Seria Okruchy z nieba (1) – Gwiazdka z nieba

Gwiazdka z nieba

Alec/Liz/Inni

Opis:  Hm… Alec obserwujący życie uczuciowe Liz. Zawiera elementy x-tremerowe. Pierwsze opowiadanie w serii „Okruchy z nieba”.
Żaden z bohaterów nie jest mój, ale pomarzyć każdy może.

Znów.

Alec potrząsnął głową. Nie był zirytowany, nie rozmawiał z nikim ani nie debatował nad podjęciem ważnej decyzji. Stąd gest ten mógł się wydawać postronnemu obserwatorowi z lekka dziwaczny, szczególnie wobec faktu, iż właśnie stał przed sklepową lodówką i miał zamiar wrzucić do koszyka nowy zapas mleka.

Mieszkał w Roswell prawie pięć lat, ale mało kto wiedział, że był transgenikiem, nawet jeśli dla wszystkich wokół był żołnierzem. To było spokojne miasteczko, ludzie przemili i mało kto tu zwracał uwagę na bzdury w TV na drugim końcu kraju. Kod kreskowy usuwał dla własnego bezpieczeństwa w pracy.

Wciąż byli ścigani, wciąż za swoją inność. Ale nie, by zabić, lecz sprzedać lub pokroić. Transgenik na czarnym rynku był wart fortunę. On na razie uniknął większych kłopotów i niepowodzeń… oprócz jednego właściwie.

Pod niewinnie brzmiącym imieniem Liz Parker. I właśnie dzięki poprawionemu genetycznie słuchowi dotarła do niego najnowsza soczysta plotka, że jakiś inny osioł dołączył do zapoczątkowanej przez niego listy.

Właściwie to trudno byłoby nazwać Marka osłem. Właściwie to był daleki od niego. Właściwie to chyba był najlepszym z dotychczasowych kandydatów. Właściwie to… znów ktoś rozbił się o ten paskudny mur, zwany romantyzmem i nadmiarem idealizmu u Liz.

Alec znał w swoim życiu tysiące dziewczyn. Wbrew pozorom, większość poznał podczas misji. Często jego zadaniem był przenikniecie do umysłu przeciwnika, ale takiego przypadku jak Parker nie spotkał jak żył 26 lat.

Nie była głupia, zarozumiała, nie wybrzydzała w znajomych. Dla każdego miała uśmiech i oprócz wiecznie mielącej językiem Pam Troy, wrogowie praktycznie nie istnieli. Mogłaby mieć żal do losu, że zamiast na wymarzony Harvard, została w Roswell i studiowała na miejscowym uniwerku, że jej losy ułożyły się odmiennie w przeciwieństwie do losów przyjaciół, którym każdy wróżył przecież jak najgorzej. Ale raczej nie należała do osób, która skarżą się na coś, co mogą odmienić same.

Mogła dostać się na lepszą uczelnię i wyjechać z Roswell. Widział jej świadectwo, fenomenalne 6.0. ale nie chciała, zupełnie jakby coś przylutowało ją do tego miasteczka. I miał całkiem niezłe pojęcie, co.

Nie trwało to długo, kiedy krótko po przyjeździe zauważył Liz. Kończyła szkołę. Ale szybko się przekonał,  że nie da rady, więc postarał zamieniać się w jej najlepszego przyjaciela. I chyba nim był, chociaż oboje skrywali wiele przed sobą i robili dobre miny do złej gry. Ona nie pytała o przeszłość i kobiety, on o śmierć Alexa i późniejsze zniknięcie czwórki nastolatków. I broń Boże, nie o jednym z nich, Maxie Evansie.

Znacznie dłużej jednak trwało, kiedy miejscowi dopuścili go bliżej i zdradzili kilka sekretów. Głównie o Liz. Generalna opinia starych ramoli była taka, że Parker to bardzo miła dziewczyna, ale paskudnie zraniona przez Evansa w chwili, kiedy najbardziej potrzebowała wsparcia. Dlatego trudno było zaufać jej ponownie. Odkrył też małą konspirację na temat znalezienia jej ‚właściwego’ faceta… Ale do tych wszystkich powodów i zarzutów Alec dołożył jedno, bez którego obraz byłby z lekka nieprawdziwy.

Idealizm Liz.

Liz bowiem w głębi duszy oczekiwała księcia z bajki. Kogoś, kto uratowałby ją od samotności i społecznej klęski w małym miasteczku. Nosił na rękach, śpiewał serenady pod oknem, zabierał na romantyczne wycieczki na pustynie przy świetle Księżyca i obsypywał białymi kwiatami.

I broń Boże, nie pieprzył przed ślubem.

Czasem miał wrażenie, że rozmawia z niedorozwiniętą przedszkolaczką. A w następnej sekundzie jakby była jakimś Salomonem z planety Ziemia. Naprawdę, bywały chwile gdy nie nadążał (mimo wszystkich swoich genetycznych ulepszeń) za tą mieszaniną dziecka i kobiety.

Tym bardziej Mark. Ale i tak jego cierpliwość do Liz go zdumiewała. To przecież były już długie miesiące, kiedy tańczyli wokół siebie. I jakoś Liz go nie dopuszczała dalej. Nie mógł się przebić przez tą jej nieśmiałość… i objawy idealizmu. Owszem, podobał się jej (w końcu od czegoś nos miał), ale uważała, że to ‚nie ten’. I kicha.

Jeśli wierzyć plotce, to był pierwszy znak, że Mark rezygnował. Wahał się jednak, inaczej po prostu by szalał, zamiast ‚tylko’ bawić się ze znajomym towarzystwem. Oczywiście usłużni kumple na pewno coś mu podsuwali pod nos, by osłodzić niepowodzenie… Pytanie tylko, czy skorzystał.

Wyszedł ze sklepu na zalaną słońcem ulicę. Kończył się czerwiec, czas egzaminów. Mark prawdopodobnie niedługo wyjedzie, więc żeby chciał zostać i tutaj znaleźć sobie coś do roboty na wakacje, musiał nie tyle pchnąć parę guzików, co psiakrew, przeprogramować cały mózg Wiecznej Dziewicy Liz Parker.

~ * ~

Była u siebie, w swoim pokoju, pisząc coś w zeszycie. Wieczny Mały Geniusz, pewnie drukowała coś z głowy. Salomonowskie zdolności nieraz zadziwiały go u osoby z tak prostego środowiska. Co prawda Jeff Parker marzył o studiach na Harvardzie dla córki, żywo popierany przez swoją Claudię… Sam jednak wielkich ambicji nie posiadał.

Liz wyrzekła się swoich gdzieś po drodze.

Nie wszedł do środka, tylko oparł się o okienną framugę i zaczekał spokojnie, aż odłoży pióro i zeszyt. Uśmiechnęła się do niego, ciesząc się z jego wizyty… i zupełnie nie spodziewając się, co u licha przynosił w zanadrzu.

„Możemy pogadać na osobności?” spytał wreszcie.

„Jasne. Rodziców nie ma, więc wejdź.”

„Nie tutaj. To nie będzie miłe i nie chcę, żeby ktoś podsłuchał.”

Zmarszczyła brwi, zaniepokojona jego ponurym nastrojem. Pięć minut później zostawili mieszkanie nad Crashdown.

Pozwalał jej prowadzić. Mimo jego żołnierskiego fachu, była lepszym kandydatem na znalezienie idealnego miejsca. Mało co mogło zastąpić wychowanie w tej okolicy. Znała chyba każdy krzak okolicznej pustyni.

Jechali przez chwilę jakąś starą, najwyraźniej nieużywaną drogą, aż wreszcie zatrzymała się na czymś, co przypominało resztki parkingu wśród zielonych drzew. Było cicho, spokojnie. Niemal wiejska idylla.

„To coś bardzo ważnego?”

„Sam właściwie nie wiem.” podrapał się po głowie, idąc za jej przykładem i wysiadając z samochodu „Może to jest ważne, może nie. Albo tego nawet nie zauważasz, pogrążona w marzeniach.”

„O czym ty mówisz?” była zdumiona, ale i ciekawa. Dobry znak.

„Roswell. Twoje studia. Mark. To jak traktujesz innych.”

„Nie rozumiem.” powiedziała wolno.

„Będę szczery, podsłuchałem coś dzisiaj… i jestem ciekawy twoich planów na Życie.”

„Roswell. Praca. Kiedyś dom i dzieci.” wzruszyła ramionami „Czemu pytasz?”

„Bo się zastanawiam… spotkałaś kiedykolwiek faceta, o którym myślałaś chociaż przez chwilę jak o potencjalnym ojcu tych wymarzonych dzieci?”

„Może nie, może tak.”

„A gdzie chciałabyś mieszkać? Jakiś miły domek z ogródkiem, białym płotkiem i zabawkami porzuconymi na idealnie zielonym trawniku przed?”

„Alec…”

„I pewnie twoja rodzina nadal będzie dawać pracę osobom pokroju Agnes i żyć z naiwności turystów?”

„Co w tym złego? Marzyć o normalności, zwyczajnym życiu?” spytała zakłopotana.

„Nic.” mruknął łagodniejszym tonem „Póki przez życie w krainie iluzji to prawdziwe nie przecieka ci przez palce. A ty tego nawet nie zauważasz, mała.”

„Nieprawda.”

„Doprawdy?” rzucił kamieniem gdzieś daleko „Wiem, że ciężko zaufać komukolwiek i cały ten ambaras, o którym sam dobrze wiem… Ale zostaniesz sama i nici z realizacji twoich marzeń, jeśli nadal będziesz tak się zachowywać.”

„O czym ty mówisz?”

„Ogólnie i o pewnym plemniku.”

„No jasne!”

„To niegrzeczne przerywać komuś!” wydął wargi „Powiem więc krótko: nie masz popieprzonego pojęcia, co siedzi w głowach facetów. Masz ten wyidealizowany obrazek wymarzonego księcia, któremu żaden realny facet nigdy nie sprosta. Nawet poprawiony genetycznie, co dopiero zwyczajniak.”

„Mówimy o Marku czy o tobie?”

„O tobie. I o nim. Nie mówię, że masz wpadać do łóżka faceta, bo się do ciebie uśmiechnął. Ty nie dajesz mu szansy uśmiechnąć się do ciebie.”

„Może nie chcę się z nim wiązać?”

„Może… ty po prostu uważasz, że nie jest wystarczająco dobry dla ciebie? To zwyczajniak. Żaden romantyczny przystojniak z wypchanymi kieszeniami, który całowałby ziemię po której stąpasz i patrzyłby czule w oczy przez godziny… Tacy nie istnieją, mała.”

Milczała przez dłuższą chwilę.

„Nie ma co, umiesz schrzanić komuś humor.” chrząknęła w końcu „Jakby wysokie wymagania były czymś złym.”

„Gdyby facet miał sprostać twojemu wyidealizowanemu obrazkowi, musiałby być zdrowo nienormalny.”

Parsknęła śmiechem.

„Mówię poważnie.”

„Niby czemu miałby być nienormalny?”

„Och… weźmy przykładowego, normalnego faceta. Około dwudziestoletniego. Jak podchodzi do kobiet. Są dwa podejścia i jedno wyklucza drugie. Albo tylko umilenie sobie czasu albo liczenie na coś więcej. Ty liczysz kiedyś na drugi wariant… Yyy, nie próbuj przerywać!”

„Wariat!”

„Statystyczny facet myśli hormonami. Potem włącza się reszta. Z wiekiem dysproporcje się zmniejszają. Ale kiedy facet liczy na coś dłuższo-trwaleszego, jest w stanie na jakiś czas zostać abstynentem. Tu liczy się kij i marchewka. Dostanie kijkiem, jak prześpi się z inną, bo wszystko przepada. Z drugiej strony możliwość zdobycia konkretnej kobiety i utrzymania przy sobie jest tą marchewką. I faceci są myśliwymi, obojętnie co pieprzą w poradnikach. Lubią trudną zdobycz i nie cenią łatwizny, nie na dłuższą metę. Stąd dwa wykluczające się podejścia. Najczęściej przy pierwszym spotkaniu facet cię zakwalifikuje – czego chce od ciebie.”

„To obrzydliwe, bo zakładając, że tylko z jednym się jest, cała reszta chce tylko seksu? I czemu czuję się jak na uświadamiającej pogadance w przedszkolu?”

„Lubią polować… ale nie na wiatraki, Liz. W końcu rezygnują z wysiłku uganiania się za celem, który wygląda na wiecznie nieosiągalny. I ty coraz bardziej wyglądasz na wiatrak dla Marka.”

Westchnęła.

„Znów o nim?”

„Znów.” przytaknął „Jestem wkurzony przez twoją wieczną ucieczkę, Liz. Nie wiem, czego szukasz, czemu marzysz o czymś tak cholernie nierealnym i chorym, że zwyczajne życie i normalni faceci cię odrzucają. Jasne, może kiedyś spotkasz swojego Księcia z bajki. Ale będziesz tak zapatrzona w swój ideał, że najmniejsza wada u księcia urośnie do rangi niewybaczalnej zbrodni.”

„Przestań…” wyszemrała.

„Och, niby czemu? To, co mówię, wie każdy dorosły zwyczajniak i większość transgeników. Przykro mi to mówić, Liz, ale potrzebujesz porządnego kopnięcia w cztery literki albo trepanacji czaszki, bo życie ucieka ci przed nosem a ty temu jeszcze przyklaskujesz.”

Podrapał się po głowie, patrząc na jej spokojną twarz. Nic nie wyrażała… jakby w ogóle nie roztrząsali takich tematów.

„Znam Marka dłużej niż ty… jest piekielnie cierpliwy, ale i on jest zmęczony. Bez marchewki nie da rady dalej. Albo prosto z mostu zerwij z nim znajomość. Twoje zachowanie miesza go… i w gruncie rzeczy on nie ma pojęcia, że walczy przeciwko twojemu idealizmowi, a nie obrazkowi Maxa w twoich wspomnieniach. Zdecyduj się, czego chcesz. I idź za tym. Ja popełniłem kiedyś błąd, było już za późno. Rachel umarła. Tobie życie przecieka…. Możesz nienawidzić normalności, mała, ale to do ciebie zależy jak będzie wyglądać twoje życie.”

„Nie nienawidzę normalności… czasem to jedyne, czego pragnę naprawdę.”

Odwrócił się z powrotem do niej. Miał to dziwne wrażenie, że to pierwsze szczerze wypowiedziane przez nią zdanie w całej tej rozmowie. Wreszcie.

„Więc? Co ci szkodzi? Radykalna zmiana albo i małe kroczki… Cokolwiek, Liz. Nie musisz biegać za Markiem, ale myślę, że jego sprawa byłaby niezłym początkiem, obojętnie w którą stronę.”

Koniec

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *