Seria Okruchy z nieba (3) – Życzliwi

Życzliwi

Alec/Liz/Marek
Ciąg dalszy losów Żelaznej Dziewicy, jej rycerza Marka i dobrego przyjaciela Aleca…

Robiąc nowe plany na wakacje, Mark zupełnie nie spodziewał się, że spotka Liz po zachodzie słońca na środku tętniącego gwarem i życiem bulwaru.

Poprawka. Spotka nie Liz, tylko kogoś kto kiedyś nią był. Bo ta nowa osóbka, którą dostrzegł w tłumie, nawet nie wyglądała na Liz Parker, którą znał.

Miała na sobie jasną, krótką sukienkę na ramiączkach, białe sandałki, zaś ciemna karnacja i rozpuszczone włosy tworzyły baardzo miły kontrast do nich. Proste zestawienie wydobywało najlepsze z jej małego ciałka na widok publiczny. Zaiste, jak nie Liz Parker.

Wsiadała właśnie do samochodu. Ruszył więc gwałtownie do przodu, potrącając przy okazji kilkoro przechodniów, ale i tak nie zdążył. Pojechała, nie zauważywszy go zupełnie.

Przeklinając swoje chwilowe osłupienie, zawrócił do kawiarenki, gdzie przyczaił się, by zaczekać na szalejącą na zakupach siostrę. Wcale nie miał ochoty wałęsać się po butikach i oglądać, nie mając zamiaru niczego kupować. Na ich studenckie i pracujące kieszenie, ekskluzywna ulica była zdecydowanie poza budżetem.

Wróciła godzinę później w towarzystwie jakiegoś faceta, a jego irytacja wzrosła do tego czasu stukrotnie. Usiłował się dodzwonić do Liz, ale jedyne, co mu odpowiadało, to mechaniczny głos, informujący go bezosobowo, że abonent jest tymczasowo poza zasięgiem.

Wcale mu się nie podobała myśl, że Liz jest poza jego zasięgiem.

~ * ~

Karkówka skwierczała miło na grillu, w powietrzu unosił się aromatyczny zapach, napędzający zwinne rączki by czymś zapełnić żołądki. Stół zaśmiecały puszki i pojemniki po różnorakich napojach i smętnie wyglądające folie po chipsach. Z lekka rozbawione towarzystwo wygwizdało Marka, kiedy ten spojrzawszy na wyświetlacz swojej komórki, czmychnął z powrotem do domku, by porozmawiać z kimś z dala od ciekawskich uszu kolegów i siostry.

Dziewczyna… zawyrokował konspiracyjnym szeptem Tom, jego kolega z grupy.

„Przecież on nie ma dziewczyny!” Maria parsknęła „Nawet się za żadna nie rozgląda!”

„A Parker?” spytał niewinnie, co tylko wywołało ponury grymas na twarzy dziewczyny.

„Kto?” spytał z zainteresowaniem ich sąsiad.

„Małomiasteczkowa kretynka wodząca za nos mojego brata według własnego widzimisię!” Maria warknęła, ale nic już nie powiedziała, bo Mark wrócił nadzwyczaj szybko.

„Będziemy mieli jeszcze większe towarzystwo.” oznajmił z uśmiechem, bardzo szerokim „Spotkałem wczoraj znajomą na twoich zakupach, niedługo do nas wpadnie.”

Maria uniosła zdumiona brew.

„Znam ją?”

„Zdecydowanie nie.” wydawało się to niemożliwe, ale jednak uśmiech Marka jeszcze się poszerzył.

„Coś ciekawego?” Tom uniósł na kumpla spojrzenie pełne nadziei znudzonego szczeniaka.

„Bardzo. Ciało warte grzechu, buźka dziecka, długie ciemne włosy, diabelnie zwinny języczek….”

„Dlaczego czuję, że powinienem ją znać?” Tom uśmiechnął się w szczęśliwym przewidywaniu. Maria wykrzywiła twarz z obrzydzeniem.

„Roswell zdegradowało nawet mojego brata do roli zaślinionego neandertalczyka.” poskarżyła się swojej blond koleżance, Paris „Oto co teraz, po tylu miesiącach na tym zadupiu z niego zostało…”

„Raczej latach.” Poprawił odruchowo Mark, nie chwytając oczywiście aluzji jasnej dla pozostałych „Ach, Tom?”

„Hm?” chłopak przerzucił mięso i sięgnął pz powrotem po swoje piwo, zupełnie nie przeczuwając co za chwilę usłyszy.

„…i mózg Einsteina…”

Piwo nagle i gwałtownie znalazło drogę powrotną z ust na świeże powietrze. Maria z obrzydzeniem cisnęła w Toma rolką papierowych ręczników, zaś szef kuchni z trudem ukrywał wesołość. Nawet kiedy pół godziny później w ogródku pojawiła się ciemnowłosa – rzeczywiście śliczna – dziewczyna, którą Mark przedstawił jako Elizabeth, żaden z pozostałych nie wiedział, co odbiło Tomowi.

~ * ~

„Ufff…” Maria konspiracyjnie odetchnęła z ulgą, zerkając dla pewności przez okno na brata, Toma i Elizabeth, rechoczących jak zwariowani przy grillu, gdzie dziewczyna pokazywała jak wykańczać mięsko na wolnym ogniu. Tymczasem ona i Artur robili lody z ogromna porcją bitej śmietany „Już myślałam, że mój brat zdziczał do reszty na tym zadupiu albo tamta opętała go kompletnie.”

„Tamta Parker?” Artur sięgnął do miseczki z bitą śmietaną, za co oberwał po palcach „Kto to wie, co to za dziewczyna tak naprawdę… Spotkałaś ją?”

„Nie, ale nasłuchałam się.” cierpka minka Marii mówiła dobitnie, jak wystarczające to dla niej było „Parker to, Parker tamto… Chodzącą niewinność do uratowania… tylko obojętnie co robi mój brat, nie jest wystarczająco dobre dla tej idiotki.”

„Może jest lepsza.”

„Jasssne…” zakpiła „Mark mówi, że uczy się świetnie, jest inteligentna, życzliwa, ma poczucie humoru, zgrabna, śliczna, niebiedna i nie mieszkała z facetem dotychczas…”

„Ideał?” Artur zastrzygł uszami.

„Chryste, jakakolwiek inteligentna myśl z głowie faceta umiera szybko z samotności.” Maria jęknęła „Gdyby to było takie cudo, już dawno spieprzałaby z Roswell. Wiesz co to za dziura?”

Zaśmiał się pod nosem.

„Jakoś Mark tam wytrzymał…”

„I przygruchał sobie taką… wieśniarę! Koszmar!” burknęła zła „Jezu, gdybyś widział, jak ona go wodziła za nos… aż się wstydzę! Niedługo mój brat w ogóle zapomni, jak się płodzi dzieci!”

Artur śmiał się już tak bardzo, że odstawił naczynia, nie mogąc ich utrzymać. Żadne nie zwróciło uwagi na małą brunetkę przy grillu, powoli odstawiającą swój sok i wymawiającą się konieczną wyprawą.

Kiedy jednak kwadrans później zaniepokojony Mark przyszedł do domu, szukając jej, zerwał się koszmar, którego nawet Maria nie przeczuwała.

Elizabeth siedziała na podłodze holu, bledsza niż kremowy odcień ściany i ciężko oddychała. Wstrząśnięta Maria niemal natychmiast wrzasnęła po brata, zaś Artur zaczął dzwonić po pogotowie.

~ * ~

Gapienie się bez sensu na jakiś obiekt przed sobą zaczynało mu wchodzić w krew. Podobnie jak dawno temu Liz utkwiła mu pod skórą i wcale nie chciała zniknąć stamtąd… czy raczej on nie chciał tego… Jakkolwiek jednak przestawiała się dawniej sytuacja, wszystko wywróciło się do góry nogami przeszło tydzień temu. Będzie tkwić pod skórą, palić żywcem, niczym piętno… Tak, jego dłonie zostały napiętnowane przez głupi błąd, szczeniacki wybryk.

Tylko doprawił nieco napój Liz, tymczasem… „Nie chciałem, naprawdę.” powiedział to głośno, chyba po raz pierwszy od tygodnia. Wpatrywał się bez sensu w drzwi zamknięte przed nim przez Aleca. Nie mógł mu nie przyznać racji. Zawinił, połknął gorzką prawdę swojej winy. Dziwne było jedynie, że pozostał dotychczas żywy. McDowell mógł sądzić, że jego uczucia do Liz pozostawały niezauważone, ale on wiedział lepiej. Był jego najgroźniejszym rywalem. Najmniej przewidywalnym. Mark wciąż nie mógł zrozumieć, dlaczego facet nie zrobił ruchu w jej stronę…

Najgorsze było co innego. Plotki. Przekleństwo Roswell, które teraz gotów był uznać za jedną z biblijnych plag. Wciąż tylko słyszał „biedny McDowell” i tym podobne, zazwyczaj po dwóch słowach walczył z dziecięcą chęcią zasłonięcia uszu. Najwyraźniej już dawno całe miasto napisało ciąg dalszy tej historii, nie uwzględniając go zupełnie w scenariuszu. To była wyjątkowo gorzka pigułka.

Zacisnął mocniej palce na bukiecie. Róże, ulubione białe Liz… W ostatnich dniach miał ogromne problemu z dostaniem ich w Roswell; wyglądało jakby cała mieścina sprzysięgła się przeciw niemu… W głębi duszy wiedział doskonale, że to po prostu tylko niedostateczna ilość tych kwiatów wobec nagłego zapotrzebowania, kiedy wszyscy mieszkańcy rzucili się do kwiaciarni. W tej chwili jednak nie był gotowy przyznać im nawet tego. Jemu odmówili prawa do żałoby.
Koniec

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *