Sen (Khavar/Liz)

Prequel do „Snu o mojej córce

Nie pamiętała już, które to miasto, które to ruiny. Wyglądały jak każde inne. Wszechobecny gruz, połamane konary, spalone pnącza i połamane wieże. Nie powinny jej tak przerazić. Nie było w nich nic niezwykłego. Oprócz jednego: widziała je wcześniej we śnie. Ruiny były jednak jak każde inne i nie pamiętała z nich za wiele szczegółów. Ostatnie miesiące jej sny wypełniały ruiny, śmierć i tragedia. Nie chciała pamiętać szczegółów, bólu, które niosły. Ostatnie co chciała pamiętać to szczegóły.

Horyzont nie ułatwiał sprawy. Nie bała się o siebie, nie patrzyła na niego za często by nie przypominać sobie o tym, o kogo się boi. Gdzieś tam daleko majaczyła Ziemia. Ledwie punkcik na niebie, nawet nie przypominała gwiazdy. Była bledsza od nich.

Niczym drżący płomień świecy, w którą jej rodzice wpatrywali się raz w roku. 

Sny nie były czasem takie złe. Jak te o nich. Jej rodzice nie byli prześladowani, FBI ani wojsko nie miało już do nich dostępu. Nie wiedzieli, a ci co wiedzieli – zapomnieli lub mieli powody by zapomnieć dobrowolnie. Pomoc Avy okazała się totalnie nieprawdopodobna, do dzisiaj z drżeniem wspominała moc jaka płynęła z byłej królowej Antaru. Operacja mająca zapewnić ich rodzinom i przyjaciołom bezpieczeństwo zajęła im siedem tygodni, włącznie z planowaniem szczegółów. Kyle mógł nienawidzieć swojej zdolności – ale też nie znała nikogo innego, kto by miał w sobie wewnętrzną siłę i poczucie siebie, by je znieść. Było coś takiego w ich zdolnościach, że były odpowiedzią na pewne cechy i uwarunkowania które wychodziły na jaw dopiero w czasie dorosłego życia. 

Ava i Kyle rzucali jej teraz ciekawe spojrzenia, każde w swoim miejscu w szeregu. Już prawie zapomniała, jak to było nie żyć w zhierarchiwizowanej grupie. Czekali, aż da im znać, z jakiej przepowiedni było to miejsce. Czy to był ten czas? Wszystkich zastanawiało, dlaczego nie przewidziała tego spotkania, tych rokowań. Czy były na tyle mało znaczące, że nie pojawiły się na radarze? Czy tak tragiczne? Czy to była pułapka? 

Każdy zadawał sobie to ostatnie pytanie. Wiedziała, że coś miało się zdarzyć i czyjaś moc podczas tych rokowań mogła zablokować jej zdolności. Ale kto mógłby zablokować zdolności antarskiej królowej? Bycie człowiekiem tylko jej pomagało, bo była tego samego gatunku co Max. Więź między nimi dzięki temu była silniejsza, moc pieczęci łatwiej między nimi przepływała. Każda moc wynikająca z pieczęci była silniejsza przez ten związek, jak i związek był powodem jej mocy. W każdej najmniejszej komórce jej ciała była ta szczególna struktura, jedyna i właściwa tylko jednej kobiecie na tej planecie.

Słowo jej i Maxa, czy też Zana bo takiego imię niegdyś tu nosił, było absolutnym prawem. Rozkaz jaki dawali bezpośrednio danej osobie wypełniała z czystego biologicznego przymusu. Nie było od tego ucieczki ani odwrotu. 

Ale nie można było dać rozkazu każdemu z osobna, zbyt wiele miliardów istnień zapełniało Antar. I wszeregach każdej ze stron było równie wiele mieszkańców sąsiednich planet. W końcu wojna szła u wszystkich o to samo. 

O przetrwanie mieszkańców 5 planet. 

Spojrzała wprost w popołudniowe słońce, brunatno-pomarańczowe z każdym rokiem coraz bardziej. Ich przekleństwo. Cienie padające z drobnych satelit Aharonu niedługo miały zostać zastąpione przez zaćmienie, następujące raz na trzynaście dni. Mieli spotkać się z przedstawicielami wszystkich frakcji. Miliard dwieście tysieczna próba ustanowienia pokoju. 

Bo wewnętrzna wojna absolutnie nie rozwiązywała ich problemu. Ciągle nie miało się gdzie podziać wiele miliardów istnień, gdy ich słońce zamieni się w czarną dziurę. Następowało to coraz szybciej, nadchodziło nieubłaganie. Ich światy były skazane na zagładę. Nie mieli zasobów, by przenieść wszystkich do innych światów, nie było planety w pobliżu, prócz Ziemi która mogłaby zapewnić chociaż część zasobów. 

Ziemia sama miała swoje problemy. Nie tylko oni wiedzieli już, że przejęcie Ziemi nie było rozwiązaniem. Ponad połowa ich gatunków nie mogła żyć w tej atmosferze. Potrzebowali każdej duszy żywej, a nie tylko części którzy mieli przetrwać. Tylko jak? 

Gdyby wojna się skończyła, mogliby skierować wszystkie dotychczasowe zasoby i innowacje, jakie w czasie wojny powstały aby wymyśleć rozwiązanie. Rozwiązanie, którego dotąd nie było. Najpierw trzeba było zapewnić pokój. 

Tyle krzywd w czasie wojny… niewypowiedzianych tragedii, miliardów hektolitrów przelanej srebrnej krwi. Nawet Antarianie byli już zmęczeni wojną domową. Jak tak dalej pójdzie, nie tylko nie będzie tych, którzy mogliby wymyśleć rozwiązanie – nie będzie też tych, których trzeba by ratować. 

Napięła się nieznacznie, widząc w oddali blask wahadłowca. Zmierzał do nich powoli. By ich nie alarmować i by wypatrywać śladów pułapki. Druga strona była równie sceptyczna do tych rokowań, co oni. 

Odwróciła głowę na wołanie Michaela. Max uścisnął ją za rękę, lekko, jak zawsze. Uśmiechnęła się w duchu i z niedużym optymizmem spojrzała ponownie na lądujący statek. To miała być przyszłość. Miała jej szukać. Przewidzieć ruchy drugiej strony, przewidzieć czy ich intencje były szczere i czy tym razem rokowania zaowocują pokojem. 

Błysk był równie szybki, co nagły. Zamknęła na sekundę oczy, nie chcąc by Max w nich zobaczył to charakterystyczne spojrzenie. Odwróciła potem nieznacznie głowę w stronę Kyle’a. Złapał szybko to, co chciała mu przekazać. Zniknął w ruinach zanim wysłannik Khavara wylądował niedaleko. 

Gdzie go wysłałaś? gniewne pytanie Michaela przywołało uśmiech na jej usta. Niektóre sprawy nie ulegały zmianie z upływem czasu. Wciąż uwielbiał być tym, który kontrolował sytuację. 

By sprawdził  jedną z moich starych wizji. Nie wiem czy to ta.

Jak starej?

Bardzo, bardzo starej. Z czasu przybycia. 

Chrząknięcie w myślach było równie charakterystyczne jak na głos. Chciał kontroli, ale nie miał ochoty grzebać w czyimś umyśle. Wiedziała, że postanowi zaczekać aż zdecyduje się ujawnić to, co widziała. Ufał jej. 

Po rampie schodziła niewielka grupa. Przez półmrok nie widziała dobrze ich twarzy, ale jakoś byli podobni do siebie. Przewodził im starszy zmiennokształtny, którego już wcześniej widziała w kilku wizjach. Był prawą ręką Khavara. Ich przeciwnik wysyłał naprawdę znakomitości na to spotkanie. 

~ * ~

Powinna wiedzieć, że jej moc niekiedy uwielbiała płatać figle. Lub jej umysł, nie chcący przyjąć do wiadomości pewnych informacji. Spraw, których się obawiała, których nigdy w wizjach nie chciała widzieć. One nadchodziły, ale umysł odmawiał ich analizy. I wtedy była straszliwie zaskakiwana. 

To było drugie spotkanie w podobnym gronie. Wyglądało na to, że nie tylko oni byli zmęczeni i zrozpaczeni. Wola zaprowadzenia pokoju była silniejsza po drugiej stronie. Kyle nie musiał tego mówić. Widziała to w jego oczach, tak jak on widział strach w jej. Widział wielokrotnie w jej głowie tą wizję, widział ją równie dobrze co ona. Połączenie tych dwóch informacji dawało wiarę, że rzeczywiście te negocjacje przyniosą wreszcie trochę pokoju. Tylko nie chciała zapłacić ceny, która jawiła się na horyzoncie. 

W obozie trwało wesele. Pobłogosławiono wśród zgromadzonych gości nowe dwie pary, dwoje rodzeństwa wybrało inne rodzeństwo. Nie było to niczym niezwykłym. Ot, kolejny wyraz antarskiej inności od ludzi. Prawie już zapomniała, jak to było być mężem i żoną na Ziemi. Max za to celebrował wiele ludzkich zwyczajów. Włącznie ze świętowaniem rocznicy ślubu. Na Antarze tego nie robiono, od tysiącleci uważano to za pusty gest. Szczęście małżeńskie należało celebrować codziennie, nie od święta. Celebrowano każdy kolejny etap w życiu małżonków, a potem rodziny. Oni takiej szansy jeszcze nie mieli. Nigdy nie spodziewała się dziecka Maxa i niejednokrotnie martwiła się czy ich odmienność nie była tego powodem. Ale ślub Avy i Kyle, a także ich niebieskooka córeczka, obaliły te obawy. Pozostawało czekać aż natura i mniej strachu o  przyszłość zrobią swoje. I to wesele było na pewno krokiem ku dobremu. Obie pary miały aż nadto krewnych i przyjaciół po obu stronach barykady. 

Spojrzała w lewo, na mężczyznę który podobnie jak ona przyglądał się świętującemu tłumowi. Oparty o jeden ze świątecznych słupów, sprawiał wrażenie prawie nastolatka. Być może był zmiennokształtny albo po prostu trafiła mu się pechowo skóra równie dobrana do charakteru co u Nicholasa. Czuła, że jest kilkakrotnie starszy. Nie był dzieckiem, jak ta wojna się zaczęła. Lekko skinął jej głową, odwzajemniła pozdrowienie. Po chwili zastanowienia ruszyła w jego stronę. 

To mogło być wyjątkowo niegrzeczne, ale wesele nie mogło być lepszym miejscem do spytania o takie sprawy. Zawsze mógł zrzucić to na karb okoliczności. Niejednokrotnie niecierpliwe rodziny i przyjaciele pytali o takie sprawy. 

Coś na kształt wielkiego zdumienia pokazało się na jego twarzy, gdy ruszyła w jego stronę. Cofnął się szybko w cień, jakby chcąc uniknąć publicznego pokazywania się w towarzystwie. Pewne sprawy szybko się nie zmienią. 

Ciekawość w jego zielonych oczach mieszała się z wielką ostrożnością. Musiał być naprawdę wysoko postawionym oficerem po drugiej stronie. Nawet gdyby nie widziała w wizji gości na jego ślubie, po samym jego zachowaniu mogła to odgadnąć. Parę osób spojrzało w ich stronę z niewielkim niepokojem. Czyżby obawiali się, co mu zrobi? 

„Przynoszę gratulacje.” prawie zaśmiała się z jego zdumionej miny. Widziała jego twarz tak często w wizjach, że niektóre jego gesty nie znając go znała równie dobrze co własne odbicie w lustrze. „Pragnę poznać drugą osobę, której należą się gratulacje. Jej moc sporo namieszała w mojej.” 

Gdyby to był komiks, nad jego głową mógłby zawisnąć wielki znak zapytania. Zdecydowanie nie wiedział, o czym mówi. 

„Nie wiem na ile szczegółowy macie wywiad na mój temat. Jestem prorokiem.” 

Zielone oczy rozbłysły szokiem. Najprawdziwszym. 

„Wiedziałam, że cię spotkam już w pierwszym miesiącu po przybyciu na Antar. Moja wizja obejmowała wesele, ale nie naszych szanownych gospodarzy, tylko twoje. Szedłeś w orszaku weselnym.” 

Gdyby piorun trafił go teraz, w tym momencie, nie mógłby być bardziej zdziwiony. Czuła to nawet bez pieczęci. Powaliła go swoimi słowami. 

„Nie planuję żadnego ślubu.” wyrzucił nagle z siebie „Nawet o nim nie myślałem, nie spotkałem osoby którą chciałbym poślubić. Czy… Wasza Wysokość wie, kiedy…?” 

„Za niespełna rok.” odpowiedziała po prostu „Dziwne. Ale wiem, co widziałam. Nie byłoby dobrze dla żadnej ze stron, gdybyśmy blokowały swoje zdolności nawzajem. Cóż…” uśmiechnęła się lekko „… bądź miły dla przewidującej przyszłość kobiety w waszych szeregach, która niedługo będzie sfrustrowana blokadą własnej zdolności. Jest wysoce prawdopodobne że to jest właśnie przyszła panna młoda.” 

„Jak długo jesteś prorokiem… Wasza Wysokość?”

„To moja zdolność, nie z małżeństwa. Pierwsza, która się uaktywniła.” 

Skrzywił się. Wiedział doskonale, co to znaczyło, szczególnie że tej mocy nie przebiła moc wynikająca z małżeństwa a królem. 

„Będę. To w końcu moja przyszła żona…” 

„Nie to miałam na myśli.” potrząsnęła głową „Ktoś o takich zdolnościach zasługuje na dużo uwagi. Nie potrafiłam nigdy przewidzieć czasu, który był po twoich zaślubinach. Jest potężna, naprawdę, skoro coś takiego się stanie.” 

Skinął głową. Jakaś jeszcze emocja pojawiła się w jego oczach, ale jej nie znała więc nie mogła nazwać. 

„Chociaż jedna rzecz jest dla mnie pewna, ale nie zawdzięczasz jej sobie ani swojej małżonce. Wiedziałam, że żadne negocjacje się nie powiodą do czasu, gdy spotkamy ciebie. Na twoim weselu panował pokój. I gościł trzech króli.” 

„To zapewne będzie wielkie wydarzenie.” wycedził. 

„Zapewne.” zgodziła się „Gratuluję… chociaż nie wydaje się, by ta wiadomość radowała.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *