Spłata (5)

5.

Klan McConnellów nie należał do najstarszych i najbardziej szanowanych rodzin irlandzkich. Wiele rodów przed nimi i po nich powstawało pnąc się znacznie wyżej i upadało z mniejszym lub większym hukiem. Klan, z początku dosyć liczny i  żyjący głównie w nadmorskich miastach, powoli kurczył się albo wtapiał w inne klany. Od końca XIX wieku nazwisko McConnell stało się jednym z najrzadszych na zielonej wyspie.

Edward McConnell jednakże, hołdując tradycyjnemu modelowi rodziny, był seniorem całkiem licznego stadka potomków. Miał pięciu synów i córkę. Najstarszy, Josh, kierował oddziałem rodzinnej firmy w Stanach i jak głosiła fama, z cierpliwością godną świętego, znosił nagabywania rodzinki o ustatkowanie się. Kolejny – Timothy – mieszkał w Szwecji z żoną i dwoma córkami.  George i Georgiana, ostatnia dwójka łobuziaków przyszła na świat najpóźniej, osiedli na stałe w Irlandii, doprowadzając pół rodziny do szału. W przeciwieństwie do swojej bliźniaczki, George pozostawał jeszcze stanu wolnego, bałamucąc połowę rodzaju żeńskiego w Galway. Między Timem a bliźniakami, było jeszcze dwóch synów, ale z punktu widzenia Ryana McGuire’a nie stanowili żadnej wartości.

Była to dobra, szanowana rodzina. Chociaż jak na jego gust byli zbyt tradycyjni i konserwatywni. Wydawało się, że Josh zerwał ze zwyczajami swoich krewniaków i prowadził zupełnie inne życie. Nie chciał jednak zapeszać. Mężczyźni zbyt często dostosowywali swe piórka do barw drużyny, z którą grali.

Dla Any był dobrym, chociaż nienajlepszym kandydatem na faceta. Skoro już jakiegoś mieć musiała, co było nieuniknionym prawem natury, był zadowolony, że nie wybrała kompletnego palanta. Kobiety miały to do siebie, że ciągnęło ich do debili i popaprańców jak pszczoły do miodu. A żeńska linia przodkiń Any miała w tej dziedzinie wręcz wybitne osiągnięcia. Włączając w to nawet jego Nem. Josh jednakże był bystry i konsekwentny. Ale jego główną zaletą było trzymanie się z dala od radykalnych nacjonalistów i wszelkiej maści osobników, którzy załatwiali interesy nie do końca legalnie. Kiedy ostatnim razem jego rodzina utknęła w takim towarzystwie, stracił dzieci i kilka lat życia. Wydawało się więc zrozumiałe, że nie życzył uzupełniania przez Anę ich rodzinnej statystyki w tej kwestii.

Jego początkowy prosty plan, by wykorzystać Irinę Kudrow do swoich celów, zaczął się sypać już wcześniej. Ana była niemal maniakalnie przywiązana do swojej przyjaciółki z sierocińca. Gdyby po czasie wyszło na jaw, jak osiągnął swój cel, mógłby się pożegnać z Aną. Dodatkowe komplikacje związane z ciążą przyjaciółki też mu na pewno nie pomogą. Musiał zastosować dawkę uderzeniową, inaczej to nie miało sensu. Ana nie pozwoliłaby, żeby jakakolwiek pułapka zamykała się wokół niej. Była bystra, z czego chyba czuł nie do końca zasłużoną dumę. No i z większości swoich szarych komórek umiała zrobić pożytek.

Jemu tego nieraz brakowało, przyznawał się bez wstydu. Zawiódł kilkakrotnie, co miało zupełnie opłakane skutki. Dlatego właśnie ten plan powstawał powoli i z dokładnością prawdziwego maniaka. Zaczął się w Helsinkach, uderzony akcją przeprowadzoną dokładnie tak, jakby sam ją wykonał. Nawet nie wiedział, co go wówczas naszło. Refleksja, że tylko jedna osoba potrafiłaby poskładać taki plan, przyszła dużo później. Najpierw był instynkt, przeczucie, że za zamordowaniem tego debila, czy też przede wszystkim planem morderstwa, stała najmłodsza latorośl rodu McGuire. I potem inne kwestie sprawiły, że był zmuszony prześledzić całą operację.

I teraz miał inny poważny problem. Zastanawiał się więc, czy realizację swojego planu przeprowadzić przed czy po wizycie u McConellów. Josh planował przywieźć Anę na wielkie rodzinne spotkanie… wreszcie. Zacierał ręce. Może wreszcie zostałby dziadkiem… ale realizacja planu po tym spotkaniu mogła gwarantować, że miałby nieoczekiwanego sprzymierzeńca w Joshu, po początkowych oporach na przeprowadzenie się do Kalifornii. Ale cóż, Edward McConnell był zbyt konserwatywnym skurczybykiem i nie wypuściłby firmy z żelaznej ręki. Josh niejednokrotnie sprawiał wrażenie, jakby miał zamiar rzucić to wszystko w diabły. Dać mu motyw – nie potrzebował. Potrzebował tylko okazji.

„Skąd ten uśmiech?”

„Myśl, jak szybko mogę zostać dziadkiem. A przynajmniej wrednym teściem.” uśmiechnął się do Sama.

„Wszystko z panią Sophie idzie zgodnie z planem?”

„Z nią nigdy nic nie idzie zgodnie z planem. Jaka matka, taka córka.” skwitował „Po tylu latach powinienem się już przyzwyczaić. I cóż, Ana będzie miała wystarczająco emocji w nadchodzących miesiącach.”

Wyjrzał przez okno. Słoneczna panorama Los Angeles nieco różniła się od tej hawajskiej. Szczęśliwie jednak dla niego miała jedno znaczenie – wkrótce będzie w domu.

„Pospiesz się, Sam. Chcę zjeść obiad w domu.”

Kierowca posłusznie skinął głową i przyspieszył, ale nie tak, żeby kalifornijskie radary uznały ich za interesujący obiekt. Zerknął też przez lusterko na swojego chlebodawcę. Wyraz twarzy ewidentnie sugerował, że rozmyślał o Anie Kurdow i jej sprawach. Ostatnio to jedyne, co wywoływało u niego uśmiech czy dobry nastrój. Nieco go to zmartwiło. Miesiące przygotowań, podchodów – i nagła zmiana planów, a jego szef był w dobrym humorze nadal. Co takiego knuł w swojej osiwiałej łepetynie? Przysięgał, że wyobraźnią do szajbniętych, schizowatych planów prześcigał nawet Meyer.

Pracował u Ryana McGuire’a już lat dziesięć i nie narzekał na swoją pracę, głównie z powodu jej przewidywalności. McGuire poruszał się głównie po Kalifornii, z czego prawie wszystkie jego samochodowe wyjazdy były w obrębie samego miasta czy w interesach do firm, z którymi współpracował on sam. McGuire słynął wręcz z tego, że nic go nie rusza z Kalifornii.
Cóż, Sam znał prawdę. Nic go nie ruszało od Nem, za wyjątkiem ich córki. Spędził na jej poszukiwaniach ładnych parę lat, a kiedy wreszcie mu się udało, wyglądało na to, że córunia poszła w ślady obojga rodziców. I tatuś, chociaż dumny z córki, na szczęśliwego z jej wyborów życiowych nie wyglądał.

Teraz wystarczyło kupić orzeszki i obserwować pojedynek dwóch schizolców.

~ * ~

Orzeszki fruwały w powietrzu. Resztki białej proteinowej substancji, tylko momentami przypominające popcorn w czekoladzie, walały się po kremowym, hotelowym dywanie. Stanowiły jednak mniejszość wśród zaśmiecających go drobin po tekturowych opakowaniach testów, które Irina podarła na tysiące strzępków w zemście za negatywny wynik.

Bycie kobietą było przerąbane. Ale bycie testem ciążowym to dopiero przekleństwo! Masz gwarantowane, że przynajmniej połowa ziemskiej populacji przynajmniej raz nienawidziła ciebie do szpiku kości albo planowała twoje morderstwo w celu ukrycia dowodów…

„Idealny facet… powinien być…  hm…” ołówek zatrzymał się między krateczkami dużego zeszytu na ułamek chwili, po czym ruszył ponownie w swoją kilometrową, pełną trudów i znoju wędrówkę między liczbami, datami i podsumowaniami. Jego posiadaczka zerknęła krótko na swojego gościa, Irinę Kudrow, po czym wróciła do swoich sprawozdań. Wydawało się, że temat zawisł w próżni twórczej nieco zmęczonej, zdołowanej i zdecydowanie pod wyraźnym wpływem połowy opróżnionej butelki szampana. Albo może co innego zaraz zostanie z niego opróżnione, jeżeli nie zajmie myśli szalonej kobiety.

„Punkt pierwszy: nie nazywać się Sebastian!”

Zarechotały obie. Tak, zdecydowanie. Ana nie przepadała za Sebastianem. Zresztą, za mało którym facetem swojej przyjaciółki. Ale głównie z bardzo egoistycznych powodów. Lubiła ją mieć dla siebie. O jakiejkolwiek porze dnia i nocy.

„To Josh lubi ciebie o jakiejkolwiek porze dnia i nocy…”

Zarumieniła się nieznacznie. O dziwo, zdołała powstrzymać w buzi musujący płyn i nie wypluć go, dzielnie przełknęła wibrujące bąbelki i wymamrotała.

„A to co to było?”

„Twoje myśli wypisane na twojej twarzy?” Irina uśmiechnęła się bardzo wymownie „Weź go przykuj do jakiejś ściany i wykorzystuj aż padnie z wyczerpania.”

„Punkt drugi: musi być wytrzymały…” zaintonowała, za co oberwała ciężką kanapową poduchą. Butelka najczystszego szampana przewróciła się, mocząc stos papierów na którymi pracowała. „I umieć wylewać…” dorzuciła sucho trzeci punkt do listy.

„Aana, nie chcę tego słyszeć, nie chcę, nie chcę…” Irina skakała po pokoju, zatykając sobie uszy jak mogła.

„Sama zaczęłaś…” ale przyjaciółka nie reagowała. Westchnęła. Pół dnia pracy poszło właśnie w pizdu. Częsty przypadek, kiedy w tle występowała postać Sebastiana. Potrafił spieprzyć sprawę tylko będąc tematem  rozmowy. Hm, nowy rekord.

Odepchnęła pospiesznie myśl o Gabecie. Nie miała nastroju na psucie sobie popołudnia męską głupotą.

„I trzymać kobietę…” Irina rzuciła nagle, ni stąd ni zowąd. Przechyliła kieliszek, aby móc widzieć ją przez musujący nektar bogów.

„Spowiadaj się, maleńka!”

Zawsze nazywała ją maleńką, chociaż dzieliło ich kilkanaście centymetrów. Wzwyż, nie w dół. Zapobiegawczo nie upiła łyczka, chociaż zawartość kieliszka kusiła. Gdyby tak się spić na amen i pleść, co tylko ślina na język przyniesie. Na kilka godzin pozbyć się problemów.

Ale tego wieczora to Irina miała się wygadać, a cała reszt musiała iść do diabła.

„Theo… jak mu tam…. Marcus!” oznajmiła triumfalnie „Ten twój wiceprezes.”

„On jest żonaty!” jęknęła. Irina aż za dobrze znała jej pogląd na tą kwestię. W tym różniły się niestety diametralnie. Jej przyjaciółka nie stroniła od zajętych. Nie romansowała bynajmniej z nimi, ale jednorazowe przygody się jej zdarzały.

„No właśnie!” Irina upiła potężny łyk, ale jej wzrok nadal przepełniał dziwny wyraz tęsknoty „I jak on ją trzyma…” jęknęła „Ilu facetów ma coś takiego? Jeden na milion! Kuźwa, szkoda, że zajęty…” zadumała się „Ale może go sklonujemy?” rechotała, dolewając sobie kolejną porcję. W butelce zaczynało prześwitywać dno. „Chociaż może nie, dwóch Markusów na jednym globie…” urwała, widząc zadowolony uśmieszek na twarzy Any „Co…?”

„On ma bliźniaka. Identycznego. Ale nie jest prawnikiem, tylko muzykiem. Gitarzystą, dokładniej mówiąc.” zdusiła zadowolony uśmieszek, zastępując go nieopanowanym rechotem, kiedy do zamglonego alkoholem mózgu Iriny wreszcie dotarła właściwa informacja.

„Ty… dobry jest?”

„Nie wiem.” wydusiła spośród rechotów „Nie odzywają się od lat, a ja trzymam ze starszym bliźniakiem… Ale mogę znaleźć ci numer telefonu, jak chcesz.” oznajmiła wspaniałomyślnie na koniec. Buzia Iriny rozjaśniła się w uśmiechu i wspaniałomyślnie wyciągnęła z torby kolejną butelkę szampana. Ana jęknęła.

Tags:
Comments
  1. Agnieszka

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *