Przetrwanie (1)

„To tylko seks.” – prychnął. Reszta towarzystwa przy stole poszła jego śladem, chociaż większość nie za tematem, tylko za jego reakcją. Alec nie słynął z uwielbienia związków, chociaż każdy kto go chociaż pobieżnie obserwował, wiedział iż trzymał się swoich niepisanych zasad. Nie podczepiał się nigdy do zajętych lasek. Nie wnikali czy wynika to z jakichś resztek współczucia dla ludzi, czy też chęci uniknięcia kłopotów z nimi. Transgeniczniki doskonale wiedziały, kim i jakie miał zasady, a ludzkie kobiety… cóż, transgenicy przyciągali je jak pszczoły miód, niezależnie czy wiedziały czy też nie wiedziały. Problem robił się wtedy, gdy orientowały się w temacie – McDowell nie należał do grona męskich osobników, biorących osobiście problem rosnącej dysproporcji ich nieludzkiej populacji. Liczba wolnych transgeniczek kurczyła się tragicznie szybko; pozostali niezajęci liczyli bądź na łut szczęścia w rywalizacji o niezajęte lub dawno pogodzili się z faktem, iż trzeba było znaleźć przedstawicielkę ludzkiej rasy jako tako znoszącą transgeniczną zaborczość.

Nie było co rozpowiadać. Facet wyglądał naprawdę dobrze, nawet jak na produkt Manticore i potrafił z tego korzystać. Miał wysoką pozycję wśród transgeników i wysoką pozycję w ludzko-transgenicznym społeczeństwie. Wojna z Antarem trwała w pełni. Bycie transgenikiem wprawdzie nie zwiększało szans na przeżycie gdy samolot trafiło w przestrzeni kosmicznej, ale znacznie zwiększało wypłatę żołdu i rodzaj znaczka na kołnierzyku. Kobiety lubiły oba te istotne elementy.

Najnowsza jego ofiara uważała chyba jednak, że własne atuty sprawią, iż zarzucona wędka przytrzyma go na dłużej. Żaden ze śmiejących się nie chciał być tym, który jej to uświadomi. Rachel była jedyna córką admirała Berrisforda i jak wieść gminna niosła, miała druzgocący wpływ na decyzje ojca. Żaden nie chciał być posłańcem, a nuż zemści się na nim zamiast na McDowellu.

Uroczemu bawidamkowi obojętne w tym momencie było, co myśli sobie ostatnia kochanka czy też w ogóle nie myśli. Jego głowę zaprzątały nawet w tej chwili tematy zawodowe, w przeciwieństwie do otaczających go w większości ludzi miał wątpliwą przyjemność znać plany głównego dowództwa. Nie podobały mu się, chociaż uznawał słuszność stojącą za ich powodem. Stłoczenie transgeników na jednym obszarze zawsze mogło skończyć się Wielkim Wybuchem. Mało to było szaleńców na tym świecie, którzy chcieli się ich pozbyć. Wystarczała jedna porządna atomówka zrzucona na ich nowoplanowany dom i transgenicy poszliby z dymem. Ale z drugiej strony posiadanie znów domu, w którym mogliby się sami rządzić i sami dbać o jego bezpieczeństwo, zmieniało zupełnie układ sił. Na razie wszyscy testowali lokalizacje jak szaleni, jakby to miała być najważniejsza kwestia w tej sprawie. Bynajmniej nie była.

Nowy dom oznaczał dwie rzeczy: większe bezpieczeństwo dla kobiet i więcej transgenicznych dzieci, mimo iż z taką bazą więcej transgeniczek mogłoby aktywnie służyć w wojsku a przynajmniej pracować w ich laboratoriach i analityce. Niejedna na to czekała, a dowódcy zacierali rączki. Nigdy jednakże żaden z zajętych facetów nie zgodziłby się na oddanie w obce ręce bezpieczeństwa dzieciaków ani tych skromnych damskich szeregów, które przetrwały lata po zniszczeniu Manticore. Musiało wokół być ogrom ich własnych sił, by do czegoś takiego doszło.To musiało być nie tylko społeczeństwo, ale i miejsce transgeników. Musieli być pewni.

Razem z planami nowej siedziby głównej wychodziły powoli różne ukryte demony. Mała liczebność kobiet była ich zmorą nie tylko w sensie przetrwania jako gatunku. Transgenicy bez pary z lekka świrowali. Dysproporcja oznaczała, że jeśli nie dopuszczą do ich grona ludzi, przynajmniej jako partnerki dla tej części populacji, która nie miała szans na transgeniczne, będą mieli wielki dyspcyplinarny problem. Wcale mu się to nie podobało, sam nie wiedział co. Koszmar jaki ich czekał, jeśli nie dopuszczą związków z ludźmi czy koszmar, jaki ich czekał jeśli dopuszczą ludzi do ich życia. Ludzkie kobiety nie rodziły transgenikom dzieci, pomimo że sami urodzili się w ludzkich ciał. Jeśli nawet dochodziło do zapłodnienia, mutacje genetyczne były tak silne że zamiast dzieci wychodziły jakieś potwory z najgorszych koszmarów. Takich koszmarów będzie z pewnością więcej. Nie istniała niezawodna antykoncepcja, po żadnej stronie. Nie mieli środków by temu zapobiec.

Nowa baza miała całą długą listę takich poukrywanych paszkwili i tylko kilka zalet. Dużych zalet. W jego mniemaniu jednak nie rozwiązałyby tworzących się problemów. Problemów z populacją nie rozwiążą w jedno czy nawet dwa pokolenia. To było fizycznie niemożliwe – mieli za mało kobiet. Kiedy wymrze jego pokolenie, następne będzie liczyć w dorosłym wieku, w najlepszym razie kilkuset osobników każdego gatunku. Ale niech szlag trafi, jeśli do tego dopuszczą. Musiało istnieć rozwiązanie.

~ * ~

Dotknęła zbiornika ręką. Kati podpłynęła bezwiednie, jakby wyczuwając jej obecność. Być może wyczuwała, własnym transgenicznym instynktem bo zwykłe ludzkie zmysły były wyłączone albo wytłumione maksymalnie – by umożliwić im dorośnięcie. Przynajmniej fizyczne.

Zerknęła na zegar. Odliczał czas do godzin N, czyli przewidywanych narodzin, kiedy będzie można bezpiecznie odłączyć mieszkanki zbiorników i wprowadzić je powoli w świat na zewnątrz. Mieli ponad setkę w tej partii. Pierwszej. Były jej ulubionymi. Na pewno nie najprostszymi, mieli po drodze mnóstwo kłopotów. Ale czemu się było dziwić, że mieli kłopoty… zawsze ci, którzy przecierali szlaki, je mieli. Różnica między innymi a jej zespołem była wyjątkowo prosta. Ona docierała do swojego celu, niezależnie ile czasu jeszcze zegar miał policzyć. Kiedyś wskazywał lata, teraz tylko miesiące. Czas był zatem najwyższy dołączyć do jakiejś załogi i wkraść się w łaski jakiegoś wysoko postawionego transgenika.

„Liz?”

Odwróciła się na dźwięk swojego imienia, chociaż nie musiała. Ludzie mieli dziwne nawyki, ale to nie znaczyło że nie mogła się do nich dostosować. To był drobiazg nikomu nie szkodzący, a oni dbali o jej „dzieci” równie mocno, co ona sama gryząc się niejedną bezsenną noc czy nie sprowadzi sobie na głowę nawałnicy, której nie przetrwają.

„Anna mówi, że startują za kwadrans.”

Skinęła głową. Była spakowana, przebierać się nie musiała. Jeden z Antarian po prostu machnie nad jej głową i podaruje jej odpowiedni wygląd nieśmiałej kadetki. W niektórych sferach mieli o niebo łatwiej niż ona sama.  Tak łatwo, że czasem marzyła o tym by być zmiennokształtnym albo co najmniej posiadać zdolność zmiany własnej struktury zewnętrznej chociaż na tyle, by zniwelowało jej zapach.

Odetchnęła głęboko, żegnając się cicho z mieszkankami zbiornika. Potem podeszła do pozostałych. Pożegnanie zajęło jej niecałe dziesięć minut. Potem opuściła podziemia bazy Rogersa, wdrapała się na tylne siedzenie śmigłowca i czekała ze spokojem, aż pozostali zrobią swoje. Wszyscy wiedzieli co mają robić. Ostatecznie wszystkim chodziło co najmniej o przetrwanie. Jej chodziło o osiągnięcie celu.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *