

Nawet przez krótkofalówkę wyczuwał drżenie w jego głosie. Tav trząsł się ze strachu. Co na litość boską się tam działo?

„To cholerstwo właśnie się wyłączyło…”

„Tav?”

Milczenie.

„TAV!!!”

Milczenie.

Milczenie. Wreszcie sygnał rozłączenia.

Dave podniósł wzrok na ściągniętą twarz przyjaciela, który już zmierzał w stronę głównego wyjścia, wyrzucając rozkazy z prędkością karabinu maszynowego. Jakby w ogóle były potrzebne…

„Alec!!!” wrzasnął za nim „Nie złapiecie ich. Nie z Nem!”

„Nie zostawię jej z ludźmi na ulicach.” warknął „Seattle jest pełne jednostek specjalnych i cywili, którzy myślą, że mogą nas zabijać dla rozrywki… ” stwierdził zimno z determinacja, która nie każdemu się podobała… To była mordercza determinacja. Nie potrzeba ochrony własnego gatunku, lecz potrzeba zapewnienia bezpieczeństwa Nem. Alec kazałby wyciąć całą populację Seattle, jeśli zaszłaby taka potrzeba.

Musieli ich rozdzielić. Niemożliwością było, by Alec zaakceptował ten poziom tajemnic wokół Nem, oni nie mogli na to pozwolić. Albo była z nimi, albo przeciwko. Proste prawo przeżycia.

„Żaden z nas nie podejdzie Nem, jeśli ona tego nie zechce. Gorzej, jeśli my zaczniemy ja teraz tropić, znów uzna nas za wrogów.”

Twarz Aleca ściemniała.

„Nie jestem…”

Radio zatrzeszczało, przerywając kłótnię.

„Powtórz, Zen.” Alec zażądał, nie mogąc uwierzyć własnemu szczęściu. Ten dzień był zakręcony od rana do nocy. Mieli Tava na celowniku?

„Tav, Sami i chyba jeszcze kobieta. Jest małe, zwinne i raczej ten typ budowy.”

„Od kiedy nie jesteś w stanie powiedzieć, jak wygląda kobieta, Zen?” uśmieszek wykwitł na jego wargach. „Szczególnie Nem. Zdaje się, że nieźle się jej przyjrzeliście w Nigerii.”

Zgrzyt zębów.

„Ubrane od stóp do głów, luźna ciemna bluza z emblematami jakiegoś zespołu, kaptur na głowie. Niby przypadkowo opierają się o… generator pobliskiego systemu zasilania, tego od kamer. ” wyczuł raczej, że Zen się śmieje niż usłyszał „Generuje takie ilości ciepła, że odczyt jest zamazany. Chyba chcą to wyłączyć.”

~ * ~

„Policzę do trzech, przejdziesz centralnie do głównego komendanta i zaczniesz histeryzować, jak tylko możesz.” ściągnięta i ukryta w cieniu twarz Nem nie przykuwała uwagi, to był ton, który ją zajmował. Ciepły, zapewniający, że wszystko będzie w porządku. Nawet Tav zwiódł się, nie mówiąc już o lekko zdenerwowanej Sami. Żeńska X5 nieznacznie ścisnęła dłoń małej kobietki, niepewna, czy nie za mocno. Większość powierzchni dłoni Nem było zabandażowanych dokumentnie, a skóra palców nosiła ślady głębokich, rozległych ran. Musiało boleć piekielnie. Nie chciała sprawić jej większego bólu, Nem przez ostatnie dwie godziny zdecydowanie udowodniła, że nie w głowie jej ‚te idiotyzmy’ i przestawiła się na pełne unikanie wszystkiego, co mogło im zagrozić. Sami nie sądziła, by mogli ujść chociaż kilkaset metrów bez jej umiejętności, nie wspominając o tym, że prawie dotarli do pierwotnego celu. Terminal City leżało w odległości około pół mili. Niestety, cel się zmienił. Terminal City zostało zaatakowane przez policjantów, ulice zostały obstawione cieplnymi kamerami, a i zwykli cywile włączyli się w akcję ‚oczyszczania ulic”. Do diabła z nimi!

„Co zamierzasz?” Sami szepnęła mimo wszystko. Nem nie zamierzała właściwie odpowiadać, to było oczywiste, szczególnie po tym, jak przedefilowali tuż przed trzymającym ekran cieplny policjantem, a ten zachowywał się jakby niczego nie widział. Może i nie widział, dumała Sami. Od kiedy była w ciąży, jej zdolności zmniejszyły się znacząco, całą jej energię zabierało dziecko. Ale zdecydowanie, coś było w Nem, niewiarygodna siła, której teraz zdecydowała się użyć by im pomóc. Włoski na jej karku zjeżyły się nagle. Już za późno było na pytania.

„Raz… dwa… trzy…” wymamrotała pod nosem, ale z siłą, która zadziwiała Tava i Sami. Sami posłusznie poszła za rozkazem, wybiegła z zaułka i szlochając rozpaczliwie rzuciła się w stronę dowódcy, mamrocząc cos bez sensu o tropiącej ją wściekłej bestii. Rola na Oskara.

Cholera, jak to się wydarzyło, że nagle Sami powierzyła jej swoje życie z takim zaufaniem? Tav myślał w niewiarygodnym zdumieniu, ale i podejrzeniu. Zerknął ostrożnie na Nem. Nie ruszała się, psiakrew, nawet wstrzymała oddech. Ostrożnie zerknął pod jej kaptur. Miała zamknięte oczy i wyraz koncentracji na twarzy.

Psychol. No kto by pomyślał, przeszła przez niego cyniczna myśl. Zarówno on, jak i Alec, jak i mnóstwo innych X5 dostali naprawdę w kość od członków Psy Ops, ale na wolności… na wolności wszystko było zupełnie różne. Ludzie bali się tych z Psy Ops nawet bardziej, coś niepokoiło każdego zwyczajniaka nawet na samą sugestię, że ktoś mógłby zajrzeć do ich umysłów. Brutalność tropienia i prześladowań zaskakiwała nawet Noble. Więc z Psy Ops szukali ochrony u X5 i tak w końcu instynkt ochrony własnego gatunku przeważał, a później szło już z górki. Psy Ops też mieli niełatwo w Manticore, Renfro znajdowała metody na każdego, by robili to, co chciała. Przeklęta suka. Przez nią stracili rok… i prawdopodobnie wiele transgenicznych żyć. Przez rok nie widział Aleca, jego jedynej rodziny. Rok!

Członkowie Psy Ops w końcu zintegrowali się na jakimś poziomie z innymi Manticorianinami, okazali się praktycznie tacy sami, jak pozostali. No, może byli po prostu słabsi fizycznie, ich genetyczne koktajle zostały zaprojektowane na umysłowe zdolności, poza tym wszyscy z Psy Ops byli X4. Ale widział, jakim spojrzeniem Sami obrzuciła Nem, zanim wybiegła z tego zaułka.

Zawodowa ciekawość.

Prawdopodobnie nie była w stanie określić rodzaju zdolności Nem, jeszcze bardziej prawdopodobne, że nie była w stanie wcześniej ich w ogóle dostrzec. Nem nie chciała im pokazać części siebie, chowanej głęboko przed światem i się nie dziwił.

Bezwiednie przesunął się bliżej wyjścia z zaułka, z niepokojem obserwując Sami. Nie lubił nawet pomysłu jej w rękach ludzi, co dopiero zapachu zwyczajniaków na niej. Co prawda dotykali tych jej ramion, usiłując uspokoić szlochającą dziewczynę, ale i na ten widok krew w nim wrzała. Pieprzone bękarty, mające brzydki zwyczaj dotykania tego, co nie było ich.

Nagle jednak coś przykuło jeszcze uwagę policjantów, bo spojrzeli nagle jak jeden mąż w jego stronę… nie widząc go zupełnie. Ich twarze, pełne trwogi, dłonie zaciśnięte na broniach, zdrętwiałe kompletnie od szoku.

„Bierz Sami.” Nem mruknęła za nim cichutko, ledwo ją słyszał „Tworzę iluzję w ich umysłach, jesteś policjantem eskortującym ją stąd do szpitala…”

W czystym zdumieniu obserwował, jak komendant podnosi radio i coś mówi. Czytał z ruchu warg, nie wierząc własnym oczom. Jak ona do diabła to robiła?

„Na mój znak… wsiądziesz do samochodu na czele tamtej kolumny… Masz jakieś pół minuty. Przejedziecie przez wszystkie punkty kontrolne aż do piątego sektora do Harbor Lights.”

„A ty?”

„Nie zobaczą mnie, spoko. Też zmierzam do szpitala.” posłała mu uśmiech, wciąż jednak wyraźnie się koncentrowała. „Teraz.”

Pełen sceptyzmu, wyszedł jednak z cieni. Pochmurna noc była dosyć ciemna, ale te przeklęte reflektory i kamery cieplne sprawiały, że niemożliwością było, by policjanci go nie widzieli. Haha… zaśmiał się w duchu ubawiony, kiedy jeden z wartowników pozdrowił go z szacunkiem. Ciekawe, jaką iluzję powsadzała do ich głów… tylu ludzi i na tak długo. Niewiarygodne.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *