Przetrwanie (3)

3.

Czuła w każdym swoim nerwie spojrzenia męskiej części załogi. Ba, nawet kapitan poświęcał jej zdecydowanie za dużo uwagi. Jej ciało zostało dokładnie zlustrowane, jakby co najmniej była niewolnicą na targu do sprzedania i zastanawiali się, czy zainwestować.

Czyżby aż tak dała im się w kość dysproporcja masko-męska? Przemknęło jej przez głowę podejrzenie przez chwilę, że szacują czy nada się dla jakiegoś transgenika, czy nie. Być może o to chodziło. Starając sobie zaskarbić względy Susan i tworząc profil kadetki, podobający się transgenikom, zrobiła to aż za skutecznie. Zupełnie nie umknęły jej uwadze delikatne próby połączenia transgeników z ludzkimi kobietami. Na razie było jedenaście par z tego programu. Ludzie jak zwykle się nie zorientowali, czuła ponadto że transgenikom zależy na nieujawnianiu ich planów. Można to było zrozumieć, i było doskonale logiczne, ale z niesmakiem zgrzytała zębami w duchu. Nie chciała stać się celem damsko-męskich rozgrywek nawet jeśli zapewne wybitnie pomogłoby to w osiągnięciu jej celu.

Start był wymagający; miała do wprowadzenia sporo komend i kursów, ale radziła sobie. Jak zawsze, na początku była pewna sztywność. Ciało nienawykłe do rzeczy, które pamiętał umysł, zawsze w ten sposób się broniło. Potem szło już z górki.

Musiała też głębiej przejrzeć wspomnienia swojego agenta. Technik, z którą rozmawiała, zdecydowanie była na osobistej stopie z agentem a niewiele o tym pamiętała. Kobieta wzbudzała zaufanie i wydawała się inteligentna. Nie chciała wpadki na samym początku misji.

Kazali jej wyliczyć nowy kurs, trochę inny od oficjalnych koordynatów.  Z trudem powstrzymała się, by nie zrobić tego z pamięci i nie wprowadzić współrzędnych z palca. Zamiast tego z mozołem zmusiła się, by uruchomić odpowiednie komendy liczydeł i wirtualne mapy. Wreszcie, po paru minutach zatwierdziła wynik.

Swoją drogą, niezbyt dokładne mapy to oni tu mieli.

Nikt zdawał się nie zwracać na nią uwagi, chyba że jej praca była komuś potrzebna. Ale to był tylko pozór. Z każdą minutą obecności na swojej pierwszej zmianie na mostku, przekonywała się, że trafiła z deszczu pod rynnę. To się nazywała ironia. Trafiła na ten statek by pomóc rozwiązać im problem z dysproporcją płciową, ale najwyraźniej transgenicy mieli inny pomysł jak tą dysproporcję płciową ma rozwiązać.

Zmiana minęła wolno, bynajmniej nie z powodu własnej konkluzji. Nie przywykła do obecności tylu transgeników naraz – obcych transgeników. Jakoś wśród ludzi było łatwiej. Chyba. Po pierwszym dniu miała dosyć ograniczone pole manewru, by zdecydować raz na zawsze.

Robiła się za to głodna. Czuła, że żołądek powoli przewierca się do podłogi. Mogła mieć domieszkę izotopu, ale głównie była transgenikiem z transgenicznym zapotrzebowaniem zarówno na kalorie, jak i na składniki odżywcze. Ostatni solidny posiłek jadła w bazie przed odlotem. Na statku Susan niestety nie miała wiele swobody i półtora tygodnia pod czujnym okiem obserwującej każdy niuans pani kapitan nie odważyła się jeść jak transgenik. Mieli naprawdę różne od ludzi apetyty.

Z ulgą przyjęła koniec zmiany, i nim ktokolwiek zdążył zareagować – niech zaprotestować – zwiała z mostka. Tchórz. Oj, tak, zdecydowanie. Ruszyła do stołówki. O tej porze zapewne będzie niezły ruch – i mnóstwo obserwujących, szacujących oczu – ale przynajmniej była szansa, że jest dużo świeżego jedzenia.

Oficer kiepski z niej był, przynajmniej ludzkich sił zbrojnych, ale kilka głupich belek na ramieniu po kilkumiesięcznej szkółce oficerskiej, dało nawet przyjemne miejsce przy stoliku na uboczu. Uprzejmi ponad miarętransgenicy wskazali jej odpowiedni stół z serdecznością, która zawstydziłaby świadków Jehowy. Oczywiście wiedziała doskonale, że to był teren neutralny służący głównie ludziom wizytującym mostek, wszakże węch miała.

Stołówka, jak i prawie cały statek były terenami konkretnych oddziałów. Zazwyczaj też jeden statek obsługiwał jeden oddział – ale ten był naprawdę duży. Trudno było się spodziewać, by zastępca dowódcy transgeników siadał za sterami jakiegoś małego pudełka. Ego mieli oboje olbrzymie. 494 dowodził kosmiczną wersją lotniskowca, i to wypełnionego transgenikami, rządzącego się na transgeniczną modłę. Miodzio.

Nie było jej dane zjeść w spokoju obiadu. Nie doszła nawet do połowy, kiedy przysiadło się kilkoro innych ludzkich członków załogi. Przypominali jej irytujące małe muszki. Nie na tyle głośne, by naprawdę zmęczonemu nie dać zasnąć, ale całej reszcie przeszkadzające w odpoczynku.

Dokończyła bez pośpiechu obiad, starając się nie rzucać zanadto w oczy. Deser zabrała ze sobą ze stołówki. Ukryła się w swojej kabinie, położyła na łóżku i połknęła swój codzienny zestaw. Dopiero potem pochłonęła deser.

Zwinęła się w kłębek po tym skromnym posiłku i zamknęła oczy. Czas było najwyższy sprawdzić, co się działo w domu, w Roswell. Ostatecznie miała do opieki kilka kontyngentów transgeników przygotowujących się do podróży zwanej życiem.

~ * ~

Maleństwo, zdecydowanie… dumał w duchu. Siedział na kapitańskim fotelu na mostku, to była jedna z tych nużących nocnych wart gdy przelatywali przez wyjątkowo wredny pas asteroidów. Nie można było tego zostawić komputerom. Siedzieli więc w trójkę, od czasu do czasu w czwórkę gdyż Cody wpadał co godzinę dzieląc swój czas między sterownię a mostek. Wykorzystywali noc i pas asteroidów by naładować akumulatory. Musiały być jednak odłączone na każdy z cykli – wpadał sprawdzić jak przedstawiała się na radarach najbliższa godzina i czy nie trzeba będzie jednak jakichś rezerw.

On sam dumał nad dwiema kandydatkami, które pozostały wolne. Nawigatorka była prawdziwym Maleństwem. Cichutka, szybka, wiecznie skupiona, ignorowała z zacięciem godnym lepszej sprawy jakiekolwiek próby poderwania przez męską część załogi. Było to prawdziwym wyzwaniem, bo już od ponad miesiąca byli w trasie i kobiet na pokładzie żałośnie brakowało. Każda jedna cieszyła się powodzeniem, doskonale o tym wiedział. Tej tylko się to nie bardzo podobało, że ciągnął się za nią niezły sznur spojrzeń.

Mimo ewidentnej niechęci do damsko-męskich tematów, była towarzyska i sympatyczna. Była genialnym nawigatorem, perfekcyjnym do absolutnej przesady. Trafiła im się prawdziwa perła. Szkoda było, że nie należała do transgenicznej rasy. Byłaby niezłą transgeniczką.

Miała oczywiście wady. Najbardziej irytującą ze wszystkich było utkwienie, niczym cierń w oku, w uwadze każdego mężczyzny na pokładzie. Sprowadzili ją między innymi po to, ale naprawdę powodzenie i uwaga, którymi nie chciała się cieszyć, przebijały niejedną transgeniczkę. Jak taki drobiazg mógł powodować tyle kłopotów?Albo to właśnie było ich pośrednim powodem. Im bardziej nie chciała tej uwagi, tym bardziej ją przyciągała.

Liz Parker aka Maleństwo, jak ją w duchu przechrzcił, była jedyną nieznużoną osobą na mostku. Wpatrywała się ze spokojem w ekrany, wprowadzając całkiem często nowe komendy korygujące kurs. Jak na razie ich karoserii nie drasnął nawet kamyczek. Mógłbym wysłać do niej na szkolenie naszych nawigatorów. Gdyby dodać do tego transgeniczną krew, był pewien że wyszedłby prawdziwie genialny pilot.

A tak marnowała się na nawigacyjnym stanowisku

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *