Skoczek (1)

Skoczek

To opowiadanie jest sequelem  do Pamiętliwego rodzeństwa. Z jego zamiarem nosiłam się dłuższy czas. Bo patrząc obiektywnie, równie psychopatycznej osoby co Ben McDowell czy Ania Topolski trudno znaleźć na co dzień. Aż żal nie wykorzystać tematu 🙂 Tylko lenistwo powstrzymywało mnie przed przepisaniem tego opo. I nadal powstrzymuje 😀

Arnold.

Wyniki wywiadu rodzinnego AR 712 nikogo nie zaskoczyły. Nie miała ułożonego życia osobistego, nie wydawało się by otrząsnęła się szybko po próbach stworzenia rodziny. Widać było, że stanowiło to cierń w jej oku i stało się ich kartą przetargową. Kto by pomyślał… Praca głównie w żeńskim środowisku nie stwarzała przy tym wielu okazji do poznania kogoś nowego i wolnego, co było im bardzo na rękę. Sytuacja finansowa nie należała do ciekawych, bo miała niemałe długi – ale głównie zaciągnięte z powodu planów prorodzinnych. Inni zaciągali kredyty na mieszkania czy samochody, ona na in vitro. Jej życie było mocno przewidywalne w wielu aspektach, bez perspektyw na pozytywną zmianę. Nie przewidywali jednak wielkich oporów przed zmianą środowiska na specyficzne bagienko na Atlantydzie. Dawali jej coś, na czym jej zależało wyjątkowo mocno i nie wahała się dla tego ryzykować. Pod tym względem bardzo przypominała Mikaelsona. Mieli więcej wspólnego niż początkowo zakładali.

Była równie podejrzliwa co on i mimo niedużego rozumku, wykazywała bardzo silny indywidualizm i wręcz nieprawdopodobny instynkt przetrwania i wyczuwania zagrożeń. Bezbłędnie wyczuwała każdą ich akcję wokół niej. Wyzwaniem dla ich zespołu stało się przeprowadzenie testów psychologicznych, bo była w stanie sfałszować każdy z nich. Zapis jej fizycznych reakcji z każdego z nich był niesamowity – zawsze, gdy badali jakieś naprawdę kluczowe rzeczy, temperatura ciała wzrastała, a reakcje przypominały te, jak przy zagrożeniu życia. Cieszyli się, że nie wiedziała o monitoringu podczas testów, bo a nuż z czymś jeszcze by wyskoczyła. Instynkt miała naprawdę fenomenalny. Nadawała się idealnie, musieli ją tylko przekonać. Do pełni ich planów. Miał przeczucie, że wcale nie przypadną jej do gustu…

~ * ~

Ania

Nie było ich dość, w stosunku do męskiej populacji. I cholernie szybko umierały. Arnoldzio miał rację. Mieliśmy jako rasa poważny problem. Co z tego, że dzieci tu urodzone, były odporniejsze i już zmutowane przychodziły na świat, skoro nie było komu ich urodzić? A potem wychować? Kobiety były w cenie… jakkolwiek by to nie brzmiało.

Faceci to też dostrzegali. Wszyscy to dostrzegali. Może było to właśnie przyczyną tych zmian. Wiedzieli, że zanim przyleci następny kontygent, zostanie jedna na czterech w najlepszym razie. Albo gorzej. Trzy czwarte męskiej populacji w najlepszym razie miało w perspektywie seksu, a były sekcje gdzie kobiet było mniej niż jedna dziesiąta. I jak tu się dziwić, że się zmieniali? Że niektórym totalnie odwalało?

Mogłaby im powiedzieć po własnych doświadczeniach, że było do przeżycia. Brak seksu znaczy się.

Był jeszcze inny aspekt nowego społeczeństwa i nowych zasad damsko-męskich, który był co najmniej niekomfortowy. W bazie byli ludzie zakwalifikowani do programu ze względu na swoje zawody, specjalne umiejętności, wiedzę i doświadczenie. Byli tu z powodu swoich szarych komórek, niezależnie od warunków fizycznych. Bezpłciowi okularnicy, cioty nad ciotami jak ich nazywała w duchu. Ale wiedziała, że to nie było problemem. Na Ziemi mogła na palcach jednej ręki policzyć facetów, którzy naprawdę fizycznie ją pociągali, bezpłciowych tam było miliardy więcej. Na Atlantydzie od czasu do czasu mignął jej ktoś w miarę atrakcyjny. Problemem jednak tej sytuacji było to, że Arnoldzio przerzucając ją między działami, podsuwał samych facetów kompletnie dla niej aseksualnych. Miała wybrać kogoś, tymczasem nawet nie była zdolna zmusić się by na nich spojrzeć przychylniej.

Jeśli chciał kolejnych mózgowców, to było kontrproduktywne. Kojarzyli się jej z koszmarnym informatykiem w okularach i flanelowej koszuli w kratę, ukrywającej wydatny brzuszek. Brrr. I nic nie pomagało, że dla innych nie wyglądali wcale źle. Odrzucało ją od tych facetów i tyle. I jak to bywało, miała cholernego pecha i ciągle się na nich gdzieś natykała. Przeklęci nie rozumieli, że nie była nimi zainteresowana w żaden sposób. Powściągliwe zachowanie najwyraźniej nie wystarczało. Częściej uciekała do ich mini szpitala, by pobyć z Elijah. Jakiś plus z całej tej niemiłej sytuacji musiał być. Wymówkę miała przednią.

Candy – całkiem słodko jak na pielęgniarkę, machnęła do niej z sąsiedniego pomieszczenia, uznając jej obecność i nie przerywała swojej pracy. Której w końcu było dużo. Usiadła w swoim krześle, sięgnęła po porzuconą ostatnio lekturę na czytniku i nie zdążyła dotrwać do końca pierwszego akapitu, gdy znów jej szef ją dopadł.

„Tu jesteś.” Arnold przerwał jej w pół zdania, wtaczając się do pokoju. Ewidentnie już wiedział, gdzie jest. Pytanie brzmiało, czego od niej chciał. Nie ufała mu kompletnie. Któżby zresztą chciał? Przerabiał ludzi na karmę dla kotów. Miał uporać się z największymi kłopotami kolonizatorów i nie bardzo mu to szło. Zaczynał sięgać po desperackie metody.

Sama też do jego sukcesów nie była zaliczana. Co począć – nie wykazywała nadmiernej chęci do związków, gdy wszyscy faceci wokół wręcz do tego się pocili. To nie była Ziemia. Tu świat stał na głowie.

„Masz lekturę.” wskazał jej czytnik i bynajmniej nie odnosił się do czytanej instrukcji do szybowców „Wysłałem ci coś. Przeczytaj do wieczora, a jutro rano na odprawę w moim biurze na siódmą.”

Prawdziwy środek nocy… Na Atlantydzie panowała zima, więc słońce wchodziło późno. Było i tak gorąco, bez różnicy. Przywykła jednak do późnych pobudek. Wszyscy pracownicy laborków mieli na późniejsza godzinę do pracy. Znaczyło to, że ją znów przenosi. Yuppi, normalnie pod sufit skakała z radości.

„Gdzie mnie przenosisz?” spytała bez entuzjazmu. Bo i czemu miałaby się cieszyć. Pewnie kolejna życiowa ciota czekała aż ktoś go zechce. Albo będzie namolnie się do niej przystawiać.

„To nie przenosiny… bardziej specjalizacja. Zaczniesz uczyć się rzeczy potrzebnych do przetrwania poza bazą, chcemy wreszcie skorzystać z twojej biologii. Skoro nie spieszy ci się do romansów.”

„Jak mi podsuwasz same życiowe cioty…” mruknęła pod nosem. Zignorował ją. Prawie.

„Są genetycznie inteligentni.”

„I aseksualni.” wzniosła spojrzenie do sufitu, ileż razy już o tym mówili? „Nie jestem prostytutką, nie pójdę do łóżka z kimś kto nie potrafi wywołać we mnie chociaż minimum reakcji innej niż odruch wymiotny.”

„Urocza jak zwykle.” skomentował zgryźliwie, ale widać było, że nie miał jej za złe komentarza. Czuła niepokój, facet coś planował. Ewidentnie!

„Nie, praktyczna.” zajrzała do wiadomości na czytniku, póki jeszcze tu był. Jakiś techniczny szajs. Więc z laborków przenosił ją do jednej z technicznych sekcji. „Jest nas pięć razy mniej, trwonisz zasoby.”

Zamierzał dać jej wybór znacznie sensowniejszy, ale lepiej jej tego nie mówić. Nie po ostatnich wydarzeniach… Stracili prawie całą sekcję kolonistów, w której Mikaelsonowie spali. Cholerne kapsuły. Spieszyło im się, i to mocno. Bo jak tak dalej będzie szło, trzeba będzie dać jej wybór zdając się na przypadek, nie knowania genetyków. Była jednak na tyle antyzwiązkowa, że wszyscy jak jeden mąż, zakładali że jej dzieci będą mieć różnych ojców. Za wyjątkiem, gdy kobieta zostawała wdową i ponownie się z kimś wiązała, na Atlantydzie nie było w ogóle przypadków gdy dzieci jednej kobiety miały różnych ojców. Ziemskie statystki co dziesiątego nieślubnego dziecka można było tu zaliczyć do bajek.

„Mamy jeszcze kilku kandydatów z poprzedniej ekipy. Jutro o siódmej, w mundurze roboczym.”

Co znaczy, że żadna z kobiet poprzedniej ekipy ich nie chciała i same odrzuty mi podsuwasz? Super. Pełna entuzjazmu wróciła do swojej lektury. Bełkot od Arnolda mógł poczekać na wieczorną, usypiającą lekturę. 

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *