Too late too soon (10)

10.

We’re just makin’ love without a physical touch

let me hear you talkin’, I can’t get enough

everybody else is wondering if we’re alright

they will never know what we are feeling tonight

you better make it

you better take it

you better whisper,

come on mister at the end of the line

Ciemnobrązowe oczy z zielonymi plamkami patrzyły na niego tak intensywnie, pełne obawy. O co? Martwił się. Bała się jego, ujawnienia swojego sekretu przed nim?

Ostrożnie odstawił tacę, z paniką myśląc co jej odpowiedzieć, by uśmierzyć jej strach. Ale z każdą upływająca sekundą jego umysł stawał się coraz bardziej pusty, bez żadnej konstruktywnej myśli. Strach zatykał mu gardło. Strach, że zrobi lub powie coś, co nie tylko poprawi sytuacji, lecz ją wręcz pogorszy.

Patrzyła się wciąż na niego swoimi dużymi, ciemnymi oczami… zanim nawet jego rozum spytał ciało, co robi, pochylił się w jej stronę i schwytał jej ciepłe wargi pocałunkiem.

So if you find somebody who can turn you on

you better grab that body, don’t you wait too long

’cause if you show resist and I won’t fuss or fight

just tell me now, are u ready to ride

Powieki miękko zatrzepotały i osłoniły zielono-brązowe spojrzenie. Odchyliła głowę, przerywając delikatną pieszczotę, niemal natychmiast wprowadzając kilkucentymetrowy dystans między nimi. Urywany oddech nie mógł być westchnieniem przyjemności. Rozczarowany otworzył oczy i spojrzał na nią.

Coś boleśnie ścisnęło go za gardło. Bardzo ostrożnie podniósł dłoń i przerażony powiódł po delikatnej, lecz teraz przebarwionej przez paskudne sińce skórze. Ciemne wybroczyny po prawej stronie ciągnęły się od maleńkiego noska, przez lekko opuchnięte usta i niknęły gdzieś za materiałem wysokiego golfa.

Jęknęła cicho, jakby nawet ten dotyk sprawiał jej ból. Bez zbędnych słów troskliwie podniósł i ułożył ją na posłaniu. Gruby wojskowy koc wydał mu się nagle zbyt szorstki dla małej, pokiereszowanej postaci i jego ręce zastygły w powietrzu. Posłał jej niepewne spojrzenie. Jakby je wyczuwając otworzyła oczy.

Brąz mieszał się z zielenią, której plamki wręcz tańczyły na jej źrenicach. Zafascynowany patrzył się przez chwilę, nim się zorientowała, że znalazł coś niezwykłego.

„Hm?” jej głos był właściwie cichszy niż szept. Nie wierzył własnym oczom, kiedy jej skóra pokryła się delikatnym rumieńcem. Nawet w takim stanie rumieniła się… jego Nem się rumieniła pod jego spojrzeniem! Czysta męska satysfakcja z tego faktu niemal przyćmiewała morderczą furię i gniew wobec tych, którzy ośmielili się skrzywdzić jego kobietę. Co za cholerni bękarci… pięści mimowolnie zaciskały się tak mocno, iż był pewien, że przez ledwie kilkadziesiąt sekund zdążył nabawić się krwawych śladów na dłoniach po własnych paznokciach. Jaki potwór zrobiłby coś takiego… komukolwiek? Szczególnie bezbronnej młodej kobiecie, której serce było tak wielkie, by przyjąć do siebie cudze dziecko?

Jak poważne były jej obrażenia, jeśli po praktycznie dwóch tygodniach pozostały takie ślady?

„Nie widziałem zbyt często u ciebie zielonych oczu…” wyszemrał, otulając ją jednak kocem. Ostatecznie ostatnie kilkadziesiąt godzin spędziła pod nim. „Są śliczne… ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że wiążą się z czymś niedobrym.”

Zamknęła je, dopiero po dłuższej chwili odpowiedziała. Wygląda jak małe dziecko, pomyślał. Jak małe przestraszone kary dziecko.

„Rain też miała zielone…” wyszemrała cichutko „Ale one nie były niedobre, śmiała się od rana do wieczora. Była najpogodniejszym… dzieckiem na świecie.” głos się jej załamywał, nie otwierała oczu w obawie, że wyleją się zalegające pod powiekami tony łez. Ale chyba zawiodła nawet w tym, bo chwilę później poczuła ciepłe wargi 494 w kącikach swoich oczu. Takie ciepłe. Westchnęła, przesuwając się nieznacznie w jego stronę. Takie miękkie i ostrożne, jakby chciał zabrać ode mnie wszystkie łzy.

Ale nawet on nie mógłby tego powstrzymać, na świecie nie było tyle łez, które wyraziłyby to co czuła, kiedy obudziła się w cholernym transporcie, przymocowana do łóżka, nie wyczuwając Rain. Nie wyczuwając niczego. Tylko słaby promień życia Redgara w kabinie obok.

„Nie powinnam była oddawać bezpieczeństwa w ręce Cece, ale zagroziła, że odejdzie, jeśli chociaż troszeczkę jej nie zaufamy… to była tylko próba, ledwie trzy kwadranse, tylko żeby ją uspokoić…” łzy potoczyły się po policzku, tworząc płonącą żywym ogniem ścieżkę wśród otarć „Nie powinnam była, skąd Cece miałaby przecież wiedzieć, że organizacja 434 ścigała nas przez miesiące, miała przecież prawo zaufać swojemu, swojej rodzinie… rzeczy, które on powiedział…” ucichła, otwierając oczy i patrząc się bezpośrednio na niego „…powiedział, że uwierzycie jemu, nie mnie. Że skoro nie chciałam oddać Rain, to nie zostanie użyta przeciwko tobie…”

Coś drgnęło w Alecu… w głowie rozdzwoniły się wszelkie alarmy. Użyta przeciwko mnie? Czyje to było dziecko, do cholery?

„…że zgodziłbyś się z nim…”

Jej szept był tak cichy, iż bez poprawionego słuchu nigdy by jej nie usłyszał. Jego niedowierzający wzrok bolał bardziej niż najwymyślniejsze tortury w białym pokoju. Pewnie myślał, że zmyślała, że sobie coś uroiła. Mimo wszystko kontynuowała martwym tonem opowieść, ileż ostatecznie miała do stracenia? Wszystko, za co była odpowiedzialna odeszło w zapomnienie… a Kal poradzi sobie bez niej.

Ale ku jej zaskoczeniu, 494 słuchał uważnie… oparłszy czoło o jej ramię. Bolało piekielnie, ale skąd on mógł wiedzieć, że każdy fragment jej ciała został niemiłosiernie zmaltretowany?

„…że nie wie, z jakiej próbówki wyszła, że nie ma takiej możliwości, żebyś był jej ojcem…”

Serce Aleca zatrzymało się na ułamek sekundy.

„…że jeśli on ją zabije, to ja nie będę mogła wykorzystać jej do wymordowania was…”

Nawet głuchy stukot w jego uszach był irytujący, kiedy siedział przy jej posłaniu i słuchał czegoś, co nigdy nie powinno zostać powiedziane.

„A ja… nie mogłam się nawet ruszyć, w tych pociskach coś było… był przygotowany, wiedział o mojej zdolności… nie mogłam się ruszyć, nie mogłam jej pomóc… Czwarty strzał przeszedł przeze mnie… w nią. Być może czekał tylko na sposobność, na wykorzystanie faktu, że Cece każdego napotkanego transgenika pytała o ciebie, ale nikt z nich nie wiedział… nikt… dlaczego pytała.”

„Nie chciałam… nie chciałam by inni wiedzieli o Rain, bo by mi ją odebrano… teraz myślę, że to był mój błąd…” jej głos był praktycznie martwy, Alec w przerażeniu zorientował się, że jej drobnym ciałem wstrząsają drgawki. Podniósł się, ostrożnie kładąc obok niej. Chyba nawet nie zauważyła, dopóki nie wtulił jej w siebie, póki jej zapłakana twarz nie zniknęła w połach jego koszuli. „…byłam samolubna… może transgenicy potrafiliby zrobić to, czego ja nie zdołałam…” wychrypiała.

„Nie wiesz tego… i nie chcę, żebyś tak myślała. Widząc ulice Seattle spływające we krwi, zaczynam wierzyć, że nie potrafimy ochronić nie tylko tych, których kochamy, ale nawet samych siebie.” jego głos trząsł się, był cichy, ale zdołał wydobyć z siebie dźwięk. Wszystko w nim trzęsło się na wieść o córeczce, której nie zdążył nawet poznać… fakcie, że najwyraźniej Nem była zupełnie pewna, że Cece opowiedziała swoją część historii albo 434… na myśl o tym, co czuła i co przeszła Nem, chociaż z pewnością to, o czym z takim trudem mówiła, było zaledwie początkiem koszmaru… a jednocześnie język świerzbił, by spytać o matkę tego maleństwa, jakim cudem to się wydarzyło i jak Rain znalazła się u Nem, to jednak trzymał buzię zamkniętą. Takie pytania powiedziałyby, że jej nie wierzy, że jest tak, jak mówił ten skurwiel, który zaatakował ją trzy miesiące temu… a nie chciał jej jeszcze mówić, że Cece nie puściła pary z ust, teraz zresztą się jej nie dziwił wcale… Sam na jej miejscu bałby się strasznie chwili, w której odkryłby prawdę. Chciałaby spytać Cece, a wówczas musiałby powiedzieć o jej śmierci. Już dość było tragedii w jej życiu.

„Cece mówiła, że odbiło ci, kiedy nie zdołałeś mnie uratować na lotniskowcu… że się obwiniałeś o doprowadzenie mnie do Renfro i to jeszcze pogorszyło sprawę…”

Ogromne, ciemne oczy uniosły się znad jego torsu i wpatrywały się bezpośrednio w niego. Uświadomił sobie nieznacznie zakłopotany, że został z zaskoczenia postawiony pod ścianą. A jednocześnie w jej spojrzeniu… jakby zniknęła z niego nutka strachu, której istnienia dotychczas nawet nie zauważył, dopiero kiedy poczęła zanikać…

„Tak mówiła?” spytał z równą niepewnością w głosie.

Brązowo-zielone spojrzenie znalazło nagle jakiś wielce interesujący wzór na jego wojskowej koszuli.

„Mówiła o instynktach… waszej kulturze… kojarzeniu się w pary…”

Jej widoczne zakłopotanie było chyba najsłodszą rzeczą, jaką widział w życiu.

„Parzeniu się.” poprawił z uśmieszkiem; zarumieniła się nieznacznie i schowała z powrotem twarz w jego pierś.

„Pewnie uważasz, że jestem strasznym dzieciakiem…” zdołała wymamrotać kilka minut później.

„Może troszeczkę…” uśmieszek znów był na miejscu. Rumieniec Nem jeszcze pogłębił się.

„Mój brat narzekał zawsze, że jestem w tych sprawach kompletnie niereformowalna…” usiłowała ukryć swoje zmieszanie paplaniem, a temu diablątkowi pod nią najwyraźniej odpowiadała nie do końca jasna sytuacja. Typowe dla facetów. Mimo wszystko przeżyła 7 dekad w towarzystwie Kala i nieco mniej z Sorim. To ją czegoś nauczyło.

„Czy to twój sposób na powiedzenie, że bez wizyty przed ołtarzem i w ratuszu, setek podchmielonych gości i mnie błagającego twojego ojca o twoją malutką rączkę, nie mam najmniejszych szans by cię nawet dotknąć?”

Jego oddech był tak ciepły, tak blisko, tak prowokująco, a jednocześnie ten uśmieszek… uch, była w poważnych tarapatach i jeśli czegokolwiek nie przedsięwzie, i to szybko, to na świecie pojawi się młodsze rodzeństwo Rain.

„Hm… pozwól pomyśleć.” zrobiła poważną, zastanawiającą minę „W Boga nie wierzę, więc ołtarz odpada. Do ratusza też nie możemy pójść, ponieważ moja rodzinka zapewne przeprowadziła już dawno oficjalne uznanie mnie za zmarłą, a zombie ślubów nie udzielają… Setki gości?” wykrzywiła się „Obawiam się, że moja rasa liczy ledwie 10 członków. Będziesz musiał poczekać kilkaset lat, aż się rozmnożymy sami albo z pomocą transgeników Rain nie zostanie jedynym mieszańcem w historii.” chrząknął, nie wiedziała, czy ze śmiechu czy z samego pomysłu „Co do Kala, to wątpię, by udzielił swojej zgody, jakoś zawsze mam przed oczyma obraz jego przeganiającego z miotłą chłopaków z mojego życia… Zawsze twierdził, że pozostanie moim ulubieńcem, aż odkryję płeć przeciwną…” skrzywiła usta w mimowolnym uśmiechu „Psiakrew, znał i zna mnie zbyt dobrze.”

We’re just makin’ love without a physical touch

let me hear you talkin’, I can’t get enough

everybody else is wondering if we’re alright

they will never know what we are feeling tonight

you better make it, you better take it

you better whisper, come on mister at the end of the line

„Co masz na myśli?” 494 spochmurniał. Jej uśmiech poszerzył się gwałtownie. Wyglądał naprawdę słodko, kiedy był zazdrosny.

„Nic.”

„Doprawdy?”

„Aha.” mruknęła. Błyskawicznie przetoczył ją na plecy i spojrzał surowo w brązowo-zielone oczęta, w których lśniły teraz figlarne błyski. Ona żartuje sobie ze mnie, pomyślał zdumiony. Ale wściekła zazdrość i gniew, płonące w jego żyłach wcale nie stały się przez to bardziej znośne.

„Ilu?” spytał groźnie. Odpowiedział mu jedynie ciepły uśmiech. Westchnął. Co za uparta kobieta. Lecz sama myśl o tym, że Nem spoczywała niegdyś w ramionach co najmniej jednego innego mężczyzny, doprowadzała go do szału. Nem była jego. Nawet jeśli kochając się z nią nad jeziorem wiedział o tym. Zresztą Nem nie uległaby mu, jeśli to miałby być jej pierwszy raz.

Westchnął ciężko i oparłszy czoło o jej czoło, pocałował.

„No dobrze, to nie takie ważne, skoro od dzisiaj będzie tylko jeden.” uśmiechnął się niewinnie, ale zaraz dodał z przekorą „Chociaż… może podzieliłby się tobą z jednym czy dwoma młodszymi McDowellami…”

To było pomyślane jako żart i delikatna aluzja, ale Alec z niepokojem zobaczył reakcję zupełnie przeciwną od spodziewanej. Zbladła tak bardzo, iż przypominała bardziej ducha niż żywą osobę.

„Przepraszam…” wyszemrał jej do ucha „Czasem jestem bardziej toporny niż stara nienaostrzona siekiera. Rain, jej wspomnienie jest wciąż żywe i pali do szpiku, a ja plotę o dzieciach… przepraszam.”

Ulga malująca się na jej twarzy była wręcz niepokojąca.

„Mówiłeś o dwóch synki…”

Zmarszczył brwi. Wcześniej myślał, że jej kłopoty z wysławianiem się to przypadek, ale chyba nie do końca tak było. Ktoś tak wykształcony jak ona i elokwentny, ostatecznie Nigeria swoje zrobiła, nie robił takich błędów. Coś niedobrego działo się z jego Nem.

„Jednym lub dwóch synkach…”

„Więcej dzieci…” westchnęła, patrząc gdzieś przed siebie „Nie wiem, Alec.”

„Nie chcesz?” spytał nie bez poważnych obaw. I te strachy musiały odmalować się na jego twarzy, bo pocałowała go miękko, uspokajająco. Niebo.

„Nie wiem…” wyszemrała cichutko „…muszą sprawdzić w naszych laboratoriach czy po tym, co mi zrobiono będę w stanie zajść w ciążę. Na razie nie wiem, jak poważne są obrażenia wewnętrzne, ale to nie wygląda najlepiej. Mogę mieć tylko nadzieję, wbrew nadziei, że nie wszelka nadzieja została pogrzebana…” schowała twarz pod jego brodą, ale on zmartwiony delikatnie dotknął jej policzka.

„Co się dzieje, Nem? Nie miałaś problemów z mówieniem.”

Jęknęła.

„Jedzeniem, chodzeniem, spaniem… Zdaje się, że jedyne co działa w moim mózgu to zdolności. Reszta została przeżarta… dosłownie. Mieli serum, myśleli, że to zatrzymuje paranormalne zdolności… ale to zatrzymuje ponieważ wyżera mózg. Dosłownie.”

„Skoro…” przełknął bolesną bryłę w gardle „…z twoją głową jest tak źle, jak zdołałaś uciec… i jesteś…”

„Tutaj?” dokończyła, kładąc jego dłoń na własnych sercach. Biły mocno. „Szczęśliwie przetrwało, chronione zaciekle przez powłoki… ale wiesz…” delikatny, figlarny uśmiech pojawił się znowu w kącikach jej ust; Boże, jak on kochał ten uśmiech „…podobno woda je rozszczelnia… tzn. powłoki.”

Chyba trudno byłoby o bardziej subtelne nawiązanie do ich jedynego razu razem w Nigerii.

Uśmiechnął się przewrotnie, przesunął… i brodą odhaczył kawałek koszulki, by wsadzić nos prosto w jej dekolt.

„Cześć mądrale. Wiecie, że jesteście mądrzejsi niż pewna najbardziej inteligentna i uparta główka na tej planecie? I całe szczęście.”

~ * ~

Sori obserwował od dłuższego czasy budynki do niedawna będące ruinami Manticore, teraz zwane po prostu ‚bazą’. Wokół transgenicy uwijali się jak mrówki. Z pozoru wyglądało to dosyć niezorganizowanie i chaotycznie, przynajmniej dla laika. Wyćwiczone oko obcego znalazło tylko kilka uchybień, lecz niezbyt poważnych. Transgenicy nawet by tego nie uznali, większość życia spędzonych w wojsku wyryło im żołnierskie nawyki i sposób myślenia. I niestety tego właśnie się obawiał. Obserwacje wskazywały, że wpadnięcie w wojskowe schematy było o wiele poważniejsze niż sądzili wcześniej. Na powierzchni przynajmniej X-serie zintegrowały się z ludzkim, cywilnym światem. Nieszczęśliwie, rzeź na ulicach Seattle sprawiła, że odrzucili to i powrócili do trybu Manticorian. Źle wróżyło to wszelkim nie-ludziom na Ziemi. I wręcz katastrofalnie im samym i Nem.

Wyczuwał już jej energię, nauczył się nowych wzorów… Była silna, jasna, wręcz płonęła poprzez ściany budynku. Energia królowej. Nem sięgała bardzo głęboko w siebie by przetrwać. I porzuciła dawne wzory energii jako niewystarczająco silne. Szkoda. Wtedy nagle by odkryła coś, wieść która mogła przynieść jej niewyobrażalną wolę walki. Ale już wkrótce, nie mógł się doczekać wyrazu jej twarzy, kiedy zrozumie. Ostatecznie nie bez powodu posiadali granilith… teraz potrzebowali jeszcze dokładnej daty i miejsca śmierci Redgara. No i Nem, by wydostać z niej jego wspomnienia. Nie mógł się doczekać.

Z tej perspektywy życie obcego na Ziemi mogło wydawać się fajne, ale to były pozory. Stawali teraz wobec twardej rzeczywistości, faktów. Zamiary transgeników stawały się równie klarowne co obraz Kamah w jego głowie. Co gorsza, Nem była u nich, całkowicie nieświadoma tych planów, nieświadoma wielkiego, och jakże wspaniałego Planu.

Chrzanić Plan. Kto dał transgenikom prawo decydowania, jaka rasa może chodzić po powierzchni planety? Bo wszakże nie ludzie, rasa nawet nie rdzennie z Ziemi. Wirus, przez który ewolucja szympansów czy innych małpiatek czy czegoś takiego posunęła się nagle do przodu, przyleciał w końcu razem z kometą. Ludzie mieli nawet odłam wierzący w jakieś bzdety, wiedzący jednak o pochodzeniu człowieka – z gwiazd.

Zdecydowanie, życie obcych mogło stać się nieprzyjemne. Im dłużej Nem przebywała wśród transgenicznych, tym więcej mogła niechcący zdradzić, słabości i mocne strony. Wiedza, która decydowała o przetrwaniu ich rasy, była zakodowana w królowej. I na swoje nieszczęście, królową była jego ukochana i zwariowana siostra. Naprawdę nie chciał jej tam, nie wśród tych, którzy z pozoru tak podobni do nich w ochronności własnego gatunku nie byli niczym przyjemniejszym niż wataha wściekłych, głodnych wilków w przebraniu owieczek.

I co do licha było w zdaniu ‚Karika zdradziła Khivara’, iż Kal dosłownie zastrzygł uszami słysząc te wieść? Polecił mu sprowadzić siostrę, a sam wyszedł gdzieś z domu… Co się działo? Wściekle ochronny ojciec nagle porzucił prawie 80-letnią nadopiekuńczość i zdecydowane działania na najmniejszą aluzję zagrożenia wokół Nem. Wciąż pamiętał jego szał sprzed roku, kiedy wszyscy wyczuwali, że bariery Nem praktycznie padły wokół tysięcy śmierci w ogarniętej rebelią Nigerii. Będzie musiał uciąć sobie pouczającą pogawędkę z młodszą siostrą.

Decydując, że wystarczy już obserwacji, zeskoczył z drzewa i nie zauważony przez straże dotarł miedzy budynki. Dopiero wówczas rozpoczęły się kłopoty.

~ * ~

Ślady kroków obudziły nagle Aleca. Były szybkie i pospieszne, komuś najwyraźniej zależało na czasie.

Przetarł zmęczony oczy. Nem nie było obok niego, co było dużym rozczarowaniem. Tak długo śnił o budzeniu się przy niej, a teraz ten sen był ledwie na wyciągnięcie dłoni. Zdecydowanie musiał nauczyć ją transgenicznego podejścia do ‚bycia ze sobą’. Chociaż nie podejrzewał jej o nieznajomość czy celowe niewypełnienie ‚obowiązków’. Po tylu godzinach w łóżku miała prawdopodobnie dosyć tej celi. Znając jej charakterek, postanowiła pozwiedzać bazę. Miał nadzieję, że Dave tropi jej poczynania krok w krok, inaczej będzie musiał poważnie rozliczyć się z członkami własnego oddziału.

Do celi wparował Mole. Alec zmarszczył brwi, facet wprost śmierdział adrenaliną i testosteronem. Nigdy dotąd nie czuł aż tak wysokiego poziomu, żadne ekstremalne zagrożenie nie wywoływało tak silnej reakcji. Co się do diabła działo i gdzie była Nem?

„Nem?” warknął; panika kazała mu błyskawicznie ubrać się u upewnić, że wszystko gra.

„Bezpieczna.” Mole wyszczerzył zęby „Jedyne, co jej grozi, to wyrazy szalonej wdzięczności. Twoja kobieta właśnie pokazała transgenikom nieco swojej odmienności.”

Alec znieruchomiał z na wpół uniesionym butem.

„Co masz na myśli?”

„Sam zobaczysz. Ale jak dla mnie, ta mała może być nawet córką Lucyfera.” Człowiek jaszczurka zaśmiał się, zacierając ręce; ładniutki chłopiec chyba jeszcze się nie dowiedział, jaki skarb mimowolnie przyniósł transgenicznym „Siedzi w mesie, Dave i chłopaki jej pilnują, inaczej chyba zamieniłoby się to w obrzęd kultu na jej punkcie…”

„Mole!” warknął niecierpliwie, już wypadając z celi.

„Nie dostań zawału!” wrzasnął za nim, lecz wątpił, by jego dowódca cokolwiek usłyszał bez imienia Nem w zdaniu.

Nieco ponad minutę później Alec stanął osłupiały w drzwiach stołówki. W transie gapił się na Susie. Susie, która żyła, Susie której śmierć oglądał ledwie kilka dni temu.

Zamknął oczy i policzył do dziesięciu. Miał halucynacje, prawda?

Ale nie, inne zmysły mówiły to, co oczy. W dodatku Susie rzuciła mu się radośnie na szyję i uściskała mocno. Lżejszy ścisk lewego ramienia uświadomił mu, że to jednak rzeczywistość. Susie dostała serię z karabinu maszynowego w lewy bok i wykrwawiła się.

Ona żyła. Nieprawdopodobne. Niemożliwe. To jakiś sen na jawie.

Podniósł głowę i napotkał zupełnie spokojne brązowo-zielone spojrzenie.

„Życie to nie zdrowie. Słyszałaś, co mówiła Nem.” dobiegł go surowy głos Dave’a, podczas gdy jego mózg z trudem nadążał „Daj się opatrzyć, musisz mieć transfuzję i to szybko, nim twoje ciało skończy jazdę na adrenalinie. No już! Sio! Daj spokój biednemu Alecowi!”

Susie odlepiła się w końcu i pobiegła dalej korytarzem. Alec był doskonale świadom setek wpatrzonych to w niego, to w Nem oczu. Transgenicznych oczu, którym nic nie uchodziło.

Ostrożnie usiadł na ławie obok niej.

„Niezła… niespodzianka.”

Gapiła się w kubek kawy, trzymany w dłoniach, jakby był zbawieniem. I dlaczego miał wrażenie, że jej oczy były równie smutne i przybite jak po przybyciu do bazy?

„W porządku?” spytał, chcąc odgarnąć falę ciemnych włosów, która spłynęła jej na twarz. Drgnęła i nieznacznie cofnęła się.

Cholera. Nie chciała jego dotyku.

To tylko przez użycie zdolności, powtarzał sobie w duchu. Boi się, że będą pytania, że nie zostanie zaakceptowana.

„Nie.” Odstawiła kubek i wstała „Pójdę pomóc Dave’owi. Im dalej od śmierci, tym uzdrowieni są w głębszym szoku.”

Bezradnie patrzył, jak wyprostowana wychodzi ze stołówki, ignorując kompletnie swoją ochronę. I zrozumiał.

Skłamał jej w nocy, że Cece żyje. Lecz teraz, za dnia, kłamstwo stało się prawdą. I bynajmniej nie za jego przyczyną.

I will not forget you

I remember the nights as I watched as you lay sleeping

your body gripped by some far away dream

well I was so scared and so in love then

and so lost in all of you that I had seen

but no one ever talked in the darkness

no voice ever added fuel to the fire

no light ever shone in the doorway

deep in the hollow of earthly desires

but if in some dream there was brightness

if in some memory some sort of sigh

and flesh be revived in the shadows

blessed our bodies would lay so entwined

~ * ~

Dwoje młodych istot spotkało się pośrodku korytarza,. Dwie pary niezwykłych oczu wpatrywało się nawzajem, spokojnie i zarazem badawczo, porównując różnice jakie zaszły przez trzy miesiące.

Pierwszy schylił głowę, nieznacznie, ale z szacunkiem Kamaha należnym jego pani. Lecz imię wynikłe z jego ust nie należało do niej.

„Cece.” powiedział z całkowitą niechęcią do postaci, która właśnie pojawiła się w drzwiach ambulatorium „Masz minutę.”

Blondynka zwiesiła głowę ze wstydem, po czym pomknęła w stronę stołówki z pełną prędkością transgenika.

„Skoro mamy chwilę… wyjaśnisz, dlaczego wieść o Karice wywołała taką reakcję taty? Karika nie popierała ani Zana ani Khivara, więc jak mogłaby zdradzić? „

Nem po prostu się uśmiechnęła.

„Skakał z radości pod sufit?”

„Mało powiedziane.”

„Karika jest starszą siostrą jednego z największych świrów w historii Antaru.”

Obserwujący ich Dave mógłby przysiąc, że facet dosłownie zastrzygł uszami. A może to złudzenie?

„Starszą… czy najstarszą z rodzeństwa?”

„Po co pytać, skoro znasz odpowiedź?”

Pokiwał głową. Jakaś księżniczka nie interesowałaby Kala. Za to wieści o prawowitej następczyni tronu Antaru wywołałaby reakcję łańcuchową bez względu na treść. Sławna generał królewską córką… no proszę. Nie opłacało się ojcu Zana romansować przed ślubem. Najpierw wypłynął Khivar, teraz z kolei jeszcze starsze królewskie dziecko. Strach pomyśleć, co szalona historia jeszcze im przyniesie, szczególnie po spotkaniu Nem-Alec.

„Mam cię zabrać do domu.”

„Nie chcę.”

„Es itai nameno.” {Wróć beze mnie.}

„Nuk.” {Nie.}

Podszedł tak blisko, że mógł policzyć każdą piegę na jej ślicznym nosku.

„Es ti nu ri.” {Skończ co zaczęłaś.}

Łypnęła na niego podejrzliwym spojrzenie. Skrzyżował ramiona.

„Będę mogła tutaj wrócić?”

„Czy kiedykolwiek zdołaliśmy powstrzymać cię od realizacji twoich szajbniętych pomysłów?”

Uśmiechnęła się absolutnie zwycięsko.

„Jeśli zechcesz wrócić po wyleczeniu, sam cię przywiozę.”

Jeśli zechce…

O tak. Doskonałe ujęcie sytuacji, pomyślała ponuro Cece, zerkając na Aleca, która stał jak wmurowany obok niej i zupełnie nie pojmował co się działo. Jeśli zechce…

Cece była gotowa oddać duszę, że nie zechce.

Nie, kiedy dowie się, że Plan, za który zginęła ich córeczka, jest w rzeczywistości projektem eksterminacji obcych dla ludzi, po to, by transgenicy byli przydatni, by mogli żyć wśród ludzi, by wreszcie udowodnić światu, że są lepszymi żołnierzami.

I, jakby powiedziałby to Sori… chrzanić Plan. Och, Cece była całym sercem za tym, by Plan uległ zmianie. Obawiała się jednak, że było na to zdecydowanie za późno.

~ * ~

Już w momencie, kiedy blada jak śmierć Cece wpadła do stołówki, Alec czuł, że będą kłopoty. Jej bezsensowne mamrotanie, że odchodzi i miotanie się w poszukiwaniu Biggsa jeszcze pogorszyło sprawę.

„Cece, jesteś w szoku… wracasz do Dave’a.” złapał ją za ramiona, ale wyrwała mu się. Diabelnie silna jak na zombie.

„Nie!” warknęła i spojrzała przytomnie wokół „Oni przyjechali, by zabrać Nem, by ją naprawić. Nie mam czasu. Albo odejdę z nimi, albo za dwie minuty zemdleję, a kiedy się obudzę, nie będę pamiętać niczego od misji w Nigerii…” w jej głosie pobrzmiewał autentyczny strach. Cece bała się śmiertelnie.

„Nem nigdzie nie odejdzie.” uspokajał bardziej siebie niż ją. Spojrzała na niego jakby postradał rozum.

„Ona potrzebuje co najmniej jednej całej funkcjonalnej powłoki i prawdopodobnie lat, by w naturalnym procesie naprawiły się pozostałe. A obrażenia wewnętrzne? Uszkodzenia mózgu? Ona potrzebuje fachowej pomocy, który my jej nie udzielimy. Nie jesteśmy w stanie! Zajmie im to czas, ale dla nich życie Nem to świętość.”

„Nie odejdziesz z nią.” powiedział zimno. Wzruszyła ramionami na to.

„Zostanę i zapomnę, albo odejdę z nimi i będą miała na nią oko. Nie pozwolą na kontakt taki jak dotychczas, ani ni dopuszczą już nigdy do bezpieczeństwa, ale ktoś z nas będzie czuwał nad tym, by o tobie nie zapomniała. Mam okazje naprawić część wyrządzonego moją głupotą zła, Alec.”

„Jak można naprawić śmierć bezbronnego dziecka?” warknął lodowato. Nie cofnęła się. Minęła już minuta, ale na szczęście Sori musiał być zajęty rozmową z siostrą.

„Nie to zło. Tego nikt nie naprawi. Nem będzie winić mnie za śmierć Rainis, za śmierć Redgara i trzy miesiące tortur. Ale zrobiłam wiele złego nie tylko jej. Skrzywdziłam jedynego człowieka wśród nich, Luisę. Zacznę od niej…” wyszemrała w tonie, w jakim Alec nigdy jej nie słyszał „Dziesięć miesięcy to szmat czasu, zrobiłam rzeczy z których nie jestem dumna.”

Odwróciła się na pięcie, zawracając w stronę korytarza. Pognał za nią, ale już w drzwiach zmroziły go słowa samej Nem i postać młodego mężczyzny, do którego mówiła.

Facet zdecydowanie stał zbyt blisko jego Nem.

„Będę mogła tutaj wrócić?”

I remember how you left in the morning at daybreak

so silent you stole from my bed

to go back to the one who possesses your soul

and back to the life that I dread

so I ran like the wind to the water

please don’t leave me again I cried

and I threw bitter tears at the ocean

but all that came back was the tide

Zrozumiał, że czasami marzenia spełniają się zbyt wcześnie, by możliwe było wymarzone szczęśliwe zakończenie. Do tego potrzeba było innej opowieści. Takiej, w której kwestia ‚zbyt późno czy zbyt wcześnie’ będzie już tylko odległą historią.

Czasami po prostu trzeba było zdać się na los, kiedy zrobiło się już wszystko, co było można. Miał nadzieję, że tym razem nie nawalił.

Odwróciła się i spojrzała na niego. Coś tliło się w jej spojrzeniu. Smutek którego nie rozumiał i coś jeszcze, czego jego sparaliżowany umysł z początku nie zrozumiał.

Odrobina nadziei, że kiedy wróci, nie będzie za późno na jej powrót.

And I will oh I will not forget you

nor will I ever let you go

I will oh I will not forget you

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *