Tamta dziewczyna

Tamta dziewczyna

Jednoczęściowe. Jak mogłaby się wydarzyć historia Aleca i Liz widziana oczami osób trzecich.  Nigdy nie jesteśmy sami, nawet jeśli nam się tak wydaje…

Miałam nie oddawać wam pod nóż tego opowiadania. Jest szczególne, wymyślone podczas podróży do domu z wakacji. Jeśli ktoś widzi w nim znajome akcenty, to nie moja wina… Potrzebowałam napisać coś krótkiego, ciepłego, bez żadnych nadnaturalnych akcentów i nadmiaru szczegółów. Tak więc najpierw ‚SIC’, teraz ‚Tamta dziewczyna’. Może kiedyś przyjdzie pora na publikację jakiegoś dreamerka. Kto to wie…

Thomas był kierowcą. I Thomas lubił swój zawód. Za każdym razem kiedy siadał w fotelu kierowcy, wiedział co ma robić. Był panem sytuacji. To on kierował potężną maszyną. Oczywiście nie tylko to przyciągało go do tej pracy. Właściwie, to była tylko jedna z korzyści. Bowiem Thomas nad prowadzenie autobusu, wielbił bardziej przyglądanie się swoim pasażerom i snucie historii o ich życiach i co przywiodło ich na jego trasę.

Większość ludzi widział raz, może dwa razy w życiu. Większości nie pamiętał; jego głowa byłaby inaczej tak pełna rozmaitych obcych twarzy, że miałby problem z rozpoznaniem swojej własnej w lustrze. I to nie nawet każdego ranka. Thomas był bowiem kierowcą autobusu dalekobieżnego. Jego trasa wiodła przez prawie cały kraj, od Seattle w Waszyngtonie, przez południowe stany do granicy z Meksykiem, a potem nad zatoką aż po Miami na Florydzie i z powrotem. Rzadko więc widywał te same twarze.

Nie znaczyło to jednak, że pewnych twarzy nie pamiętał. Pewne twarze, głównie dzięki jakiejś wyjątkowości, czasem dzięki wyrazowi, wryły mu się w pamięć równie mocno, jakby widywał je codziennie. Niektóre postacie były mu tak bliskie, przemawiały do niego, jakby stały tuż obok i opowiadały mu swoją historię. Historię, którą tworzył we własnej wyobraźni.

Czasem bywały to historie okropne, pełne osobistych tragedii. Czasem były to jakieś romanse. Czasem opowieści tak pełne akcji i działania, że nawet gubernator Kalifornii mógłby schować się w szafie. Czasem jednak były to opowieści pełne ciepła, czasem intrygujące, czasem pełne niedowierzania… Upodobał sobie zwłaszcza te ostatnie; nie było ich wiele. Właściwie, to była tylko jedna taka opowieść. O dziewczynie o gwiezdnych oczach.

To był gorący, duszny maj, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy. Wyglądała niemal jak dziecko, brązowe proste włosy, brązowe smutne spojrzenie. Oglądała się przez ramię, kiedy pakował jej walizkę do bagażnika i oddawał kwit. Nerwowość, ale i rozpacz tchnęła z jej spojrzenia. I Thomas nie lubił takiego jego wyrazu. Ta śliczna dziewczyna zasłużyła na coś znacznie więcej od życia niż prawdopodobnie porzucony chłopak w małej mieścinie Nowego Meksyku. Chociaż najprawdopodobniej jego przypuszczenia to były tylko podszepty wybujałej wyobraźni, to uważał, że zostawiła serce w Roswell… nawet jeśli młody chłopiec czekający z nią na stacji i upewniający się, że bezpiecznie wsiadła, nie zdradzał najmniejszym gestem, iż miałby być tą szczególną osobą w jej życiu.

Kupiła bilet do Miami, usiadła na końcu autobusu… Trzęsło tam najbardziej, ale też było zazwyczaj dosyć spokojnie. Za jednym wyjątkiem, za jedną wyjątkową trasą na końcu autobusu usiadł ktoś, dla kogo cisza nie była rzeczą najcenniejszą podczas długiej podróży. Ponieważ w Seattle wsiadł on.

Blond włosy, intensywne zielone spojrzenie, silne, wysportowane ciało… Thomas był pewien, że wiele mieszkanek Seattle musiało rozpaczać po jego wyjeździe. Nikt go jednak nie odprowadzał, z nikim nie usiadł pomimo, że podczas co najmniej połowy podróży prawie każda żeńska głowa odwróciła się zachęcająco przynajmniej raz w jego stronę. Ale ignorował je. Do czasu.

Siedzieli po przeciwnych stronach autobusu, każde zajmowało się sobą i nie zwracało uwagi na otoczenie. Ale po zaledwie dwóch godzinach jazdy autobus był prawie pełen. Więc on ustąpił miejsca jakiejś kobiecie z dzieckiem, postał przez kilka przystanków, aż wreszcie zwolniło się miejsce koło dziewczyny o smutnych oczach. I on oczywiście je zajął.

Thomas mógł powiedzieć, że następna godzina milczenia między nimi była chyba rekordem życiowym młodego chłopaka; przez resztę podróży buzia mu się prawie nie zamykała – oprócz momentów kiedy spał. Och, i jak to drażniło dziewczynę! Jakieś dwadzieścia mil za Nowym Orleanem wrzasnęła na cały autobus, by się zamknął. W tej chwili Thomas wiedział, że sprawy przybiorą naprawdę interesujący obrót.

Chłopak nie miał biletu do Miami, ale po wydobyciu z dziewczyny celu jej podróży, na jednym z przystanków dokupił ‚ciąg dalszy’. Och, i co to był za ciąg dalszy! Przesiadała się ze trzy razy na różnych przystankach, ale on jak na złość, przesiadał się zaraz za nią, więc w końcu zrezygnowana ustąpiła. Pół autobusu obserwowało ich z rozbawieniem. Ale cienie z oczu dziewczyny nie zniknęły zanim dotarli do Miami.

Chociaż sądził, że już nie zobaczy uroczej dwójki, nie zapomniał twarzy dziewczyny. Była śliczna, ale w taki zwyczajny sposób. Nie była długonogą i niebieskooką blondynką, ale jej uroda była oryginalna, ciepła. Patrząc na nią człowiek chciał od razu ją poznać. Czasem zastanawiał się, jak rozwinęła się znajomość tych dwojga. I ku jemu niepomiernemu zdumieniu, los odkrył przed nim tę zagadkę.

Kilka tygodni później na trzecim przystanku w Miami na samym początku podróży wsiadła pamiętna dwójka, Thomas wiedział, że najprawdopodobniej oni go nie pamiętają. Lecz on ich – owszem. Obserwował ich przez dłuższy czas. Nie byli parą, lecz bez wątpienia byli dobrymi znajomymi. Już się nie złościła, kiedy kłapał buzią, wręcz przeciwnie – potrafiła się uśmiechnąć, słysząc któryś z jego żartów. Musiał przyznać dużego plusa temu młodemu człowiekowi. Cienie nie zniknęły, ale smutek odszedł. Jej śmiech był szczery i swobodny. Thomas cieszył się razem z nią i gratulował sobie w duchu, że pamiętał jej twarz. Jeszcze jedna do kolekcji historii o szczęśliwych zakończeniach.

Kiedy jednak w Roswell wysiadła tylko ona, a chłopak pojechał dalej, nie był już taki pewien. Ale nie zapytał. Nie chciał sprawiać sobie kłopotów i wpychać nosa w nie swoje sprawy…

Jakież było jego zdumienie, kiedy okazał się pasażerem jego następnego kursu Seattle-Roswell. Tak, wysiadł w Roswell. Biorąc pod uwagę uśmieszek, z jakim dokonał tej wiekopomnej czynności, dziewczyna nie tylko nie wiedziała, kto podąża jej śladem, ale prawdopodobnie będzie się dymić równie mocno co za pierwszym ich spotkaniem.

Później interesująca dwójka zniknęła mu z oczu. Został przeniesiony na inne trasy. Minęło kilka lat, zmienił zawód, przeprowadził się. Ale okoliczności jednak sprawiły, że mógł dokończyć ich historię…

Pracował na Florydzie, to był jego jeden z ostatnich dni jako kierowca ambulansu. Otrzymali wezwanie, dotarli pod wskazany adres… Nie, żadne z nich nie było potrzebującą pomocy ofiarą. Najzwyczajniej w świecie szli sobie chodnikiem nieopodal, podczas gdy on czekał w wozie na lekarza i sanitariuszy.

Miała dłuższe włosy, pięknie opaloną skórę i ciemnoczerwoną letnią sukienkę, lecz Thomas rozpoznałby w tej kobiecie dziewczynę z autobusu nawet za pięćdziesiąt lat. Nie z powodu wyglądu, lecz z powodu oczu. Zielonych, wpatrzonych w nią oczu i uśmieszku na twarzy towarzyszącego jej mężczyzny. Żywo o czymś dyskutowali, a jego niewinna mina wywoływała coraz to kolejne pełne rozbawienia reprymendy z jej strony. Z pozoru spierali się o coś, lecz nikt z przechodniów nie miał wątpliwości, że to raczej ich ulubiona rozrywka niż prawdziwa sprzeczka. Wiele osób oglądało się za piękną parą, naturalnie po ich przejściu. Ale mężczyzna wydawał się zauważać każde spojrzenia, jakie spoczęły na jego towarzyszce.

W końcu weszli do jakiegoś sklepu. Thomas mógłby przysiąc, że kiedy mężczyzna przytrzymywał jej drzwi, spojrzał prosto na niego. Spłoszony odwrócił wzrok. Odważył się przyjrzeć krótko sklepowi dopiero kiedy odjeżdżali na pełnym sygnale. To był sklep z zabawkami.

Marie, jego żona, kiedy wieczorem opowiadał o spotkaniu tej dwójki, tylko się uśmiechnęła i pokiwała głową, najwyraźniej uważając tę historię za jedną z wielu jego wymyślonych. Ale Thomas wiedział doskonale, że to nie była jakaś historia, nawet jeśli w nim samym budziła niedowierzanie. Czy to był przypadek, że był świadkiem ich pierwszego spotkania i teraz rozpoznał ich po latach na ulicy? Mógł przysiąc, że w zielonych oczach mężczyzny widział rozbawienie, kiedy ich spojrzenia się zetknęły. Albo może to była jego wyobraźnia? Nie wiedział. Wiedział tylko, że był kierowcą. I lubił swój zawód.

Koniec

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *