Spłata (2)

2. 

Hawaje miały niewątpliwie piękne, sielskie niemal jak na obrazku plaże. Z pewnością codzienne widoki, jakie oferowały spacerowe bulwary mogły służyć za reklamową wizytówkę wielu firm turystycznych. Szczęśliwie jednak nie babrała się w tego rodzaju idiotyczne usługi. Wolała podatki. Były bardziej konkretne i jasne dla niej niż konieczność dogodzenia znudzonym Amerykanom na urlopie. Chociaż większość dalszych znajomych i tak twierdziła, że chyba padła na głowę, albo słońce jej zaszkodziło.

Nie zaszkodziło. Ale podatki ograniczały kontakt z debilami, z którymi kontaktu sobie nie życzyła. No, za wyjątkiem niektórych urzędników. Z drugiej strony jej ulubione urzędy już się przyzwyczaiły i byle szaraczków – stażystów nie wysyłały do niej na kontrole. Chyba, że chciały dokopać jakiemuś świeżo upieczonemu. Ale wtedy wystarczał pierwszy rzut oka na przybyłego. Stażystów nawet częstowała kawą. A resztę, niczym wielbicielka sadomacho, usiłowała pokonać.

Od oglądania tego sielskiego obrazku aż rozbolały ją oczy. Przysiadła więc w cieniu w niewielkiej kafejce usytuowanej niedaleko jakiegoś parku. Miała jeszcze kilka godzin do czasu, jak Josh skończy męczyć swoich odbiorców nowymi umowami. Pomęczyłby mnie. myślała tęsknie. Seksualna frustracja zdawała się uaktywniać za każdym razem, kiedy był daleko. Albo chociażby niedostępny. Ale nie wtedy, kiedy siedziała okrakiem na smacznym ciałku, zaciskającym wszelkie mięśnie w oczekiwaniu na jej ruch…

Czekała na wynik badań krwi. Nie bała się ich, ale dziwnie czuła się, odpowiadając na czasem dosyć intymne pytania lekarza i uzupełniając formularz do badań laboratoryjnych. Pytania dotyczyły nawetkiedy ostatnio… Miała ochotę odwarknąć dawno, ale tego nie zrobiła. Chcąc czy nie, kłamstwo mogło nie rozwiązać jej narastającego problemu.

Rozłożyła kupioną wcześniej gazetę i zagłębiła się w lekturze. Szczęśliwie pomiędzy setkami przedruków różnych niusów, nadal zdarzały się bardzo ciekawe artykuły branżowe. Albo drobne szczególiki, które potem postanawiała dokładnie sprawdzić i wykorzystać.

„To absurdalna zbrodnia, czytać o podatkach w taką pogodę.”

„To absurdalna zbrodnia, nie móc zapłacić swoich rachunków.” odcięła się, uśmiechając do zielonookiej blondynki, która właśnie z wdziękiem klapnęła naprzeciwko. Po Iri zdecydowanie nie widać było upływającego czasu. Jeszcze do niedawna każdy mógł brać ją za nastolatkę.

„Jakby od czasu kiedy opuściłyśmy Nowy Jork, kiedykolwiek brakowało ci funduszy.” Kudrow do naiwnych, przyjmujących ludzi po pozorach nie należała. A Ana sprawiała wrażenie słodkiej, niewinnej i bynajmniej nie milionerki.

„Och, nie marudź, zawsze może zaistnieć nowa sytuacja, wymagająca przygotowania i wiedzy… „

„Jak nie płacić debilnego haraczu…?” błękitne oczka zlustrowały przyjaciółkę uważnie, po czym przeniosły z powrotem uwagę na czytany przez nią artykuł. Ewidentny zapychacz czasu. Nie zamierzała naciskać, co ją tak zdenerwowało. Nie należała do osób które uzewnętrzniają się przed innymi, nawet najbliższymi osobami. I tak pewnie była o wiele bardziej poinformowana niż McConnell. „Hm, myślałam że podatki płaci się kiedy osiągasz dochody, a nie kiedy panuje wszechobecny kryzys i każdy minimalizuje straty…”

Zielone spojrzenie sugerowało tym razem, że chyba wyrosły jej co najmniej trzy nadprogramowe głowy. Irina tylko uśmiechnęła się w duchu. Wyglądało na to, że szybki i prosty plan działał. Kobiety czasem były takie proste w obsłudze…

„No dobra, co tam upichciłaś pod tą rudą strzechą i dlaczego mam uczucie, że urząd podatkowy znów cię pokocha?” zapytała retorycznie. Czasem odmienność myślenia przyjaciółki była porażająco logiczna. Zanim opuściły sierociniec miały już zapewnioną dzięki temu rudemu łepkowi przyszłość.

„Jeszcze nie upichciłam, ale sporo kupiłam. Przysięgam jednak, raz jeszcze usłyszę słowo kryzys, a zwymiotuję.” westchnęła z irytacją „Chociaż może nie, może dostanę kiedyś po latach Nobla za ukucie terminu kryzysowy debil… Klasyczny przykład: zadufany w sobie przy kasie, myślący o firmach i wszystkim innym jako źródle finansowania życiowych katastrof.”

„Na kogo się tak wpieniłaś?” była co najmniej zaskoczona.

„Wiesz, co Sebastian wymyślił ostatnio?” uniosła brew. Brak makijażu sprawiał, że wyglądała równie młodo, co jej przyjaciółka, ale nawet świadoma tego nie była. Patrząc na młodą buzię dziwnie się człowiek czuł, kiedy uświadamiał sobie, że polega wyłącznie na osobistym zaufaniu właśnie do tego dziecka. To, że się nie zawodziła akurat na niej, było inną kwestią. Zdolnościom finansowym Seby nie ufała zbytnio, ale nie chciała akurat roztrząsać jego katastrof. Radziła sobie nieźle bez jego pomocy. A jego firma bez niego. Większość zarządu błagała ją, by trzymała go z dala od siedziby firmy, by podejmował jak najmniej decyzji.

„Eksport piasku na Saharę?” zadała kolejne retoryczne pytanie.

„Chce wykupu przez Josha preferencyjnych akcji jego koncernu.”

Chrząknęła. Uff. Jak łatwo stracić przyjaciela? Poprosić o pożyczkę.

„Jak będzie miało dojść do podpisania porozumienia, zaciągnij Josha do łóżka i nie wypuszczaj, póki prawnicy się nie rozjadą.” syknęła.

„Spokojnie, jakby do tego miało dojść…” wzniosła litościwe spojrzenie do nieba i uśmiechnęła się pod nosem „Wrócił wczoraj późno, to i się wytłumaczył. Wieczorem albo jutro idziemy na jakieś przyjęcie do jego znajomego, zainteresowanego tematem.” blondynka natychmiast odetchnęła z ulgą „Nie ma opinii finansowego debila, który ślepo podąża za tłumem, więc może będzie ok.”

„W przeciwieństwie do Sebastiana…” uzupełniła lekko złośliwie.

„Wybacz, ale twój men traci ostatnio na opinii.”

„Nigdy nie miałaś o nim zbyt wysokiej, więc dotyczy to innych osób?” znów miała powód do zmartwień. Akurat ostatnio była zainteresowana dobrą opinią o nim i jego kondycją. Coś, co wcześniej nie miało dla niej kompletnie znaczenia. Jak czasem jeden mały kryzys może wszystko zmienić…

„Od kiedy to martwią cię plotki? Jesteś nie do ruszenia, Słonko.”

„Od kilku dni…” wzruszyła ramionami niemal obojętnie „Ale co mi po opinii, jeżeli okaże się, że to wszystko na nic, bo się kompletnie wkopałam…”

„Jakiej informacji potrzebujesz?”

„W tym akurat mi nie pomożesz.” uśmiechnęła się blado, zamykając na chwilę błękitne oczy z rezygnacją „Muszą przestać szaleć mi hormony by testy krwi były wiarygodne, a lekarz twierdzi, że za pomocą zwykłego badania jest za wcześnie, by ją stwierdzić. Najbardziej pewne wyniki zaczynają się od dwóch lub trzech tygodni…”

Wzrok Any mimowolnie powędrował w stronę bawiących się na skraju trawnika po drugiej stronie uliczki, dwójki małych chłopców. Jeden właśnie prał drugiego łopatką od piasku. Uroczy obrazek.

„Taak…” podsumowała Irina „Jak tylko poczujesz, że szaleją ci hormony, biegnij do lekarza, bo może to zwiastować najprawdziwszy kryzys.”

~ * ~

„Miłość jest jak zbrodnia, po wszystkim nie wiadomo co zrobić z ciałem…” zazgrzytała pod nosem, bynajmniej nie pod adresem własnym, ale losu ulubionej przyjaciółki. Właściwie to jedynej przyjaciółki. Były razem od tylu lat, wspierały się i nie wyobrażała sobie powodu, dla którego taki stan sytuacji miałby ulec zmianie. Irina Kudrow miała nie tylko rosyjską zawziętość, ale i równie sfiksowaną lojalność wobec przyjaciół niczym były członek KGB. Dobrze, bardzo dobrze wróżyło to ich przyjaźni.

Niestety, znacznie gorzej wróżyło to samej Irinie. Faceci nie byli prości. Tylko tak mówili, reagowali prosto, byli prości w obsłudze, ale prości nie byli. Inaczej nie popełnialiby takich debilizmów! Przyczyna generowała skutek. Proste jak drut. Najwyraźniej jednak idiota pod postacią Sebastiana Gabetta nie był prosty. Był debilną amebą!

Zgrzytnęła zębami, podnosząc do ust kieliszek z winem. Rozmowa z Iriną wywołała wprawdzie podejrzenie co do własnego odmiennego stanu, ale zdecydowanie odrzuciła pomysł po chwilowej panice. Ją ciąża miała ominąć na wiele lat, z własnego wyboru, ale jakiś cień niepokoju zostawał. A może to był niepokój o Irinę? Sama już nie wiedziała. Narastająca irytacja, frustracja, bo oczywiście Josh wrócił do domu na pięć minut przed planowanym wyjściem, i niepokorne myśli wywołane w kafejce na skraju parku wywoływały miks, z którym nie bardzo umiała sobie w tej chwili poradzić.

Ślepa bynajmniej nie była. Zarabiała przez lata na życie handlem informacjami. Taki jednoosobowy Alias z kilkoma podwykonawcami. Ale nie utrzymałaby się z tego, gdyby nie umiała widzieć, zamiast patrzeć. I szlag ją trafiał, o wiele mocniejszy niż poprzedniego wieczora, kiedy Josh wrócił porządnie wstawiony, mamrocząc o kłopotach finansowych przyjaciela.

Nie chciała wiedzieć do tego widoku, do jakiego baru czy na jaką imprezę Sebastian go zaciągnął, by zmiękczyć jego przewidywalny opór. Josh całkiem mądrze nie wiązał finansów z przyjaźnią. Psiakrew, nie wiązał nawet z nią. Teraz jednak chciała wiedzieć o każdym grzechu tej bezmózgiej ameby, by móc potem potraktować jakimś domestosem! Nawet jeśli miała opieprzyć Josha po fakcie, byleby tylko nasłać jakiegokolwiek pitbula na tego oślizgłego debila, który tak urządził jej przyjaciółkę.

„Masz śliczny zgryz i zwinny języczek, szkoda go marnować.” Josh mruknął wprost do jej ucha, odgarniając ciemne włosy. Aż szkoda, że je dla niego dzisiaj rozpuściła… Zamierzała go opieprzyć. A on swoją złość przeniesie na Sebastiana, uhahaha… Ale póki co, najpierw go wykorzysta. I to porządnie.

„Na pewno go nie zmarnuję, jeżeli ten pieprzony silikon raz jeszcze będzie oceniał twój tyłek.” warknęła zgrzytając dalej i upijając kolejny łyk wina. Całkiem dobrego. Chyba jedynego dobrego, bo reszta stanowiła karkołomną mieszaninę wyboru słodkich trunków dla panienek – lafirynd, których ostatnimi czasy wszędzie było pełno.

„On już dawno został oznaczony…” skubnął jej ucho. Zadrżała. Cholerna frustracja. „…jako twoja własność. Bardzo wyraźnie, jakby na to nie patrzeć.”

„Podglądasz swoje przyrodzenie, McConnell?” uniosła nieco złośliwie ton głosu.

„Nie muszę.” skubał dalej niepomny wysokiego tonu i całkiem niezłego tłumku gdzieś za ich plecami.

„Nie musisz?” teraz to miała powód do zgrzytania.

„Aha.” skurczybyk skubał dalej. Głęboki wdech, wydech. Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć… Agrrr! Czuła, jak ciśnienie krwi gwałtownie skupia się wokół małych satelit jej wypełnionych podatkami zwojów mózgowych, teraz przez to rozgrzanych do czerwoności i dziwnie ociężałych. Desperacko zeskanowała otoczenie, usiłując wychwycić coś w otoczeniu, co by utknęło niczym wredny kamyczek i nie pozwalało spokojnie odpłynąć.

Ach, silikon na horyzoncie… Zmrużyła oczy w półmroku ogrodowych latarni. Żona znajomego Josha zdecydowanie nie była matką, chociaż nie wyobrażała sobie sytuacji, że naftowy magnat nie wyprodukował następców. Ale teoretycznie w chwili ślubu musiała być przynajmniej reprezentacyjna. Bo teraz u co niektórych nieco bardziej inteligentnych rodzajów szympansów obu płci budziła politowanie. Czas upuścić trochę tej galarety, skoro tak dobrze się łączyła z amebą.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *