Spłata (Inni)

SPŁATA

Streszczenie: Niektóre długi są całkowicie nieściągalne…. I tylko jedno w życiu jest pewne, śmierć i podatki.

Nawet opis bazuje lekko w tematyce, którą para się główna bohaterka. Podatki i księgowość. Ale tylko z pozoru. Niestety prawa rządzące podatkami, są identyczne także w przypadku śmierci…

To moje całkowicie własne opowiadanie, nie ma tu seriali, skrzyżowań czy bohaterów wymyślonych przez kogoś innego.

Występują (m.in.):
Ana Kudrow (Tori Amos)
Córka Ryana i Nem, przybrana siostra Iriny. Główna bohaterka Wink
Irina Kudrow (Amanda Seyfried)
Przybrana siostra Any, była utrzymanka Sebastiana.

Sophie Kudrow (Ava Phillippe)
Pojawi się Wink Dziecię małe.

Josh McConnell (Sam Worthington)
Facet Any, Irlandczyk, najstarszy syn w klanie. Usiłuje uwolnić się od wpływu rodzinki na swoje życie, ale marnie mu to idzie.

Theo Marcus (Charlie Hunnam)
Wic Marcus (Charlie Hunnam)
Bliźniacy, synowie dawnego współpracownika Nem McGuire.
Theo jest prawą ręką Any i jej najlepszym przyjacielem, żonaty.
Wic jest muzykiem, na początku niewiele ma z nimi wspólnego. Stanu wolnego.

Ryan McGuire (Ryan Phillippe)
Maż Nem, były zawodowy morderca i brat aktualnego szefa IRA. Ojciec Any i jej brata bliźniaka. Stronił od konfliktów irlandzko-brytyjskich. Zamordowany.
Nem McGuire (Claire Forlani)
Jego żona, matka Any, podwójna brytyjska agentka, która pomagała oddziałom IRA. Miała romans ze szwagrem. Specjalistka od broni biologicznej. Zamordowana razem z synem.
Sebastian Gabett
Idiota, który potrafi zepsuć temat rozmowy, nawet jak go brak w pobliżu. Były Iriny.

 

1.

Ziewnęła. Rozleniwiające słońce tego ekskluzywnego raju działało naprawdę wszechstronnie. Wcale nie dziwiła się w ogóle zamożnym tego świata. Wydawali bajońskie sumy na wakacje w tym hoteliku. Czy to atmosfera czy działanie mocnych promieni słońca, na własnym przykładzie czuła, że potrafi rozleniwić i rozpłaszczyć każdego. Ci wszyscy sfrustrowani biznesmeni, dzień i noc drżący o topniejący albo rosnący majątek, w niemal magiczny sposób nie zrywali się co świt do swoich zajęć, a po prostu spali głębokim, niezakłóconym troskami snem.

O tak, na pewno. Niemniej atmosfera hoteliku tylko podjudzała drzemiącego w niej odwiecznego lenia. Pod wpływem ciepłych promieni słonecznych nie chciało się jej w ogóle ruszać z leżaka. A dochodziła dziewiąta. Rzecz niepojęta w grafiku Josha, by o tej porze nie zarabiał jakiegoś stosu szeleszczących dolarów. Hm. Musiała zaprawdę zapisać to na konto magicznego wpływu tutejszego klimatu.

Przeciągnęła się, zesztywniałe mięśnie dawały się we znaki. Czegóż innego jednak oczekiwać po dwugodzinnym placku przy basenie? W dodatku po śniadaniu tylko coraz bardziej chciało się jej spać… zwykła podróż w interesach Josha na Hawaje zaczynała zmieniać się dla niej w festiwal lenia. Nie, żeby miała coś przeciwko… Tylko od tutejszej kuchni czuła, że niebezpiecznie rosną jej boczki.

Kiedy zaczęłam przejmować się takimi pierdołami? Myślała zdegustowana, podnosząc się leniwie z leżaka. W którym momencie zaczęłam przypominać te lafiryndy…?

To był temat na szerokie rozważania. Cóż… w tej chwili jednak powinna raczej zbudzić śpiącego misia, nim jego rozdrażnienia na własne spóźnianie wyładuje na niej. Raczej nie z powodu interesów, przypominał kaktusa w za ciasnej doniczce. Wystarczyło przechylić, by zajrzeć i już miało się kolce na nosie… i innych częściach ciała.

I to nie tylko on. Większość jego znajomych chodziła rozdrażniona, żeby ująć to delikatnie. Im dłużej i częściej ktoś słyszał w otoczeniu najmodniejsze słowo ostatnich tygodni – kryzys – tym bardziej też ona sama stawała się rozdrażniona. Ciśnienia jej to nie podnosiło, jak co niektórym nadwrażliwcom. Ale irytowało. Treść rozmów przy stołach i wymówka dla największych cięć i głupot, i przede wszystkim, najukochańszy motyw spasionych, obwieszonych złotem idiotów. Większość z nich trudno było porównać do zranionego czy rozjuszonego zwierza, prędzej do salonowego pieska, któremu ktoś nadepnął na wypucowane łapki. Jednakże facet, z którym dzisiaj miał się spotkać Josh, należał niestety do tej zdecydowanej mniejszości. I nic tu do rzeczy nie miało, że był opanowany przez beznadziejną blond utrzymankę. Na tej jego słabości nie zamierzała bynajmniej grać. Tym bardziej Josh.

Widok jak zwykle niejedną mógł pozbawić tchu. I z przodu… i z tyłu. Widok rozłożonych zawadiacko męskich ramion zawsze jednoznacznie kojarzył się jej z ich wspólnym pierwszym razem. To był zresztą jeden z głównych powodów, dla których potem skończyła tu i teraz. Na urlopie. Ustawicznym, nieciągnącym się urlopie.

Przesunęła spojrzenie po sylwetce. Nie zmieniła się zbytnio przez lata, ku jej niezmiennej, acz cichej satysfakcji. Nadal na jego widok myślała o trenowaniu tych wszystkich mięśni i testowaniu ich wytrzymałości.

Tylko brak hawajskiej opalenizny przypominał jej o powodzie, dla którego tutaj przyjechali. Póki jednak co… zamierzała zbudzić śpiącego zwierza.

Usiadła na nim, ciesząc się poczuciem wąskich bioder między własnymi udami. Tak. Zdecydowanie było czym się cieszyć…

Hm… Musiała zadbać o jego opaleniznę. Taką równomierną, powstającą podczas aktywności na świeżym powietrzu… By z każdym drgnięciem i maszczeniem mięśni umysł przywodził wspomnienie tylko jednego.

Uśmiechnęła się, kiedy poruszył się przez sen. Skubnęła lekko jego usta, ciesząc się czosnkowym posmakiem na języku. Delikatnie szczypał.

Dreszcze wibrowały wzdłuż gardła, przechodząc w dół. Skóra nagle uwrażliwiła się niemiłosiernie. Czuła każdy powiew ciepłego, hawajskiego powietrza. Delikatnie powiodła palcem po jego nagim brzuchu. Mięśnie zacisnęły się pod gładką skórą. Aż nadto sugestywnie od… śmiechu.

Dłonie natychmiast zaczęły sunąć wzdłuż jej bioder, torując sobie drogę do ciepłej skóry pod materiałem. Przytrzymał ją w miejscu, pozwalając jedynie na mocno drażniące, powolne ruchy.

„Cześć, mała.” mruknął z zawadiackim uśmieszkiem. Pochyliła się ponownie, całując go w czubek nosa. Jęknął z zawodem. „Co to ma być?”

„Dzień dobry?” zaśmiała się nad jego nosem.

„Okrutne stworzenie z ciebie, kobieto.”

Prychnęła. Josh nie miał pojęcia o prawdziwym okrucieństwie i bynajmniej nie chciała myśleć o okrucieństwie teraz. Była na urlopie.

Zeszła z jego bioder, momentalnie tracąc ochotę na cokolwiek. złapał ją jednak w talii, protestując zawadiacko jak wcześniej.

„Ana…” zatrzymał się „Nie chciałem ci psuć nastroju…”

„Wiem.” westchnęła „Chodzę podminowana. Byle głupota…”

„Hm… Dużo napięcia wymaga raczej rozładowania, a nie dodawania C4.” uniósł sugestywnie brew, lustrując całą postać w porannym wdzianku.

~ * ~

Pokojówka przeszła bezszelestnie przez salon. Kobieta siedząca po turecku na kanapie z pozoru zupełnie nie zwracała na nią uwagi. Oczy utkwione miała w informacjach wyświetlanych na ekranie laptopa. Pochłaniały one większość jej uwagi, ale nie całą. Brzęczący dźwięk jakiegoś owada, latającego po pomieszczeniu, zaczynał ją irytować na równi z pokojówką, która starała się być cicho i nie przeszkadzać. Jak jednak w większości wypadków, piekło było wybrukowane dobrymi chęciami – kobieta spoczywająca na kanapie zaczynała z każdą sekundą coraz wyraźniej odczuwać obecność drugiej osoby w pomieszczeniu. Oczy skupione przeważnie na ciągu cyfr, na analizie informacji, której żaden komputer nie mógł dla niej przeprowadzić, coraz częściej na ułamek sekundy wędrowały w stronę kobiety w hotelowym uniformie.

Była Kreolką z jakąś niewielką domieszką. Jej skóra, chociaż była ciemna jak u każdego innego przedstawiciela tej rasy, była ciemna inaczej. Musiała mieć jakiegoś bielszego przodka, a jej skóra i tak była ciemna od słońca. Dzięki genom. Dziwne jednak było, zauważać nadal takie szczegóły i wnioskować coś z nich.

I czemu nagle irytował ją fakt, że pokojówka była ciemna od opalenizny a nie przez geny? Przecież nie miało to żadnego wpływu na jej życie. Była tylko cząstką systemu, który obsługiwał tutejszych gości. Ona płaciła hotelowi, hotel płacił pokojówce i nie obchodziła ich zapewne genetyka pokojowych.

Irytacja dopadała ją przez ostatnie dwa tygodnie. Od czasu, kiedy tu przyjechali. Głupia sprawa z owadem. Z pokojówką. Potrząsnęła głową. Czemu to tak jej utkwiło i drażniło? Nie mogła tego pojąć.

Josh też wydawał się dziwny. Spał. Dużo. Albo ciągał ją po poziomych powierzchniach, nie zawsze ustawiając wszystko tak, jakby mogła sobie tego życzyć.

Ponieważ to narastało, tym trudniej było wyłapać to w rzeczywistości. Ale było. Czemu dopiero teraz ich to dopadało?

Spojrzała na dane wyświetlane na ekranie. Kolejna czerwona flaga w przeciągu miesiąca. Sama w sobie nie była irytująca. W ogóle. Wielu ludzi jej szukało. Czasem wśród nich zdarzali się tacy, którzy szukali naprawdę jej jako osoby, ale efektowi tych poszukiwań szybko i nadzwyczaj skutecznie zapobiegała. Tym razem kolejny bezimienny trop. Bliski. I znów dotyczył sprawy helsińskiej.

„Oszaleć można…” mruknęła pod nosem, odstawiając laptop na stolik. Pokojówka obejrzała się na nią zdziwiona. Zignorowała ją. Potrzebowała porządnego snu, dużej dawki pożywnego jedzenia, zlikwidowania przyczyny swojej irytacji i rozładowania pozostałych resztek porządnym pieprzeniem. Z tej krótkiej, acz ważnej rzeczy aktualnie dostępna była tylko jedna. A nie było mowy, żeby zasnęła z obcym człowiekiem w mieszkaniu.

Zamroziła system i ominęła pokojówkę w drodze do kuchni. Włączyła sobie telewizor na jakieś wiadomości ekonomiczne; wprawdzie większość plotła nieprawdopodobne bzdury na temat kryzysu albo przewidywań dla nowojorskiej giełdy, ale coś brzęczało jej w tle. Otworzyła lodówkę i szafkę, metodycznie wyjmując składniki na sałatkę i konieczne narzędzia.

Stresu lodami nie zajadała, znała znacznie lepszy pomysł na to. Rozładowanie buzującej adrenaliny i napięcia z pracy nie stanowiło nigdy problemu. Było łatwe niczym oddychanie. Nie wiedziała, co ją różni od innych w tej kwestii, może miała to w genach albo najadła się radioaktywnego kryptonidu. To swojej osobistej irytacji, dotyczącej tych drobnych szczególików codziennego życia, nie potrafiła się pozbyć. Nie miała gdzie i jak od niej uciec. Ciągłe przebywanie ostatnio na urlopie, w odwiecznym festiwalu lenistwa i tylko sprawdzania danych w komputerze zaczynało ją paskudnie nużyć.

Przydałoby się nieco akcji… myślała tęsknie. Ale ilość czerwonych flag ostatnimi czasy sprawiała, że jakakolwiek akcja byłaby wyrokiem. Nie mogła nawet zbytnio podziałać w tej kwestii. Musiała wysłać kogoś innego. Doskonale wiedziała, kogo. Nie zmniejszało to w żaden sposób frustracji, ale nieco tuszowało jej niepokój. Ktoś siedział na jej tropie od czasu, kiedy sprzątnęła ministra. Pracę wykonała niemal półdarmo. IRA nienawidziła, bez względu na to, co było jej celem ani kto był członkiem. A że minister infrastruktury będący akurat w podróży do Helsinek miał jak na jej gust, za dużo powiązań prywatnych z IRA…

„Czemu faceci to tacy debile?” zazgrzytała pod nosem. Gdyby ten idiota nie stanowił tak łatwego celu, nie szukałaby zlecenia na tą akcję – kto by jej zapłacił za pracę, którą i tak zamierzała wykonać. Świat był lepszy bez tego idioty, klapiącego językiem i zdradzającego tajemnice, z pozoru zupełnie nieistotne. Niestety czasem informacje pokazywały swoją wartość po czasie. Ile będzie mnie kosztowało odkrycie przyczyny własnej irytacji?

To było bez wątpienia raczej pytanie dnia, nie chciała jednak się nad nim rozwodzić, bo tylko pogłębiało jej humorek. Zamierzała skonsumować coś, od czego mogły urosnąć jej gabaryty… nie tylko w fizycznym sensie. Skoro wszyscy wokół tyle truli o kryzysie, to czas to wykorzystać.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *