Too late too soon (3)

3.

Sori usiadł gwałtownie na posłaniu, tracąc kompletnie swój ludzki wygląd. Wpatrywał się w ciemność, usiłując wychwycić ten słabiutki sygnał. To była Nem. Ale to, co odebrał… Dobry Boże, nie pozwól, by to była prawda.

Przejechał dłonią po włosach.

Byli skończeni. Wiedzieli o tym. Nemin była ich jedyną nadzieją. Tracąc Nemin, tracili ostatnią szansę na wydostanie się z tego cholernego świata. Świata, który niszczył ich dusze. Świata, który swoją wrogością wobec nieznanego wysłał w niebyt ostatnich przedstawicieli ich rasy.

Ich ukochana najmłodsza latorośl zaginęła. Niemożliwe? A jednak. Rain nie żyła, a Nemin i Redgar jakby zniknęli z powierzchni planety. Co gorsza, Antarianie poczynali sobie ostro. Wyciągali statek. Statek, który przywiózł Nem. Statek zdolny do lotu. Statek cmentarzysko. Statek, który mogła uruchomić jedynie Nem. Do jej struktur życiowych był dostrojony główny komputer pokładowy. Rejestrował, że była ostatnim żywym członkiem załogi. Cholerne diabelstwo.

Ale jakkolwiek była im potrzebna, by opuścić planetę, dla niego była przede wszystkim młodszą siostrzyczką. Jego ukochaną młodszą siostrzyczką, tak wyczekiwaną przez lata. Jego ekscytację przewyższały jedynie uczucia Kala…

Tym boleśniejsza była jej strata.

Wzoru życia Nemin ucichły w nich.

Nie odbierała, ani nie wysyłała niczego. Zupełnie…. jakby była martwa.

Nikt nie śmiał mieć nadziei.

Nawet nie teraz. To nie był wzór życia, ani wiadomość… tylko bardzo słabiutkie echo… echo, które znał z roku 1947.

Echo agonalnego, pełnego rozpaczy krzyku… zachowaj nas w pamięci…

Wstał i wszedł do łazienki. Ochlapał twarz zimną wodą i spojrzał ponuro w swoje odbicie. W twarz Kamaha.

Twarz, której nie znała żadna inna rasa.

Co zrobi Nem? Wiedziała o każdym zabezpieczeniu, każdym protokole bezpieczeństwa, o wszystkich działaniach podjętych na wypadek chociażby braku wieści o jednym z nich…

Nem musiała wiedzieć o śmierci Rain….

Nie zaryzykuje bezpośredniego podejścia. W cholerę, sama błagała przez lata, by chronił innych, jeśli jej zabraknie. Jej rasa, jej rodzina, ich życia – to było dla niej najcenniejsze.

I to właśnie zrobił Kal. Dokładnie. Tak, by nawet w przypadku, gdyby wyjęto informacje z Nem, nikt nie zdołał się dostać do nich. Nikt – nie człowiek. Nem włączając.

Bo przecież pierwsze, co by wyczuli, to wzór jej energii….

Do kogo poszłaby Nem, nie mogąc się zbliżyć do dawnego środowiska?

Gdzie by ją znaleźli bez wzoru energii? Energii przetoczonej donikąd?

Gdzie?

~ * ~

Mała osóbka przykucnęła na dachu, rozglądając się uważnie. Nieduży karabinek w jej dłoniach wciąż zadziwiał Tava. Co to do cholery było za paskudztwo? Bez celownika, niczego, a dziewczyna mierzyła bez najmniejszego problemu, używając jedynie własnego spojrzenia.

„Słuchaj, siedzimy tu już cały dzień. Na kogo czekasz?”

„Na niego…” mruknęła. Tavowi niewiele to powiedziało, ponieważ z klubu wysypała się grupka rozochoconej młodzieży. Powiódł spojrzeniem za linią karabinka. Mierzyła do ciemnowłosego chłopaka. Gdyby nie fakt, ze były postawione do góry, a ciało zdobiły dziesiątki dziwnych tatuaży, byłby z niego całkiem przystojny typek. No, jeszcze te uszy…

„Rusz się, ty królewski palancie…” wymamrotała bezgłośnie. Ton był… ultradźwiękowy.

Dzięki, X7. uśmiechnęła się w duchu.

Ostatnie słowa Rathisa do Zana, zanim zginął.

Ogolona głowa oryginału wicekróla uniosła się, potem przekręciła. Oczy rozbłysły znajomością tego, co nadejdzie… Klepnął Zana z tyłu czachy.

„Hej, durniu, co robisz?” Zan warknął do swojego następcy, odwracając się w jego stronę…

Strzał. Drugi. Trzeci. Czwarty.

Tav zamrugał.

Nem zabezpieczyła karabinek, po czym położyła go na chropowatej powierzchni dachu.

„Zabijasz z przerażającą łatwością.” Wyszemrał.

Wzruszyła ramionami. Tłum pod klubem oszalał. Ludzie w panice uciekali we wszystkie strony. Trochę za późno, pomyślał kwaśno Tav, obserwując całkowicie stoicką twarz młodej kobiety.

„Zaczekaj tu.”

Nim zdążył zareagować, wychyliła się przez gzyms i zleciała w dół, lądując zgrabnie na chodniku. Obserwował w czystym zdumieniu, jak podchodzi do ciała. Blondyn podrapał się w brew.

„Karika nene Khivar.” {Karika zdradziła Khivara}

Facet rozdziawił buzię.

Martwe ciało rozsypało się nagle w proch.

Tav zamrugał, potem przetarł oczy.

Ale Nem już tam nie było. Stała obok niego.

„Chodźmy. Nasz postój właśnie się zakończył.”

Potrząsnął głową. To jakiś koszmar, prawda?

~ * ~

„Tav, śpiochu!”

Aaauuuuuuuuu… jęknął, nie do końca pewny, czy w duchu, czy własnym gardłem.

„Lepiej w końcu się obudź!”

Łeeee…. to był tylko sen.

Przewrócił się na drugi bok, wzdychając. Podczas snu marzył, by to był koszmar. Podczas jawy marzył, by sen był rzeczywistością.

Ponieważ nienawidził niepewności, tego dręczącego uczucia na samym dnie świadomości, że nie wszystko gra, nie wszystko działa. Coś było nie tak. Nie potrafił jednak powiedzieć, co.

Och, potrafił oczywiście powiedzieć, kogo dotyczył ten niepokój. Nem.

Jeśli myśleli, że podczas podróży do Seattle cokolwiek z niej wydobędą, to musieli być szaleni, jeśli tak uważali. Z Nem nie sposób było wyjąć informacji. Była niczym gładka wysoka ściana, po której musieli się wspiąć, a nie było nawet najmniejszej szczeliny ani żadnego sprzętu, by chociaż móc zacząć. Praktycznie nie reagowała na zaczepki, Tori omijała z daleka i ograniczała się do spokojnych, rzeczowych komentarzy na temat ich podróży.

Zupełnie jak robot, skomentował Biggs.

Tydzień z robocim stworzonkiem Nem. Nie wiedział teraz, czy współczuć czy zazdrościć starszemu braciszkowi.

Bez wątpienia znała się na rzeczy. Wiedziała doskonale, jak uniknąć kamer, wszelkiego zarejestrowania, wiedziała nawet jak do diabła przedefilować Main Street w towarzystwie faceta-jaszczurki i nikt na nich nawet nie spojrzał.

Ale niezależnie od tego, jak dziwaczne były czasami jej metody, były skuteczne. Rzeczy, najprostsze, które nigdy by nie przyszły do głowy profesjonaliście i wywoływały pogardliwe parsknięcia z ust Tori… tylko, gdy za trzecim razem bezboleśnie przeszli przez większe miasto, zabierając ze sobą swoje zasoby, przestała kłapać buzią na ‚te idiotyzmy’. Piątego dnia ich podróży Nem z uśmieszkiem wyjaśniła, że to było złośliwie. Atmosfera w grupie nieco się rozluźniła.

Oczywiście cokolwiek dolegało Nem, nie przyznała się do tego słówkiem. Prawdopodobnie gdyby nie ten pierwszy sen, nawet by nie zauważyli, że jest ranna. Najmniejszy szczególik języka ciała jej nie zdradzał… Biggs nawet zaczął wątpić w to, co widział wcześniej. Kolejne noce wszakże były zupełnie normalne.

Chociaż Tav dałby sobie obciąć głowę, że nie spała wcale. Ale udawała na Oskara. Jedyny szczegół, który nie pasował do tego, to z każdym dniem powiększające się zmęczenie. Kończyły się jej siły… Nawet ludzie to zauważyli, a co dopiero Dave, który spędzał z nią większość czasu. A propos Dave’a… znów go szturchnął.

„Co?” wymamrotał pod kocem, nie kwapiąc się podnieść okrycia i wystawić blond łepetynę. Spał sobie smacznie na tylnym siedzeniu samochodu, a ten osioł…”Auuu! Co ja jestem, worek treningowy?” burknął.

„Wystaw łeb i popatrz!” Dave wyszemrał. Jego wzrok był utkwiony w czymś za samochodem. Tav chcąc nie chcąc spiął zesztywniałe mięśnie karku, przetarł oczy i wyjrzał ze swojego ukrycia. „Świat przedstawiony… nic ciek….” urwał, bo jego wzrok padł na to, co tak przykuło uwagę przyjaciela.

Nem przyklęknęła przy Sami, która była kobietą Raina… i była w ciąży. Zaawansowanej. Brzuszek górował nad jej postacią i zdecydowanie przyciągał całkowitą uwagę Nem. Jak w transie wpatrywała się w niego, z mieszaniną czystej tęsknoty, zazdrości i udręki. Skupiona, ściągnięta w spokojną maskę twarz odmieniła się w ułamku sekundy w twarz młodej kobieta, która ledwo co zostawiła za sobą dzieciństwo… Miękkość rysów tchnęła niewinnością i ciepłem, ale i szacunkiem wobec leżącej u jej stóp kobiety… westchnienie uciekło z jej ust. Podniosła się po kilku sekundach i przeszła przez pogrążony w ciemności obóz, znikając między drzewami.

Tav ze świstem wypuścił powietrze i wówczas Sami podniosła głowę niepewnie, spoglądając na nich.

„Gówno, co to było?” ledwo był w stanie wydobyć z siebie głos. Intensywność emocji na twarzy tego dziecka wywoływała palpitacje serca.

„Sami powiedziała mi dzisiaj.” Dave mruknął przez zęby. Tav nie po raz pierwszy podczas tej podróży zastanowił się, ile tak naprawdę wie.

„Dzisiaj…?” spytał powoli. Bardzo powoli.

„Podobno robi tak od pierwszej nocy.”

„Co?!?” wyrwał mu się zduszony jęk.

„I wiesz co? Zauważyłem coś jeszcze. Ona chroni Sami bardziej niż kogokolwiek innego. Praktycznie nie spuszcza jej z zasięgu wzroku.”

Tav spojrzał na niego obrażony.

„Nie jestem głupolem jak Tori i nie zwalam na nią całego zła świata.”

„Jutro wchodzimy do Seattle.” Dave wciągnął głęboki oddech… Naprawdę bardzo głęboki. „A ja wciąż nie mam najmniejszego pojęcia, dlaczego ona idzie z nami.”

„Raczej 494 nie chce spotkać.” skomentował, odnosząc się do wcześniejszej rozmowy z Nem, która wyrecytowała z pamięci numery z listy NSA martwych transgeników. 494 na niej widniał, ale Biggs wiedział, że żyje. Psiakrew, rozmawiali. Więc odrębną kwestią było, jak zachowa się Nem, kiedy zobaczy ‚martwego’ kochanka całkiem żywego i zdrowego… Już nie wspominając o tym, co zrobi Alec… ale o to zatroszczyli się już osobno. Następnego ranka wchodzili do miasta z różnych stron w naprawdę małych grupach, ale każdy z nich wiedział, do kogo pójść z wiadomością… ale i tak nie wiedzieli jak zareaguje Nem. Najmniejszego.

„Ktoś musi z nią porozmawiać.” Tav jęknął, wracając na swoje miejsce pod kocem. Przyszłość wcale nie zapowiadała się tak różowo, jakby chciał. Ale jeśli ta mała chciałaby wojny na upór… dobra, Tav był wściekle uparty, a jego brat jeszcze bardziej. Zobaczymy, kto wygra.

„Pójdę.” Biggs podniósł się „Jak nie wrócę za godzinę, to znaczy, że skręciła mi kark na samą sugestię…”

„Hehe, bardzo zabawne…”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *