Seria Okruchy z nieba (2) – Okruszynka

Okruszynka

Alec/Liz/Mareku
Opis: Ciąg dalszy w serii „Okruchy z nieba”. Rozmaite myśli Marka o Liz, życiu i uczuciach w ogóle.
Żaden z pożyczonych bohaterów nie jest mój, ale pomarzyć każdy może.
Kategoria wiekowa: wszyscy zdolni wytrzymać jeszcze jedno opo o Liz.

Gapił się na regał z poustawianymi równo w rządku kartonami mleka, po prostu się gapił.

Miał kupić zapas mleka, bo po wczorajszym wpadywanku jego grupy aka opróżniamy lodówkę, zostało praktycznie oblodzenie na górnym regale i nic poza tym. Biedni studenci rzucili się na wyżerkę. I dzisiaj będzie kolejna… To znaczy, miała być. Bo teraz z całą pewnością nie będzie.

Planowanego na wieczór miłego spotkania z Liz także nie.

Do kurwy nędzy, co go wczoraj podkusiło, by dać im się wyciągnąć do klubu? Chyba zaćmiło mu rozum, jeśli myślał, że chcą się po prostu zabawić.

Haha, chyba że jego kosztem.

Powinien siąść w domu, wkuwać albo zrobić cokolwiek innego, co nie włączałoby alkoholu i dawnej paczki. Stali imprezowicze, potrafili wciągnąć w to każdego. Jednak najbardziej teraz bał się następstw wczorajszego wieczoru.

Na litość boską, nie spojrzał nawet na jakąkolwiek dziewczynę, ale miejscowi plotkarze już przegrzewali sobie języki. Powinien był wcześniej o tym pomyśleć, zamiast jak idiota iść z nimi. W tak małej społeczności, jaką było Roswell oczywiście zwielokrotniona plotka dotrze do Liz.

Jeden krok do przodu i tysiąc w tył. Szczególnie, że kasjerka nadal go objeżdżała, nie wiedząc zupełnie, że stoi dosłownie za sąsiednim regałem. Milutka plotkara o tlenionej szopie na głowie i zajeżdżającym przedszkolem słownictwie.

Normalnie uwielbiał małe miasteczka, nawet na końcu świata. Wszyscy się tu znali i miał ten komfort, że nie był anonimowy. Po dorastaniu w Los Angeles i zimnej anonimowości wielkiego miasta to była bardzo przyjemna odmiana. Ale dzisiaj miał serdecznie dosyć ‚życzliwości’ mieszkańców.

Czasem miał wrażenie, że traktują Liz jako swój ‚narodowy’ skarb i wszystko, co mogłoby zepsuć jej opinię, było jednakowo szkalowane… i rozdmuchiwane do nienaturalnych rozmiarów. Aktualnie szopka praczka z wypiekami na twarzy donosiła jakiejś klientce, że przeleciał jej daleką znajomą poprzedniej nocy po dyskotece. Po prostu zajebiście wspaniale. Teraz mógł jedynie pomarzyć sobie o Liz w samotne kalifornijskie noce.

Zamierzał wyjechać do pracy do Kalifornii i zostać tam prawie do połowy października. Ale zanim by wyjechał miał jak najszczerszy zamiar sfinalizować sytuację z Liz… i najchętniej zabrałby ją z tego siedliska żmij. I pooglądał na kalifornijskiej plaży, szczęśliwą i beztroską. Bez wścibskich, ciekawskich oczu baczących na każdy na ich krok…

Może jeszcze dałoby się to jakoś naprawić, gdyby nie jego wyjazd. Teraz nie dosyć, że był naprawdę ograniczony czasowo, to jeszcze miał egzaminy za chwilę i żeby nie mieć sesji poprawkowej, prawie każdą wolną chwilę spędzał ostatnio na kuciu.

W poniedziałek miał egzamin z psychologii. Jeden z jego ulubionych przedmiotów. Nie tylko dlatego, że poznał dzięki wykładom Liz, ale i dla sposobu, w jaki pani doktor przedstawiała całą ogromną naukę w sposób ‚zrozum to sam’.

Co wcale nie zmieniało faktu, że do wkucia miał cały przeogromny materiał. Po dwóch tygodniach zaliczeń ćwiczeń miał absolutnie dosyć. Braku snu, frustracji i mnóstwa pesymistycznych myśli też.

Wrócił do domu i zamówił pizzę przez telefon. Może pusta lodówka i głód wygoni ‚życzliwych’ znajomych?

Nim dzwonek do drzwi oznajmił przybycie posłańca, zdążył wziąć krótki prysznic, otworzyć piwo i rozłożyć się z notatkami.

To będzie koszmarny wieczór. I jakoś wątpił, by w wykładach z psychologii społecznej znalazł odpowiedź na nurtujące go problemy. Prędzej zaśnie z nosem w zeszycie…

~ * ~

Minął czwartek, piątek i cały weekend. Głównie na kuciu i ignorowaniu kumpli. Psychologia była jego przedostatnim egzaminem, ale była podwójna. Pisemny i następnego dnia ustny.

Potem zostawała już tylko metodologia ustna.

I żaden nie przyprawiał go o taki ból głowy jak myśl, co narobił przez jedno głupie wyjście. Co innego, gdyby był tam z Liz…

Ale nie, jakaś okruszynka wpadła do jego głowy i najwyraźniej uwierała naprawdę porządnie, bo inaczej nie potrafił nazwać tego swojego przypadku głupoty.

Mimo wszystko jego żołądek tańczył jak zwariowany, gdy siadał obok niej w sali. Był na liście zaraz za nią.

Zerknął na nią ciekawie. Miała zamknięte oczy. Wyglądała na zmęczoną… Czekała w milczeniu na testy, nie odzywając się ani nie rozglądając. Zły znak.

Ku jego niepomiernemu zdumieniu okazało się, że wszyscy maja dostać te same pytania. Jeszcze gorzej! Złe przeczucia potwierdziły się, kiedy tylko zerknął na pytania. Niewiele mógł na to napisać, mimo kilkudniowego kucia. Jezu, poprawka jak nic.

Przez większość egzaminu na sali panował nieznaczny gwar. Pani doktor była doskonale świadoma, że na pytania poprawnie może odpowiedzieć tylko garstka wybrańców, którzy zajrzeli do dodatkowej zleconej literatury… i czasu było zbyt mało, by mogli jeszcze produkować się dla innych. Doktorek złapała ich za rogi.

Ale nie… jego. Był zbyt zszokowany, by spytać o powód, kiedy Liz niemal bezgłośnie podyktowała mu część odpowiedzi. Nie wszystko, bo sama uwijała się jak w ukropie, ale wystarczająco żeby nie dostał gołej pały. I część sam rozwinął.

Wyszedł z egzaminu wcześniej i czekał przed salą, ale najwyraźniej diabeł znów namieszał w kotle i najzwyczajniej w świecie zmyła się innym wyjściem. Bezradnie mógł tylko oglądać z dala jej sylwetkę na kampusie.

Bardzo chciałby widzieć w tym egzaminie jakiś pozytywny znak, ale nie bardzo miał się na czym oprzeć. Wrócił wreszcie do domu, zrzucił garnitur i zaczął się zastanawiać, czy u licha nie powinien jednak zostać w Roswell na wakacje.

~ * ~

Zdarzały mu się chwile zwątpienia. Przy takiej osobie jak Liz to było absolutnie nie do uniknięcia. Sama miotała się między chceniem a pragnieniem ucieczki… zwyczajni ludzie miewali przecież z tym problemy.

Och, niejednokrotnie nasłuchał się w Roswell historii o Maxie Evansie. Z pozoru wspaniały chłopiec, marzenie każdej dziewczyny w mieście, bla bla bla i tu następowała długa lista peanów na jego cześć. Tylko, że kiedy przyjaciel Liz zszedł z tego świata i mówiono, że było to samobójstwo, została zupełnie sama ze swoim bólem. Nawet taki wyrzutek społeczny jak Michael Guerin okazał się w prawdziwych problemach o wiele bardziej plemnikowaty niż Evans.

Ta historia, z pozoru idealnie tłumacząca rezerwę Liz do przedstawicieli płci przeciwnej, dla niego jednak nie do końca grała. Coś było więcej, wydarzyło się o wiele bardziej poważnego niż jednorazowa plama na obrazku. Coś, czego większość miejscowych zupełnie nie widziała w Liz, to jej siła. Potrafiła sobie poradzić z każdą przeciwnością. Nie wyobrażał sobie, by brak wsparcia od byłego chłopaka tak diametralnie zmienił jej plany życiowe, aspiracje i dystans do innych.

Oczywiście nie mówiła co to. Ale tam było. Coś, co kazało jej oczekiwać albo nierealnej doskonałości w innych ludziach albo po prostu najgorszego. Trudno było z tym walczyć, kiedy miotała się między tymi dwoma skrajnościami. Ale myślał, że jakoś udało mu się częściowo przebić. Że musiał być cierpliwy i ostrożny. O wiele bardziej niż w stosunku do jakiejkolwiek innej kobiety.

I najprawdopodobniej wszystko diabli wzięli. Przez jego głupotę i ulubione zajęcie „życzliwych”. Tak przynajmniej myślał, kiedy następnego dnia siedział grzecznie przed tą samą salą i czekał na swoją kolejkę. Liz nie odzywała się do nikogo od wczoraj, jej komórka była wyłączona ani nie czekała jak on. Ewidentnie go unikała. I wszystkich innych studentów też.

Kiedy wyszedł po ustnym, zmęczony ale zadowolony i z siebie i z oceny w indeksie, siedziała na ławce przed budynkiem. Pomachała mu radośnie indeksem przed nosem, kiedy spytał się o jej odpowiedź.

„Zwolniona z ustnego jako jedyna. To był mój ostatni wpis. Czekam, aż otworzą dziekanat.”

„Wow.” gwizdnął „To teraz tylko świętować! Ale uprzedź kiedy, bo mam jeszcze jeden egzamin.”

„Wiem.” uśmiechnęła się jakoś smutno „Z miłą chęcią… mam jednak jeszcze dzisiaj samolot.”

„Co?”

Czemu czuł, jak dosłownie cały tlen z sykiem opuszcza jego płuca? To był cios bardzo poniżej pasa.

I czemu o tym nie wiedział?

„To wyszło dosyć nagle… ten wyjazd teraz.”

Uff!!!

„To może jak wrócisz? Tylko, że też wyjeżdżam za trzy tygodnie…”

Skinęła powoli.

„Tak, słyszałam od Trini. Ale ja nie wrócę do października.”

Uch, uch. Nie kopie się leżącego, prawda?

„Muszę stąd wyjechać. Zrobić rachunek sumienia, nieco znormalnieć.”

Spojrzał na nią podejrzliwie.

„Niby w czym?”

Uśmiechnęła się pod nosem. Wstała z ławki, ściskając indeks mocno w dłoniach.

„Nie umiem dopuszczać do siebie ludzi.” westchnęła miękko „Kilka dni temu Alec uraczył mnie mało przyjemną gadką… i niestety miał rację. Życie przecieka mi przez palce, bo albo oczekuję zbyt wiele albo brak mi odwagi, by zrobić chociaż kroczek.”

„Brzmi cholernie poważnie.”

Zaśmiała się ubawiona. W ogóle taka jakaś radosna była. Częstotliwość, z jaką uśmiechała się tego ranka, była wprost niewiarygodna u niej!

„Taak. Muszę wyjechać stąd, gdzie wszystko mi przypomina, co mnie różni od innych, przypomina o ostrożności. Będę pracować przez większość czasu, ale wolne się znajdzie na pewno… kto wie, może cię odwiedzę, jak nie  będzie zbyt daleko, wtedy zobaczymy.”

„Kochałbym…” jęknął na samą myśl. W głowie szumiało mu od dziwnej ulgi. Nie wszystko stracone, nie wszystko… powtarzał w duchu niczym radosną mantrę. Z dala od Roswell… i tylko z nią. Genialnie! Ta jedna myśl chyba będzie kołatać się w jego głowie do końca dnia…

Kiedy kilka minut później pobiegła do dziekanatu, wciąż uśmiechając się jak wariat, złapał się na tym, że nie wie, gdzie ona wyjeżdża. Ale z drugiej strony… jakoś specjalnie się tym nie przejął. W końcu uwierała go jakaś mała okruszynka.

Koniec

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *