Too late too soon (4)

4.

Nem przechyliła głowę, wsłuchując się w dźwięki nocy. Ciemny las był ich pełen, były naturalne dla niego, nie obce i nie sztuczne, wiec transgeniczni byli spokojni i swoje straże rozstawili dosyć luźno. To był ich teren, znali go dobrze.

Dla niej te dźwięki… wysyłały ciarki przerażenia wzdłuż połamanego kręgosłupa. Nic nie mogła na to poradzić. Bała się. Z każdym krokiem w stronę Seattle oddalała się od słonecznej Kalifornii i oddalała się od Nowego Jorku. Dwa miejsca na tym szalonym ludzkim świecie, gdzie mogłaby znaleźć schronienie… Co ona do diabła robiła najlepszego?

Część jej wiedziała, co robi, lecz wcale nie chciała się przyznać do tego głośno.

Głupio byłoby przyznać się do nadziei w sercu, nieprawdaż? Po tym wszystkim, co się stało w ciągu ostatnich miesięcy, wciąż trzymała się tej nitki nadziei, odsuwała nękające ją wątpliwości i obawy, odsuwała logikę, która wciąż jej powtarzała, że nie zrobiła wszystkiego, by ochronić Rain…

To była jej wina. Powinna wyczuć, że z 434 jest coś nie tak. Nie Cece, która w końcu powiedziała o Rain komuś, kogo znała i ufała całe życie. Jakżeby ona miała coś podejrzewać? Nie. To było jej dziecko, jej zadaniem było je chronić. To był wręcz święty obowiązek. Nawet Hendricks – jej matka-nosicielka była w stanie zrobić wszystko by ją ocalić. A ona? Czymże była w porównaniu z poświęceniem tych, którzy odeszli? Tych, którzy poświecili wszystko, by ich rasa przetrwała, by zachowaj nas w pamięci nie zostało jedynie pustą frazą?

Jej córeczka obdarzającą ją całkowitym zaufaniem w swoim małym serduszku… jej prześliczne zielone oczy, pierwsze zielone oczy u Kamaha, nie będące oznaką tragedii… a jednak nie zdołała jej ochronić. Ani ona, ani Kal, ani Redgar… Redgar, który przez cztery miesiące wbijał jej do głowy, że dla 494 wcale nie była tylko pracą… że coś czuł do niej, nawet jeśli znali się jedynie kilka dni… zmiana w jego charakterze po jej ‚śmierci’ była zbyt wyraźna, a jej imię nagle stało się znane każdemu transgenikowi… ach, jakże desperacko chciała uwierzyć w to i w końcu uległa. Jej szalone kamahskie serce chciało wierzyć i nie zważało, co podpowiadał rozum, że stali po dwóch stronach barykady. Romeo i Julia, też stali i jak się skończyło? Źle, bardzo źle.

Nie słyszała kroków Dave’a, ale też zapewne miała ich nie słyszeć. Wyczuła jego energię… i obawę.

„Hej, Nem…”

Skinęła mu głową.

„Mogę cię o coś zapytać?”

„Hm, ale nie gwarantuję, że dostaniesz odpowiedź zamiast po głowie”

„Kto by pomyślał, że siedzi w tobie taki mędrek.”

We mnie siedzi obcy. O-B-C-Y-, Dave. Przeliterować ponownie?

Ale trzymała buzię na kłódkę.

„Jutro wchodzimy do Seattle. Co zamierzasz?”

„Pytasz się, czy znowu zniknę?”

Aha.”

„Nie wiem.” westchnęła „To zależy, co zastanę w mieście.”


„Lub kogo?” podsunął usłużnie, obserwując uważnie jej twarz, ale nie wydała ona niczego. Dziewczyna była naprawdę opanowana. Strach pomyśleć, co ją do tego zmusiło w takim wieku. Raczej nie doświadczenie biologa.

Zmarszczyła brwi na chwilę, jakby mówił o czymś zupełnie innym niż ona.

„Sugerujesz, że plotki mogłyby być prawdziwe?”

„Które?” spytał ostrożnie. Uch, chyba namieszał.

„O 494. Podobno żyje.” mruknęła nawet nie podnoszą wzroku. Ciemność lasu przerażała ją. Żyła na tej planecie siedemdziesiąt cztery lata, ale wciąż ją przerażała, wciąż natykała się na coś, czego nie znała, nie rozumiała, bała się. Las wokół Seattle był mroczny i zimny. Już wolała nigeryjską dżunglę. Była znajoma. Nauczyła się tam żyć.

„Co byś zrobiła, gdyby nagle stanął przed tobą żywy?” podniósł brew. Wyraz twarzy Nem ciemniał z każdą sekundą.

„Nie wiem.” wzruszyła ramionami „To zabawne… Redgar wbijał mi przez cztery miesiące do głowy, że dla niego to nie była praca, chociaż zaraz po… no dobrze, zrobił mi wykład na temat zasad. I z całą pewnością miał ochotę przełożyć mnie przez kolano i sprawić mi srogie lanie…”

Miał, podszeptywała okrutnie pamięć.

„… i pewnie by to zrobił, gdyby nie jeden drobny szczegół… robiąc krzywdę mnie, zrobiłby krzywdę dziecku.”

Dave poczuł nagle, że w płucach brak mu tlenu. Uścisk powiększał się z każdą sekundą, jak słowa Nem wsiąkały w powietrze i w jego serce.

Pomagał dziewczynce, której ojcem był transgenik.

Miała dziewięć miesięcy.

Miała. Był. Miała. Czas przeszły.

O Dobry Boże.

Wykrzywiła usta w bolesnej ironii.

„Próbowałam powiedzieć mu na lotniskowcu… ale oboje wiemy, że nie bardzo mi to wyszło. Normalnie dałabym się złapać i zwiałabym z transportu… Nie mogłam dopuścić jednak, by się dowiedzieli. To była moja odpowiedzialność, zapewnić bezpieczeństwo dziecku. Jeśli ja byłam bezpieczna, było bezpieczne dziecko. Nasze paranormalne zdolności wiążą nas w nieprawdopodobny sposób z rodzicami i nie ma przy tym zupełnie znaczenia, czy biologicznymi czy nie.”

Dave zmarszczył brwi. Chyba jednak mu się wydawało… przez chwilę. Ale jakby Nem miała wyczuć dziecko po kilku godzinach? Nie była transgenikiem, jej zapach się nie zmienił.

„Rain miała nawet podobne zdolności, co ja…. tylko o wiele słabsze. Domyślam się, że to z powodu jej pochodzenia.”

„Czy chcę wiedzieć, jaką rasę reprezentujesz?”

Jęknął zrezygnowany, wdzięczny w duchu dla małej zmiany tematu; informacje były zbyt szokujące. Nem była matką. Co prawda nie biologicznie, ale więzi w jej rasie były mocne.

„Po co? I tak nic ci to nie powiewa.” ziewnęła nieznacznie „Jestem zmęczona, Dave. Nie spałam zbyt długo, moje ciało nie uzdrawia się i nie mogę wrócić do domu. Nie w tym stanie. Nie sforsuję systemów bezpieczeństwa, zostały zmienione na 100%, kiedy tylko dotarła do nich wiadomość o moim zaginięciu i śmierci Rain. Więc pomyślałam, że się przyłączę.”

Śmierci…

Czy mu się wydawało, że mówią dwoma różnymi językami?

„Hm, istnieje coś takiego jak telefon!”

„Tak sądzisz?” spytała szyderczo „Jakakolwiek próba kontaktu w nie-tradycyjnym dla nas sposobie kończy się likwidacją. Najpierw atakują, potem zadają pytania. I są na 100% skuteczni. Wierz mi, widziałam.

„Milutka rodzinka.”

„Aha. Na osiemnaste urodziny dostałam od nich psa. Wabi się Yapi i jest wielki jak dąb.”

Chrząknął, by powstrzymać śmiech czający się w gardle i kącikach ust, ale zawiódł.

„Ale z ciebie dziwadło. Większe niż my.” Po kilku minutach musiał otrzeć łzy śmiechu, a brzuch bolał niemiłosiernie.

„Tylko próbowałam rozjaśnić nastrój.”

„Całkiem nieźle. Więc nie możesz dotrzeć do swoich?”

„Nie. Albo atak na centralę w Nowym Jorku albo wiadomość, coś podobnego do telepatii. Wyczuwamy siebie nawzajem, więzi w rodzinach. Próbowałam dotrzeć do mojego ojca, ale on mnie nie słyszy… musieli coś uszkodzić w moim mózgu… bo to podstawowa funkcja u nas.” mruknęła w końcu „Miną miesiące, zanim wyzdrowieję wystarczająco. Seattle ma jedną ważną zaletę.”

„A mianowicie?”

„Tam ciągle leje. Wysoka wilgotność powietrza rozluźni powłoki do tego stopnia, że będę mogła wprowadzić kilka leków. Woda zawsze pomaga w leczeniu.” wygłosiła z namaszczeniem i Dave prawie wyśmiewał wyraz koncentracji na jej twarzy. Z udręczonej matki w żołnierza i potem w małe dziecko, powtarzające ojcowskie lekcje…

Alec, lepiej bądź w tym cholernym TC…

„Nie ukatrupisz mnie za oglądanie się na Sami?” spytała kpiąco. Prawie się przewrócił.

„Widzę w ciemnościach lepiej niż wy. Myślałam, że wiedzieliście o tym po Nigerii.” Dorzuciła sucho. Zakaszlał mamrocząc niewyraźne ‚dobranoc’ zawrócił w stronę obozu.

Nie wiedział, co kryło się pod tą całą powłoką Nem, ale zdumiewała go niezmiernie. Szczególnie kiedy to z niej wyłaziło i robiło z niej niezłe ziółko wymieszane ze słodyczą niewinności.

Swoją drogą, ciekawe, ile ten dzieciak miał lat… zwłaszcza, że pozwolono jej adoptować dziecko. A może było innym przedstawicielem jej rasy i po prostu straciło rodziców?

Ale teraz Nem straciła dziecko, do którego najwyraźniej była przywiązana i kochała je nieprawdopodobnie. Nie wiedział, czy chce być, kiedy straci opanowanie, na które tak wszyscy dotąd narzekali. Zamroziła ból i uczucia w sobie… miał nadzieję, że jednak nauczy się żyć dalej, od nowa, więcej niż dosłownym sensie. Z Aleciem.

~ * ~

Ściągnęła okulary, patrząc z zaciekawieniem na zachodzące słońce, igrające w kałużach. Świat teraz był tak nieprawdopodobnie różny. Jej nowe oczy, psiakrew, całe jej nowe ciało samo w sobie było zupełnie nowym światem, całą nowa skalą odczuwania, a oglądanie ziemskiego świata, świata ludzi, który do niedawna był jeszcze jej, było szokiem powalającym na kolana. Wszystko było różne, mimo, że przez 32 lata swojego życia jako człowiek oglądała Ziemię, żyła przez 14 lat jako żona Redgara, to jednak nie miała najmniejszego pojęcia, w jaki sposób postrzegał otoczenie i teraz wszystko było co najmniej dziwne. Głęboko zakopane w świadomości, że woda jest czerwona, a nie niebieska, przezroczysta czy jakaś tam… spoglądała na niebo i odruchowo szukała widoku co najmniej dwóch planet i ich księżyców widocznych za dnia. I do licha, niebo było niebieskie, zamiast tonąć w delikatnych barwach żółci i fioletu!

Rodziło to dużo frustracji, ale żadne konflikty wewnętrzne nie powodowały tego, co myśl o Redgarze… Kal przyszedł osobiście do ich nowego domu w Seattle, powiedzieć jej o echu, które niczym burza przetoczyło się przez jego głowę dwa tygodnie temu. I teraz gdzieś po kraju hasała sobie Nem, ciężko ranna, przekonana, że jedyne, co jej pozostało, jedyny powód do życia, to Kal. I zapewne niosła wspomnienia Redgara, ponieważ mimo echa, do żadnego z nich nie dotarł chociażby skrawek jego wiedzy.

Niosła jego wspomnienia o niej, o Nem, o Rain, o przeszłości na Kamah, o wojnie… i prawdopodobnie o tym, co go spotkało przed śmiercią. Mimowolnie zadrżała. Nie chciała wiedzieć, co czuł przed śmiercią. Jakie tortury doprowadziłyby do śmierci Kamaha? Na litość boską, istniały tylko cztery sposoby, by go zabić. Śmierć przez utopienie słoną wodą była najłagodniejszą formą i zajmującą najmniej czasu.

Zaledwie trzy godziny.

Zacisnęła powieki na chwilę, wewnętrzna pamięć obcych podsuwała jej miliony obrazów, miliony obrazów z pamięci Kamah. W jakiś niesamowity sposób czuła się związana z każdą z tych drobniutkich świecących istotek, a sama myśl o nich wywoływała uśmiech czułości. Nie tylko myśl o Redgarze czy diabelnie upartej Nem… ale także każdy obraz ich cierpienia burzył krew w jej żyłach i żądał zadośćuczynienia. Jakim cudem wydawało się jej, że Kamahowie nie są mściwi? Psiakrew, była nim zaledwie trzy tygodnie, trzy tygodnie minęły od czasu, kiedy jej istotę skopiowano z martwego ludzkiego ciała i wsadzono w przygotowane specjalnie dla niej ciało żeńskiej Kamah, a zaznała więcej żądzy krwi i zemsty na Antarianach niż kiedykolwiek w swoim ludzkim życiu.

I te paskudne sny, w których Nem przyłącza się do transgeników i w towarzystwie Tava zabija nowojorskiego Zana… Nie rozumiała ich, dopóki Kal nie przyszedł do niej, nie wytłumaczył, dlaczego nagle w nocy obudził ją wewnętrzny, rozdzierający serce od środka krzyk. Nem zmierzała do Seattle, Kal był pewny. Więc porzucając wszelką logikę i w tajemnicy przed wszystkimi, uruchomili swoje źródła i postarali się znaleźć Tava. Ale Tava nie było w Seattle.

Był za to 494, obecnie Alec McDowell. Eks-szef transgeników, który z jakiegoś szalonego powodu porzucił swoją misję i zaprzestał chronienia swoich pobratymców. Ojciec Rain. Chociaż pewnie nie uwierzyłby ani na jotę, gdyby mu powiedzieli. W końcu według ludzkiej i transgenicznej rachuby miesiąc to zdecydowanie za mało na ciążę. A fizjologii czy istnienia Kamahów nie mogli wyjawiać. Sytuacja ogólnie rzecz mówiąc była do kitu.

Oderwała zafascynowane spojrzenie od słonecznych promieni (z jednego słońca, świat stanął na głowie!!!), igrających w lustrze kałuży i ignorując doceniające spojrzenia ze strony wychodzących posłańców, wkroczyła po rampie do Jam Pony.

Alec podniósł głowę, widząc nieznaną dziewczynę. Była śliczna. Zlustrował ją od stóp do głów. Drobne ciałko, kształtne we wszystkich właściwych miejscach, gładka, jasna skóra, aż prosząca, by jej dotknąć. Długie, jasne włosy, w których odbijały się promienie zachodzącego słońca, nie nosiły najmniejszych śladów użycia farby czy czegoś równie okropnego. Spływały lśniącą kaskadą na ramiona i plecy, wysypując się niczym wodospad spod białej chustki na głowie. I ta drobna ślicznotka bez najmniejszego wahania podeszła do kontuaru, jakimś pytaniem zamykając w końcu rozdziawioną na jej widok buzię Normala. Niestety, w Jam Pony panował zbyt duży tłok i gwar o tej porze, by mógł cokolwiek usłyszeć. Kakofonia dźwięków wokół była zbyt silna.

Być może dziewczyna była kolejnym nie odkrytym dotąd przez nich eksperymentem Manticore? Jakoś ostatnio sporo ich było… i wszyscy przybywali do Seattle. Wiedział, co to oznacza, czego oczekują od niego… ale mimo wszystko na samą myśl, by podjąć na nowo odpowiedzialność za ich wszystkich, cierpła mu skóra. Albo zwyczajnie jego serce ogarniał czysty strach. Nie wierzył, że dałby sobie radę z tym wszystkim. W końcu wszystko, czego się dotknął, rozsypywało się w gruzy. Nem wybrała samobójstwo, zamiast mu wierzyć, na Rachel sprowadził śmierć. Chryste, nawet jego oddział zbierał Dave, nie on. Cece doniosła, jak się zbierają i lada dzień powinni być w TC.

Oglądał, jak kobieta odrywa się od kontuaru po krótkiej rozmowie i zmierza w jego stronę. Jego.

Nozdrza nie owiał żaden znajomy zapach, żadna znajoma składanka zapachu… nic z czym potrafiłby ją skojarzyć. Nie była rodzajem transgenika. Jedyne porównanie, jakie mu się nasuwało, budziło zbyt wiele demonów, by je wywołać. Mimowolnie napiął się.

Blondynka zatrzymała się przed nim, nawet nie kwapiąc się przyjrzeć mu uważniej, co zazwyczaj robiły kobiety na jego widok. Szacowały. Śliniły się.

„Alec McDowell.” uśmiechnęła się nieznacznie, ale ten uśmiech nie dotarł do oczu. Oczu. Jezus Maria. Zielone, piękne… zupełnie jak… jak…

„Luisa Hendricks-Brown.”

Ze świstem wypuścił powietrze.

Brakujące ogniwo powiązania między Nem a Danem Brownem.

I jak do diabła znalazła go tutaj? Kto jej powiedział?

„Byłam żoną Dana, jak się zapewne domyślasz…” przez jej twarz przebiegła nuta smutku.

„Nie wiedziałem, że miał żonę.” mruknął ostrożnie. Dan właściwie mógł ją poślubić po śmierci Nem, prawda?

„Mało kto wiedział.” uśmiechnęła się uspokajająco „Dan umarł dwa tygodnie temu.”

Szok.

„Problem jednak w tym, że on był na misji ochronnej. I teraz jest to razem z 467, który zmierza do Seattle.”

Cisza wokół nich uświadomiła mu dokładnie, jak wielu transgeników pracowało w Jam Pony. Kilkanaście osób wpatrywało się w nich otwarcie albo ukradkiem. Wiele rozmów nagle ucichło i poprzedni gwar zamienił się nagle w lekki szum.

„Nie sądzę, bym mogła wejść sama do TC. Byłeś najwyżej zaszeregowanym w nieformalnej strukturze, jakiego znał Dan, więc pomyślałam o tobie.”

„Co takiego chronił Dan?” spojrzał ciekawie na nią. Rozmawiał z Biggsem przez telefon, Tav był z nim, jego stuknięty braciszek, ale nic nie wspominali o spotkaniu Browna. Prawdopodobnie Luisa miała złe informacje… ale mógł jej pomóc, prawda? I zanim jego stuknięty braciszek się zjawi, wydobędzie z niej wszystko, co wie o Nem. „Jeśli to się wiąże z wojskiem…”

„Dan odszedł w lipcu zeszłego roku.” przerwała mu obojętnie, jakby to był powszechnie znany fakt. Nie był. Był przekonany, że Brown nadał służył. „I nie co, tylko kogo. Pewną osiemnastolatkę, chodzącego na dwóch nogach geniusza, którego osobiście zdążyłeś poznać w Nigerii…” mruknęła cierpko i z dezaprobatą, a jego serce zatrzymało się na ułamek sekundy… nie, to nie może być prawda… nie może… widział, jak skoczyła do wody… „Dwa i pół miesiąca temu był zamach, oboje dostali się w nieznane ręce. Nie zdołaliśmy do nich dotrzeć, sądziliśmy, że przepadli… Dwa tygodnie temu w poniedziałek ktoś wyemitował sygnał śmierci. Któreś z nich nie żyje. Podejrzewamy, że Dan, a Nemin z jakiegoś szalonego powodu przyłączyła się do twojej byłej jednostki. Prawdopodobnie z powodu obrażeń.”

Zamknął w sobie szalejącą burzę, zamknął każdą emocję, wściekającą się w jego duszy i w zimnej, opanowanej masce żołnierza chłonął informacje. Nem żyła. Była z Biggsem i Tavem, a oni nie wspomnieli ani słówkiem… zapewne w innym przypadku pognałby przez kraj do nich. I Nem… była z nimi? Nie uciekła? Mała nić nadziei oplotła mocno jego szyję, odbierając oddech.

Ale w następnej sekundzie transgeniczny żołnierz w nim znów ożył. Jego partnerka była ranna. Jego Nem. Czuł, jak ciało gwałtownie zmienia się, jak adrenalina wydostaje się szybko do krwi, zmieniając reakcje, wyciągając z niego kogoś, kim nigdy już nie chciał być, a kim był kiedyś.

I po raz pierwszy od roku nie miał nic przeciwko temu.

Nem żyła. Żyła! Jego serce jeszcze nie objęło tego, ale mózg już zdążył, przetwarzając te drobiny otrzymanych informacji. Przede wszystkim musiał zapewnić bezpieczeństwo na ulicach miasta… White doskonale wiedział, że transgenicy się zbierali, że zdążali do TC i przez ostatnie tygodnie na ulicach trwały dosłownie otwarte walki między jego agentami a transgenikami. Z przewagą dla transgeników, ponieważ oni się do niej oczywiście włączali. Ale sama myśl, że Nem mogłaby być chociaż przypadkowo zraniona… będąc już prawdopodobnie ranną… jego żyły mroziła dawno zapomniana wściekłość.

Cece stała za szafką, jej serce tłukło się w piersi dosyć gwałtownie.

Nem jednak przeżyła. Matko Przenajświętsza, dopomóż! Modliła się w duchu… ale to, co widziała, wcale nie chciało zniknąć, mimo najlepszych chęci.

Obraz wyciąganego przez wojsko zmasakrowanego ciała Nem z płonącego samochodu wrył się w jej pamięć jak nic innego. Ponieważ to była jej wina, jej odpowiedzialność. To ona powiedziała temu choremu sukinsynowi, że Nem żyła, zabijając ją w efekcie. Ją i Dana Browna.

Ale jeśli… jeśli jednak przeżyła… nie wątpiła, że Nem zmierza z jej jednostką do Seattle nie z powodu Aleca, lecz z powodu jej. Nem była przekonana, że 494 nie żyje i z tego, co widziała, ułożyła sobie życie nie oglądając się na Nigerię.

A teraz Alec… wpadł w ochronny tryb wobec swojej wybranej partnerki, żaden transgenik nie chciał być jego wrogiem w tej chwili.

Ale ona była. Od prawie trzech miesięcy.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *