Przepraszam (8)

Rozdział ósmy: Skoro tak ładnie prosisz…

Han trzęsła się od zimnych dreszczy. Jej serce waliło jak oszalałe, oczy rozszerzone strachem, dowodziły, że umysłowo wciąż pozostawała  tam, gdzie była przetrzymywana. Solo ostrożnie przetarł jej czoło.

„Gorączka nie spada.”

Dave tylko westchnął i podniósł się ze swojego miejsca.

„Powinniśmy zadzwonić do Ratha.”

Solo potrząsnął głową i wskazał ostrzegawczo na Aleca, który siedział na oknie i nie odzywał się. Wiecznie-mający-coś-do-powiedzenia wesołek, któremu buzia się nie zamykała, milczał. Dave nie wiedział, co się działo, ale wiedział, kogo musiało to dotyczyć. Nem. Tylko ta jedna osóbka potrafiła w jednej chwili przewrócić życie jego szefa do góry nogami. Całkiem niezłe osiągnięcie jak na kogoś tak małego.

Tylko, że ona nie była człowiekiem.

„Ile?”

No proszę, milczek się odezwał.

„Za dużo.” Dave zmarszczył brwi „Na pewno powiedział, że nic jej nie będzie?”

„Tak.” transgenik zirytowany to transgenik niebezpieczny. Czemu Dave pytał się o takie rzeczy? Były proste jak dwa dodać dwa. „Że będzie miała gorączkę. Wysoką.”

„Zadzwońcie po niego.” Alec odezwał się znowu, zadziwiając wszystkich wokół. Zeskoczył zwinnie z parapetu. „Będę u siebie. Dajcie znać, kiedy przyjedzie.”

I już go nie było. Solo zamrugał. Dave też.

„Cokolwiek Alec zdecyduje, nie chciałabym być teraz w skórze Biggsa.” mruknęła Han, popijając kolejną porcje soku „Chryste, czuję się, jakby przejechał po mnie walec.”

~ * ~

„Aagggggsshhhssss…” seria nieokreślonych dźwięków wydobywała się z małego gardełka. Nem uśmiechnęła się w odpowiedzi na nie i delikatnie połaskotała córeczkę po szyi, wydobywając tym samym kolejną falę radośnie artykułowanych dźwięków.

„Niedługo zapomni jak się mówi, tak się cieszy naśladowaniem ludzkich dzieci.” Rath zachichotał znad swojej kawy. Obserwowanie Nem z Rain zawsze sprawiało mu przyjemność. Właściwie to za każdym kolejnym razem to było przyjemniejsze, ponieważ do tych obserwacji wkradał się spokój i pewność. To była Nem, jego ukochana córeczka. Chociaż Rika i Hotaru właśnie zostali wstawieni do inkubatorów po odtworzeniu, to jednak to nie było to samo. Nem była specjalna. Nie tylko była ich trzecim, wytęsknionym dzieckiem. W przeciwieństwie do swojego dużo starszego rodzeństwa, serce miała jak na dłoni… i była do niego bardzo, bardzo podobna. Może nie fizycznie, od kiedy to jego podstawowym kształtem pozostawał ten zapisany w genach Dupree, ale z całą pewnością psychicznie. Oboje urodzili się z zielonymi oczami, nie mogąc nic na to poradzić i nauczyli się z tym żyć… całkiem nieźle. Co do wyglądu… no dobrze, wcale nie wściekał się na Kala, że przeskalował jej geny. Wyglądała teraz co prawda jak młodsze wcielenie Rain, ale w końcu Rain była jego przyrodnią siostrą i dzięki temu Nem otrzymała wyglądał po rodzinie swojego ojca. Po nim. Nieprawdopodobna rzadkość wśród nosicieli pieczęci. Zazwyczaj wygląd dziedziczyło się po tej stronie, po której dziedziczyło się prawo do noszenia pieczęci.

Obserwacja Nem z Rain przynosiła spokój i poczucie bezpieczeństwa. Wiedział, że prawdopodobnie będą musieli użyć pieczęci, scalić ją, by Rain przeżyła… Co będzie czystym koszmarem dla Nem, ale jego córka z całą pewnością nie pozwoli umrzeć swojej córce, pod tym względem byli identyczni. Kochali nade wszystko dzieci, swoje jeszcze bardziej. Właściwie to stanowili żywą kwintesencję Kamaha. On męskiego, Nem żeńskiego. A zielone oczy mogły iść do diabła…

… o ile poprawnie zinterpretował energię 494, kiedy tylko powiedział o ich obcym pochodzeniu. Ale to się okaże w ciągu kilku następnych godzin.

Nem oczywiście na razie nic nie wiedziała. Przyniosła Han, ignorując jak zwykle Aleca i resztę transgenicznej bandy i zmyła się w następnej sekundzie, zanim 494 zdążył cokolwiek zrobić.

Han. Spochmurniał. Sprawa wyglądała na poważniejszą niż początkowo sądził. Nie z powodu romansu. O nie. Antarianie byli w mieście i ci durnie zaczęli atak od jego byłej kochanki. Jak miło. Powtórka…

„Powtórka z rozrywki?” Nem uśmiechnęła się miękko.

„Hej. Czytasz w moich myślach.”

„Nie.” mruknęła miękko „W twoich oczach. Porównujesz Han z mamą.”

„A ty nie?” uniósł wyzywająco brew.

„Oczywiście. Ale dla mnie żadna kobieta nie wytrzyma takiej konkurencji.” zachichotała, ubawiona sugestią ojca „Matkę ma się jedną. Każda kolejna kobieta w twoim życiu będzie tylko twoją kobietą i tyle.”

„Wow… Czyżbyś dawała swoje królewskie pozwolenie na hm… małe co nieco?”

„Znów naoglądałeś się Kubusia Puchatka?”

„Aha. Rain była bezlitosna i nie dała mi odejść sprzed telewizora.” wyznał bez najmniejszego poczucia winy „Wyrasta z niej mały dyktator.”

„Ciekawe po kim to ma…”

„Po małej królewskiej burzy, zasuwającej na czworaka po całym pałacu z prędkością światła?” zasugerował niewinnie. Prawie dostał poduszką; uchylił się w ostatnim momencie. „Hej, to było zabawne. Doprowadzałaś służbę i straż do szewskiej pasji. Nigdy w życiu nie zrozumiem, jak to się stało, że nie pojęli, że nie jesteś Antarianką, tylko Kamahem.” pokręcił głową w zdumieniu na wspomnienie tych kilku tygodni, kiedy Nem była u niego na Antarze, a frachtowce były przygotowywane do podróży na Ziemię. Małe, diabelne cosik. Taka była zgodna opinia całej służby.

„Coś nie tylko oni mnie mylili z nimi.” skomentowała sucho. W tym momencie zadzwonił telefon. Nem spojrzała na zegarek. „Długo wytrzymali. Trzy godziny.”

„To już nowy dzień.” skinął głową twierdząco „Więc, jak brzmi twoja decyzja?”
Pogłaskała córeczkę po główce, zawijając śliczne złote loczki wokół smukłych, lśniących srebrzyście palców. Czarne oczy rozbłysły stanowczością.

„Zrób co będzie trzeba. Jeśli obecność ojca wzmocni Rain, tak jak mówisz, to nie mam wyboru. Możesz spaczyć jego umysł jak zechcesz.”

„Oby to nie było potrzebne.” mruknął, wyciągając komórkę z kieszeni. Odebrał i przez kilka sekund wysłuchiwał gniewnej tyrady Dave’a, zanim najspokojniej w świecie powiedział, że przyjdzie za kwadrans i rozłączył się.

„Aagggggsshhhssss…” zagruchotał do wnuczki, składając miękki pocałunek na jasnej główce. Sekundę później identyczny dostał się Nem. „Aagggggsshhhssss…”

„A idź mi stąd…” wymamrotała zakłopotana. Roześmiał się w odpowiedzi.

„Wedle rozkazu, Wasza Wysokość!”

~ * ~

Dave gapił się oszołomiony na wyświetlacz komórki.

„Co?” Solo warknął ze swojego miejsca.

„Rozłączył się, sukinsyn.” wymamrotał zdumiony.

„I to powoduje u ciebie wytrzeszcz?”

„Przysięgam… słyszałem Nem Langley w tle.” wymamrotał drapiąc się po głowie „Śmiejącą się Nem Langley.”

„Wszystko możliwe.” Han wychrypiała „To małe skubane coś jest jedną chodzącą wielką tajemnicą. Ale jedno wiem na pewno. Cieszy się szacunkiem Ratha.”

„Co?” trzy transgeniczne twarze odwróciły się zaskoczone w jej stronę.

„No co?” wzruszyła ramionami „Trochę jednak znam jego zachowanie. Rath jest tak bezwzględny wobec ludzi, ponieważ nie darzy ich najmniejszym szacunkiem. Zero. Żadnego poważania dla świętości czy uznawanych powszechnie zasad. Kieruje się swoimi i tylko swoimi.”

„Hehe, brzmi jak opis 494.” Solo mimowolnie zaśmiał się.

„Jest jedna różnica między Rathem a 494.” Han cierpko stwierdziła „Do Ratha się odzywa, do Aleca nie. Nawet mnie zignorowała, kiedy odzyskałam przytomność.”

„Ogólna tendencja. Ale dziewczyna miała powód.” Tav mruknął cierpko, sadowiąc się na dawnym miejscu brata. Miał dzięki temu niezły widok na wejście do budynku. „Swoją drogą, ciekawe, co jej Biggs naopowiadał. Musiało być paskudne.”

„Każda kobieta by się wnerwiła, słysząc coś takiego.” Dave wzruszył ramionami „A Nem wydawała się naprawdę uczulona na dzieci.”

„A ty skąd to wiesz?” Solo zmrużył w niedowierzaniu oczy. Czyżby kolejny wiedzący więcej niż się przyznawał? Ciężko było uwierzyć w to, że Biggs zdradził tak haniebnie swojego przyjaciela i w ogóle zasady panujące wśród transgenicznych, ale ta historia była jedynym praktycznym wytłumaczeniem całego tego bigosu.

„Nigeria. Pamiętacie chatę?”

Wszyscy pobledli gwałtownie.

„Poza tym ona naprawdę obawiała się, że wyjdzie na jaw jej inność.” uśmiechnął się nieznacznie „Chociaż muszę przyznać, że o mało co nie zbzikowałem, myśląc, że mam halucynacje, kiedy była chora. Czymkolwiek tam jest, chyba nie ma miłych wspomnień z kontaktów z jednostkami specjalnymi.”

„A żebyś wiedział…” wymamrotał Solo. Nie powiedzieli z Tavem, że Nem jest kosmitką. Ale skoro była… hm, nie różniła się chyba tak bardzo od ludzi, skoro ona i Alec stworzyli małe życie. Z drugiej strony przecież Rath tak bardzo podkreślał kamahskość ich córeczki… co za bagno. „Wholaaaa… co ty sugerujesz?” zmrużył oczy i nagle kilka wątków rozwiązało się samo „Coś ty odkrył podczas jej choroby?”

Dave uśmiechnął się.

„A uwierzycie?”

„Jestem w stanie uwierzyć we wszystko.” Tav mruknął ze swego miejsca.

„Dziewczyna ma podwójne serce. Dwa serca, na których pracę może wpływać.”

„Skąd wiesz?”

„Powiedziała mi.”

„Niemożliwe… Alec by coś zauważył.”

„Ona ma coś w rodzaju zewnętrznej powłoki czy jakoś tam, która ją chroni i coś tam robi, w każdym bądź razie synchronizując pracę swoich serc w jedno i używając tej powłoki jest w stanie przejść przez podstawowe badania i nikt nie powie, że nie jest człowiekiem.”

„Żartujesz sobie?”

„I w jednym jest podobna do tego całego Ratha… ona cieszyła się, że nie jest człowiekiem. Powiedziała to. Nie miała żadnych cieplejszych uczuć w stosunku do ludzi… a mimo wszystko poruszył ją los matki w tej chacie.”

„Co jeszcze powiedziała?”

„Że różnią się – użyła słowa ‚my’, więc jest ich więcej i jest z nimi w kontakcie – od ludzi na tyle, że nie łączą się w pary z nimi. Dla nich to niemożliwe.”

„Marnie to wróży Alecowi.” Han skomentowała smutno „Mi też.”

„Co masz na myśli?”

„Och, daj spokój. Rath jest jak ona. Może nie mają tego samego zapachu, ale są podobni psychicznie.”

„Ale oni mają córkę.” Tav zaprotestował łagodnie.

„Która jest w większości Kamahem…” Solo ciężko westchnął „Wiecie co? Czasami się zastanawiam, po cholerę powstało Manticore… przeciwko jakiemu wrogowi nas tak naprawdę stworzono…”

Niezadane pytanie wisiało ciężko w powietrzu między nim a Tavem. W końcu jednak młodszy brat 494 wzruszył ramionami i odpowiedział nonszlancko…

„Wisi mi to.”

~ * ~

„Przysięgam, ktokolwiek jest takim idiotą, oskalpuję go…” Nem wymruczała ze złością pod nosem. Dziesięć minut temu Redgar zabrał Rain, dzięki czemu mogła się w końcu położyć… Zwinęła się w kłębek na łóżku Rathisa i już odpływała w błogą krainę snu, kiedy natarczywy dzwonek przywrócił ją brutalnie do rzeczywistości. Kto do diabła był na tyle głupi, by niepokoić Ratha w domu, i w dodatku używać dzwonka?

Przetarła oczy i zwolniła sztucznych strażników. Wzór energii wskazywał na tylko jednego osobnika, bardzo znajomego osobnika. Jęknęła w duchu, przeczesując palcami potarganą fryzurę. 494 miał nieprawdopodobne wyczucie czasu. Worki pod oczami, bez makijażu, rozczochrana i w domowym stroju. Po prostu pięknie.

Jeszcze żeby mogła zmienić kształt… ale nie. Jeśli teraz użyje energii do tego, nie starczy jej na blokowanie działalności pieczęci i ręce będą boleć tak, że o śnie w najbliższych dniach mogła zapomnieć. Diabelnie. Diabelnie. Diabelnie.

Nie, żeby chciała wyglądać ładnie… tylko odrobinę przyzwoiciej i porządniej. Nie jak zmęczona opieką nad dzieckiem i własnymi problemami zdrowotnymi szalona kosmitka.

Otworzyła drzwi z uśmiechem, który całkiem nieoczekiwanie wyszedł zupełnie cierpko.

„Daj mi dobry powód, dla którego o tej niemożliwej godzinie musiałam wstać z łóżka.”

… i oglądać twoją cholernie przystojną i całkowicie obudzoną i przytomną osobę. Dodała w myślach, zamykając oczy. Wyglądał zdecydowanie zbyt dobrze w ciemnych dżinsach i skórzanej kurtce. Psiakrew, był nawet ogolony… dokładnie. Jęknęła w duchu.

Po jaką cholerę Kamahowie byli rasą humanoidalną? Nie mogli mieć czterech nóg, pięciu oczu i całkowicie zielonej skóry z antenkami? Ale nie, oprócz srebrnej skóry, wielkich oczu i zamiłowania do długich włosów, wyglądali niczym ludzie. I ludzkie… kształty przypadały im do gustu.

„Malinowe pączki z tabasco?” mruknął z uśmieszkiem, chociaż żołądek skręcał mu się w niemożliwy do przewidzenia sposób. Targały nim tysiące emocji. Część jego – ta przerażona – kazała mu brać nogi za pas i uciekać od tej drobnej, upartej jak diabli osóbki, która tak całkowicie zawładnęła nim i jego życiem, nawet się o to nie starając. Uciekać gdzieś do ciemnego kąta i wyleczyć się z tej zależności. Ale druga część jego pragnęła zanurzyć się w samej tylko przyjemności i radości z faktu, że Nem żyła. Że mieli dziecko. Córeczkę. Małe, radosne życie. Oni. Stworzyli razem nowe życie. Jego serce wciąż nie mogło uwierzyć w to. Rany boskie, co robią tatusiowie? Oprócz przepędzania dubeltówką chłopaków, oczywiście… pojęcia nie miał, jego serce goniło przerażone za swoich cieniem, przerażone tysiącem nagłych obowiązków, o których nie wiedział, jednocześnie skacząc jak szalone w radości… i męskiej dumie. Miał dziecko. Rodzinę. Teraz byli nie tylko on i Nem. Była także Rain. Rain. Deszcz. Hm, ciekawe skąd wzięła pomysł na imię? Miliardy myśli i emocji mieszały w jego głowie i trudno mu było się skupić na obecnej chwili… lub też poranny wygląd Nem zdecydowanie odbierał jego skupienie. Długie włosy, beztrosko rozpuszczone i potargane, przykrywały delikatną skórę ramion, odsłoniętą dzięki luźnej koszulce na ramiączka… palce aż go świerzbiły, by dotknąć tej miękkości. Zacisnął je na torbie z pączkami, powtarzając sobie w duchu litanię opanowania. Od tych kilku sekund zależała cała ich przyszłość i będzie przeklęty, jeśli schrzani to przez pożądliwe spojrzenia!

Zmusił się, by utrzymać wzrok na jej twarzy. Zaspane wyrażenie na dźwięk ‚pączków’ ustąpiło niememu zdumieniu. Mógł przysiąc, że inteligentna machina w jej mózgu zazgrzytała, zaskrzypiała i na moment się zatrzymała.

I on myślał, że Nem była obojętna! Psiakrew, gdzie on miał oczy? Widział, wiedział, że im więcej kotłuje się w jej myślach, tym bardziej obojętna i zimna była na zewnątrz. Opanowanie trzymało ją przy zdrowych zmysłach w Nigerii, prawdopodobnie było tak samo w tej sytuacji. Poza tym ona nie wiedziała jeszcze o kłamstwie Biggsa…

Ostrożnie wycofała się do wnętrza mieszkania, przepuszczając go przez próg. Drzwi zamknęły się automatycznie z cichym świstem. Westchnęła w duchu, patrząc na swoje bose stopy… życząc sobie jednocześnie, by zapaść się pod ziemię. Wyglądała koszmarnie, tymczasem Alec przyszedł, by… no właśnie. Po cokolwiek przyszedł, wydawało się, że przyniósł gałązkę oliwną. Ba, w dodatku ktoś dał mu cynk. Przymiotnik ‚malinowe’ sugerował zdecydowanie Ratha.

Co ty tam sobie kombinujesz w swojej kosmicznej czaszce, ahiri? Powinnam się bać czy też od razu z marszu wiać na drugi koniec wszechświata?

„Uch… To dla ciebie.”

Alec wyciągnął przed siebie coś czerwonego. Jej z lekka oszołomiony i zaspany wzrok, uprzednio doceniający jego wygląd, rozpoznał w końcu czerwonawą plamę jako… ogromny bukiet róż. Pięknych, świeżych, purpurowych róż, ze wspaniałą wstążką i przybraniem… Zamrugała, otwierając usta, by coś powiedzieć, ale żadne słowo się z nich nie wydostało.

To jest sen, prawda? Musi śnić. Nie było innej możliwości. Khivar przywrócił do życia Tess i razem postanowili spaczyć jej umysł w zemście, wyciągając na wierzch jej głęboko ukryte marzenia… Nie, to się nie działo naprawdę. Nieprawdaż?

„Hm… nie mam pojęcia, co kamahscy ojcowie ofiarowują matkom swoich dzieci, więc przyniosłem kwiaty. Tak podobno robią ludzie. Co najmniej według Max, nie jestem ekspertem w tym…” paplał niepewnie. Chryste, nie cierpiał tego uczucia niepewności i oddalenia na widok jej niezrozumiałego spojrzenia. Wpatrywała się w bukiet, jakby po raz pierwszy w życiu widziała kwiaty… W końcu jednak przyjęła ostrożnie podarunek, uważając, by nie zahaczyć opatrunkami o kolce.

„Budują dom.” mruknęła nieco niepewnie, wciąż gapiąc się z niedowierzaniem na pachnącą feerię czerwoności. Ok. To nie był sen. Zdecydowanie. W marzeniach sennych nie było żadnej Max G, Alec nie parzył się z nikim innym, tylko z nią samą… blablabla. Czyste bajki. I w cholerę, już dyskutował tę sytuację ze swoją dziewczyną?

„Słucham?”

„Kamahscy ojcowie budują dom. Po jednym na dziecko.”

Psiakrew, po co do diabła to powiedziała?

„Um… To może trochę potrwać.” podrapał się z tyłu głowy. Wybudować dom? Dla każdego dziecka? Psiakrew, kamahskie matki musiały być zamożne, hehe.

„A co robią transgeniczni?” spytała nagle i niespodziewanie. Ale w jej głosie była ostrożność, która jednocześnie go rozczuliła i rozbawiła. Wydawała się w tej chwili małym, przestraszonym dzieckiem, które stoi na granicy spełnienia swojego snu i nie ma odwagi uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Oby to była prawda, pomyślał z nagłą nadzieją w sercu.

„Nie mam pojęcia.” wyznał szczerze „Jestem trochę… na krawędzi, od kiedy się dowiedziałem. Zdążyłem tylko wydobyć z Ratha sposób na to, byś nie zatrzasnęła mi drzwi przed nosem.”

Zamknęła oczy. Zrozumienie faktów było proste. A) Rathis miał rację. B) Nie wróci w ciągu najbliższych godzin. C) Han nie chorowała przypadkowo, choroba X5 była wymówką, by dać im czas sam na sam, by uporządkować najpilniejsze sprawy. Skubaniec. No pięknie.

„Więc Rath miał rację…” mruknęła powoli, testując jego reakcję.

„Przysięgam, nie wiedziałem do dzisiejszej nocy. Rath mi powiedział, kiedy szukałaś Han.”

Wydawał się szczery… ale Nem nie wierzyła własnym osądom. Zbyt często ją oszukiwały, zbyt często  nie rozumiała emocji u innych ras, nie wiązała ich z ich zachowaniem. Była do tego niezdolna. Musiała zaufać osądowi Ratha.

Policzę się jeszcze z tobą, ty mądralo…

„Wejdź…” mruknęła niepewnie „Rain nie ma, będzie dopiero wieczorem. Ale chyba mamy i bez niej wiele do omówienia.”

Alec mimowolnie odetchnął z ulga. Po cichu pogłaskał delikatnie papierową torbę z pączkami. Dzięki, Rath. pomyślał z wdzięcznością. Naprawdę, wielkie dzięki.

~ * ~

Przeklinała w duchu swój ‚domowy’ stan. Odmawiała jednak przebrać się i doprowadzić do jako takiego stanu w sposób zdecydowanie ludzki. To by dało Alecowi nieoczekiwaną broń do ręki, powiedziałoby mu, że jednak zależy jej na jego opinii. A tego nie chciała. Nie teraz. Jednocześnie nie mogła nie wykorzystać tego krótkiego momentu, kiedy był chłonny na wszelkie sugestie, na wszelkie jej warunki.

Może jednak ci się upiecze, ahiri. Myślała, spoglądając z kuchni w stronę salonu. Wstawiała kwiaty do wody, Alec tymczasem rozsiadł się z lekka nerwowo w fotelu. Ale właściwie… na ile mogła być pewna własnego osądu, kiedy to  dotyczyło jego? Ileż razy błędnie oceniała intencje ludzi, rasy, której psychikę powinna znać na wylot? Co dopiero transgenika. Nie, nawet doświadczenia z wesołym charakterkiem córeczki nie dawały jej do tego podstaw… Co do diabła miała teraz zrobić?

Mogła zaufać osądowi Ratha. Wierzyła mu w tych sprawach bez zastrzeżeń. Co jednak teraz? Nie miała najmniejszego pojęcia. Jej plany na przyszłość były jasno sprecyzowane i określone. Nawet jeśli miały ulec modyfikacji, to nie było problemem. Problem był innej natury…

Jak do diabła miała mu powiedzieć, że ich dziecko umiera z powodu jej genów?

Albo, że w przypadku gdyby jednak zdołali ocalić jej życie, za dwa lata kamahski frachtowiec wywiezie ich obie do dalekiej galaktyki?

~ * ~

Obserwował Nem ze swojego miejsca… i nie mógł pozbyć się uporczywego wrażenia, że jej mózg paruje. Przed oczyma miał niemal wizje, jak jej genialny umysł pracuje w przeciążeniu, by znaleźć potrzebne informacje, by przewidzieć możliwe kierunki nadchodzącej  konfrontacji…

Ok., może to nie był najlepszy pomysł, przyjść i zaskoczyć ją rano, ale nie mógł powstrzymać własnej niepewności i niecierpliwości. I nadziei.

Jakże różne to było od tych wszystkich miesięcy, kiedy zastanawiał się, zbierał okruchy informacji albo starał się o tym nie myśleć… spędził tysiące godzin, zastanawiając się, gdzie zawiódł, co mógłby zrobić, by zaufała mu bardziej, by nie uwierzyła słowom Renfro… Świadomość własnej niezdolności, by ją ochronić, by mu zaufała, ciążyła mu o wiele bardziej niż mógł przyznać komukolwiek. Nic nie było gorszego niż głębokie, świdrujące poczucie winy… żadne tortury Manticore nie mogły się równać z tym.

‚Rozwiązanie’ okazało się co najmniej dosyć… nieoczekiwane i szokujące. Słyszał, co powiedziała na lotniskowcu. Lecz nigdy w życiu nie pomyślałby, że jest obcą! Obcy mieli szarą skórę, świecili się czasami i palili ludzkie serca, prawda? Byli zimni, okrutni i nie mieli uczuć. Nem była kompletnie inna. Fakt, że swoje serce skrywała za grubą maską opanowania, ale miała serce. Te przelotne przebłyski w jej oczach, zmiany w jej zachowaniu… nawet dzisiaj widział jej zmieszanie, zdumienie, irytację… nawet nadzieję.

Myśl, że jednak nie tylko on wpłynął na brak jej zaufania do niego, była dziwnie uwalniająca. To było coś, na co żadne z nich nie mogło poradzić. Ona była kosmitką, ukrywającą się przed rozmaitymi rządowymi i prywatnymi agentami, oddziałami specjalnymi i całą inną zgrają pragnącą schwytać żywego lub martwego obcego… Jak mogła mu ot tak sobie zaufać? Złożyć w jego ręce swoje życie? Dla niej był uosobieniem wroga. A jednak… szeroki uśmiech zagościł na jego twarzy… Jednak coś było z jej strony, inaczej nigdy by nie pozwoliła mu się do siebie zbliżyć. I to dawało mu nadzieję, że nie wszystko stracone. Poza tym, z Rain, miałby jakąś szansę zatrzymać ją przy sobie, prawda?

Fakt, że do jedzenia dodawała tabasco nie miał większego znaczenia. Martwiło go, czy nie istnieją jakieś inne różnice, o których nie wiedział… ale przykład Han i Ratha mówił zdecydowanie, że Kamahowie jednak wchodzą w związki z Ziemianami. I Dan Brown miał ludzką żonę, prawda? Mogło im się udać, mimo różnic.

Psiakrew, musiało im się udać. Modlił się o szansę powiedzenia przepraszam, a dostał od losu dużo, dużo więcej. Żywą Nem. Córeczkę.

Siłą powstrzymał cisnący się na usta dziki wrzask radości. Córeczkę. Był ojcem.

Rany boskie, co robią tatusiowie – kamahscy tatusiowie – oprócz budowania domów?

Zerknął ponownie na Nem. Nie przebrała się, nie zrobiła najmniejszego gestu w tym kierunku. Cieszył się tym. Była inna niż większość kobiet. Ileż z nich w ogóle dopuściłoby do tego, by zobaczył je w podobnym stanie?

Z drugiej strony, ileż z nich nad ranem, potarganych i z lekka zaspanych, wyglądałoby nawet ponętniej niż odstawione do Crash?

I jej stopy. Malutkie, drobne, kształtne. Dziękował w duchu Rathowi za utrzymywanie takiego porządku, dzięki czemu mogła chodzić sobie boso… takie malutkie… ledwo wystawały spod szerokich spodni.

Ok. Może rozmyślanie o drobnych ponętnych kształtach Nem nie było najlepszym pomysłem teraz, pomyślał, przesuwając się niewygodnie.

Obserwował, jak stawia wazon z kwiatami na stole. Tak, zdecydowanie. Nienajlepszy pomysł. Była blisko, niemal na wyciagnięcie ręki. Jęknął w duchu, kiedy jego nozdrza owionął jej ciepły, och tak, przyciągający zapach. Powiódł spojrzeniem po jej sylwetce, rejestrując zmiany, jakie w niej zaszły od czasu ich spotkania w Crash. Wydawała się bledsza, bardziej zmęczona… nawet szczuplejsza. Jednocześnie pewne jej kształty stały się bardziej kobiece. Zapewne przez ciążę i te wszystkie hormony… Jego zamglony mózg zarejestrował, że prawdopodobnie nie nosiła czegoś pod tą bluzką. Z wysiłkiem odwrócił wzrok.

Cholera, nie patrz na nią!

„Zabawne, jak cisza może być bardziej wymowna niż słowa.” mruknęła, sadowiąc się po drugiej stronie stołu. Spojrzał na nią w oszołomieniu. O co jej chodziło?

„Rath mówił, że powinnam cię wysłuchać, gdybyś nie wiedział o niczym wcześniej…” dodała, widząc jego reakcję. Zachowywał się… dziwnie. „W porządku?”

„Hm… tylko miliardy różnych myśli krążą w tę i w powrotem. Chyba jeszcze do mnie nie do końca dotarło.”

„Rain ma roczek i do mnie wciąż nie dotarło, że ta mała istotka jest moja.” zachichotała cicho. Z przyjemnością obserwował jej śmiech… i sposób w jaki jej twarz rozjaśniała się, kiedy mówiła o ich córeczce. To była zupełnie inna reakcja niż wcześniejsza lodowata obojętność i opanowanie. Chryste, ile by dał, by uśmiechała się tak na jego wspomnienie… „Chociaż Dan zrobił mi niezły wykład w Nigerii o łamaniu wszelkich obowiązujących nas zasad.” skrzywiła się nieznacznie. Tamta rozmowa doskonale uwydatniała początek przepaści między nią a resztą Kamahów. Ale Rain była warta wszelkich poświęceń.

„Wiedziałaś już wtedy?” był wyraźnie zaskoczony. Wzruszyła ramionami.

„Usiłowałam ci powiedzieć przed… ale nie zdążyłam.”

„Na lotniskowcu…”

Pokiwała głową twierdząco. Czas na mniej przyjemną część rozmowy, pomyślała. Zastanawiające, z jaką raną w sercu wyjdę z niej. Czy w ogóle się z niej wygrzebię… co jeśli on zechce zabrać Rain do transgenicznych? Redgar opowiadał niesamowite rzeczy o ich instynktach. Jak miała to pogodzić z własnymi planami na przyszłość?

„Więc… teraz już wiesz.” mruknęła, wbijając wzrok w blat stołu. Dębowy blat stołu. Ciemne sęki na jego powierzchni, wygładzone i lakierowane, były doskonałą personifikacją jej samej. Z wierzchu niby wszystko grało. Ale w środku… Zadrżała. „Masz jakieś plany…? Co zamierzasz? Dlaczego tu jesteś?”

Przesunął spojrzeniem po jej twarzy.

„Żeby odzyskać to, co należy do mnie. Rain. Ciebie.”

„Żeby kogoś odzyskać, najpierw wypadałoby go mieć.” w jej ciemnych oczach błysnęło nagle coś wrogiego. Ona naprawdę tak myśli, uświadomił sobie. Jak do diabła sytuacja nagle odwróciła się z tak nieźle zapowiadającej się w kolejną walkę w zaledwie ułamku sekundy? Wyczuł, że jej nastrój pochmurnieje, ale czegoś takiego się nie spodziewał, nie po akcji Ratha… Czy ona naprawdę myślała, że była tylko jego pracą?

Jesteś moja, Nem. Byłaś, jesteś i z całą pewnością będziesz. Miał ogromną ochotę warknąć to do niej, aby raz na zawsze to sobie uświadomiła. Ale to prawdopodobnie tylko oddaliłoby ją od niego, zamiast pomóc.

Pochylił się w jej stronę tak, że niemal stykali się nosami. Jej zapach był ciepły, intensywny i wydziwiał różne rzeczy z jego zazwyczaj tak opanowanym ciałem. Żadne z celebrowanych wspomnień o Nem nie oddawało w najmniejszym sposobie, jak dobrze i we właściwym miejscu czuł się tylko przez przebywanie w jej towarzystwie. Nawet jeśli gapił się w jej rozgniewane oczy.

Sporo do wyprostowania, uznał jego mózg. Ale ta mniej logiczna część jego chciała poddać się po prostu instynktowi, poddać się pragnieniu napełnienia zmysłów nią i tylko nią i mieć cały świat gdzieś. Poczuć znów smak tych miękkich ust, zbadać każdy milimetr jej drobnego ciała, uczcić każdą zmianę, wywołaną przyniesieniem na ten świat ich dziecka.

„Miałem.” wyszemrał z uśmieszkiem. Jego ciepły oddech łaskotał jej usta. Niech cię szlag, 494, pomyślała, czując jak zdradliwy rumieniec wkrada się na jej policzki. Nienawidziła tego braku kontroli nad sobą i własnym ciałem. Była księżniczką i przyszłą królową… a zachowywała się jak opanowana przez hormony niewyżyta nastolatka. „Rain jest tego żywym dowodem.”

Nie wierzył własnym oczom. Nem rumieniła się. Rumieniła! Wyszczekana, pewna siebie kobieta, nagle wbita w zakłopotanie… Obserwował w niedowierzaniu, jak nerwowo przełyka, usiłując zapanować nad sobą i swoją reakcją.

To ją zmieniło, uświadomił sobie. Nigeria i wszystko, co się wydarzyło później… zmieniły ją słowa Biggs. Co on jej do cholery nagadał, że tak ją to zraniło? Myślał w przypływie gwałtownej wściekłości i gniewu. Co on zrobił mojej Nem?!?

„Jesteś matką mojego dziecka. W moim umyśle należysz do mnie, czy ci się to podoba czy nie.” wziął głęboki oddech; przez jego słowa zaczynała przesączać się furia, jaką czuł na myśl o krzywdzie wyrządzoną im przez Biggsa. Już ja się z tobą policzę, bękarcie, myślał mściwie. Zapłacisz za każdy jej smutek, za każde pokonane spojrzenie w jej pięknych oczach, za każde ziarenko goryczy wynikające z jej ust. „Nie wygram z własną naturą, Nem. Moje instynkty dyktują moje działania. Każdy męski transgenik może ci powiedzieć, co się dzieje, kiedy odzywa się terytorialny, własnościowy instynkt. To jest poza naszą kontrolą, nawet gdybym chciał, nie zdołałbym nad nim zapanować. Potrzebuję… psiakrew, muszę być blisko ciebie, blisko naszego dziecka. Muszę być pewien, że jesteście bezpieczne. Obie. A twoje pozaziemskie pochodzenie ma jedynie takie znaczenie dla mnie, że poluje na ciebie każdy rządowy agent i ufomaniak na tej planecie. Nie poddam się, rozumiesz? Nie mam wyboru. Nie chcę mieć wyboru.”

A ona potrzebowała wiedzieć, że to mówi jego serce, a nie instynkty każące mu być blisko własnego dziecka, ponieść każdy wysiłek i cenę, by to było możliwe. Nawet zrezygnować z parzenia się z ledwo co wybraną kobietą i być z inną – z matką dziecka… Cholera, dlaczego jej życie było takim bagnem? Rain zasługiwała na coś więcej, zasługiwała na to, by urodzić się kochającej rodzinie i być przez nią wychowywana, a nie na powolne umieranie z rodzicami, którzy są razem tylko ze względu na nią… Zasługiwała na świadomość, że jej rodzice się kochają, że powołali ją na świat z miłości… W co ja ciebie wpakowałam, mój szkrabie? W co?

Zamknęła oczy. Z udręką czuła każdą nić gniewu i złości w nim, każdy wybuch energii tak charakterystyczny dla wściekłości, furii… i pragnienia zemsty. Wpieniał się na nią, wkurzało go, że wpadli… że teraz był przywiązany do niej czy tego chciał czy nie. Ale nic nie mógł jednocześnie na to poradzić, że jego natura każe mu wiązać się z matką własnego dziecka…

Zaczynała pojmować, dlaczego Antarianie tak złościli się, że ich urządzenie do podróży w czasie wymknęło się z ich rąk… nawet jeśli Kal przez całe jej życie wbijał jej do głowy, by nie żałować przeszłości, bo teoretycznie nie można na nią nic poradzić. Na wojnę, cierpienia, utratę bliskich… to były elementy życia. Raniły, były bolesne… ale były też dobre momenty, dobre rzeczy w jej życiu. Jakkolwiek katastrofa ze zdrowiem Rain mroziła jej krew w żyłach, to jednak dzięki temu dobrała się do własnej pamięci genetycznej. Odtworzyli rasę dzięki temu. Każdy medal miał dwie strony. Nawet ta sytuacja musiała je mieć. Prawda?

Ale gdzie tu szukać dobrych stron?

Otworzyła oczy, spoglądając na niego. Linie wokół jego ust były napięte, zupełnie jakby bał się jej odpowiedzi. Dlaczego? Przecież nie odseparuje go od własnego dziecka!

Zaraz, zaraz… uśmiechnęła się nagle w duchu. Możesz nie należeć do mnie, ale jednocześnie przez to wszystko nie będziesz należał też do tej jędzy, Max. Przynajmniej jestem matką twojego dziecka. Coś, czego szurnięta 452 nigdy nie będzie mogła ci dać. Nie z wirusem w jej organizmie, nie z wirusem, który zabiera jej konieczne siły…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *