Skoczek (2)

Zastosowanie dywersji nie było proste, lecz mieli nadzieję, że tym razem się powiedzie. Kandydatów było dwóch i zapewne nie spodziewała się takiego doboru. Nawet nie podejrzewała.

Sekcja zapewniała, że fizycznie była zdrowa, jakiekolwiek urazy powstałe w czasie podróży nie miały wpływu na płodność. Jako jedyna z całego swojego kontyngentu nie miała żadnych, a przestawienie się na cykl biologiczny Atlantydy zajęło jej dwa tygodnie. Wywołała prawdziwą sensację u ich genetyków. Miał niestety jednak pewność, że ucierpiała jej głowa… nie od podróży, ale pobytu na Atlantydzie. Z każdym miesiącem stawała się coraz bardziej antyspołeczna. Elijah zbyt ucierpiał fizycznie by być obok i ich podratować. Nawet kilka wskazówek od niego wcześniejszych, co znaczy atrakcyjność wg upartej blondynki, nie pomogło.

Polegali znów na obserwacji, testy fałszowała. Badali jej reakcje na większość facetów w bazie i trochę trwało, nim doszukali się jakichkolwiek reakcji innych niż poczucie zagrożenia. Nie żartowała, gdy narzekała na facetów wokół. Nie pociągali jej, przeważnie tłumiła reakcję wstrętu na ich próby. Sama widziała, że ma problem, ale też nie zbliżało to ich do szczęśliwego rozwiązania.

Przerzucali ją z sekcji do sekcji, mając nadzieję, że przynajmniej zajmie coś jej umysł, zaciekawi. Ale to były niestety mrzonki. Dziewczynie brakowało zacięcia brata. Lubiła za to wyraźne reguły i sprzęt, więc po naradzie zdecydowali o kolejnym przeniesieniu o sekcji technicznej. Nawet jeśli Elijah był ich najlepszym inżynierem od czasów kolonizacji, to ona się do tego nie nadawała. Trip zgrzytał zębami za każdym razem, gdy ją widział. Robiła co musiała, jak większość kolonistów.

Nie spodziewał się jednak problemów z jednym z kandydatów, których jej wybrali. Gabriel urodził się na Atlantydzie i należał do tych osobników, którzy mieli wybitnie wojskowe tło i nie mieli problemów z rozkazami. Wielu doświadczeń z kobietami z Ziemi nie miał, ot jedna krótka wizyta na Ziemi gdy był nastolatkiem. Światem i domem tego faceta była Atlantyda, kierował się zasadami tu obowiązującymi. Nie nasiąknął ziemskimi zwyczajami, dawało to zdecydowanie lepszy start w starciu z AR 712.

Ale tak jak inni, zdawał sobie sprawę z dysproporcji panującej w ich załodze, żył z nią całe życie. Praktycznie na srebrnej tacy podawał mu kobietę, na pewno miał pytania i wątpliwości. Coś takiego musiało je budzić.

Mikaelson miała zdecydować, czy Gabriel czy Noah – lekarz prowadzący Elijaha. Ci dwaj jeszcze mieli szanse. Oboje byli wystarczająco długo na Atlantydzie, by ich kod genetyczny wykazał zmiany i zaczął się dostosowywać. Którykolwiek z nich by go zadowolił. Co blondi zrobi potem z przyszłym tatusiem, nie bardzo go interesowało. Znając jej „uspołecznienie”, będzie kolejna awantura na pół bazy. Ale cóż, liczył się efekt w postaci zdrowego, wrzeszczącego bachora. A najlepiej nawet kilku. Resztę jakoś przełkną.

~ * ~

Dostali opieprz za zimne silniki, ale nie było to ich winą. Zaczynała się przyzwyczajać do tego stanu – kary za błędy czy głupotę innych. Mieli za mało oblatywaczy i pilotów, by wszystkie maszyny były w częstym użyciu. O dziwo, mało kto chciał zostać pilotem a ci aktualni z Ziemi też umierali jak muchy. Tylko czemu opieprzali za to kogoś, kto pilotem nie był, nie miała pojęcia. Debilizm ludzkiego zarządzania niestety dotarł także na Atlantydę.

Szef mini sekcji w której spędziła dosyć czasu, nazwiskiem Trip, odesłał ją złośliwie na szkolenie z pilotażu, by „mogła zająć się czymś pożytecznym”. Facet miał na nią alergię, niewątpliwie nie mniejszą niż ona na niego.

Symulatory były nudne jak flaki z olejem i cieszyła się, gdy mogła je wreszcie zostawić. Nie interesowała się budową sprzętu, bo po co skoro i tak nie pozwoliliby jej ich tknąć? Czekała raczej na obiecaną możliwość eksploracji ekosystemu planety. Tydzień po rozpoczęciu przeszkolenia usiadła wreszcie w kabinie pilota i to była jej najszczęśliwsza chwila w karierze zawodowej na Atlantydzie.

To była jej pierwsza wycieczka poza zabudowania bazy, pomimo wielomiesięcznego pobytu. Samodzielnie nie było szansy wyjścia poza ogrodzenie. Zresztą, ochoty nie miała na takiego samobója. To nie była Ziemia, nie byli na szczycie łańcucha pokarmowego.

Atlantyda była przesycona barwami, nawet przez ekrany było to widoczne. Ziemia nawet jesienią nie była tak piękna jak ten kolorowy świat.

Lecieli całkiem długo, koło godziny. Piloci nie byli rozmowni, ona też – siedziała na miejscu nawigatora tylko obserwując ich pracę. Znała ich nazwiska naszyte na ich mundurach i prócz krótkiego dzień dobry i omówieniu trasy nie komunikowali się w ogóle.

Jej nazwisko naszyte na kieszonce nadal widniało Topolski. Nie żeby kiedykolwiek chciała nosić nazwisko ojca, ale to było nazwisko Elijaha… miała dosyć traktowania jak głupiutkiej blondynki. Każda załoga tak się do niej odnosiła, nawet jeśli nigdy na oczy jej nie widzieli. Była tą przechodzącą po sekcjach – plotki były szybsze niż wiatr i raz puszczone zataczały coraz większe kręgi. Wystarczyło spojrzenie na tą cholerną kieszonkę by przykleili jej na czoło łatkę. W takich chwilach wolałaby nosić jakiekolwiek inne nazwisko, a nazwisko brata było wystarczająco znajome by na nie reagowała. Nie było jawnej wrogości ze strony innych kolonistów (za wyjątkiem bandy pewnych pind), ale też sympatii w tym nie było. Podobnie chęci pomocy. Nie było to miłe, od do cholery pięciu lat nie zamieniła w zasadzie słowa z kimś, kto byłby dla niej naprawdę życzliwy. Monologu do śpiącego brata do tej kategorii nie wliczała. To on słuchał jej, nie ona jego.

W sumie lepiej, że siedziała w kabinie pilotów – przynajmniej z tyłu nie panowała niezręczna cisza i nie czuła wbitych w nią pogardliwych spojrzeń innych kobiet. Plotki plotkami, to przez kobiety miała tak paskudne przyjęcie i opinię u innych, nawet jeśli nie zrobiła nic by na to zasłużyć.

Wylądowali dosyć ciężko. Ich sprzęt nie był prosty do sterowania… ale przynajmniej pojemny. A o to chodziło. Dzisiejsza misja, chociaż prosta, miała dostarczyć świeżej żywności. Ile tylko zdołają zebrać.

Odpięła pasy i chciała podążyć za pozostałymi.

„Zaczekaj.” odezwał się młodszy z pilotów. Zrezygnowana przestąpiła z nogi na nogę. To był pierwszy dzień jej praktyki, nie mogła podpaść na samym początku. Przewertowała swoje zachowanie z ostatnich godzin i nie znalazła nic nagannego. Starszy z pilotów, ale nie w wyższej randze, rzucił jej pełne ciekawości spojrzenie i wyszedł za pozostałymi. Grupka dosyć szybko rozpierzchła się po okolicznych zaroślach.

Usiadła z powrotem na swoim fotelu. Zapowiadało się na poważniejszą sprawę – wesołej miny to nie miał.

„Dzisiaj nie zbierasz.” krótko wyjaśnił „Daniel poszedł za ciebie.”

„Nie jestem darmozjadem.” oburzyła się. No bo kto by nie oburzył?

„Nie twierdzę, że jesteś.” podniósł ręce w geście pokoju „Długo będziesz miała z pozoru zajęcia wśród innych, więc pewne sprawy musimy ustalić od razu.”

Wiedziała, że nie będzie miło.

„Generał wspomniał, że mam siedzieć cicho jeśli chodzi o twoje prawdziwe szkolenie, więc niestety, ale potrzebuję współpracy z twojej strony. Sekcja liczy tylko dwie kobiety prócz ciebie. Jakbyś nie wiedziała.”

Skinęła głową, nietrudno było zauważyć tragiczną wprost dysproporcję.

„I pewnie zauważyłaś też, co się dzieje gdy stado gówniarzy poniesie testosteron. I brak dostępnych kobiet. Odpowiadam głową za ciebie… ale jestem dyskretny. Arnold nie jest moim bezpośrednim szefem, pamiętaj.”

„Bawisz się w anioła stróża?” parsknęła. Takie słowa mogła usłyszeć tylko od innego mieszkańca tej bazy, który… naprawdę przejmował się jej życiem prywatnym. Potrząsnęła głową. Przejmował się na pewno. I na pewno był drugim kandydatem Arnoldzia. Co znacznie bardziej niepokojące, dotychczas nie podpadł jej niczym. Było przyjemnie na czym oko zawiesić ani nie wykazał się inteligencją na poziomie ameby. Wydawało się nawet, że ma naprawdę nieco pod czachą. To dopiero była frustrująca i niepokojąca myśl…

„Nie.” prawie się uśmiechnął na jej retoryczne pytanie. Prawie. „Zwykle będę czaił się w pobliżu, ale nawet ja nie mam oczu i uszu wszędzie. Uważaj. W razie czego przyjdź do mnie; nie potrzebuję wiedzieć o wielu szczegółach, do szczęścia mi to niepotrzebne prócz informacji co ma być osiągnięte. Jasne?”

„Jasne.” przytaknęła „Wydawał się dosyć młody. Miała ważenie, że jest młodszy. spokój i stanowczość jednak robiły swoje. To nie był gówniarz ani życiowa ciota. Zastanowiło ją, czemu generałek nasłał jego. Dotychczasowy dobór daleki był od atrakcyjności. Postanowiła jednak tego nie roztrząsać. Skupiła się na teraźniejszym problemie. I to ogromnym.

„Podejrzewam, że plotek cudem nie umiesz powstrzymywać…” mruknęła cicho pod nosem, tak cicho że ledwie ją usłyszał. Spojrzał z zaciekawieniem. „O mnie.” wyjaśniła w odpowiedzi na niezadane pytanie „Mówią o mnie skoczek i to najłagodniejsze, co usłyszysz. Będą z tego problemy, na bank.”

„Póki co, niech gadają, skoro nic innego nie potrafią. A my zajmiemy się twoją praktyką.” uśmiechnął się życzliwie, chociaż musiał klnąć w duchu.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *