Przepraszam (9)

Rozdział dziewiąty: Powiedz mi coś, czego nie wiem

„Życie jest do bani…” cichy, niemal dziecięcy głosik rozległ się nagle w pomieszczeniu, przyprawiając siedzącą na łóżku kobietę niemal o zawał serca. W następnej sekundzie drobna, świecąca mała istotka wypadła w dosłownym tego słowa znaczeniu ze ściany i klapnęła na łóżku obok kobiety. „Faceci są do bani.”

„Powiedz mi coś, czego nie wiem.” Luisa parsknęła w odpowiedzi. Doprawdy, czasami nieznajomość tematu się przydawała… czasami chciałaby nie wiedzieć, co mała ma na myśli, komentując zachowanie Ziemian. „Słyszałam nowiny od Ratha…” dodała współczująco po minucie „Co za galimatias.”

„Ha ha ha…” Nemin wymamrotała, kuląc się w kłębek na łóżku i sięgając dłonią do łóżeczka ze śpiącą ufnie Rain. „Nawet z nią nie mam szans. On nic do mnie nie czuje poza faktem, że jestem matką jego dziecka.”

„To całkiem dużo wbrew pozorom.” Luisa mruknęła pod nosem.

„Taaaa. Całkiem dużo gniewu, złości i innych negatywnych emocji, że wpadliśmy odciągając go przez to od jego ukochanej, wybranej Maxie.”

„Zazdrosna?”

„Psychopatycznie straszliwie.”

„Obawiam się, że w angielskim nie ma takiego określenia.”

„W kamahskim jest.”

„Tak? Nigdy nie słyszałam…” przekomarzała się z uśmiechem.

„W nowożytnym kamahskim.”

„Powinnam się bać?”

„Psychopatyzm straszliwy, termin określający pożądanie czegoś, co należy do innej rasy, osoby, zjawiska. W przypadku braku widoków na możliwość zdobycia upragnionego przedmiotu, zjawiska, silne negatywne emocje, wywołujące pragnienie zniszczenia kogoś, kto to posiada.”

Luisa zamrugała.

„Kim jesteś i co zrobiłaś z Nem?”

„Pewien sep-ik wyprał mi mózg, protestując przeciwko mojemu skojarzeniu z kimkolwiek innym niż Alec M aka X5 – 494.”

„Sępik?”

„Sęp-ik.” przeliterowała „To po kamahsku.”

„Chcę wiedzieć, co oznacza to słowo?”

„Wierzący w miłość wbrew wszystkiemu.”

„Nie ma wśród was sęp-ików!”

„A Rath?” mruknęła kpiąco „Ten skubaniec doprowadził do porwania Han, jej choroby, by nas pogodzić…”

Śmiech. Luisa potrząsnęła głową. I ona się zastanawiała, po kim u licha Nem odziedziczyła talent do planowania dziwnych, przypadkowych sytuacji!

„Skąd to wiesz?”

„Rath jeszcze nie wrócił.”

„Przestraszony małej dziewczynki?”

„Może.”

„Nie brzmi to jak on.”

„Rath ma strony, których nie pokaże nikomu.”

„Ty też. I mam dziwne wrażenie, że nie zamierzasz także.”

„Jestem aż tak przewidywalna?”

„Nie. Tylko w przeciwieństwie do innych widzę, co z tobą zrobiło wychowanie u Kala. Czasami trzeba w coś uwierzyć swoim sercem, wbrew logice, faktom, dumie. Tylko wtedy dostaniesz w zamian to, co chcesz.”

„I to mówi osoba, która nie wiedziała, że bywam przysłowiowym psem ogrodnika!”

„Daj spokój. Jestem kobietą, która wyszła za mąż za kosmitę. Wbrew logice, faktom, dumie i co tam nam jeszcze na początku przeszkadzało. Ach, i zapomniałam wspomnieć o małej świecącej istotce, która uparła się, by nas skojarzyć…. Auuuć, nie zamawiałam dostawy nowych poduszek!”

~ * ~

Nem otworzyła oczy, spoglądając na siedzącego po przeciwnej stronie stołu Aleca, zastanawiając się w duchu, co do diabła ma zrobić.

Luisa sugerowała przekroczyć linię i postawić na szali swoje serce… ale czy w ogóle ona wiedziała, czym to jest, co dopiero – jak tego dokonać?

Lata bezustannego wbijania do głowy, że wojsko, agenci, to wrogowie, a jednak zakochała się w jednym z nich. Teraz był eks-żołnierzem, nie pracował już dla rządu, stał po drugiej stronie barykady… A ona wciąż nie miała pojęcia, co zrobić. Ogromna część jej chciała po prostu odrzucić tę całą gadkę o instynktach, parzeniu się i potrzebie zapewnienia bezpieczeństwa dziecku, odrzucić głupie podejrzenia i obawy i po prostu usiąść mu na kolanach, przewrócić na kanapę i zetrzeć ten uśmieszek czający się  w kącikach ust…

Potrząsnęła głową. Chwilowa przerwa na umysłową wycieczkę do Luisy miała jej pomóc, ale tylko ją rozkojarzyła. Jej kontrola i bariery padły, sprawiając, że wszelkie pragnienia, marzenia i nadzieje zaczęły jak zwariowane hasać po jej głowie.

Nienawidziła wpływu, jaki na nią miał.

Nienawidziła myśli, że nie należał do niej. Jeszcze bardziej nienawidziła myśli, że im nie może się udać, że tak czy siak za dwa lata się rozstaną o ile Alec nie odejdzie z nią.

A przecież… on nie zostawi swojej rasy, prawda? Nie zostawi brata, nie zostawi oddziału, nie zostawi Max…  nie pójdzie za nią. Nawet jeśli zabierze ze sobą ich córeczkę.

Czy jej życie nie mogłoby być bardziej pochrzanione? Co się stało z czasami kiedy nie pragnęła niczego innego jak opuścić ten pochrzaniony świat, zostawić ludzi na pastwę Antarian, odtworzyć naszą rasę i stworzyć gdzieś dla nich nowy dom… Tymczasem skończyła z pół kamahskim dzieciątkiem, które cierpiało przez swoje mieszane pochodzenie. I w cholerę nie wiedziała co robić dalej. To znaczy wiedziała… ocalić swoje dziecko. Ale jak? Wycieczka w głąb siebie po pamięć genetyczną nie na wiele się zdała. Ostatecznie dobrała się tylko do genotypu Kamahów, brakowało jej podstawowej wiedzy na temat transgeników.

„Spytałaś jaka jest moja decyzja… ale chyba to ja powinienem spytać jaka jest twoja.” powiedział cicho, wytrącając ją z zamyślenia. Z jakiegoś dziwnego powodu nie chciał rozmyślać o tym, co teraz kłębiło się w jej głowie. Z jednej strony wyłożył kawę na ławę, że chce ją bez względu na wszystko, z drugiej strony… bał się, grał w nim strach, że nie wszystko było dobrze, że jego słowa w jakiś sposób ją zniechęciły. Ostatecznie nie był nawet człowiekiem, był zwierzęciem trenowanym w Manticore do wykonywania rozkazów. Był inny niż człowiek i nigdy mu to nie przeszkadzało, starał się iść za głosem instynktów i treningów i nigdy mu to nie przeszkadzało… Co jednak, jeśli to nie wystarczało? Co, jeśli to właśnie było za mało, by mieć Nem przy nim? By ich córeczka mogła być świadkiem jak się schodzą? Co jeśli jego mieszane pochodzenie z laboratorium albo wojskowa przeszłość stanowiła barierę, której nie zdoła pokonać? Nawet sobie nie wyobrażał takiej opcji.

Zmarszczyła brwi i spojrzała na niego. W jej zielonobrązowym spojrzeniu widniała ostrożna rezerwa. Dziwnie było coś takiego zobaczyć w jej oczach, kiedy poprzednie tygodnie spędził z obrazem jej rozgniewanych oczu, prześladujących go w snach. Nie najmilsze uczucie ogólnie rzecz ujmując, zwłaszcza kiedy jedyne, czego teraz chciał to chociaż miły uśmiech skierowany do niego. Chyba jednak po tych wszystkich miesiącach kiedy była przyzwyczajona do jego nieakceptacji trudno było wymagać czegoś więcej niż uprzejmość. Psiakrew, dziwił się, że w ogóle go wysłuchała. Po tym wszystkim…

„Z pewnością w jakiś sposób ułożyłaś sobie życie… masz jakieś plany, które mnie raczej nie uwzględniają.” powiedział, ostrożnie ważąc słowa. Ostatecznie nigdzie nie napisali, że musi dopuścić go do Rain… i naprawdę nie wiedział, co o tym wszystkim mogła myśleć kosmitka, nawet jeśli wcześniejsza awantura wynikła z winy Biggsa, nie jego.

„Nie mam nikogo jeśli o to ci chodzi.” wzruszyła ramionami zupełnie obojętnie „W ostatnich miesiącach mówiąc szczerze niewiele mnie obchodziło prócz mojej rodziny.”

„Coś złego się stało?”

„Kilka rzeczy.” przytaknęła, lecz bez emocji. Jęknął w duchu. Prowadzili konwersację w tym miłym, uprzejmym, grzecznościowym tonie. Daleko ich to nie zaprowadzi. Z całą pewnością!

Podniósł się z kanapy i podszedł do okna. Z jakiegoś powodu widok na szarą ulicę, skąpaną w promieniach wschodzącego słońca, lecz filtrowanych przez grubą warstwę deszczowych chmur, zniechęcał i przygnębiał. Seattle nie było najpiękniejszym miejscem na świecie, a mimo wszystko tu była jego rodzina i jego Nem.

Jego wzrok padł na bukiet czerwonych róż. Coś dziwnego było w jej reakcji na nie, chociaż nie mógł zrozumieć co dokładnie… był pewny że z jednej strony była pozytywnie zaskoczona, ale z drugiej… zupełnie jakby przyszło jej na myśl jakieś niemiłe skojarzenie i jej uśmiech zbladł. Wielka szkoda… ponieważ myślał, iż znalazł chociaż jedną rzecz, którą mógłby wywołać uśmiech na jej twarzy… i co tu dużo mówić, ludzcy faceci okazywali zainteresowanie kobiecie przynosząc jej kwiaty. Przesłanie tego typu gestów chyba by zrozumiała, nieprawdaż?

Ale nie, los musiał się na niego uwziąć, najwyraźniej wyczerpał swój limit szczęścia mając Nem i ich córeczkę. Teraz czas by on sam na to zapracował. Tylko jak?

„Zostaniesz w Seattle?” spytał cicho. Westchnęła jedynie w odpowiedzi. „Może masz zamiar wracać do Kalifornii? Nie wiem, może spędzasz tutaj swój urlop?”

Kolejne westchnięcie.

„Jestem tutaj, ponieważ…” zagryzła wargi „… dobra, pamiętaj tylko, że fizjologia Rain jest głównie po mnie… w każdym bądź razie przywiozłam ją tutaj ze względu na ciebie. Ona cię wyczuwa, wyczuwa twoją obecność w mieście…”

Napotkała jego szeroko otwarte oczy, wpatrujące się w nią z kompletnym zainteresowaniem. Chłonął każde jej słowo.

„…kamahskie dzieci są głównie związane z matką, ze względu na więź, którą ludzie nazwaliby… paranormalną. Jeśli ja umrę, umrze także Rain. Ona czuje moje emocje, uczy się ode mnie… generalnie chodzi o to, że wyczuwając mnie, czując się bezpiecznie, jej geny reagują odpowiednio… To jest naturalny mechanizm. Kiedyś kobiety z naszej rasy były w ciąży przez trzy lata. Jednak dzieci fizycznie już po miesiącu mogą żyć poza ciałem matki i zdecydowano tysiące lat temu, że bezpieczniej dla matki i dla dziecka będzie, jeśli skróci się genetycznie ciążę do minimalnego okresu. Dlatego także potrafimy wyczuć ciążę; okres fizycznego rozwoju jest tak krótki, a jednocześnie dziecko w łonie jest o wiele wrażliwsze niż u ludzi… to jak zabezpieczenie, żebyśmy mogły uważać na siebie. Męscy Kamahowie także mają tę zdolność, ale nie na tak wysokim poziomie. Ale wracając do tematu… pozostały czas ciąży był potrzebny by wytworzyć u dziecka mechanizm obronny, bariery psychiczne, wywołać naturalnie pewne mechanizmy, chroniące nasze umysły przed zbytnim wykorzystaniem naszych zdolności. Bez tych barier jesteśmy w stanie normalnie żyć w społeczeństwie Kamahów, ale życie wśród innych ras, szczególnie nie posiadających instynktów ochronnych wobec siebie, to po prostu koszmar. Więź zapewnia, że u Rain się rozwijają te bariery. Nie muszę ich mieć, wystarczy więź. Bariery są zapisane w genach, jedyne, co może je wywołać to więź z matką. Ale tak samo więź… naprawia różne błędy, urazy, leczy, stabilizuje, pomaga programować zdolności psychiczne, uwarunkować np. do bycia lekarzem. Ogólnie rzecz biorąc jedna z najlepszych rzeczy bycia Kamahem.” uśmiechnęła się smutno. Sama tego nie zaznała w pełnym tego słowa znaczeniu, ale Kal znalazł sposób, by obejść i to… więź z nim prawie ucichła, Rath przekształcił ją w swoją, wydobywając ich dawną, pierwszą… Do czasu aż zamieszkała w Seattle z nim nie pamiętała jaka to dobra rzecz. „Chodziło mi o maksymalizację więzi, nawet jeśli nie uznawałeś dziecka. Wystarczyło, że wyczuwała, że żyjesz… w tak małej odległości, jak rozpiętość kilkunastu mil, jest w stanie to zrobić. Rain potrzebuje więzi.” wzięła głęboki oddech „Jest chora.”

Chłonął każde słowo, przeczuwając, że każdym tym małym szczególikiem, który odsłaniała z życia obcych, przygotowuje go do czegoś. Ale z całą pewnością nie spodziewał się tego. Chociaż powinien, Rath, bezwzględny do granic możliwości, nie wyciągnąłby ręki bez powodu. Co też znaczyło bez wątpienia, że sytuacja była poważna.

„Rain nie jest chora w klasycznym znaczeniu tego słowa. Jedyne co jej dolega to pewna niezgodność… potrzebuje dwóch małych serduszek żeńskiej Kamah, bijących w jej piersi, by udźwignęły ciężar powłok.”

„Uch, powłoki?”

„Powłoka ludzka to skóra. Kamahowie mają siedem… chroni wnętrze, umożliwiając jednocześnie zmianę wyglądu zewnętrznego na nieznanym wam poziomie. Jest prawie niemożliwa do uszkodzenia, jeśli jest odżywiona prawidłowo. Skomplikowany układ krążenia i dostarczania substancji odżywczych do prawidłowego funkcjonowania powłok, jak i organów wewnętrznych… to dźwiga podwójne serce. Jednym z czterech sposobów na zabicie Kamaha jest uszkodzenie chociaż jednego serca… prędzej lub później organizm umrze, począwszy od zewnętrznych powłok… ponieważ te powłoki chronią nas przed atmosferą, ziemskimi związkami chemicznymi, filtrują ilość tlenu, jaka trafia do płuc… w tutejszej atmosferze jest go dla nas zbyt wiele… utrzymują ciepło, pełnią funkcję opatrunków jeśli coś wewnątrz nas się zepsuje, przejmują funkcję prawie każdego organu wewnętrznego, nawet układu krążenia. Wyjątkiem są trzy: płuca, podwójne serce i mózg. Tego nie da się zastąpić. Z zasady powłoki chronią płuca i mózg, ale są uzależnione od serca. Musi być wystarczająco silne. A Rain ma tylko jedno. Co gorsza, kurczy mi się czas. Kiedy Kamah osiąga wiek trzech lat… tzn. trzech lat od zapłodnienia, w dniu, w którym według starych dat miałby się urodzić, powłoki zmieniają kształt po raz pierwszy. To bolesny proces i wszystkie siedem powłok robi to jednocześnie… lecz jeśli którakolwiek jest uszkodzona lub serce nie udźwignie ciężaru zmiany kształtu… Zdołałam zahamować część procesów genetycznych, blokując kamahskie geny i jednocześnie zwiększając udział twoich… Technicznie rzecz ujmując Rain może żyć, i to długie lata… nie może jednak zmienić kształtu. Nie będzie pełnowartościowym Kamahem, bez naprawdę wielu zdolności, jej fizjologia będzie nieporównywalnie słabsza od mojej, już jest, ale pal licho z tym, to się nie liczy. Mam jeszcze dwa lata na wymyślenie sposobu na zablokowanie naturalnej zmiany kształtu… ale tak naprawdę nikt jeszcze tego nie próbował, ponieważ połączenie Kamaha z inną rasą nie-zmiennokształtną, w ogóle z jakąkolwiek inną rasą, graniczyło dotąd z cudem.”

„Jesteś w stanie to zrobić?” jego oczy płonęły, ale nie miała pojęcia, co chodzi po jego głowie. Obwiniał ją? Najprawdopodobniej.

„Z całą pewnością pomogłoby wytworzenie u niej podwójnego serca…” wbiła wzrok w blat stolika „Nie mam pojęcia, Alec. Jeśli w jakikolwiek sposób jest to możliwe, dojdę do tego. Przeciwnikiem jest tutaj czas. Mam tylko dwa lata, miliony genów z których każdy ma historię działania równą hinduskiej biurokracji…”

Złapała błysk przerażenia w jego oczach.

„Przepraszam.” mruknęła skruszona „Zagalopowałam się. Czasami mnie ponosi… Po prostu ci, którzy wiedzą o Rain, wiedzą o moim pochodzeniu, po prostu siłą rzeczy wiedzą o jej stanie zdrowia. Przekopałam się przez miliardy możliwych terapii, kuracji, jakie wymyślili Kamahowie… Być może ktoś już wymyślił sposób. Muszę tylko do tego dotrzeć.”

Zamilkła.

„Brzmisz jakbyś na co dzień zajmowała się genetyką.” mruknął w końcu po kilku minutach. Patrzyła na jego poważną, spokojną twarz, nie mogąc odgadnąć co myśli. Bycie Kamahem z zielonymi oczętami nie było najmilszym życiowym doświadczeniem.

Skinęła głową.

„Na dzień dzisiejszy jestem najlepszym genetykiem w mojej rasie.”

Gwizdnął cicho przez zęby.

„Ha, teraz wiem o co modlić się na dobranoc… żeby Rain odziedziczyła inteligencję po tobie.” uśmieszek wykwitł na jego wargach. Wrócił spod okna i usiadł na kanapie. Blisko.

„Głównie ze względu na Rain.” wzruszyła ramionami „Dobrałam się do pamięci genetycznej Kamahów, co mówiąc krótko, jest karalne śmiercią… upiekło mi się, ponieważ dzięki temu mogłam odtworzyć część naszej rasy. Długa historia. W każdym bądź razie mam mnóstwo materiału genetycznego do pracy odnośnie mojej rasy i bazy danych Manticore, niestety, te po pożarze.”

„Studiowałaś naszą rasę?” przełknął ciężko. Wizja kosmitów eksperymentujących na porwanych w kosmos ludziach przemknęła przez jego głowę.

„Nie bardzo… głównie ciebie.” dodała całkowicie złośliwie „Tę część genów, które Rain ma po tobie. Wiesz, że twoje kocie DNA to DNA czarnej pantery, i to nie byle jakiej, ale jednej z najwytrzymalszych odmian – o ile ludzie w ogóle potrafią rozróżnić istniejące odmiany pantery, w co poważnie wątpię…? Albo iż masz odrobinę DNA słonia, nie wiem po co, ale masz… ludzkie DNA użyte do stworzenia twojej buziuńki pochodzi od dwudziestu trzech dawców… a twoja matka nosicielka miała dosyć rzadką w Stanach grupę krwi AB Rh -, w dodatku z jednym z najbardziej niespotykanych rodzajów genów odpowiadających za szpik kostny, praktycznie uniemożliwiając znalezienie dawcy ze zgodnością HLA? W życiu nie zrozumiem, jak Manticore udało się osiągnąć sukces tworząc was. Mieli więcej szczęścia niż rozumu… Hm, Alec?” spytała niepewnie. Pochylił się do przodu, z lekka zielony na twarzy, trzęsąc się nieznacznie. Jęknęła w duchu. CO ona znowu takiego powiedziała?

„Jesteś niemożliwa.” wydusił w końcu z siebie, łzy nieopanowanego śmiechu czające się w kącikach oczu i spływające do gardła będące jedynymi dowodami jego nieopanowanej wesołości prócz tłumionego chrząkania.

„Bardzo zabawne.” mruknęła, zakładając ręce na ręce.

„Ależ ja nic nie mówię…”

Chichot.

„Naprawdę.”

Parsknęła wznosząc oczy do sufitu.

„Mi tu przesuwały się już przed oczami wizje transgenika porwanego przez obcych, a ty wyskakujesz mi ze słoniem…” otarł łzy śmiechu. Musiał przyznać, że dawno nikt go tak nie rozbawił. Ale to przecież była Nem. Miała na niego niewiarygodny wpływ. Na jego nastrój także.

„Naoglądałeś się zbyt wiele filmów.”

„Cóż, żaden nie odpowiadał rzeczywistości… Chyba nie macie zbyt wielkich wpływów w Hollywood.”

Stłumiła cisnący się na usta uśmieszek. Gdybyś wiedział… ale tylko potrząsnęła głową.

„Ok. Moje plany na najbliższe dwa lata znasz…” stwierdziła spokojnie „Co o terminarzu wizyt, bezpieczeństwie, White, związkach z organizacją Ratha… no i on nie bardzo chce tu widzieć Han, przydałoby się także dokładniej zbadać twoje DNA, może znajdę coś, na co nie natknęłam się wcześniej…”

„M-m-moment.” mruknął unosząc dłonie w geście poddania „Jest tak wiele do przetworzenia… muszę to przetrawić i pomyśleć… poza tym i tak nie mogę z góry założyć, co będzie dalej, trudno planować przyszłość z obecną sytuacją w TC…”

„Wycofujesz się?” uniosła pytająco brew.

„Skądże!” zaprzeczył gorąco. Odetchnęła z ulgą w duchu. „Ale to wymaga wiele organizacji i wysiłku, poskładać nawet najprostsze sprawy. Naprawdę nie chciałbym być świadkiem jak pewnego dnia White dociera do ciebie i Rain przeze mnie.”

Wzniosła oczy do sufitu.

„Musiałby najpierw usunąć Ratha z drogi. Wierz mi, jeśli chodzi o bezpieczeństwo naszej rasy, jest bardziej bezwzględny, okrutny i skuteczny niż mógłbyś sobie kiedykolwiek wyobrazić.”

„I ty to popierasz?” spojrzał na nią zaskoczony.

„Straciłeś kiedyś wszystko, co kochasz, co się liczyło w twoim życiu…” uniosła na niego swoje spojrzenie, zieleń płonęła w nim jasno. Jęknął w duchu. Mówiła o nim? Psiakrew, doskonale znał to uczucie. „…i jednocześnie na zgliszczach tego dostałeś pod opiekę kogoś, kto mógłby to wszystko odbudować od początku? W jednym zdaniu ujęte powiązanie Ratha ze mną. Tak długo jak on żyje, żaden prześladujący obcych maniak nie zbliży się do mnie ani do Rain.”

~ * ~

„Hej, Alec.” Rain włożył ręce do kieszeni, spoglądając na eks-szefa transgeników. Wciąż ciężko im było uwierzyć, że Alec rzucił to od tak sobie, nawet nie troszcząc się o resztki, o pozostałości. To nie była jego natura, obojętnie jak głośno by powtarzał, że nic go to nie obchodzi. Po cichu i tak robił swoje. I dzięki Bogu. „Gdzie zniknąłeś rano? Ominęło cię poranne spotkanie na szczycie.” wyszczerzył zęby, pamiętając konsternację faceta-jaszczurki, kiedy ten zorientował się że ‚przystojny chłopiec’ będzie nieobecny na codziennym, porannym spotkaniu. Właściwie to spowodowało to niemal polityczny kryzys na szczycie, kiedy samozwańcza 452 aka Max Guevara usiłowała przeforsować swoje opcje. Niewiele się jej udawało bez poparcia Aleca, prawdę mówiąc to chyba nic… ale nie o ślicznej wrednej suce zamierzał teraz myśleć. Alec działał jak nakręcony, nie mówiąc już o fakcie, że grubo spóźnił się na zmianę do Jam Pony, a Normala skomlącego o innym gladiatorskim śnie pozdrowił szerokim uśmiechem. To mogło oznaczać tylko jedno. Kobietę. Baaaardzo milutką kobietę.

Alec zamknął swoją szafkę, wzruszając ramionami obojętnie.

„Tak? I co?”

Jego myśli wciąż były w chaosie po porannych rewelacjach Nem, ale prawdę mówiąc jedyne, o czym mógł teraz myśleć to jak powalająco wyglądała w swoim porannym wdzianku. Kosmitka czy nie wyprawiała zadziwiające rzeczy z jego męskim ego. A przecież chciał tylko, żeby spojrzała na niego przychylniej.

„Ostatnio nie unikałeś spotkań.” uśmiechnął się domyślnie.

„Przypadek.” wzruszył obojętnie ramionami, umyślnie wyglądając na zrelaksowanego i rozluźnionego. Prędzej go piekło pochłonie niż przyzna się Rainowi, że ranek po wyjściu od Nem spędził właściwie na marzeniach o niej. Była po prostu zbyt słodka, kiedy ustalali, jak spotka Rain. Jej nieśmiała sugestia, że raczej nie chciałby mieć Ratha wiszącego nad jego głową, kiedy spotka ją po raz pierwszy… uśmiechnął się mimowolnie. Ten ranek należał bez wątpienia do jednych z najlepszych w jego życiu. Nem żyła. Mieli córeczkę. I tego wieczora ją zobaczy po raz pierwszy. Życie było cudowne.

Jęknął gdy zorientował się, że Rain czeka na odpowiedź… cokolwiek wcześniej powiedział. I tak wywędrował myślami w stronę ziewającego co pięć minut cudu, który posiadł jego serce. Jak do diabła ta mała istotka zachowała się w stanie wolnym przez tyle lat, nie był w stanie zrozumieć.

„Ziemia do gladiatora.”

„Uch?” musiał wrócić na ziemię, ponieważ albo usłyszał jak Rain nazywa go gladiatorem albo tkwił w świecie marzeń. Mógłby być gladiatorem, o ile Nem byłaby niewinną chrześcijanką do uratowania…

„Jesteś kompletnie beznadziejny. Przyznaj, jaka blondynka zawróciła  ci w głowie?” Rain śmiał się już otwarcie. Alec wyglądał jak przyłapany na gorącym uczynku… co za miłe uczucie. Mógłby się do niego przyzwyczaić.

„Ok.” blondyn wycedził przez zęby „Złapałeś mnie.” odetchnął głęboko. Wiedział, że następne słowa spowodują niemały chaos. „Byłem u Nem.”

Cały tlen z płuc Raina nagle został gwałtownie wyssany przez szok.

„Ty co?” zdołał wykrztusić po minucie.

„Byłem u Nem z wizytą.” Alec dodał z całkowicie niewinną miną. Wyraz twarzy przyjaciela był po prostu bezcenny. Wyszczerzył zęby. „Przyjdzie wieczorem po pracy.”

Rain drżąco wciągnął powietrze do domagających się rozpaczliwie  tlenu płuc.

„Ok. Chyba nie nadążam.” usiadł na ławce. Jego kolana były dziwnie miękkie. Czyżby… czyżby…? Nie, to było niemożliwe. Zupełnie! Nieprawdopodobne! Widzieli jak Nem była do niego nastawiona. Całkowicie wrogo i unikała go. Jak do cholery po prostu miałaby się znów zjawić w życiu 494 by wyprostować pewne rzeczy? To było zbyt piękne by było prawdziwe. Nieprawdaż? „Ok. Widziałeś się z Nem?”

Alec pokiwał głową.

„I nie wrzeszczała, nie wściekała się?” spytał w kompletnym niedowierzaniu. Alec zaśmiał się cicho.

„Och, jestem pewien, że zastanawiała się może przez kilka sekund czy nie zatrzasnąć mi drzwi przed nosem… ale ostatecznie mam bardzo ważny argument na mojej stronie. Wprost niewiarygodny.” wyszczerzył żeby jak wariat. Rain potrząsnął głową. Co miłość zrobiła z facetem! Uśmiechał się jak wariat podczas gdy jego rasę ściga każdy ‚prawowity obywatel’ tego kraju. Nie dziwił się teraz powiedzonku o różowych okularach. Do Aleca pasowało znakomicie.

„Jesteś szalony, wiesz o tym? Skąd wiesz, czy White jej nie podstawił?”

Alec zaśmiał się cicho. Wiedział, że będą podejrzliwi przez te nagłe zmiany frontów… ale raz się żyło, nieprawdaż? Poza tym powód jej wrogości mogli łatwo wytłumaczyć. Niech no tylko TC obiegnie wieść o Rain… Już widział te opadające szczęki. Nic, tylko wezwać technika dentystycznego, zarobiłby krocie…

„Widzisz…” poklepał Raina po plecach. Swoją drogą, musi spytać Nem o pochodzenie imienia ich córeczki. Nie uśmiechała mu się myśl, że miałaby imię po jego koledze z jednostki… grr… o nie! „W przeciwieństwie do was ja jak najbardziej znam powód jej złości na mnie… i wiesz co? Ta moja szaleńcza mina jest właśnie z tego samego powodu.” zaprezentował idealny zestaw śnieżnobiałych ząbków „Wyluzuj. Z całą pewnością nie podesłał jej White.”

„Wąchałeś coś? Piłeś?” spytał podejrzliwie.

„Nieee. Ale mam powód do radości… Mam ochotę skakać pod sufit, ale obawiam się, że Normal tym razem nabawi się snów o mnie jako o archaniele wpuszczającym niewiniątka przez bramy raju…”

Rain pokręcił głową w zaprzeczeniu na widok zdumionego spojrzenia Ky’a. Jego wzrok zdawał się mówić ‚Nie wiem, co jest grane’. I prawdę mówiąc tak było. Jedyny ich punkt zaczepienia to Nem… Ale zanim mogli rozpocząć śledztwo, musieli odrobić kilka godzin pracy, bo inaczej Normal kiedyś ich w końcu wywali…

Tak więc dziewięć godzin później, on i Ky i dwójka innych tkwili na zewnątrz mieszkania Aleca. Zdecydowanie musieli ukryć się od Zena i od Joan, którzy tego wieczora pełnili swoją wartę… ale ostatecznie i tak ich działania spaliły na manewce.

Joan miała oczy dookoła głowy, tudzież nos, ponieważ wywietrzyła ich zaledwie po kilku minutach. Uniosła brew w rozbawieniu i wróciła do obserwowania ulicy. W przeciwieństwie do innych wiedziała o której przyjdzie Nem i w przeciwieństwie do innych Alec powiedział jej o tym osobiście… Zastanowił ją ten głupi szeroki uśmiech na jego twarzy, zupełnie nie mogła zrozumieć, jak mógł być tak pewny, że wszystko skończy się dobrze między nimi… ale ostatecznie, ona była kobietą i widziała sprawy inaczej. Reakcje Nem w Crash i późniejsze unikanie Aleca nie przeszły niezauważone także u innych żeńskich X5 i X4, a także skojarzonych do transgeników zwykłych kobiet. W jej zachowaniu było coś innego niż urażona kobieca duma, ale Joan nie wiedziała co dokładnie… Ky właściwie wyśmiał ją z początku, ale po dzisiejszym porannym zachowaniu Aleca nie wątpiła, że przyzna w końcu, w historii Nem i Aleca było coś więcej niż się z pozoru wydawało.

Jej wzrok spadł na nielicznych przechodniów o tej porze. Dochodziła ósma wieczorem. Większość ludzi była już w domach, mimo, iż właściwie popołudnie było pogodne i chodniki i ulice niemal wyschły, pozostawiając jedynie sporadyczne mniejsze kałuże. Promienie zachodzącego słońca odbijały się od tafli płytkiej wody, tworząc bajkowe wzory. Znudzona przyglądała im się przez chwilę… i być może właśnie dlatego kiedy jej wzrok padł w końcu na Nem, w pierwszej chwili nie miała pojęcia na kogo patrzy. Psiakrew, trudno było rozpoznać panią biolog…

Czuła, jak krew uderza jej do głowy, widok był po prostu… powalający na kolana. Słyszała, jak Ky i reszta towarzystwa dosłownie wstrzymują oddech, nie mogła się im dziwić. Nawet Alec reklamujący Colgate nie przygotował ich na taki wstrząs… i czym ta wieść musiała być dla niego, dumała w myślach. Nie musiała spoglądać do wózka ani być bliżej by poczuć zapach… teraz historia układała się w całkiem logiczną całość.

Obserwowała, jak drobna kobieta najspokojniej w świecie idzie chodnikiem, pchając wózek przed sobą. Z pozoru wydawała się nie mieć najmniejszej troski na świecie, nie zwracała zbytniej uwagi na otoczenie… Ale Joan ostatecznie spędziła tydzień w niebezpiecznej, pełnej rebeliantów nigeryjskiej dżungli, ochraniając tę drobną kobietę i mogła bez mrugnięcia okiem powiedzieć, iż zauważyła ich.

Bez większego kłopotu Nem wprowadziła wózek do środka, schodząc z widoku ochrony i dodatkowych obserwatorów. Rain wypuścił wstrzymywany oddech.

„Coś mi się wydaje, Ky, że nasz wywiad na temat Roswell był z lekka niekompletny.” mruknął. Drugi transgenik chrząknął w potwierdzeniu. „Chociaż muszę przyznać, że cieszę się z tego faktu… chyba po raz pierwszy w życiu.”

„Ciekawe, chłopiec czy dziewczynka…” Joan rozmarzyła się „Wolałabym chłopca.”

„Co za różnica?” Zen burknął przez radio, najwyraźniej ochłonąwszy już z szoku „Ważne, że jego.”

„Jesteś pewien?”

Prychnięcie.

„Gdybyście siedzieli na dachu zamiast po drugiej stronie ulicy, mielibyście całkiem ładny widok na zawartość wózka… A tak, obeszliście się smakiem.”

„Idę do TC.” Ky zdecydował nagle, wstając „Chyba czas najwyższy trochę popchnąć w swoją stronę szczęśliwych rodziców…”

„Wiesz co? Lepiej się nie mieszajmy, póki nie będziemy wiedzieć na czym stoimy. To, że mają dziecko nie oznacza, że Nem się po prostu zgodzi…” Keri westchnął ciężko.

Ky parsknął w odpowiedzi.  W przeciwieństwie do kumpla znał Nem z Nigerii i mógł powiedzieć, że dziewczyna ceni sobie wartości rodzinne. Tym bardziej intrygowało go zachowanie dziewczyny w Crash… chociaż być może w jakiś sposób dowiedziała się o hulankach 494 przed ich spotkaniem? To miałoby sens… ta wrogość. Ona była matką jego dziecka, a on sobie skakał z kwiatka na kwiatek. Po prostu wspaniale z punktu widzenia osoby trzeciej.

„Zen?”

„Jestem.” Radio zatrzeszczało w odpowiedzi.

„Chłopiec czy dziewczynka?”

„Myślę, że dziewczynka.” przyszła po chwili wahania odpowiedź.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *