Przetrwanie (2)

Baza była pełna krzątających się ludzi, sprzętu, poruszających się obiektów i ludzi. Jednym z najbardziej znienawidzonych zjawisk w takich miejscach, według jej osobistego rankingu, była właśnie ta wiecznie w ruchu masa. Kto by do diabła chciał być ułamkiem tego? Wiecznie w pośpiechu, popędzani przez niewidzialne bicze nieistotnego czasu.

Czekała aż zmiennokształtny zrobi swoje. Ostatnie miesiące spędził w bazie treningowej, po przybraniu jej kształtu. Zapewniał jej alibi, sztuczne wspomnienia i znajomości wśród innych kadetów. Szło mu tak dobrze udając ją na szkoleniu, że dostał przydział do naprawdę doborowego oddziału transgeników.

Gdyby dekadę temu ktoś powiedział, że Ziemia będzie walczyć z nieprzyjaznymi obcymi, i to głównie dzięki znienawidzonym transgenikom, udało się odpierać ataki – każdy uznałby go za szalenca. Teraz była to rzeczywistość, codzienność. Ziemia walczyła przeciwko inwazji Antarian pod wodzą Khavara.

Pozostałe planety systemu nie brały udziału w wojnie, ale przyglądały się jej z nieprawdopodobną zawziętością. Wcale się im nie dziwiła. Ale pozostali obcy zwyczajnie byli przyczajonymi wrogami. Anie nie sympatyzowali z ludźmi ani ich popierali. Byli im obojętni, chociaż z pewnością wzbudzili odrobinę uznania swoim uporem w ochronie Ziemi. W przeciwieństwie do mieszkańców tych planet, oni nie mieli gdzie się podziać. Ziemia była ich jedynym domem.

Zmiennokształtny wyłonił się wreszcie, w kształcie jednego z pracowników lotnisko. Biedak pewnie leży gdzieś związany. Albo martwy. Wszystko było możliwe. Byli tylko sojusznikami, nie przyjaciółmi. Zmiennokształtny, jak prawie każdy z nich, nie wchodził w związki emocjonalne i nie służył w jej oddziale bo tego chciał. Zan go zmusił. A nawet gdyby go nie zmusił, potrzeba ochrony planety i świata, zapewniającego przetrwanie ich królowi, szybko sprowadziłaby go do jej szeregów. Ot, życie.

Zniknęli na zapleczu. Dotknął jej głowy ostrożnie, nie wiedziała nawet czemu. To nie było standardem. Wejście w umysł zmiennokształtnego nigdy nie należało do obojętnych i prostych elementów jej życia, niechże przyjemnych. Jej głowa zamarzała zawsze, mimo że w jej własnym ciele płynął izotop. Tak było też i tym razem, w dodatku masakryczna ilość informacji z ostatnich miesięcy robiła z jej mózgu papkę na parę minut. Była operatorem bitwy, miała więcej połączeń nerwowych w mózgu niż wszystkie inne rasy transgeników razem wzięte, a mimo to rozkładało ją zawsze na łopatki. Nic nie pomagało. Musiała zawsze dać parę minut mózgowi by zdołał wchłonąć informacje w postaci przekazanej energii.

Zmiennokształtny przyglądał się jej ciekawie, gdy dochodziła do siebie. Nawet nie zgadywała, co mu chodzi po głowie. Był jednym z najnowszych nabytków, służył ledwie parę lat. Dlatego też dostał w ogóle to zlecenie. Programowanie królewskich obrońców sprawiało, że idealnie nadawali się na długo dystansowe misje jak ta. Nie chciała też,by poczuł się odrzucony brakiem dostępu do ich newralgicznych systemów. Każdy musiał zostać sprawdzony w możliwie najszerszym kontekście. Nawet królewski obrońca.

W końcu jej mózg przestał dymić i mogli zająć się pilnymi sprawami organizacyjnymi. Miała niewiele czasu by zdążyć przed odlotem swojego statku; dwa tygodnie zamierzała na nim służyć. Kapitan był wyjątkowo rozsądny, czy też rozsądna. Była człowiekiem, ale jej mężczyzna nie. To była jej trampolina. Zdanie Susan liczyło się dla wysokiego dowództwa tgransgenicznych, traktowali jej stanowisko niczym filtr odsiewający problematycznych ludzi. Przy odpowiednim podejściu trafi dokładnie tam, gdzie zamierzała – na statek prawej ręki jej braciszka. 494 dowodził zarówno statkiem, jak i ogromną rzeszą transgeników. Każdy instynkt w jej ciele mówił jej, że kto jak kto – ale Alec McDowell znacznie lepiej rozumie przed jakim zagrożeniem wyginięcia stali niż nawet 593. Ot, 593 był tak za Cece, iż niemożliwością było przyjść mu na myśl to, co przechodziło w głowach transgeników spoglądających za ludzkimi kobietami. Postawiła zatem na kogoś, kto wprawdzie był trochę niżej w hierarchii, ale sam swoje istnienie złożył kiedyś w ludzkie ręce. Rachel mogła wąchać kwiatki od spodu, ale do cholery, pół roku spędzone w sąsiedniej celi obok opierającego się wymazaniu jej z pamięci Aleca, wystarczająco wiele mówiło o sile jego przywiązania do tej ludzkiej dziewczyny.

Trzeba tylko było sprawić, by trafiła w jego pobliże. Nie pamiętałby jej, więc musiała od zera zaskarbić sobie jego zaufanie. Uśmiechnęła się pod nosem. Bułka z masłem.

~  *  ~

Stłumił najazd silnej irytacji. Ostatnie czego potrzebowali to jeszcze więcej ludzi na pokładzie zamiast transgeników. W walce polegali tylko na sobie i swoich instynktach, ale dowództwo przysyłało im na upartego ciągle nowych ludzi w nadziei, że się ostaną. Jednym z niewielu plusów tej sytuacji było, że przynajmniej przysyłali im świeżaków. Dał głowę, że dowództwo było dumne z siebie, iż znaleźli takich ludzi, których chociaż trochę tolerowali w swoich szeregach. Zapewne byliby znacznie mniej z siebie zadowoleni, gdyby tylko wyszło na jaw, dlaczego wybierali tych, a nie innych.

Młode kadetki były prześwietlane od A do Z pod kątem fizjologicznym, ewentualnych problemów z płodnością czy konfliktami genetycznymi. Jeszcze staranniej sprawdzali psychikę. Potem, jeśli kandydatka przeszła absolutnie morderczą selekcję, trafiała do jednego z wybranych oddziałów. Takich, których członkowie wiedzieli w jakim celu im ich przysyła.

Ostre szkolenie wojskowe na ich modę nie było po to, by zrobić z nich lepszych żołnierzy. Albo po to, by dorównali im w walce, bo to było niemożliwe. Miały na co dzień służyć wśród transgeników, to była prawda. Powody robienia z nich wybitnych specjalistów były jednak znacznie bardziej prozaiczne. Miały żyć wśród transgeników. Nie dać się zranić transgenikom ani zaatakować ludziom przez związki z transgenicznymi. Rozumieć dobrze, jak to wszystko u nich działało i gdzie mogły sobie poradzić własnymi siłami czy wsparte przywiązaniem swoim facetów, a gdzie najlepiej uciekać się pod ochronę własnej nowej rodziny.

Osobną kategorię stanowili kadeci. Nie mogli przyjmować tylko kobiet – ludzie szybko by się zorientowali, wbrew swojej głupocie. Nie mogli też polegać tylko na tym źródle, bo mówiąc szczerze wśród nich był na pewno niejeden szpieg. Ich przyszłym facetom zostawiał na karku przekucie ich lojalności na ich stronę. Źródło też mogło się skończyć. Mnóstwo rzeczy mogło pójść nie tak.

Kadetów prześwietlali w nieco inną stronę. To było ich źródło spoza armii. Każdy z nich miał spore grono krewnych, przyjaciół i znajomych. Głównym ich zadaniem było być ukrytym rekruterem – tworzenie wyidealizowanego obrazka życia kobiety transgenika. Na razie to źródło przyniosło im dwie pary. Był jednak dobrej myśli. Lata w Seattle swoje zrobiły, poznał trochę oczekiwania kobiet. Niejedna chciałaby mieć ciastko i zjeść ciastko. Oni im to oferowali, za pośrednictwem świeżaków.

Kolejna misja zapowiadała się na dosyć prostą, ale niestety długą. Dlatego sam zgodził się, by na pokładzie znalazły się aż trzy kandydatki. Prawdziwy rekord, zadrwił Cody przy omawianiu poszczególnych kandydatek. Jedna była pilotem i nawigatorem, druga należała do personelu gospodarczego, za to trzecia trochę burzyła ich kanon. Była najstarsza z puli, miała za dobą kilka lat pełnej sukcesów służby w mechanice i była już dwa lata po rozwodzie. Wyjątkowo rozsądna, lojalna i generalnie uznana przez kolegów z oddziałów w których służyła za genialną kandydatkę na żonę. Wywiad doniósł, jakie spustoszenie w jej wierze w rodzaj męski przyniosło odkrycie zdrady małżonka. Cóż, dobrze jej zrobi przyszłość u boku transgenika, dla którego zdrada była fizycznie niemożliwa.

Wszedł do głównego pomieszczenia mostku. Cody mechanicznie, nim zdążył postawić stopę na twardym metalu, mruknął pod nosem.

„Kapitan na mostku.” transgeniczni bez wyjątku uznali jego obecność. Ludzka część obsługi też. Usiadł w fotelu, obserwując przygotowania do startu.

Aż dwie z kandydatek były na mostku. Cody mrugnął do niego konspiracyjnie, gdy obie były odwrócone plecami i zajęte czymś na ekranienawigatorki. Wzniósł zielone spojrzenie do sufitu. Transgenicy. Nawet z przetrwania robimy cyrk na kółkach.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *