Skoczek (3)

3. Skoczek

Topolski przybyła na Atlantydę. Niestety jej ukochany brat jest w śpiączce, a ona musi poradzić sobie z wyborami generała Arnolda kandydatów na kolejne pokolenie geniuszy… nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. 

~ * ~

Patrzyła z zachwytem na krajobraz przed sobą. Rzeczywiście, Atlantyda była jak z baśni. Dla kogoś, kto większość dorosłego życia spędzał w betonowym, szarym mieście… trudno było o takie przesycenie kolorami. Inaczej niż na Ziemi, Atlantyda nie potrzebowała jesieni by przepełnić krajobraz barwami od których bolały oczy. Zwykłe drzewo stawało się niezapomnianą pięknością.

Niezapomniane były również krzywe spojrzenia innych ludzi, ciężko pracujących przy zbiorach. Jak skumała, każdy miał określoną ilość godzin w roku do odbębnienia. Tutejszy rok był nieco dłuższy niż ziemski, ale i tak kumała, że generałek oszczędził jej ciężkiej fizycznej pracy tylko po to, by nie miała szans się czymś zarazić.

Zerknęła nerwowo w stronę Gabriela grzebiącego coś przy maszynie i ścisnęło ją nerwowo w żołądku. Był Atlantydem, co znaczyło że jego komórki też miały tą dziwną mutację. Mogła więc spłodzić z nim dziecko. Uch. Wizja spania z obcym facetem nie była fajna. Po in vitro sięgano tu w ostateczności, humorystycznie uznając problem braku wystarczającej ilości kobiet.

Na razie nie zauważyła, by jakoś specjalnie przypadła mu do gustu. Pytanie czy przypadnie jej? Westchnęła do siebie – musiała zdobyć jego dane medyczne i akta. Na bank był zdrowy, Arnoldzio inaczej by go nie podsuwał pod sam nos. Reszta stała pod znakiem zapytania. Nadawał się na tatusia? Trudno było stwierdzić po kilku godzinach znajomości.

Przeszła się wokół terenu, z którego zbierali i na chwilę zniknęła im z oczu, nie chcąc ich irytować. Ale zirytowała Gabriela, najwyraźniej mającego obowiązki opiekuna w niezłym poważaniu. Zgrzytnęła zębami, gdy ją odszukał. Zerwała owoc, który zbierali inni na polanie i przez chwilę ważyła go w dłoni. Był przyjemnie aksamitny w dotyku, jak dojrzała brzoskwinia. Ale znacznie, znacznie cięższy. Musiał mieć dużą gęstość. Inni zbierali bardzo podobne owoce.

„Uważaj, surowe są trujące.” usłyszała nagle głos swojego opiekuna. Stał dosłownie nad nią. Cofnęła się machinalnie. Nie podobało się jej to.

Kiepski początek. Kiepski.

~ * ~

Piloci mieli jednak klawe życie. Zajmowali najlepsze miejsca w stołówce, mieli pierwszeństwo przed prawie wszystkimi i nieuciążliwą robotę. To była ogromnie miła odmiana od dotychczasowych prac. Niemal była gotowa pozostać w tym dziale.

Niemal. Były szare strony i te całkiem paskudne.

Byli życzliwi, ale jak reszta kompleksu traktowali jak blond idiotkę. Rzeczy tłumaczyli strasznie wolno. Jakakolwiek próba popchnięcia spraw do przodu spotykała się z oporem, jakby zamierzała obedrzeć ich ze skóry. Może i tak było, bo jak zadawała jakieś mądrzejsze pytania wymagające reakcji od innych, Gabriel wyglądał jakby ostrzył rzeźnicze noże na biedaków.

Nie wiedziała czy to plotki o jej przejściach z innych działów, czy też niezbyt piękna opinia  u  techników, ale im dłużej była wśród pilotów, tym było gorzej. Nie było to strasznie niemiłe, ale irytowało jak co chwila ktoś próbował ją w czymś wyręczać albo torpedował próby włączenia się do rozmowy o czymś bardziej skomplikowanym niż pogoda za oknem. Tak, nawet Gabriel to robił. Przestała próbować po tygodniu. I tak nie mieli za wiele wspólnych tematów oprócz grafiku, zadań czy jej nauki, bo inne rodzynki były w drugiej bazie aktualnie. W zasadzie oprócz Elijaha i personelu medycznego nie bardzo miała się do kogo sensownie odezwać. W dziale czasem się odzywała, jeśli nie prowokowało to reakcji, do reszty nie odzywała skoro uważali ją za kretynkę i milczka, ba nawet unikała wszelkich więzi społecznych i zawiązywania przyjaźni. Arnoldzio łypał na nią podejrzliwie, rzucił raz czy dwa aluzję, ale póki nie dostała wyraźnego rozkazu by się bardziej socjalizować, miała ich wszystkich w nosie.

Niekiedy cała ta sytuacja była nieprzyjemna. Przywykła do milknących rozmów, gdy siadała obok jakiejś grupy przy stole po swojej zmianie. Po kilku dniach inni też przywykli, że nie próbowała do nich dołączać i żyła we własnym świecie, więc zrobiło się nieco znośniej. Inne kobiety były ewidentnie złe, gdy od czasu do czasu jakiś facet na nią zerkał. Uroki kobiecej solidarności znać było na co dzień. Mimo, że było ich tak niewiele, nie wspierały się wzajemnie i rywalizacja była ostra. W jej dziale na szczęście rodzynki oprócz niej urodziły się już na Atlantydzie, i było znacznie milej. Niewiele wprawdzie wspólnego z nimi miała, bo większość wolnego spędzała u brata. Gdyby był przytomny zjechałby ją, że jedynymi więziami na miejscu był personel medyczny i genetycy zachwyceni jej DNA. Tak silnej mutacji nie wykryto nawet u rdzennych mieszkańców planety i niejeden zachodził w głowę, skąd się wzięła na Ziemi. Złośliwa odpowiedź nieraz cisnęła się na język, iż z romansu swoich rodziców, ale przezornie powstrzymywała się od pyskowania.

Mimo, że widziała go dzień w dzień, brakowało jej Elijaha. Jego uśmiechu, odzywek, przezorności, zwracania jej uwagi na różne dziwne rzeczy, które wyjaśniały świat wokół i panujące w nim zasady. Nie była analitykiem, w przeciwieństwie do niego. Pamięć może i miała lepszą, ale robiła z niej koszmarny użytek. Nie cierpiała tego, że zamienił się w kukłę nie reagującą na żadne bodźce, że nie mogła z nim porozmawiać. Nie to planowali przed odlotem…

Siedziała pewnego czwartkowego wieczoru samotnie w stołówce. Pisała całe popołudnie i wieczór durne testy z budowy maszyn, obowiązujące każdego pilota. Wolała od razu je odbębnić. Cała procedura, nosząca ewidentne cechy ziemskiej biurokracji była głupia do szpiku kości. Co z tego, że znała na pamięć budowę wszystkiego, czym latała, kiedy ta wiedza nie była przydatna do ich naprawy?

Jedzenie nie należało do przyjemności i nie poprawiało humoru. Pilnujący ją pilot zerkał na nią wcześniej podejrzliwie, gdy po kwadransie oddawała każdy formularz. Drugi ledwo nadążał za sprawdzeniem wg klucza. Cóż, on nie miał genialnej pamięci Mikaelsonów.

Zwiała im obu, jak tylko uzyskała twierdzącą odpowiedź na pytanie „czy to już wszystko?” i przesuwała teraz nieapetyczny posiłek widelcem z jednego końca talerza na drugi. Inni nie narzekali na bezsmakowe jedzenie, więc podejrzewała że to kwestia mutacji. Wyprawy z Gabrielem były coraz spokojniejsze i więcej jej było wolno. Ba, ostatnio pomagała zbieraczom, uciekając od irytacji pozostałych pilotów nad psującą się baterią słoneczną. W takich chwilach lepiej było obserwować z daaaleka. Spróbowała niektórych owoców i były smaczne. Niestety, już skończył się jej mały zapasik. Jak dobrze rzecz rozegra, to uda się jej znaleźć kwadrans w tym kotle. Życie mogło mieć nieco więcej smaku niż kwaśne spojrzenia ze wszystkich stron stołówki.

„Topolski?”

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *