Spłata (4)

4.

Lubił szybkie samochody. Który mężczyzna ich nie lubił? Pnąc się coraz wyżej w zawodowej karierze mógł sobie pozwolić na coraz to nowsze, bajeranckie auta. Był też niestety i minus. Im wyżej się wspinał, tym więcej zabezpieczeń potrzebował. Co mu było po jego lśniąco czerwonym ulubionym wozie, skoro po tygodniu pod względem dziur mógł konkurować z serem szwajcarskim?

W dzień powszedni więc przemieszczał się samochodami z kierowcą. Tu również pozwolił sobie na większy wydatek niż było to konieczne. Sam jak zwykle więc czekał w gotowości na parkingu, kiedy cichaczem ulotnił się z przyjęcia. Evansowie pewnie zdziwiliby się głęboko, zobaczywszy go na przyjęciu. Rzadko bowiem opuszczał Kalifornię. Jeśli już, nie łaził po przyjęciach w poszukiwaniu cudu.

„Do hotelu, Sam. Potem na lotnisko, wracamy do domu.”

Jeżeli kierowca się zdziwił – jak zwykle tego nie okazywał, zachowując podejrzenia i uwagi dla siebie. Po to też mu odpowiednio płacił.

Liczba jego „dziwnych” podróży ostatnimi czasy wzrosła drastycznie. Na jego szczęście, osoby, które mogłyby powiązać w całość właściwe elementy jego podróży i wysnuć chociaż cień właściwych wniosków, dawno nie żyły. Było to też pewnym utrudnieniem. O wiele ciężej było to wszystko przeprowadzić. Grał przeciwko świetnemu przeciwnikowi, nawykłemu do omijania pułapek, szantaży i nie zostawiającemu żadnych śladów.

Zaledwie po pół godziny jazdy znalazł się w hotelu. Do odprawy miał kilka godzin, ale musiał się spieszyć. Jeżeli nie upewni się co do wszystkich elementów i połączy je za wcześnie, pułapka na Anę Kudrow okaże się nieskuteczna. I miał też tą pewność, że ona mogła przygotować w odwecie taką, z której mógł nigdy nie wyleźć.

Uregulował wszystkie rachunki, oddał bagaż Samowi, który bezpiecznie ulokował wszystko w bagażniku. Telefon zadzwonił w porę, wręcz z sekundową dokładnością. Wsiadł, Sam ruszył i dopiero odebrał. Wprawdzie hotelowe auta nie miały wielu potrzebnych zagłuszaczy i innej współczesnej technologii gwarantującej poufność informacji, nie planował jednak, by podczas konferencji padły informacje, które nie powinny znaleźć się w rękach niepowołanych osób.

„Nasze plany muszą ulec zmianie w części dotyczącej Iriny. Nie trzymało jej u Gabetta bynajmniej uczucie lub jego pozory, ani też kwestie finansowe. Nie płacił jej od tygodni.”

„Tym łatwiej będzie ją przejąć.” jego rozmówczyni nie zgodziła się z nim. Kobiety.

„Irina jest w ciąży, albo przynajmniej usiłuje zajść.”

W tym tkwiła cała tajemnica jej ostatnio dziwnego przywiązania do Gabetta. Sam na własnej skórze wiedział, że kobiecie najłatwiej zajść w ciążę z kimś, z kim wcześniej przez przynajmniej kilka tygodni regularnie sypiała. Najwyraźniej też nie chciała, by biologiczny tatuś miał cokolwiek do powiedzenia w życiu dziecka. Albo zbytnio bruździł w jej życiu. Na jedno szło.

Wykorzystanie Iriny więc odpadało. Ana nie wybaczyłaby wykorzystania przyjaciółki w mniej lub bardziej błogosławionym stanie.

„Co więc proponujesz w zamian?”

Miał plan awaryjny. Przy tym przedsięwzięciu miał ich tuzin. Problem polegał jednak na tym, że w nich nie potrzebował jej pomocy. Czy też, problemem dla niego to nie było.

„Powiem ci po powrocie.”

Rozłączył się bez uprzedzenia, ignorując oczywistą, późniejszą złość swojej asysty. Już jej nie potrzebował, a wiedza o jego planach nie wróżyła Miriam długiego i owocnego żywota. Chociaż… mogła się jeszcze przydać.

~ * ~

„Jesteś gorszy niż George.” poskarżyła się z wyrzutem „W takim tempie ucieknie ci szybciej niż zdążysz się obejrzeć. I nie zostanę ciocią!”

Josh po prostu parsknął. Georgiana miała zadziwiający każdego styl myślenia, a odkąd związał się z Aną, truła mu wiecznie, że to czas najwyższy, by została ciocią licznego, nowego pokolenia McConellów. Nie, żeby miał coś przeciwko stadku małych rudzielców kiedyś w przyszłości, ale wszystko po kolei.

„Postaraj się o własne, bo o własne to ja staram się codziennie…” stłumił uśmieszek, kiedy do jego uszu dotarło oburzone sapniecie. Niestety, szybko się okazało, że nie to, jakiego by pragnął…

„My staramy się parę razy dziennie…” złośliwa wyniosłość jego siostry była nawet zabawna „Ale to nie o mnie, tylko o was. Zapłodnij Anę, zanim mądrzejszy plemnik gwizdnie ci kobietę sprzed nosa!”

„Gia… Nie będę dyskutował tej strony mojego życia z młodszą siostrą!”

Doprawdy, chyba musiał uciąć sobie krótką pogawędkę ze szwagrem, inaczej nadmiar dobrych chęci najmłodszej Mcconnell zatruje mu życie.

„Nie zamierzam. Ale jesteś idiotą, myśląc, że prawie trzydziestoletniej kobiecie nie przemknęło przez myśl ani razu. Jak nie uzyska tego od ciebie, to chociaż najbardziej w świecie by cię kochała, poszuka kogoś, kto może jej to dać.” ścieliła przed nim czarne wizje.

„Przecież nie zrobi tego.”

„Doprawdy?” Gia była sceptyczna. Aż za bardzo, od czego zwykle skręcało mu żołądek, bo zazwyczaj miała rację w sprawach damsko – męskich. „Ana nie należy do kobiet, których cały świat kręci się wokół faceta.”

„A są w dzisiejszych czasach jeszcze takie ewenementy?”

„Nie zmieniaj tematu!” odcięła się surowo „Ana to cudna kobieta, z głową na karku, a ja nie chcę, by stado moich bratanków było głupie…”

Westchnął w duchu. Ta rozmowa prowadziła donikąd. Nie czuł się staro, ale ze wszystkich swoich braci on jeden był najstarszy i od lat uparcie odmawiał ustatkowania się. Nie, żeby się nad tym nie zastanawiał, po prostu nie uważał, że takie decyzje należy podejmować pod wpływem rodziny – wręcz przeciwnie. To nie z nimi musiałby żyć do końca albo kłócić się po dekadzie o majątek na rozprawie rozwodowej. Sporadyczne rozmowy z rodzinką dało się znieść, o ile to nie była rozmowa z Gią. Najmłodsze i jedyne dziecko płci pięknej McConellów od wielu lat. Miała niewiarygodny posłuch w rodzinie, szczególnie w sprawach jej przyszłości. Ale niestety była też przez to najbardziej upartą. Uważała też, że jako jedynej dziewczynce należą się jej jakieś specjalne przywileje.

Jemu z pewnością przydałby się przywilej zostawienia jego osobistych, najbardziej prywatnych spraw – prywatnymi. Mógł się założyć, że podczas następnej bytności w rodzinnym domu tak łatwo i przyjemnie się nie skończy. Gia wkraczała na wojenną ścieżkę. Nie bałby się, gdyby nie jeden drobny szczególik. Ana rozszarpie ją na strzępy za próby wtrącania się w ich życie i zaszufladkowanie jej jako żony katolickiego Irlandczyka. Jedynym wyjściem było zaręczyć się przed feralną wizytą.

Nie miał wątpliwości, że za Aną oglądało się pół ulicy i niemal wszyscy jego znajomi. A także co niektóre znajome. Ciągał ja przez to przez pół świata, w tę i z powrotem. Och, sama wizja pozostawienia jej samej, na miesiąc, wystarczała. W końcu dopadł ją w przerwie Cilliana. Nie zamierzał popełniać błędów swojego poprzednika. Tylko jak tego u licha dokonać?

Tags:
Comments
  1. Marta
  2. Judyta

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *