SIC

Szczerze, nie pamiętam, co napisałam w zapowiedziach, ale to jest właśnie moje z lekka dziwne opowiadanko polarowe, pisane wg złamanej zasady: jednoczęściówki pisze się za jednym razem. Chyba widać to po tekście…

Rozmyślania Michaela Guerina o przeznaczeniu podczas odcinka Graduation….

Michael zawsze wiedział, że nadejdzie dzień, w którym przeznaczenie ujawni swoje prawdziwe oblicze. Nie to przeznaczenie, według którego był wciąż narzeczonym księżniczki Vilandry, obecnie zaś po prostu Isabel Ramirez. Nie to przeznaczenie, według którego musiał być posłuszny rozkazowi króla. Nie to przeznaczenie, według którego nie chciał podążać jego nowojorski duplikat.

Przeznaczenie, które mówiło, dlaczego został wysłany na Ziemię. Nie tylko król, nie tylko jego ukochana żona, nie tylko jego powszechnie uwielbiana siostra. On, Rath, istota z najniższych nizin, która zawędrowała na sam szczyt, dostępny dotychczas jedynie dla szlachetnie urodzonych szczęśliwców.

Wiedział o tym, od chwili kiedy instynkt kazał mu bronić bez względu na koszty uciekających drogą przed FBI Maxa i Liz. Czuł wówczas to samo, jak w chwili kiedy umieszczał kamienie w ścianie jaskini, kamienie zostawione przez Nasedo… Jego obca strona objęła go w posiadanie. Czuł spokój, instynkt mówił mu wyraźnie, co ma robić. Tej pewności szukał zawsze, szukał tego w Maxie, szukał tego w Isabel, podążał każdym obcym tropem, ponieważ to było jedyne, co mogłoby mu powiedzcie, kim jest i po co istnieje. Przeznaczenie.

Czekał cierpliwie. Niektórzy mogliby wyśmiać samo połączenie jego imienia i słowa ‚cierpliwość’ w jednym zdaniu. Nie zamierzał wyprowadzać ich z błędu, bywał przecież niecierpliwy, gwałtowny i nieobliczalny, a potem potrzebował pomocy z wyplątania się ze spowodowanych tym problemów. Rzadko jednak ludzie wokół niego widzieli, ile cierpliwości, samozaparcia i dyscypliny wymagało przeżycie tych wszystkich lat z Hankiem. Jego moce szalały i tak często jedynym pragnieniem w jego nędznej egzystencji było skrzywdzenie Hanka po dwakroć, niż on skrzywdził jego. Był cierpliwy z powodu. Z dwóch powodów: Max i Isabel.

Isabel, matkująca im dwojgu, a jednocześnie sama tak łaknąca matczynego ciepła i akceptacji. Evansowie, szczęśliwie dla niej, byli po prostu idealni do tego. Szczęśliwa, zamożna rodzina, której czasu i sił nie zabierały materialne troski, pijane towarzystwo czy mecz w telewizji. I Michael cieszył się z jej powodu. Ta sama rodzina sprawiła, że Isabel nie tłumiła żadnej ze swoich stron, ani ludzkiej ani obcej. Czasem jej tego zazdrościł, ale z biegiem czasu zrozumiał, że to kim się jest, jakim się jest w dużej mierze zależy od niego samego. To… pocieszało.

Max, Maxwell. Poważny chłopak z odstającymi uszami… Miał pewną małą teorię jak powstały, ponieważ z inkubatorów taki nie wyszedł. Jego lider, jego król po prostu łowił przez lata każdy dźwięk ciepłego głosu i radosnego uśmiechu Liz Parker. Jego uszy zamieniły się w jedyny swego rodzaju radar. I on, Michael, zazdrościł tego Maxowi. Dźwięku śmiechu jego dziewczyny. Bezustanne kłapanie buzią Marii przypominało mu niemiły jazgot. To powinno było go ostrzec, że coś jest nie tak. To był pierwszy sygnał lecz on był albo nieświadom albo nie chciał tego zauważać. Być może nigdy się nie dowie. Zawsze kiedy myślał o tych chwilach, dziwił się sobie samemu. Lecz nie można zmienić przeszłości, obojętnie jak bardzo wierzył w to Max z przyszłości…

I tak właśnie powoli dwa powody stały się z czasem trzema. To nie stało się w chwili, kiedy widział jej zdeterminowane spojrzenie po śmierci Alexa, ani też kiedy Maria pojechała do Nowego Jorku. Paradoksalnie, zaczął sobie uświadamiać niewłaściwość swoich uczuć, kiedy umarł Mnich. Jego kumpel z pracy, trochę nieśmiały chłopak, lecz byliby z niego jeszcze ludzie, gdyby nie zdeterminowana żona pewnego staruszka… Pamiętał chwilę, kiedy siedząc w nocy na łóżku, zazdrościł Liz siły. Zazdrościł, iż potrafiła mimo bólu pójść tropem zagrożenia, mimo, iż mogło się okazać, że byli winni śmierci Alexa… A w sprawie Mnicha na początku nie było nawet podejrzenia. Dopiero później. O tak. Byli winni.

Kiedy kilka tygodni później odważył się wreszcie odwiedzić grób, ona tam była. Stała nad pomnikiem wciąż przyozdobionym jakimiś sztucznymi wieńcami, w dłoni trzymała białą różę i coś szemrała. Nie modliła się, nie był aż tak ślepy, by nie zauważyć łez płynących po policzku. Dlaczego płakała po kimś, kogo nawet nie znała?

Ukrył się wówczas i niczym jakiś chory podglądacz obserwował jej poczynania. Podeszła do grobu Alexa i również położyła białą różę. Już nic nie mówiła, na jej twarzy malowały się jedynie smutek i przygnębienie. Potem odeszła.

A potem świat znów zwariował. Maria wróciła. Tess wróciła z dzieckiem Maxa, by ostatecznie poświęcając własne życie i ochronić grupę. Nie na długo… zdolności Liz pojawiły się w samą porę. Ironią losu było, że to Maria zaciągnęła go do Madame Vivien… Patrzył w ciemnościach na podarowaną kartę tarota, kiedy przejechała obok niego kolumna samochodów. Obcy instynkt znów się odezwał. Wysłano go, nie by chronił. To była misja Nasedo i Kala. Jego zadaniem było coś zupełnie innego. Uczynić z Maxa kogoś, kim musiał się stać, by wypełnić przeznaczenie lidera. To była jego odpowiedzialność. Jako jego zastępcy. Jego własne przeznaczenie.

Słuchał w milczeniu słów pastora, który łączył świętym węzłem małżeńskim Maxa i Liz. Tak naprawdę obrączki czy papier nie były potrzebne, tych dwoje było złączone czymś więcej niż większość ludzi oglądała na własne oczy. Kochali siebie i byli na tyle silni w swoich uczuciach, iż wytrzymały one nie tyle upływ czasu, co zmiany w nich samych, błędy, które kosztowały ich prawdopodobnie więcej niż zdawali sobie sprawę dzisiaj. Och, jak zazdrościł tego im… i prawdopodobnie nie było czego zazdrościć, bólu rozczarowań, jak i świadomości, iż zraniło się kochaną osobę. Wielokrotnie.

Ale byli silni. Razem: Max i Liz. Przy Liz, Max stawał się inną osobą. Zupełnie jakby uzdrawiając ją trzy lata temu przekazał jej cząstkę siebie, bez której nie był już nigdy kompletny, i jako człowiek, i jako obcy.

Ona czyniła go lepszym, dla samego jej uśmiechu był gotów zrobić wiele… Och, dobrze rozumiał to, ponieważ sam łapał się na tym. Ale też natychmiast zduszał tę myśl, ponieważ doskonale rozumiał, że tych dwoje należało do siebie. Trudno było jednak żyć obok, widząc jak szczęśliwi nowożeńcy wymieniali pocałunek po raz drugi jako państwo Evans… Byli szczęśliwi. Oboje. Max i Liz. Więc on był szczęśliwy z ich powodu, obojętnie jak bolała go szczęka od uśmiechu. Jeśli tych dwoje potrzebowało radości i akceptacji z ich strony w tym dniu, będą ją mieli. Max nigdy nie zobaczy zazdrości u niego. Był jego zastępcą, jego zadaniem było uczynić z Maxa dobrego lidera. Nie mógłby nim być bez Liz. Prosta sprawa. Bardziej skomplikowane było zduszenie w sobie rodzących się uczuć do młodej pani Evans. Ale musiał sobie poradzić. I miał Marię. Znaczyła dla niego wiele, lecz wszakże będąc właśnie z nią, zauważył Liz jako kobietę.

Kierował vanem, więc chyba jako jedyny zobaczył we wstecznym lusterku, że na murku okalającym wejście do świątyni ktoś zostawił białą różę. Nie miał czasu się przyjrzeć, lecz wyglądała jak mała różyczka ze ślubnego bukietu. Zerknął na Liz. Na jej ustach błąkał się tajemniczy uśmiech, ale kiedy jej wzrok padł na kwiaty wciąż trzymane w dłoniach, nieznacznie przybladł. I Max troskliwie odgarnął włosy z jej policzka i delikatnie, z czułością pocałował, przywracając radość na jej twarz. Potrząsnął głową. Max od śmierci Tess był nową osobą, której nic nie stoi na drodze do spełniania największego marzenia życia, dzielenia tegoż z Liz. I wyglądało na to, że zauważa więcej niż kiedykolwiek wcześniej. To było pocieszające. Z nią był kompletny, mógł stawić czoło wszystkiemu. Mogli. Bo teraz nie był to tylko Max. Byli Max i Liz. Razem, należąc do siebie także wobec świata.

Paradoksalnie, jego przeznaczenie nie wydawało mu się nigdy cięższe niż w tej chwili. Skupił więc wzrok na drodze, nie oglądając się już ani we wstecznym lusterku ani przez ramie. Jak nigdy wcześniej potrzebował całych pokładów ukrytej cierpliwości, dyscypliny i prawdopodobnie Marii obok siebie przez długi czas. Ale jak długo będzie obok, kiedy zorientuje się w obecnej sytuacji?

Tak, Michael doskonale wiedział, że pewnego dnia przeznaczenie schwyta go w swoje szpony. Przeznaczenie… zaczynał pojmować, dlaczego Max tak bardzo nie cierpiał tego słowa. Już wolał ‚zastępca’, w amerykańskim wojsku posługiwano się skrótem ‚SIC’. To akurat wiedział… wiedział też, że potrzebuje znacznie większej wiedzy i siły, by być zastępcą kogoś takiego jak Maxwell I. Chyba I, prawda? Nie myślał, by na Antarze nadawano ziemskie imiona, więc jego król musiał być pierwszym w historii Maxwellem na tronie…

Koniec. W życiu na Ziemi udział wziął: Michael Guerin.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *