Spłata (6)

6.

Być może, wprowadzając się na stałe na teren stanu Kalifornia, Ryan McGuire tracił wiele ze swoich cech, które czyniłyby z niego zajebiste ciacho do schrupania. Przede wszystkim, ku żalowi wielu Kalifornijek, nosił złoty krążek na palcu. Chociaż kilkoro z nich przekonało się, że to niewiele szkodzi, jednakże dystans, z jakim odnosił się do większości przedstawicielek płci pięknej sprawiał generalnie, że drzwi do jego sypialni jawiły się niczym szwajcarski sejf, pełen pułapek, zabezpieczeń i bezgłośnych alarmów. Z czasem, kiedy jego majątek urósł do rozmiarów uważanych w tym stanie za kwalifikujących do zamieszkania na słonecznych ulicach Beverly Hills, lista chętnych znacznie się zwiększyła, proporcjonalnie do zmniejszenia listy zadowolonych. Potem zaczął wyrabiać sobie w kwestiach damsko-męskich opinię dziwaka. Że żadna nie zagościła w jego sypialni dłużej niż na jedną noc, czy też on w jej sypialni, bowiem słynął także z irytującego niezapraszania do własnej posiadłości, nie wymaga tłumaczenia. Bardziej wymagało tłumaczenia, dlaczego właściciel wartej kilkadziesiąt milionów posiadłości, nie miał w zwyczaju, jak każdy inny samiec, zdobienia się w dumne piórka na tle luksusowych marmurów i wypielęgnowanego trawnika.

Mijały kolejne lata, Ryan McGuire zaczął słynąć z konsekwencji, przynajmniej w kwestii swoich spraw prywatnych. Był niczym dzika harpia, jeżeli ktokolwiek usiłował przejrzeć jego relacje rodzinne czy postawić nieproszony stopę na jakimkolwiek jego terenie. W interesach był nieprzewidywalny. W ciągu miesiąca potrafił całkowicie zmienić branżę, w której działał – zazwyczaj z wielką finansową korzyścią dla siebie.

Znany był głównie właśnie z powodu własnych interesów i drobnych dziwactw dotyczących życia prywatnego. Mało kto wiedział cokolwiek więcej na jego temat i nie można było powiedzieć, by ten stan nie odpowiadał Ryanowi. Niejednokrotnie dokonywał sporego poświęcenia, byleby stan ten właśnie utrzymać. Jego nazwisko było kojarzone z pieniędzmi czy jedną z firm inwestycyjnych, które założył i prowadził. Nigdy z kobietami, skandalami, przyjęciami. Co złośliwsi twierdzili, że to przez jego irlandzki charakterek. Nie mogli wiedzieć, jak blisko prawdy byli.

Relacje ze znajomymi w Kalifornii trudno było uznać za przyjaźnie, chociaż w kwestiach biznesowych nieraz zawierał wyjątkowo trwałe i osobiste sojusze. Różnie na tym wychodził, jednakże żaden z nich nie mógł się pochwalić statusem przyjaciela domu. Nie, ten tytuł Ryan McGuire w duszy i po cichu zarezerwował już dawno wyłącznie dla gospodyni swojego domu, zatrudnionej jeszcze za dawnych, irlandzkich czasów. Z tego też względu Theo Marcus skupił się na byłej gosposi w domu państwa McGuire. Chociaż teraz bardziej pasowałby tytuł nadwornej ochmistrzyni, ponieważ nadal żelazną wręcz ręką prowadziła rezydencję swojego chlebodawcy. Czarnej sukienki nie nosiła. Wyglądała na starszą damę po pięćdziesiątce, właścicielkę jednego z luksusowych domów, a nie pracownicę. Sam by się pomylił, gdyby miał oceniać. Szczęśliwie Susan nie aspirowała nigdy do tego tytułu.

Nierozwikłaną dotychczas zagadkę stanowiła odpowiedź na pytanie, dlaczego facet, który ze wszystkich sił starał się wymazać powiązania ze swoją przeszłością, zatrudnił kogoś takiego. O sentyment go nie podejrzewał. W życiu! Ryan McGuire wydawał się ostrą, skrzywioną wersją jakiegoś psycho – zabójcy o aspiracjach proirlandzkich. Wcale by się nie zdziwił, gdyby w jego przeszłości znalazło się kilka wspólnych akcji z członkami IRA. Wydawało się, że przynajmniej wspiera finansowo tą organizację. IRA miało całkiem spore poparcie wśród emigracji albo osób sympatyzujących z Irlandczykami. Tylko jeszcze brakowało mu w tej historii jakiejś ostrej psycho niuni, która siekała przeciwników jak leci, a na facetów nie strzępiła ostrego języczka.

Niestety Bozia mu poskąpiła obiektu do fantazji, bo Susan najwyraźniej była umówiona z jakimś starszawym, cherlawym dziwnym obiektem, zwanym kiedyś zapewne powszechnie używaną nazwą dla jego płci. Osobiście wątpił, by dziwaczny humanoidalny twór kiedyś był mężczyzną. No, może w czasach, kiedy dzieciom rozdawano misie, a jego pominięto, należał jeszcze do pewnego rodzaju. Sprawdził pospiesznie podstawowe informacje. Nie nagrywał ich rozmowy, nie potrzebował takich środków, treść i tak potem dostanie. Przedłużała się jednak w miarę rozwoju tematu, więc mógł sprawdzić więcej niż to i owo.

Thomas Padelecki był neurologiem. Ku jego niepomiernemu zdumieniu – bardzo sławnym, a jego sława bynajmniej nie mieściła się w granicach kontynentu. Sprawdzenie historii jednak ujawniło przyczynę tegoż dziwnego stanu rzeczy. Ot co, tatusiek był lekarzem z wyższej półki także, więc co synalek mógł wybrać jak nie równie lukratywny zawód?

Po godzinie zaczął się już naprawdę nudzić. Rozmawiali, rozmawiali. Susan coś notowała, on zaś zanotował, by zwinąć i skopiować  te jej bazgroły. Niestety, pomimo ochmistrzowskiego stanu, a może dzięki niemu, bazgrała niczym kura pazurem. Chociaż może nie, kura miała więcej wdzięku…

Z nudów zaczął przeglądać menu restauracji, w której siedzieli. Na widok apetycznie wypieczonego kurczaka aż zatęsknił za własną kuchnią. Niestety była setki mil dalej, a Ellen no cóż, ostatnio do gotowania się nie paliła.

Powstrzymywała go jedynie myśl o reakcji Any, gdyby się tak błazeńsko ujawnił. Ryzykować nie chciał; czegokolwiek chciał od niej ten cały piekielny Irlandczyk, raczej nie wchodziło w zakres jej usług, a on, jeśli coś by spieprzył, ryzykowałby wystawienie ich obojga. Ana usmażyłaby w zemście jego cztery litery i nakarmiłaby go tym, w sosie z jego własnej próżności.

Bycie facetem na posyłki czasem było do kitu!

„Skomlesz jak ostatnia ciota, Theo.” przywitał go głos własnej szefowej. Parsknął do niewielkiego mikrofonu. Miał nadzieję, że zadźwięczało jej w uszach. Mocno!

„To nie ja ostatnio daję się wrabiać w Hawaje. Hawaje!”

Witamy w raju par z klasy średniej, przyjeżdżających w podróż poślubną lub przedrozwodową…

„Współczynnik emeryta na metr kwadratowy suchego lądu na pewno mają niższy niż twoja Floryda!” niemal zobrazował w myślach wytknięty języczek i dziecinną przekorność, malującą się w oczach.

„Ja tu nie o wnukach rozmawiam.” odciął się „Chociaż nie powiem, właśnie obserwuję panienkę, co by na emerytkę się nadawała, ale jej rozmówcy to chyba misia w dzieciństwie brakowało…”

„A tobie czego innego najwyraźniej, skoro non stop o dzieciach trujesz!”

„Dzięki, mam jedno wrzeszczące po nocach cudo w domu, dziękuję!”

„Zabrałbyś żonę na wakacje, zamiast smęcić i jęczeć.”

„Smęcić to będziesz ty, kiedy przyjedziesz do domu.”

„Taaak? Znowu goście?” jęknęła znudzona „Wiesz, od usuwania termitów i szkodników to mamy wyspecjalizowane służby i tony trutek. Ostrych. Mocnych. Wybitnie skutecznych!”

Tylko jęknął w duchu. Bywała cholernie złośliwa i doskonale wyczuwała jego własną frustrację. On się z niej nie nabijał, kiedy nie sypiała z kimkolwiek był na obrotach.

„Raczej nie pomogą. Myślę, że powinnaś przyjechać jak najszybciej.”

„Daj mi chociaż jeden powód, dla którego miałabym opuścić przyjemne łóżeczko i wakacje na własnym niewolniku…?”

„Chyba swoich hormonów… Pakuj swój zgrabny tyłek, Josha wrzuć do bagażu podręcznego albo znajdź sobie inną ścierkę na ten czas. Chyba znalazłem faceta od Helsinek. Jest popieprzenie irlandzki, starszy, bardziej doświadczony i najwyraźniej chce ciebie. Więc pomyślałem, czemu nie dostarczyć mu towaru na srebrnej tacy?”

Ana do zawziętych osób nie należała, chociaż potrafiła zrujnować cierpliwość świętego. Jeden jedyny przymiotnik w całej jego tyradzie sprawił jednak, że pozapalały się wszelkie alarmowe, a nie ostrzegawcze, lampy. Spoważniała natychmiast.

„Będę jutro rano.”

~ * ~

Pakowanie zawsze było proste. Zgarniała do torby w określonym porządku wszystkie swoje rzeczy, a liczne podróże nauczyły ją nie zabierać więcej niż sama bez problemu mogła unieść. Jedyne, czego w tej materii nie cierpiała, to czynności dokładnie odwrotnej – rozpakowywania. W jej mieszkaniu wszystko miało swoje miejsce, szczególnie w czasie kiedy wyjeżdżała. Dodanie osobistych gadżetów psuło z góry zakładany porządek. Irytowało ją to równie mocno co rosnące w siłę oddziału IRA.

Josh nie miał pojęcia o jej irlandzkich korzeniach. Nie smarowała mu w tym temacie, nie czuła się na tyle pewnie, by przekazać mało romantyczną historię własnej rodziny. Kiedy tylko cofała się myślą do dawnych czasów, najczęściej dostawała wrzodów żołądka. Jedyną w miarę pozytywną stroną jej dzieciństwa był Ryan McGuire, o ile można było nazwać znajomość z seryjnym, zawodowym mordercą jasnością w życiu dziecka. Cokolwiek jednak Ryan robił zawodowo, miał trzy najważniejsze atuty za które dzisiaj kochała go bezwzględnie:  nigdy nie mieszał życia zawodowego z osobistym (rozdzielania i ukrywania się w końcu nauczyła się od absolutnego mistrza tematu!), swoją mocno dysfunkcjonalną rodzinę chronił z uporem psychopaty, a o żonę dbał bardziej niż o własny samochód.

Złośliwą ironią losu wydawało się więc, iż facet który prześladował ją od co najmniej kilku miesięcy, nosił nazwisko jej ojca. Właściwie ojczyma, bo Ryan jej biologicznym ojcem nie był, tylko jego dużo mniej idealny brat, ale na papierze i wobec świata Ryan McGuire nigdy się nie zająkał co do swojego ojcostwa. Należała do rodziny, więc ją chronił. Psiakrew, nawet z ogólnego opisu wyglądu by pasował – ale niestety doskonale wiedziała, że Ryan McGuire był równie martwy co swoja małżonka. I za samo do niego podobieństwo gotowa była zabić gnojka.

Zostawiła wiadomość dla Josha, mając nadzieję wbrew wiedzy, że nie potraktuje jej wyjazdu jak dezercję. Obiecała mu urlop z dala od własnych spraw i generalnie robiła za posłuszną panienkę w ostatnich tygodniach, aż Irina i Theo się nabijali w wolnych chwilach.

Wyminęła znów ciemnoskórą pokojówkę (czyżby przydzielali jednak im cały czas jedną?), jednym ruchem zgarniając z toaletki kosmetyki. Nieco ostrożniej potraktowała fiolki ukryte w lodówce. W końcu miała trzy dychy na karku, byle kremik nie wystarczał. Koncentratu za 2 tysiące zielonych za 50 mililitrów tra(k)tować jak wszystko inne nie zamierzała.

Naprawdę, zaczynała zamieniać się w lafiryndę!

„Odprawę na najbliższy lot do Los Angeles zamykają za godzinę. Zdążysz?” retoryczne pytanie Theo w słuchawce wyrwało ją z chwilowej zadumy. Miał zmęczony głos. Ciekawe, co takiego wyprawiał przez ten czas? Po ostatnich wydarzeniach należałoby mu chyba dać dłuższy urlop, zwłaszcza z Ellen i małym wrzeszczącym po nocach cudem małżeńskiego stanu. Ale może najpierw sprawią, żeby nie musiał w te pędy z niego wracać.

Ciekawe, jak Ryan reagował na podwójny cud? Milusi z bratem raczej nie byli. Pamiętając jednak częstotliwość przyłapywania ich w dziwnych miejscach, musieli sobie zdrowo odbić okres posuchy. Jej także przydałoby się takie odbicie. Wyładowanie się w Joshu po ostatnich dziwnych frustracjach mogło być kojące, o ile wiedziałaby skąd się to brało. A tak chodziła jak wykastrowany kogut, fukała na wszystkich i wszystko i nie miała pojęcia, co się z nią dzieje.

„Ziemia…” przywołał ją. Westchnęła.

„Zdążę. Czekaj na mnie na lotnisku, zobaczymy co z tej mączki da się upichcić.”

Tags:
Comments
  1. Agnieszka

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *