Przepraszam

Długo wyczekiwana telenowela w krecikowej wersji. To jak dotąd najdłuższa kontynuacja ITLTSIS, jaką wymyśliłam i jeszcze nie zakończyłam.

Są jeszcze inne wersje kontynuacji historii ITLTSIS, ta historia jest tylko jedną z kilku.

Przepraszam

Mija rok od czasu wydarzeń na lotniskowcu. Nem pożegnała się ze swoją tożsamością Liz Parker i genialnego biologa, by wychować dziecko poczęte podczas ucieczki z misji w Nigerii i w próbie ratowania jego życia nie cofnie się przed niczym… Tymczasem Alec przygnieciony wyrzutami sumienia szuka informacji na temat martwej jak sądził dziewczyny. Co znajdą oboje, przejdzie ich najśmielsze przypuszczenia…

Rozdział pierwszy: Czy on kiedykolwiek wspomniał o niej?

Langley… Nigdy się nie spodziewał, że kiedykolwiek jeszcze usłyszy to nazwisko. Wewnętrznie skulił się. Langley. Hendricks-Langley. Nem.

Szedł przez centralę, łapiąc ciekawe spojrzenia innych. Już się zapewne rozeszło. Widział, jak patrzyli na niego, kiedy w końcu ujawnił swoje oznaczenie, by pomogli Max i pozbyli się White’a. Wiedzieli, kim jest, nie znając jego twarzy. I zapewne nie minie wiele czasu, zanim trafi to do Joshuy, a potem do Max. Uśmiechnął się ironicznie. Jakby kiedykolwiek Max uwierzyła, że ten samolubny gnojek, klon jej brata mógł kiedykolwiek troszczyć się o kogoś innego niż on sam. Jakkolwiek ostatnio sprawy się zmieniły po jego aresztowaniu za morderstwa Bena, nie łudził się. Przy następnej sprawie, kiedy nie będzie miała pod nosem żywych dowodów, że to nie on, podwinie ogon i zwieje. Jak zamierzała dzisiaj. Wyjechać. Dla niej o wiele łatwiej było wyjechać, uciec z Seattle. Robiła tak przez całe życie. Uciekała. Nie czuła silniejszych związków z innymi transgenicznymi. Jedynie może z Joshuą. Ona trzymała się przeważnie z ludźmi, on z transgenicznymi. Różnili się niczym dzień i noc i jakoś mimo wszystkiego, co zalegało między nimi, jego oskarżeń o rozwalenie bazy DNA, jej obiekcji o próbę jej zabicia… jakoś znosili się nawzajem i od czasu do czasu pomagali sobie.

Nawet po ponad pół roku nie mógł pojąć, jak Max nie zrozumiała, dlaczego jej nie zabił. Nie mógł zabić własnego rodzaju, X5. I w końcu do tego się sprowadziło. Miał niepowtarzalną okazję zemścić się na 452, a kiedy przyszło co do czego, instynkt przeważył. Albo też dziwna myśl w głowie… gdyby to zrobił, powody przestałyby być ważne. Stałby się taki jak ona. Zdrajca własnej rasy, własnej rodziny.

Chociaż tego wieczoru przekonał się, że coś jednak tam jeszcze w niej tkwiło. Pomogła Sam. Najwyraźniej pochodzenie z tej samej próbówki w jakiś sposób w końcu dodzwoniło się do bardzo opornego umysłu Max.

Ale on sam nie był lepszy. Był oporny. Dwa razy zawiódł. Zawiódł Nem i zawiódł Rachel. Chociaż z Rachel zdążył się pożegnać, wcale to nie poprawiało sprawy. Ona także nie żyła. I kiedy wydawało się, że wszystko jakoś zdołał już zakopać na dnie swojej ciemnej transgenicznej duszy, w najmniej spodziewanym momencie jedno słówko, rzucone w swobodnej rozmowie przed klubem ze striptizem, wywołało dawne demony. Langley. Nazwisko jakiegoś producenta, dwaj gangsterzy rozmawiali o jakimś filmie tego producenta. Najwyraźniej kolejny przebój kasowy. Facet był naaaadziany. Szkoda, że mieszkał w Kalifornii, nie w Seattle. Z wielką chęcią by go okradł.

Kogo on oszukiwał? Z wielką chęcią dowiedziałby się, czy zbieżność nazwisk jest przypadkowa czy nie. Użyłby całego swojego wykształcenia i uroku, by się dowiedzieć. Potrafił tego używać jak nikt inny. Ale prawdopodobnie nic by nie znalazł. Facet był zimnym, bezdusznym draniem. Poza tym nie sądził, by wysłał kogokolwiek ze swojej rodziny do Nigerii. Gdyby prasa się dowiedziałaby, miałby sporo kłopotów.

„Zdobyłeś coś?” Max patrzyła na niego z nadzieją.

„Suv, od jakiś, hm, gangsterów sprzed klubu ze striptizem.” okrążył stół i podał jej kluczyki. Nawet odpowiedziała ‚dzięki’. Uch, zdecydowanie spotkanie z własnym klonem podziałało na nią.

Spojrzał na Sam, siedzącą na kanapie. Z całego jej języka ciała czytał jasno i wyraźnie: to moje dziecko. Przesłanie dla wszystkich, że mają zaakceptować to ludzkie dziecko jako jej. No świetnie. Rodzinka się powiększała. Ale obojętnie czy na zewnątrz, czy w Manticore, obowiązywały ich pewne zasady.

„To będzie kawał drogi do Kanady. Ona też musi wiele wyjaśnić.”

Drgnięcie głowy Sam, rozpoznającej go. Podniosła wzrok na nich. Wiedziała, kim był w Manticore. Znała zasady.

„Jestem ci wdzięczna…” Max zaczęła.

„Tak, nie ma problemu. Wszystko dla przyjaciółki albo klona przyjaciółki.”

Cóż, nie mógł się wyrazić jaśniej w środku centrali Terminal City. Nikt z pozoru nie zwrócił na to uwagi, ale wciąż czuł dobrze wagę własnych słów. Ochronny rozkaz wobec 452 nie był czymś codziennym. Właściwie to było to chyba ostatnie, czego się spodziewali po nim. Ale bez tego Max nie weszłaby drugi raz do TC, a po tym, co przez ostatnie miesiące dla nich zrobiła, zasługiwała na mały kredyt. Niewielki, ale jednak.

Zajął się bronią, słuchając jednym uchem rozmowy siostrzyczek.

„Wszystko gotowe.”

„Jeśli oczekujesz, że ci podziękuję, to zapomnij. Wszystko się stało przez ciebie.”

„Masz rację.”

Max przyznająca rację w tym względzie? Kiedy piekło zamarzło? Co się dzisiaj z nią działo? Uch, lepiej interweniować. Nie miał zamiaru pozwolić, by jego dawna pozycja wyszła na jaw wobec Max. Dopiero zerwałoby się piekło.

„Ale wiesz, gdyby nie upadek Manticore, nie byłabyś z nimi.” podniósł na Sam znaczące spojrzenie, po czym przeniósł je na Max „A wiesz, kto tego dokonał.”

Rozkaz dotarł. Sam skinęła nieznacznie głową.

„Nieźle.”

„Powodzenia.”

Luknięcie w stronę 494.

„Nawzajem.”

~ * ~

„Bank Coast na Kajmanach.” blondyn pokiwał głową i natychmiast sobie przypomniał jeszcze jedną informację „Kumam. Obsługuje prawników.”

„Który nie?” drugi mężczyzna uśmiechnął się drwiąco, ale w duchu przyznał, że jak najbardziej, ten młody człowiek zna się przynajmniej na pewnych faktach. Cokolwiek tam planował i do czego potrzebne mu były informacje, nie wiedział. Ale też zawsze, kiedy chodziło o interesy Langleyów nigdy nie wiadomo było do końca, o co chodzi. Ich organizacja była przerażająco silna… stworzona do ochrony, nie dla pieniędzy. Pieniądze były po drodze i były nieuniknionym efektem tego rodzaju działalności.

Rzucił niedopałek do brudnej kałuży i poprawił kołnierz. Z północy wiał ostry, nieprzyjemny wiatr, przenikający do szpiku kości.

„Jeśli chcesz dobrą radę, 494, nie właź w to.”

„Nie chcę dobrych rad!” zielone oczy mężczyzny rozbłysły niebezpieczną zielenią, ale się nie cofnął. Raczej rozbawiło go to w duchu. 494 niegdyś był groźny jak cholera, miał za sobą całe szwadrony transgenicznych, gotowe, by pójść za nim na śmierć. Teraz był nikim, byle bawidamkiem z nocnego życia Seattle. Szkoda, naprawdę szkoda. Gdyby tylko o czasie facet wziął się w garść, mogłaby wyrosnąć na wybrzeżu druga co do wielkości wpływów grupa. Langleyów nie przerośnie nikt.

„Ale ci jej udzielę, bo wiem, że chcesz dożyć celu… jakikolwiek tam ci przyświeca.” niemal wypluł to zdanie „Nie wiem, po co potrzebne ci te informacje, kto dofinansowywał misję. Ale wiem, kto tam był.” rozejrzał się ostrożnie po cieniach. Nie mógł pozbyć się nerwowego tiku, że ktoś ich obserwuje. „Dziewczyna, młoda. I słuchaj, jak w Kamah się dowiedzą, że szukasz czegokolwiek związanego z tą misją, nie zdążysz się obejrzeć.”

494 zazgrzytał zębami w duchu. Gdziekolwiek się obrócił przez te ostatnie tygodnie, ciągle natykał się na tę organizację… aż dzisiaj poznał jej nazwę. Słyszał ją pierwszy raz; była tabu dla każdego, dla kogokolwiek. Nie wymawiano jej głośno. Jakikolwiek informator, obojętnie jak głęboko siedział w podziemnym światku najemników, sznurował usta na wszelkie wzmianki. Raimond był chyba pierwszym, który złamał to tabu i Alec w pełni docenił to. Facet wiedział zawsze więcej niż mówił i fakt, że udzielił mu informacji znaczył, że ma na tym poprzestać.

„Musisz zrozumieć. Kamah jest organizacją ochronną, która szeregowych członków chroni na zasadzie życia lub śmierci. A w tej misji był ktoś naprawdę wściekle chroniony przez nich i fakt, że transgenicy stanowili dla niej zagrożenie wcale ci nie pomoże. Szukałeś numerów konta przez które finansowano dodatkowe zasoby dla misji wcześniej?”

„Jasne. Dlatego trafiłem do ciebie. Nic nie mogłem znaleźć. Wszystkie moje kontakty w zagranicznej finansjerze nie chciały rozmawiać o Bank Coast.”

Raimond zaklął. Bardzo brzydko.

„Facet, lepiej wybieraj sobie miejsce pochówku albo miej dla nich naprawdę dobrą wymówkę.”

„Dlaczego?”

„Bank Coast należy do Langleyów, formalnie jedynej rodziny, która stoi za Kamah. Oni użyczają nazwiska i rodzinnego przedsiębiorstwa dla wszelkich potrzeb organizacji, organizacja zapewnia im, że nie zbankrutują plus ochronę. A na tej misji była młoda biolog. Nie jest Langleyem z urodzenia, została adoptowana. Ale to nie zmienia istoty sprawy, ona widnieje na czarnej liście Kamah.”

„Co to znaczy? Czym jest czarna lista?”

„To znaczy, że jeśli ochrona jej życia wymagałaby strzelenia sobie w łeb przez szefa Kamah, to zrobiłby to w pierwszej wymaganej sekundzie. Nie wiem, czy dziewczyna działa w organizacji, ale raczej nie potrzebują tam biologa, obojętnie jak genialnego. Ale ona nosi formalnie nazwisko Langley. Dla każdego terrorysty, również dla szefostwa Manticore, znaczy to tyle, co ‚nietykalna’. Ta cała wasza Renfro popełniła katastrofalny błąd… podejrzewam, że za rozkazem spalenia Manticore stało Kamah, nie rada. To tylko podejrzenie, ale myślę, że byliby w stanie na to wpłynąć. To pieprzona najpotężniejsza nielegalna organizacja na świecie i ma charakter przede wszystkim ochrony. Znałeś jednego ich członka – Dana Browna. On nie był wysoko, a jak jego żołnierze za nim szli?”

494 tylko zazgrzytał zębami. Facetowi nawet najwyższe dowództwo jadło z ręki, połowa zawdzięczała swoje stołki ludziom wyszkolonym przez Browna i każdy chciał być z nim w dobrych stosunkach.

„Módl się, żeby ci odpuścili grzebanie w sprawach misji. Mogą to uznać za przypadek. Ale z Langleyami nie ma żartów. Zapamiętaj to sobie dobrze i ostrzeż swoich ludzi.”

Wsiadł do samochodu i wycofał maszynę w stronę drogi, by po chwili zniknąć w ciemnościach drogi. Alec westchnął. Sytuacja zaczynała się komplikować znacznie bardziej niż przypuszczał na początku. A on tylko chciał odpowiedzi na jedno pytanie. Dlaczego Nem musiała zginąć.

~ * ~

Max z początku nie wiedziała, o kim rozmawiali, ale rozmowa była intrygująca i tajemnicza wystarczająco, żeby ją wciągnąć. Rozmawiali o Alecu, oczywiście. Spotkanie z członkami jego byłego oddziału naprawdę ją zdziwiło. Jeszcze bardziej szczery szacunek, jakim wydawał się cieszyć. Cece i Biggs wydawali się wręcz chłonąć jak gąbka wszelkie informacje o losach 494 po pożarze Manticore. Wydawało się, jakby żaden z mutantów, jakikolwiek, nigdy im nie przekazał, że Alec jest w Seattle. To było dosyć dziwne, ale biorąc pod uwagę samolubny styl bycia 494 po ucieczce, raczej nie chcieli martwić jego eks – oddziału.

I tak w ogóle, co za idiota dał Alecowi dowództwo? Egocentryczny, zwariowany facet, z poczuciem humoru rodem z piekła… jak mógłby w czymkolwiek przypominać Zacka?

I natura tych pytań… sprawiła, że Max  nie było łatwo odpowiedzieć. Najwyraźniej Cece i Biggsa interesowały wszelkie poczynania Aleca w stosunku do innych X5 i mutantów, jego kontakty z pozostałymi członkami oddziału i masa innych spraw, o których nie miała najmniejszego, naprawdę najmniejszego pojęcia. I kiedy w końcu rozmowa zeszła na tematy damsko-męskie, okazało się, że Biggs i Cece wiedzą znów znacznie, znacznie więcej o swoim byłym dowódcy niż ona sama, chociaż wydawało się, że w tym względzie wie wszystko.

„Czy on w ogóle kiedykolwiek mówił o niej?”

„Owszem.” mruknęła, łapiąc kątem okaz uśmiechniętego od ucha do ucha Aleca, schodzącego po schodkach Crash w towarzystwie kilkorga X5. Przystojna grupa przyciągała trochę uwagi ze strony obu płci. Nie dziwiła się ludziom. Chociaż Alec zawsze wyglądał dobrze (nawet bardzo dobrze, przyznawała w bardzo prywatnej części mózgu, która jednak nigdy nie wypowiadała się głośno), to dzisiejszego wieczora wyglądał naprawdę powalająco. Wokół niego wręcz unosiła się jakaś aura, przyciągająca jak magnes, aura czystej władzy i męskości. Nie wiedziała, co dokładnie spowodowało tę zmianę, ale spotkanie kilku starych znajomych zdecydowanie na to wpłynęło.

Minęły ledwie dwa tygodnie od czasu, kiedy w jej życiu pojawiła się nagle Sam i równie szybko zniknęła, ale przez ten krótki czas nagle otworzyły się jej oczy na tak wiele spraw, że aż truchlała w strachu, jak dotąd mogła tego nie zauważać. Była dobra w zaprzeczaniu samej sobie, uznała w końcu w klęsce. Uciekała nawet w myślach, nie chcąc zastanawiać się nawet nad oczywistymi sprawami. Miała mnóstwo wskazówek wcześniej, teraz zaś twarde dowody leżały przed nią… ciężko to wszystko było ogarnąć. Nie rozumiała wielu spraw, które powinna była dostrzec wcześniej… ale tego nie zrobiła. Być może gdyby została w Manticore dłużej, w końcu otworzyłyby się jej oczy. Ale teraz było zdecydowanie za późno na to. Działała po omacku. Wiedziała, jak się zachowywać wśród ludzi, wmieszać się w tłum, znała ich reakcje. Ale nie była człowiekiem. I nagle, kiedy znalazła się w większym gronie własnej rasy, głównie dzięki Alecowi, odkryła, że nie ma najmniejszego pojęcia, jak się zachować. Czuła się… zmieszana. I chora. Chora od tego, że nie miała pojęcia, dlaczego wszyscy traktują ją z taką nienawiścią, jakby każdym swoim gestem i słowem łamała dziesiątki niepisanych zasad. Nie chodziło tutaj nawet o ucieczkę w 2009 roku. Czuła, że nie to im przeszkadzało. Było coś więcej. Cece i Biggs traktowali ją dość po ludzku, używając przeważnie jako źródła informacji o Seattle, Alecu i miłych miejscach, do których można się włamać. Jakby potrzebowali tyle gotówki! Na co, na miłość boską? „Przez chwilę. Ale przecież ona nie żyje i nic na to nie poradzimy.”

Już w chwili, kiedy wypowiadała te słowa, wiedziała, jak niewłaściwe to było. Ale było już za późno, by ugryźć się w język, a zimne, lodowate wyrazy twarzy Cece i Biggsa, przepełnione tak znanym od innych tłumionym gniewem, zbijały ją z pantałyku. Niezgrabnie usiłowała przeprosić, ale Biggs dosłownie zbył ją jednym ruchem dłoni. Wbiła ponury wzrok w swój kufel piwa, rejestrując, że Alec zaczął grać w bilard z jakimś ślicznym rudzielcem.

„Znowu nie brunetka.” Cece mruknęła przygnębiona, odsuwając swoje piwo „Czasem mam wrażenie, że kiedy mówię do niego, to jak rozbijanie grochu o ścianę.”

„Wiem o czym mówisz.” Biggs westchnął, pocierając kark i idąc za jej spojrzeniem „Rozmawiałem z nim rano. Nadal się wini, nadal nie chce realizacji drugiej części planu.”

Blondynka jęknęła w rozczarowaniu. Jej chłopak kontynuował.

„Zawiódł Hendricks. Nie jest odpowiednim kandydatem na to stanowisko, nie nadaje się… bla bla bla i całe to gówno. Ktoś mu tutaj potrzebuje przypomnieć, kto pierwszy myślał o tym i kto konstruował większość strategii. I że to nie jego cholerna wina.”

Cece chrząknęła zgodnie.

„O kim mówicie?”  Max spytała ostrożnie.

Dwie pary poprawionych genetycznie oczu spojrzały na nią sceptycznie.

„O niej.”

Max potrząsnęła głową.

„Nie kumam.”

„Doktor Hendricks, dziewczyna Aleca, dziewczyna, która zginęła ponieważ Manticore uparło się zdobyć jej DNA po tym jak ty i inni durnie wysadziliście laboratorium. To było jakiś tydzień przed pożarem.”

Max zbladła straszliwie.

„O czym wy mówicie?” wyjąkała, wiodąc przerażonym spojrzeniem od jednego do drugiego. Biggs i Cece spojrzeli na siebie niewygodnie. Wchodzili na śliski grunt. Naprawdę myśleli, że Max wie. Ale wyglądało na to… że nie.

„Parzymy się na całe życie, blablabla i cała ta historia.” Biggs machnął ręką, wyglądając bardzo beztrosko, jakby opowiadał jakiś dowcip. Ale ostatnie, na co miał w tej chwili ochotę, to śmiech. „Mieliśmy plany buntu, naprawdę dobrego planu i osią jego był i jest Alec. Ale wiedzieliśmy, że on nigdy nie zaryzykuje, nie mając osobistego powodu. Ryzyko… było straszliwe. Więc czekaliśmy z zaciśniętymi kciukami na moment, kiedy 494 znajdzie sobie życiową partnerkę i z całą siłą uderzą w niego instynkty ochronne. To była nasza ostatnia misja przed pożarem. Nigeria, ewakuacja pewnej misji. Ona była tam biologiem. Piekielnie inteligentna, śliczna, wręcz doskonała…” dostał porządne dźgnięcie w żebra od Cece. Posłał jej więc uspokajający uśmiech. Wiedziała, że teraz myślał tylko o niej. „Moglibyśmy łatwo uwierzyć, że została zaprojektowana. Naprawdę była wyjątkowa. Musieliśmy doprowadzić sprawy między nimi… w tydzień, bodajże? I kiedy wszystko szło już wręcz jak po maśle, stare, dobre Manticore musiało się wtrącić. Nie tylko my uznaliśmy ją za wyjątkową. Chcieli jej DNA, Renfro chciała jej, żywą lub martwą. Bez laboratorium, które wysadziłaś w powietrze, Manticore zaczynało tracić rządowe fundusze. Łapali się wszystkiego, żeby zdobyć obiecujący materiał genetyczny, włącznie z programem hodowli. I niestety… skończyło się to katastrofą. Hendricks wiedziała o Manticore. Nie przeszkadzało jej, że 494 był z próbówki.”

Max przełknęła ciężko. Człowiek akceptujący mutanta? Całą tą okropną przeszłość? Brzmiało jak sen.

„Renfro wkroczyła do akcji. Myślała, że zostaliśmy wysłani po nią. Że dla 494 była pracą, zadaniem. Nie chciała skończyć w Manticore, podczas gdy my staliśmy bezradnie, nie mając pojęcia, co się dzieje, nie mogąc zareagować nie zdradzając jej związku do 494. To był błąd. Ogromny błąd.”

„Co się stało?” usta Max stały się suche. Dlaczego Alec nigdy nie opowiedział jej tej historii? Historii, która bardzo dobrze wyjaśniała, dlaczego tak chętnie widziałby ją martwą na początku znajomości. Chryste, musiał ją winić za śmierć dziewczyny. Ale co się tak naprawdę stało?

„Popełniła samobójstwo. Nawet nie zdążyliśmy mrugnąć, już była za burtą. Na szczęście nie znaleziono nigdy jej ciała, inaczej 494 chyba by oszalał, gdyby Manticore zbezcześciło ją w ten sposób. Już wystarczająco źle było, że nie zdołał jej ochronić. Nie miało znaczenia, że nie było ku temu najmniejszej szansy. W jego umyśle, była jego, należała do niego, co przekładając na język zwyczajniaków znaczy tyle, że nie tylko spała w jego łóżku, ale przede wszystkim ją chronił. I ponieważ należała do niego, tak samo naszą pracą, naszym zadaniem było ją chronić i opiekować się nią jak każdym innym członkiem naszego oddziału. Nie miało znaczenia, że jest z zewnątrz. To się zdarzało. Nawet to było korzystne. Przybliżało dzień, w którym Manticore przestałoby istnieć.”

Max oparła czoło o kufel w udręce.

„Nic dziwnego, że każdy w TC tak mnie nie cierpi.”

„Łagodnie powiedziane.” głos Han przerwał zaklęty krąg. Połowa z szalonych bliźniąt uśmiechnęła się przyjaźnie do Biggsa i Cece, a Max obrzuciła uważnym spojrzeniem. „Zwróciłaś się przeciwko własnemu rodzajowi, wysadzając bazę DNA. Co najgorsze, schrzaniłaś nasze plany odnośnie Aleca. To pierwsze mogłoby być wybaczone. Na wolności nie byłaś z własnym rodzajem i nie masz pojęcia o prawdziwej lojalności.”

Max żachnęła się w duchu, ale roztropnie milczała.

„Ale to drugie… cóż, sprawiłaś, że nasz najwyższy dowódca, cieszący się absolutną lojalnością i poparciem, stracił kompletnie wiarę w siebie i zaprzestał ochraniania nas. Rozproszyliśmy się po pożarze. Wielu z nas zginęło w wyniku tego, podczas gdy wszystko, czego potrzebowaliśmy wówczas to znajoma struktura, bezpieczeństwo i zaufanie wśród członków własnych oddziałów i realizacja naszego planu. W końcu nie tylko zamierzaliśmy obalić Manticore dla samego obalenia. Chcieliśmy żyć na zewnątrz, bez strachu i oglądania się przez ramię, mając własne miejsce, gdzie nikt nas już nie będzie wykorzystywał ani zabijał dla chorego eksperymentu. Jedynym dowódcą, który zdołałby trzymać nas razem i w ogóle przeprowadzić to wszystko, był 494.”

Han siadła po przeciwnej stronie, przyglądając się zgnębionej twarzy Max.

„Nie tylko rozwaliłaś bazę danych, spowodowałaś pożar i zniszczyłaś nasz plan… ale na wolności, zamiast naprawić swój błąd, wszystko co robiłaś, to utwierdzanie Aleca w przekonaniu że jest bezwartościowym gnojkiem.”

Max z winą pomyślała o jednym jedynym wieczorze, kiedy Alec spytał się jej, czy chociaż raz dla odmiany nie mogłaby pomyśleć o nim dobrze. Co on musiał sobie o niej myśleć? Wiedząc, że na skutek jej działań zginęła ukochana kobieta? Gdyby z powodu czyjejś głupoty i nieznajomości zginął Logan, nienawidziłaby tego kogoś z całego serca. Alec prawdopodobnie czuł to samo. A mimo wszystko… to kto ją pocieszał, kiedy mówiła o śmierci Bena, pomagał w sprawie Annie, pocieszał Joshuę, kto wyszedł z poparciem, kiedy wymieniali White’a na rodzinę Sam? Alec. Miała wrażenie, jakby dostała młotem w głowę i spadły jej klapki z oczu. Nic dziwnego, że Alec miał lojalność każdego transgenicznego z Manticore. Co musiał robić dla innych, jeśli naprawdę się o nich troszczył, a nie winił o śmierć dziewczyny?

„Jest o wiele lepszy niż ja.” mruknęła zgnębiona, przypominając sobie każdą sytuację, z której wychodziła w dość tajemniczych okolicznościach.

„Hm. Problem w tym…” Han powiodła opuszkiem palca po brzegu swojego kufla „… że on w to nie wierzy.”

„Dzięki mnie.” Max przyznała ponuro bez najmniejszego wahania, ryzykując krótkie zerknięcie w stronę Aleca. Przez dziesięć miesięcy miała pod nosem rozwiązanie problemu. Co do cholery stało się jej genetycznie poprawionym szarym komórkom, iż nie zauważyła tego w najmniejszym względzie? „Krótko po pożarze, trafiliśmy na grupę młodszych z X-serii. Odmówił pomocy, twierdząc, że to mój bałagan, a ja tylko się na niego wściekłam. Tej samej nocy pomógł uwolnić mnie, innego transgenicznego i zmienić sygnał. I co zrobiłam potem?” zaśmiała się drwiąco z samej siebie „Może lepiej nie będę tego opowiadać. To nie zmieni problemu.”

Solo dołączył do nich i usiadł naprzeciwko swojej bliźniaczej siostry. Nie było wątpliwości, że słyszał większość z rozmowy.

„Nie zmieni.” przyznał bez oporów „Niemniej jakimś cudem uważa cię za swojego przyjaciela. Dzięki niemu uniknęłaś linczu w TC.” zauważył spokojnie „Masz na niego jakiś wpływ.”

„Ale nie wystarczający.” pokręciła przecząco głową „Co mogłoby zmienić jego zdanie?”

„Uch… zmartwychwstanie Hendricks i uczynienie z niej dziewczyny Aleca?” zażartował Biggs. Pozostali transgeniczni parsknęli w niewierze.

„Wiesz, przydałoby się coś, co miałoby chociaż 1% szans realizacji!”

~ * ~

„Dom, słodki dom…” Nem mruknęła, przekraczając próg Crashdown. Lawirowała między tłumem gości torbą i nosidełkiem z Rain. Chociaż cieszyła się, że córeczka rośnie, to jednak w tym momencie jej ręce odpadały ze zmęczenia. Rain ważyła już nieco.

Wyminęła Agnes i Marię, szalejące między stolikami. Konwent ortodontów, jak zwykle nie miał się gdzie odbyć i odbył się w Roswell. Roswell, światowa stolica kosmitów. Takiego współczynnika zamieszkania obcych form życia na kilometr kwadratowy mogło pozazdrościć miasteczku każde rządowe laboratorium.

„Liz!” Maria wykrzyknęła szczęśliwie, stawiając natychmiast tacę na ladzie i odbierając od niej ciężką torbę „Rany boskie, to musiały być duże zakupy.”

Uśmiechnęła się w odpowiedzi.

„Też się cieszę, że cię widzę.” przytuliła ją krótko. Błysk pojawił się natychmiast i równie szybko zniknął. Spojrzała spod oka na przyjaciółkę, która zarumieniła się nieznacznie pod badawczym spojrzeniem. „Rezerwuję dzisiejszy wieczór. Czas na lody!”

Chrząknięcie za nimi oznajmiło obecność Kamiennej Ściany.

„Tobie też cześć, Michael.” Nem wyszczerzyła ząbki i ściągnęła jednym ruchem kaptur z głowy. Długie włosy rozsypały się na ramiona, powodując przypływ radości i entuzjazmu u Rain. Wzięła ją na ręce, a nosidełko wstawiła na zaplecze. Jej córeczka uwielbiała jej włosy i mogła się nimi bawić godzinami. Zdecydowanie miała to po tatusiu.

„Dużo się działo podczas mojej nieobecności?” uniosła pytająco brew. Wiedział, o co pytała.

„Niespecjalnie, oprócz faktu, że Isabel znalazła sobie nowego chłopaka.”

„Michaelu Guerinie i dopiero teraz mi o tym mówisz?!” przyszedł od strony Marii stłumiony wrzask oburzenia.

„Wczoraj raczej nie miałaś ochoty rozmawiać o Isabel.” uśmiechnął się niewinnie. Maria zarumieniła się nieznacznie.

Nastolatki, skonstatowała Nem, czy to nie mogłoby by być bardziej oczywiste? Oczyściła gardło, ponieważ blondynka zatonęła w czułym spojrzeniu swojego chłopaka. Raz, drugi. W końcu pomogło.

„Muszę położyć Nem, ale potem będę wolna. Zjecie ze mną obiad?”

„Ja kończę moją zmianę i ty chcesz położyć moją ulubioną siostrzenicę spać?”

Westchnienie.

„Wiesz Maria, biorąc pod uwagę twoją fiksację na punkcie małych dzieci, to cud, że jeszcze nie postarałaś się o własne!” odcięła się, dobrze wiedząc, że dzisiaj komentarz wywoła głęboki rumieniec na twarzy obojga przyjaciół. Ale ku swojemu zdumieniu zobaczyła raczej przerażenie i strach w oczach obojga. „No nie.” syknęła cicho. Czuła się teraz jak jakaś stara matrona wyjaśniająca niewinnym panienkom kwestię pszczółek i kwiatków. Należało zagrać stanowczo. „Zjecie ze mną ten obiad czy wam się podoba czy nie!”

Posłusznie podreptali za nią na zaplecze.

„Tatku, porywam Marię. Możesz odrobić za nią ten kwadrans?” pocałowała Jeffa w policzek. Machnął ręką w odpowiedzi.

„Jasne. Bawcie się dobrze.”

„Nigdzie nie wychodzimy. Po prostu chcę mieć jakieś dziewczęce rozmowy.”

„Na twoim miejscu, Michael, uciekałbym ile sił w nogach…” pan Parker zaśmiał się. Trójka nastolatków pokonała schody do mieszkania i kilka sekund później znalazła się w pokoju Liz. Jeden ruch dłonią i drzwi zatrzasnęły się za nimi.

Nem położyła córeczkę na łóżku i wyprostowała się. Spojrzała uważnie na nastolatków.

„Gdyby sprawa nie była tak poważna, sprałabym was na kwaśne jabłko.” mruknęła z ciężkim westchnieniem, siadając w końcu na podłodze.

„Nie będzie źle. Wzięłam… pigułkę po.” Maria wymamrotała zarumieniona po korzonki włosów. Nem potrząsnęła głową.

„Maria, ciąże wszystkich ras z naszego układu trwają koło miesiąca. Gdybyś nawet wzięła tabletkę w trakcie, byłoby prawdopodobnie za późno.” zaśmiała się sucho „Ten rodzaj środka zapobiegawczego nie działa na nas zupełnie. Idź do lekarza, niech ci coś zapisze.”

„Uch.” Maria klapnęła obok i zerknęła niepewnie na przyjaciółkę „Ale nic się nie stanie tym razem?”

Michael po chwili wahania również spoczął obok, obejmując ją ramieniem. I tak trójka nastolatków siedziała sobie na podłodze.

„Musiałabym sprawdzić.” Nem przyznała uczciwie „Ale nie sądzę. Jeśli dotąd nic nie zauważyłaś, nic się nie stanie.”

„Ale… jestem człowiekiem.” wyjąkała DeLuca.

„I…? To nie ma znaczenia. Nowe życie wysyła coś na kształt strzałów energii, prosto do mózgu matki. Wystarczy odrobina obcych genów, nawet maleńka.”

„Uch.” Michael chrząknął w uldze. Maria dała mu kuksańca. Objął ją mocniej, całując z czułością w głowę. „Kocham cię, maleńka, ale oboje wiemy, że to nie czas na to. W ciąży byłabyś słabsza i bardziej wystawiona na ataki Khivara niż już jesteś. On ma Tess, nie pamiętasz?”

Nem spochmurniała, przypominając sobie tamten wieczór, kiedy wróciła do Roswell. Tess rozpoznała Kala i rozpętało się prawdziwe piekło. Co najgorsze, jej obawy co do Alexa, sprawdziły się. Działo się z nim naprawdę źle. I chociaż uzdrowicielskie zdolności Maxa wymazały wyrządzoną mu szkodę, pozostawało faktem, że Tess pracowała przeciwko nim.

I Khivar wiedział w efekcie, że rasa Kamah osiedliła się na Ziemi. Kompletna katastrofa. Błąd, który kosztował ją Soriego.

„Liz?”

„Co?”

„Przestań się obwiniać.”

„Trele morele.”

„Mówię poważnie. Żaden z nas nie mógł wiedzieć. Postąpiłaś słusznie, ujawniając prawdę o sobie i demaskując tę całą historyjkę o ukochanym przywódcy. Ocaliłaś nas od tragicznego błędu.”

Parsknęła. Ich tak. Ale nie własnego brata.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *