Spłata (7)

7.

Susan dyskretnie położyła mu na biurku listę pasażerów ostatnich  lotów na wszystkie najważniejsze lotniska, wolałby tymczasem gdyby robiła to bardziej ostentacyjnie, albo przynajmniej waląc go porządnie po głowie i zmuszając przynajmniej do zerknięcia.

Minęły dwa dni od kiedy ta lista była aktualna, zanim zerknął na nią z nudów przy porannej kawie i prawie natychmiast wylał gorącą, wonną ciecz.

Ana Kudrow przyleciała bezpośrednio, jedną z publicznych linii, wśród pasażerów pierwszej klasy na lotnisko w Pasadenie, gdzie przesiadła się do mniejszego, wskutek czego od dwóch dób przebywała w Los Angeles i on nic o tym nie wiedział. Zgrzytnął zębami, powstrzymując irytację i chwycił za telefon. Miał prawie 50 godzin do odrobienia; strata poważna, być może nie do odrobienia. Nie podobało mu się zupełnie, iż jego córunia nagle zjawiła się na kalifornijskim bulwarze z jakiegokolwiek powodu. Mogła natknąć się na jego ślady, a nie był jeszcze gotowy by ją przechwycić.

Ale dwadzieścia cztery godziny później wcale nie był mądrzejszy ani bezpieczniejszy. Any nigdzie nie mógł znaleźć, co gorsza odkrył, iż jej prawa ręka przebywała w Mieście Aniołów co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście dni dłużej. Jakaś nierozwiązana sprawa z przeszłości? Interesy? Nagłe spotkanie z jakimś dostawcą lub zlecenie? Mógł się łudzić, żołądek jednak skręcał się nieubłaganie. Instynkt mówił mu, że popełnił gdzieś błąd. A nie mógł popełnić błędu, cena jego poniesienia była zbyt wysoka. Minęło wiele lat, Sophie mogła wcale nie pałać pozytywnymi uczuciami do niego czy Nem. Jeżeli nie przeciągnąłby jej z powrotem do domu, straciłby Nem. Na szali tego planu położył dwie najważniejsze kobiety w jego życiu i wcale mu się nie podobała jego realizacja. Jak mógł coś tak durnego i prostego ominąć?

~ * ~

„Pewnie teraz zgrzyta zębami, jak mógł coś takiego ominąć…” Ana uśmiechnęła się znad swojej kawy. Jednym okiem czytała gazetę, jednym uchem prowadziła rozmowę z Theo, a resztę zmysłów koncentrowała na cudownie pachnącej, gorącej cynamonowej kawie. Zaczynało wchodzić jej w krew rozkoszowanie się przyjemnościami życia, ale o dziwo nie miała nic przeciwko. Tym bardziej jeżeli było je z kim dzielić. Ale samej też miałoby posmak przyjemności.

Josh właśnie wkroczył do jadalni, zapinał mankiety koszuli. Wyglądał na zmęczonego, chociaż nie mógł wstać wcześniej niż kwadrans temu. Zdecydowanie, jej menelszczyznę prześladował albo pech albo nadmiar obowiązków zrzucanych ze strony pozostałych członków rodziny. Rodzina rodziną, ale jej się to nie podobało. Zdecydowanie! Na szczęście, za dwa dni wylatywali na Zieloną Wyspę. Miała pierwszą poważną okazję do zobaczenia stada idiotów, które miało na niego aż tak duży wpływ.

„Rozmowy poranne z Theo?” Josh pocałował ją w czubek głowy, pospiesznie kradnąc łyk z jej filiżanki. Podniosła wymownie napełniony do połowy dzbanek, ale potrząsnął głową. „Muszę już iść, przed urlopem zostało mi mnóstwo spraw.”

Skinęła głową, wracając do rozmów z ulubionym podwładnym.

„Myślę, że do tego czasu na pewno się zorientował, że coś mu nie gra.” zgodził się łaskawie „Nadal jednak nie mogę namierzyć, kim on był, że znał takie szczegóły o nas. Nikt tu nie pasuje, a na szczęście jakiegoś byłego agenta nie liczyłbym.”

„Albo to osoba, co do której błędnie uznaliśmy, iż jest trupem. To bardzo rozszerza krąg podejrzanych. Mój ojciec był geniuszem zbrodni, ale tylko człowiekiem. Chłopakiem który dorastał w tej samej dzielnicy, w której osiedlił się po ślubie.”

Tylko słyszała w odpowiedzi przekleństwa.

„Co jest do licha z tymi Irlandczykami, że tacy konserwatywni?”

„A ty niby nie jesteś?”

„Cóż, ja brata nie pytałem, czy i z kim mam się żenić.”

„Fakt. Po prostu porwałeś swoją ówczesną dziewczynę i nie wypuszczałeś, póki się nie zgodziła.”

„Proste, a jakie skuteczne.” skomentował z zadowoleniem „Szkoda, że na tego gagatka nie ma  tak łatwych rozwiązań.”

„A może i są…” zastanowiła się przez chwilę „Nasz wyjazd sprowadza sprawę do nieco mniej ambitnego poziomu.”

„Angielski, proszę.”

„Sprawdź jego DNA i porównaj ze wszystkimi, którzy znali kiedyś braci McGuire.”

„Kobieto, to będą tysiące profili!” jęknął ze zgrozą „I przez miesiąc z laboratorium nie wyjdę, mogę pomarzyć o słonecznej, kalifornijskiej opaleniznie.”

„Jesteś strasznie marudny bez seksu.” burknęła.

„Nimfomanka się znalazła!”

„Co najmniej w przeciwieństwie do ciebie miałam nieco przyjemności tego ranka. Znajdź kim jest ten sukinsyn, a ja w tym czasie postaram się przetrwać rodzinkę McConnellów.”

„Czyżby nie spodobał ci się mój raport?” otwarcie się zaśmiał „Ale nie bój się, ja przeżyłem zapoznanie z rodzinką mojej, to tym bardziej ty ich przetrwasz. Przynajmniej jesteś Irlandką i doskonale wiesz, jak wyglądają tradycyjne rodziny tam. Po wszystkim będziesz się śmiała…”

Tego właśnie się obawiała. Za dobrze wiedziała, co mogło ją tam czekać – jedyne, czego nie wiedziała to na ile powstrzyma nadchodzącą katastrofę…

~ * ~

Przez ostatnie dziesięć lat nie żałował swojej pracy i zapewne spora część długodystansowców pracująca u McGuire’a. Mógł za to powiedzieć, kto w ciągu ostatnich trzydziestu minut bardzo żałował w ogóle uwikładania się w sprawy psychopatycznego milionera pomimo całkiem imponującego stażu na tym podwórku. Miriam, od lat czterech asystentka McGuire, zajmująca się głównie zdobywaniem dziwnych informacji, kórych w książce telefonicznej znaleźć nie można, wyglądała na kogoś zupełnie obcego. Zniknęła wyniosła blondynka, lubiąca knuć za plecami innych i patrząca z góry na cały pozostały personel swojego szefa. Osobiście sądził, że o szefie wiedział znacznie więcej niż ta blondi, ale nigdy nie wytykał jej tego – lubił swoją głowę, tym bardziej na swoim miejscu. Teraz miał  wrażenie, że Miriam straciła właśnie swoją – dosłownie i w przenośni.

Cień blondynki przemknął korytarzem, zmierzając do tylnego wyjścia na parking dla pracowników. Źle z nią. Miriam uwielbiała parkować od frontu, jakby jej tyłek cokolwiek w tym mieście znaczył. Może do dzisiaj, ale niestety w tym tempie w jakim traciła władzę z niewiadomego powodu, pewnie nawet swojego samochodu na parkingu dla pracowników nie znajdzie.

Wszedł do gabinetu – niepytany i nieproszony, ale najwyraźniej oczekiwany. Ryan siedział przy biurku, kończąc rozmowę telefoniczną. Krótką i rzeczową. Nie finalizował ostatnio żadnej transakcji, więc zapewne wcielił w życie jeden z licznych planów awaryjnych dotyczących swojej córki. Wolał już sam osobiście, by Ana Kudrow zadokowała na stałe w Kalifornii i ktoś miał ją w szachu. Już sam Ryan McGuire w nadmiarze wypełniał normę psychopatycznych morderców na wolności, jego młody, pełen sił i nowych pomysłów klon w zajebistym ciałku pełnym młodości, nie wróżył za dobrze wszystkim osobom, które znały kiedyś prawdę o rodzinie McGuire.

„Zamknij drzwi, Sam.”

Posłusznie wypełnił polecenie. Ryan tylko postawił kropkę w podpisywanym dokumencie i wstał.

„Jadę do Galway.”

Zdębiał. Dosłownie. Ryan i Sophie w jednym mieście? Ryan kontra Sophie? W jednym z głównych bastionów IRA, na irlandzkiej ziemi i w zamieszkałym mieście?

Gwarantowane dużo trupów. Miał nadzieję, że nie każą mu po tym wszystkim sprzątać.

„Po nas nie trzeba sprzątać. Tym różnimy się od pozostałych…” najwyraźniej wyraz twarzy zdradzał jego myśli „Nie mogę być w dwóch miejscach, więc mam dla ciebie zadanie.”

„Pańska małżonka zostaje?”

„Tak, Nem zostaje. Sophie najwyraźniej nie ma najmniejszych nadziei na to, że żyjemy. Inaczej zmieniłaby kilka moich autorskich metod… bo o szukanie stukniętego tatusia seryjnego mordercy metodą ganiania po świecie i na prawo i lewo stosowania kropka w kropkę jego sposobów to nawet ja bym jej nie podejrzewał.”

„Nie podobają się Panu jej wybory życiowe.”

Łagodnie ujmując…

Tags:
Comments
  1. Judyta

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *