Skoczek (4)

„Topolski?”

Nie było częste, że ktoś się do niej odzywał spoza małej grupki, tym bardziej na stołówce i tym bardziej z takim poziomem zdumienia w głosie. Odwróciła się, szukając źródła tej anomalii, ale nie rozpoznała ani trochę pytającego. Miał mundur inżyniera i zdecydowanie nieznaną jej buziulkę.

Ale źle nie wyglądał, zawsze coś. A za nim stał nieco nawet przystojniejszy gostek, też w roboczym mundurze swojej sekcji. Nie widziała ich tu nigdy, więc podejrzewała że przyjechali z drugiej, budowanej aktualnie bazy. Większość sekcji tam siedziała, przez co pozostali w bazie technicy mieli urwanie głowy próbując nadążyć z pracą za nieobecnych. Wiedziała o tym doskonale, sama wszakże spędziła chwilę u techników.

„A ty kto?” łypnęła na niego spod oka mało przyjaźnie. Trzeba było dbać o reputację antyspołecznościowca.

„Przepraszam, nie przedstawiłem się.” zreflektował się natychmiast i przeszedł na hiszpański, znacznie mniej znany w bazie. Najwyraźniej inteligencją grzeszył na równi z wyglądem. Nieźle. „Jestem Ben McDowell. Przyleciałem z Elijahem.”

Wzniosła spojrzenie do sufitu. Faceci. Nawet nie przyszło jej do głowy, że Elijah mógł innym o niej opowiadać, niech ktoś by mógł znać jej wygląd na tyle, by rozpoznać ją w profilu. Coś ty za plotki rozpuścił, ośle? zastanawiała się ponuro w duchu. Miała nieprzyjemne przeczucie, że jej tajemnica wcale bezpieczna nie była.

Usiadł naprzeciwko, postawił tacę przed sobą, a drugi niepewnie postąpił za nim. Mieli nieco inne jedzenie, ale również stołówkowe. Nie było litości od wymysłów wojskowych kucharzy nawet wśród inżynierów. Szkoda, coraz mniej patentów było na ominięcie tego paskudztwa, którym ich karmili.

„Jesteś tu.” oczy Bena były wyjątkowo ostrożne, gdy na nią spoglądał „Tymczasem Eli poleciał na Ziemię…”

„Jeśli zarzucasz wędkę, to kiepski z ciebie wywiadowca.” mruknęła pod nosem, wracając do zabawy swoją zawartością talerza „Poleciał. I co?”

Uśmieszek, który zaserwował jej w odpowiedzi godzien był filmowego amanta.

„To znaczy, że skoro cię nie zastał – minęliście się – więc jest w drodze powrotnej. Nam nie chcą przekazywać składu konkretnych lotów, ale ty… powinnaś wiedzieć, kiedy wraca. Nieprawdaż?”

Spojrzała na niego, na jego zielone oczy. Dobra, chyba nie był tak inteligentny i sprytny za jakiego go brała. Ale pozory umiał sprawiać, to musiała mu przyznać. Mogła się mu przyjrzeć… wywołując małą burzę przy okazji.

I co do cholery miał na myśli „skoro jej nie zastał, to wracał?”. To było pytanie.

Zaczekała aż przełknie kolejny kęs mało apetycznej papki.

„Nie wiem, z którego drzewa ostatnio spadłeś…  Elijah jest na Atlantydzie od miesięcy.”

Chrząknięcie. Zielone oczęta nagle stały się stalowo bezosobowe.

„Przylecieliście razem?”

„Tak.”

Przechylił głowę z namysłem.

„Facet by się odezwał. Na bank. Więc odzywać się nie może…” odłożył widelec „Wkurwił kogoś na górze czy coś poszło nie tak podczas lotu?”

„Nie obudził się z hibernacji.” powiedziała cicho. Wiedział, o czym mówiła, bo od razu jego humor i ciekawość zniknęły, ustępując miejsca skwaśniałemu nastrojowi. Musiał być tu wystarczająco długo, by rozumieć z czym wiązał się brak pobudki. Znała oficjalne statystyki śmiertelności, on znał je od praktycznej strony.

„Szlag…” powiedział po chwili „Nic nam nie powiedzieli… Pozwalają ci go widywać?”

Mało inteligentny był. Szkoda.

„Siedzę u niego codziennie.”

„Możemy go odwiedzić z tobą?” spytał ostrożnie. Wzruszyła ramionami. Nie słyszała, by ktokolwiek zabraniał odwiedzania chorych. Wręcz przeciwnie. Do śpiących książąt zachęcali, licząc że więzi społeczne dobiją się do uśpionych umysłów i wspomogą bezradną medycynę.

„Nie. Po co?” potrząsnęła głową, przełknęła kęs obrzydliwego jedzenia i ironicznie na niego spojrzała „Na co ja wam podczas tej wizyty? Jest na ogólnym, nie zamkniętym oddziale. Każdy może go odwiedzić w czasie dnia.”

McDowell zamrugał chwilę, jakby powiedziała coś, co przewracało każde jego przekonanie do góry nogami. Wreszcie wzruszył ramionami.

„Dzięki. Naprawdę. Bez ciebie nie dowiedzielibyśmy się…”

Tia. Żadnemu z nich nie przyszło do głowy zajrzeć do otwartej sekcji i jej dzięki składali? Atlantyda robiła wodę z mózgu każdemu. Nawet przystojnemu zielonookiemu. Pozostali przy stoliku spoglądali z niepokojem między nią a zielonookim. Czuła emanujące z nich odczucia; nie było wątpliwości, że nie chcieli faceta przy tym stoliku. Bali się. Jego status inżyniera – a inżynierem był na bank, ot oni nosili się na brąz i nie nosili naszywek. Ten był bardziej po cywilnemu – jego buziulka służyła za całą informację, jaką potrzebowali inni. Szkoda, że jej nie posiadała. Może gdyby nie traktowali jej jak skończonej idiotki, jej życie byłoby znacznie przyjemniejsze i wiedziałaby znacznie więcej.

Wróciła do przewracania widelcem swojego posiłku. Naprawdę, czas najwyższy wybrać się na lot zbieraczy. Wokół bazy za blisko nie było do gajów oliwnych, ani do dzikich, naturalnych skupisk drzewek owocowych. Bliżej nowej bazy mieli całe połacie pól doświadczalnych z najlepszymi owocami, ale ludzie za krótko żyli na Atlantydzie by wypracować najbardziej wydajne metody upraw. Nie mieli też za wiele sprzętu rolniczego, co było ironiczne biorąc pod uwagę ogromną ilość inżynierów i ludzi mogących budować maszyny. Ale dowództwu zależało nie na samowyżywieniu bazy, a na jej militarnym znaczeniu. Więc nawet teraz musieli angażować pilotów w zbieranie pożywienia. Szlo naprawdę nieźle, sąsiedzi się do nich nie wtrącali i zbiory przy tutejszym klimacie były kilka razy w roku, w zależności od roślin czy drzew. Ale zebrać non stop świeżą żywność dla tych tysięcy ludzi uzależnionych od chemicznego świństwa przywiezionego z Ziemi – to było niewykonalne. Świeże owoce były rarytasem, na który normalnie pozwolić sobie nie mogła. Nie miała takich znajomości, wpływów ani pensji wynikającej z zaszeregowania. Mogła zabrać tylko to, co sama przywoziła z lotów.

Ostatnio loty z Gabrielem były coraz cichsze. Nie wiedziała, czemu. Czasem na nią patrzył, niezgłębionym ciemnym spojrzeniem i miała wrażenie, że to on próbuje ją rozgryźć. Na początku starał się utrzymać milszą atmosferę, czasem zażartował, ba, nawet flirtował! Jeśli Arnoldzio go poinstruował, w gestii roli jaką dla niego planowali, to ukrywał to perfekcyjnie. Zajmował się głównie nauczeniem jej pilotażu, niepisanych reguł przetrwania w sekcji i dbaniem, by nie skręciła sobie karku na wyprawach. Poza służbą czy jakimiś obowiązkami w sekcji transportowej prawie się nie widzieli. Nie jadali też posiłków razem. Nawet Gabriel unikał jej na ogólnym forum towarzyskim. Najwyraźniej skojarzenie ze skoczkiem w oczach opinii publicznej na pewno nie dodawało punktów. Zjeżyła się na samą myśl.

Blond przystojniak, mimo, że przyglądał się jej otwarcie i z jakimś dziwnym błyskiem w oczach, którego nie umiała rozkminić, też przeszedł na hiszpański. Super akcentu to ona nie miała, ale był znacznie mniej używany w bazie. Że wiedział, że go potrafiła użyć, zwalała na paplanie jęzorem brata. Musiał rzeczywiście o niej nieźle nawijać, skoro rozpoznana została bez trudu przy pierwszej fali powrotu inżynierów z drugiej bazy. Hm, ciekawe, kiedy wracali inni, którzy znali Elijaha?

Dwaj pozostali wydawali się kompletnie pozbawionymi znaczenia pionkami w grze. To blondas był tu władzą. Hm, nie miała nic przeciwko temu. Mogło okazać się całkiem przyjemną odmianą od traktowania jej jak idiotki. Nawet jeśli to długo nie potrwa, bo plotki nawet do inżynierów docierały.

„Więc…” małe słówko zawisło w powietrzu i po nagłym spięciu u pionków wiedziała, po prostu wiedziała, że rzuci coś, za co za chwilę będzie miała ochotę go zamordować „…pilot, tak? Nie… nudzi ci się u nich?” w zielonych oczach błyszczały iskierki i urok. I także doskonale znana odpowiedź na jego pytanie. Zerknęła na niego znad swojego niedokończonego posiłku i odsunęła talerz przenosząc niechętne spojrzenie na paskudną papkę. Skurcz żołądka nie miał, niestety, nic wspólnego z planami zaciążenia i potencjalnymi objawami ciąży. Była genialna, ale nie wiatropylna. „Robisz coś ciekawego…?” pytanie zawisło w próżni i tym razem nie znała podtekstu. Zerknęła na niego znad talerza, nie wydawał się mieć cokolwiek przeciwko jej obserwacji co sekundę, a potem wpatrywała się już otwarcie.

Gdyby to był Elijah, pytałby co takiego cholernie ciekawego trzymało ją w tej sekcji, że tu tkwiła? Ale to nie był jej brat, nawet gdy sposób pytań sugerował, że wiedział jak zadawać je jej. Westchnęła, opanowując wewnętrzną paranoję i odchyliła się na krześle.

„Masz propozycję czegoś… zjadliwszego?”

Uśmiechnął się, ukazując równy, idealny rząd ząbków. Wow. Takiego ideału żaden ortodonta by się nie powstydził. Proporcjonalne, idealnie osadzone. Przyjrzała się lepiej jego twarzy, genialnym wręcz proporcjom i wyrazistym zielonym oczom w oprawie rzęs, za które sama oddałaby duszę. I temu, jak ten uśmiech po chłopięcemu rozjaśnił mu twarz – jakby zamierzał napsosić do kwadratu niczym najniegrzeczniejszy osobnik w tej bazie.

A jednocześnie nie było w nim nic kobiecego. Zdecydowanie nieprawdopodobny zestaw genów. Za idealny. Dziwne, że nawet Atlantyda tego nie zmieniła. Albo zmieniła za bardzo… ludzie tu dziwnieli. Zmieniali się fizycznie. To, że u niej nic nie drgnęło od przyjazdu, nie znaczyło że on nie był pozbawiony wpływu tego miejsca.

Coś dziwnego się wokół działo, bo nagle zanotowała wpatrzone w ich stolik głowy. I cholera, wyczuła Gabriela za plecami zanim się odezwał do niej, pytając o dosiadkę. Zignorowała go. Nagle przychodził jej z odsieczą? Kij mu w oko. Nie potrzebowała wybawienia. Mógł bawić się w rycerza, kiedy tego potrzebowała.

Kim był ten blondyn, że rozmowa z nim powodowała takie zamieszanie? Zdecydowanie, powinna chyba zacząć zwracać uwagę na swoje mierne zdolności społeczne. Pakowała się w nieznane tarapaty przez to, że nie wiedziała z kim ma do czynienia. Instynkt jednakże nie wyczuwał groźby, chociaż coś dziwnego było w całej tej sytuacji i mimowolnie wywołała jakieś małe trzęsienie ziemi.

„Myślę, że łosoś, fasolka i pieczone pomidory kwalifikują się do tej kategorii.” uśmiechnął się jeszcze szerzej „Chodź.” podał jej rękę przez stół, którą natychmiast ujęła. Jak już pakować się w kłopoty, to na całego. Facet przynajmniej wiedział, co lubiła na obiad. To było deprymujące i urocze zarazem.

Ciągnął ją przez pół stołówki, prosto do początku kolejki. Tutaj raczej nie podawali takich łakoci… ale nie, jego celem był inny z sekcji inżynieryjnej. Generał. Dystynkcje na brązowych wersjach mundurów nie rzucały się tak bardzo w oczy, ale to znaczyło, że to jeden z najważniejszych ludzi w bazie i zapewne gdzieś jej mignął podczas jednej z niekończących się wizyt na wezwanie Arnoldzia.

„Proszę o pozwolenie na oddalenie się, sir.”

„McDowell, jesteś mi tu potrzebny.” facet się zirytował i nawet w naszą stronę nie spojrzał „Załatwisz swoje interesy, jak skończymy nasz. Co ci tak pilno do powrotu? Jednej papki nie jesteś w stanie zjeść?”

„Nie ja, ale pani Topolski jak najbardziej.”

Minęły dwa mrugnięcia, nim do szefa sekcji dotarł sens słów McDowella. Widziała wyraźnie drgnięcie na twarzy generała. Obrócił się w ich stronę.

Spojrzeniem wiódł pomiędzy dwójką znacznie młodszych od siebie ludzi, ale nic nie wyrażało. Lata praktyki czy znikomość jej istnienia, kto to wiedział…

„Zezwalam. Dopilnuj, by Ana trafiła do domu po posiłku. Pozostali mają zostać.” skinął głową do dwóch młokosów, którzy do nich zdążyli dołączyć, porzuciwszy swoje niezjadliwe posiłki.

Faken trafen… jej imię było znane szefowi tego działu. To nie mogło wróżyć najlepiej.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *