Przepraszam (7)

Rozdział siódmy: Wysłuchaj mnie

Han była co najmniej… zirytowana. Ile czasu normalnie zajęłoby facetowi załatwić ‚rodzinne sprawy’ i wrócić do ciepłego łóżka, gdzie czekała na niego bardzo seksowna i chętna kobieta?

Z całą pewnością nie miesiąc. Właściwie to miesiąc, dwa dni i siedem godzin. Od tak dawna nie widziała Ratha i naprawdę się jej to nie podobało. Nie był może najbardziej uspołecznionym facetem, potrafił zniknąć nagle na kilka tygodni, ale nigdy dotąd jej to nie przeszkadzało. No, może troszeczkę. Ale przez te wszystkie lata nigdy nie myślała zbyt wiele o znalezieniu sobie partnera. Układ z Rathem był wygodny, ale powoli zaczynała myśleć o czymś innym.

Powoli? To zaczęło się podczas jej poprzedniej rui, kiedy jego nie było w mieście. Transgenicy mieszkali wtedy w Nowym Jorku, podobnie jak Rath. Lecz zamiast rzucać się na wszystko, co ma przecinek między nogami i wybrać spośród nich najsilniejszego, tęskniła za nim, chciała tylko jego. Całe trzy dni napełnione fantazjami ich razem w łóżku były po prostu torturą. Kiedy zamglenie hormonami minęło, zrozumiała szybko, co się z nią działo. Gdzieś między ich luźnymi tygodniami ‚razem’ jej instynkty wybrały go jako jej partnera. W całym swoim życiu nie spodziewałaby się czegoś takiego… nie z nim. Nie z Rathem.

Poznali się na jej misji. Miała przeniknąć do środowiska pewnego klubu i dowiedzieć się, kto steruje niezwykle intratnym i wprost piekielnie ukrytym i zorganizowanym przemytem technologii. Trochę z nich zostało wymyślonych w Manticore i szefostwo postanowiło zainterweniować. Prosta z pozoru misja skończyła się niedokładnie tak, jak planowali. Szefem wszystkiego był Rath. Jakoś wślizgnęła się do jego łóżka, chociaż kiedy myślała o tym po czasie, to raczej on wślizgnął się do jej. Informacje było zdobyć piekielnie ciężko, ale po ponad miesiącu dowiedziała się kilku szczegółów i potem było już z górki. Myślała, że misję zakończyła z sukcesem… nic bardziej błędnego. Informacje dostarczone do Manticore okazały się bardzo przemyślną pułapką, z pozoru mówiące prosto i jasno, jak wszystko jest zorganizowane i kto w tym uczestniczy… ale nie wiedzieli niczego. I oczywiście wpadli. Czteroosobowy oddział spotkał się oko w oko z rozbawionym Rathem. Han w życiu nie była tak wściekła.

Ratha nie obchodziło Manticore. Miał je w nosie, przytaczając jego dokładne słowa. Chcieli wojny? Proszę bardzo. W duchu dziwiła się niezmiernie jego głupocie – albo odwadze – ale po tych wszystkich miesiącach na wolności i życiu w Nowym Jorku przez pół roku, stwierdziła, że to była jego zwykła reakcja. Poparta przeogromnym zapleczem. Rath był jednym z dyrektorów dość złożonej organizacji i mówiąc krótko mógł stawić czoło organizacji Manticore. Może nie miał genetycznie udoskonalonych żołnierzy wśród swoich ludzi, ale pracowali dla niego najlepsi specjaliści na świecie. Przemyt technologii był jedynie przykrywką do transferu wiedzy pomiędzy nimi. Wiedzy, technologii, pieniędzy, ludzi… To był zamknięty świat i Rath nie pozwalał jej do niego zajrzeć, mimo jej najszczerszych chęci. On nie rozmawiał o swojej pracy, ona nie rozmawiała o sprawach transgenicznych.

Kiedy spotkali się po raz drugi, krótko po spaleniu Manticore, Rath był co najmniej dziwny… Przez kilka tygodni chodził wściekły, aż wreszcie na początku września wyraźnie uspokoił się. I znowu znalazła się w jego łóżku… to był luźny układ, żadnych związków ani zobowiązań i odpowiadało jej to przez większość czasu. Do czasu.

Kiedy Rath przeniósł się z powodu interesów do Seattle, była bardzo zadowolona w głębi ducha. To dawało jej nowe możliwości. Z jednej strony nie chciała rozstawać się ze swoim oddziałem, ale z drugiej nie chciała  rezygnować z niego. Nie, kiedy jej natura tak rozpaczliwie się go domagała.

Ale sprawy nie ułożyły się dokładnie według jej myśli. Rath był oddalony od niej w sensie, jakiego wcześniej nie doświadczyła. Jeśli myślała, że wcześniej to był tylko seks, to teraz nie miała pojęcia, jak to nazwać. Fizycznie był przy niej, ale myślami… były momenty, kiedy jego kpiący i ironiczny zazwyczaj wzrok zamieniał się w całkowicie lodowatą stal i Han czuła, że się go boi.

Była też inna strona tej sytuacji… cisza między nimi. Wkurzało ją to jak diabli. Ale takie były warunki ustalone na początku, nieprawdaż? Nie mogła się na to skarżyć. Ale jednak ten brak komunikacji osobistej przeszkadzał jej. Rath niewątpliwie był bardzo wszechstronnie wykształconym facetem i nie brakowało im tematów do rozmów… ale nie prześlizgiwała się w tym żadna osobista informacja, co doskonale pokazywało jej, do jakiego stopnia Rath jest wyszkolony. W ukrywaniu informacji prawdopodobnie nawet lepszy niż ona. Wiedziała o nim niewiele, kilka drobiazgów. Wiedziała, co lubi jeść, jak spędza dzień, wiedziała, że lubi małe dzieci – to było akurat niezwykłe dziwactwo, którego nie pojmowała u osoby jak on. Wiedziała też, że jest bezwzględny. Nie osiągało się tak wysokiej pozycji w tym światku, jeśli nie miało się odpowiedniego psychicznego potencjału.

Ale to także znaczyło, że nie zdoła owinąć go sobie wokół palca ani namówić na cokolwiek, czego by nie chciał. Problem był jednak w tym, że nie miała pojęcia jak namówić go, by coś zechciał. Dlatego tak bardzo wkurzała ją cisza między nimi. Nie wiedziała mnóstwa rzeczy o nim, chociaż chciała. Rzeczy, których mogła użyć, by przypodobać się jemu. A tak… nie miała nic. Co najgorsze, czuła, że nawet to, co miała dotychczas, wyślizguje się jej z rąk i nie może nic zrobić w sprawie tego.

„Aggrrr!” trzasnęła głową w drzwiczki szafki. Sytuacja zaczynała ją powoli przerastać. Zwłaszcza, że nawet nie wiedziała, gdzie Rath mieszka w Seattle. Nigdy u niego nie była. Nie znała jego kontaktów w tym mieście, więc nie miała kogo zapytać ani kogo śledzić. A nawet najostrożniejsze szukanie wśród własnych informatorów zostałoby szybko przez Ratha odnotowane i mogłoby skończyć się naprawdę bardzo nieprzyjemnie, nie wspominając o pogrzebaniu swoich szans. Była w kropce i wiedziała o tym doskonale. Każdy dzień milczenia ze strony Ratha zmniejszał jej nadzieje.

„PMS?” uśmieszek Aleca był na miejscu. Wzdrygnęła się. Nie, zdecydowanie to nie było to. Jakby transgeniczne kobiety w ogóle zapadały w te śmieszne hormonalne burze!

Siadła w końcu na ławce i spojrzała na niego ponuro. Jak zwykle uśmiechał się niewinnie, ale za tą fasadą… zadrżała. Alec był na krawędzi, podobnie jak ona. Nie znaleźli Nem. Psiakrew, przetrząsnęli całe miasto. Kilkakrotnie. W końcu jednak ktoś ją zauważył na ulicy – bodajże Zen. Ale to było gdzieś z miesiąc temu i sytuacja zaczynała się eskalować. Alec popadał w coraz bardziej drętwy nastrój. Ale odmawiał zostawić to w spokoju, odmawiał zdystansować się od dziewczyny. I nie było nikogo, kto mógłby jemu narzucić dyscyplinę. Psiakrew, był alfą wobec wszystkich transgeników, nie tylko x-serii.

Właściwie to w pewnym sensie ich sytuacja była podobna. Z tą różnicą, że ona znała Nem, a Alec nie znał Ratha. Tylko słyszał opowieści o nim.

„Tylko Rath.”

„Tylko?” zaśmiał się. Jak mało kto wiedział, co potrafią zrobić z transgenikiem kłopoty z wybranym partnerem. Potrafiły wytrącić z obiegu na naprawdę długi czas. „Daj facetowi czas. W końcu jeszcze do niedawna ludzie ciągle obrzucali nas błotem i pełno było nas w telewizji. A nie jest tak, że ludzie Ratha nie wiedzą, kim jesteś. Facet jest szefem, musisz się z tym liczyć, że on musi się liczyć z opinią swoich ludzi.”

Westchnęła.

„Po prostu czuję, że wyślizguje mi się z rąk. Mam wrażenie, że straciłam jedyną szansę… nawet jej nie zauważyłam, przeszła mi koło nosa.”

„Frustrujące uczucie, co nie?” wyjrzał zza drzwiczek swojej szafki i spojrzał na nią uważniej. Znał to uczucie, towarzyszyło mu każdego dnia od spotkania Nem w Crash. Odszedł, nic nie powiedziawszy, nie przeprosił nawet za tą kawę. A potem Nem już się nie pojawiła, a ten cały Daren zdecydowanie miał w nosie transgenicznych… ponieważ zrobił sobie bezterminowy urlop i od tamtego wieczora także nie było widu ani słychu o nim.

„Jakieś wieści na froncie?”

Potrząsnął głową.

„Nie, nic nowego. Czasem mam wrażenie, że to był tylko sen.”

Wcale nie był to sen, pomyślała sobie pewna osoba, obserwująca z drugiego końca pomieszczenia ich rozmowę. Bycie zmiennokształtnym obcym miało zdecydowanie wiele plusów, a wśród nich możliwość przeniknięcia każdego środowiska. Psiakrew, zdołał ogłupić nawet transgeników. Wystarczyło, że pachniał jak człowiek…

Ziemianie to idioci.

~ * ~

Han pedałowała mocno, chcąc znaleźć adresata tej piekielnej przesyłki zanim jej płaszcz zacznie przepuszczać wodę. Tego dnia lało… non stop, od samego rana. Praca była beznadziejna, ale dawała zupełnie legalne przepustki międzysektorowe i alibi – pod pozorem pracy mogła wykonywać zadania dla TC. Dwa niezmiernie ważne czynniki. Ale jechanie na rowerze w taki deszcz było po prostu paskudnie nieprzyjemne i żaden powód, dla którego podjęła się pracy posłańca Jam Pony, nie poprawiał jej humoru. Lało i jej kocie DNA sprzeciwiało się wilgoci w innej formie niż wanna pełna gorącej wody. Ale niestety, w tym dziwacznym mieście, żeby mieć chociaż letnią wodę, trzeba było ją nagrzewać… co najmniej poza TC. Ich instalacje w bazie zostały gruntownie przejrzane i naprawione. Jemina, ich żeńska alfa, zażądała tego po pierwsze. Z małymi dziećmi, skutkiem programu hodowli, to było koniecznością.

Zatrzymała się w końcu przy odpowiednim adresie. Spojrzała sceptycznie na stary budynek fabryki. To na pewno tutaj? Krótkie zerknięcie na adres. Z pewnością.

Przymocowała rower do ogrodzenia i ostrożnie weszła na teren. Dziwne dźwięczenie na jej karku zbiło ją z pantałyku. Ostrożnie dotknęła kodu kreskowego. Psiakrew, co było grane?

Zeskanowała obszar. Nic. Pustki. Tylko dziwny zapach, unoszący się w powietrzu. Z jakiegoś głupiego powodu przypominał jej zapach starej skóry, spieszonej na słońcu. Swędział, drażnił nozdrza. Nie był przyjemny. Właściwie to był odpychający.

Wysoki, dźwięczący ton wdarł się nagle do jej głowy.

Nigdy nie widziała, co ją uderzyło.

~ * ~

Samotność stała się jedyną pociechą, najlepszym przyjacielem. Pamiętała noce, które spędziła schowana w łazience, kuląc się z bólu. Ciemność wokół niej chowała paskudne wspomnienia, nawiedzające ją za każdym oddechem obcej atmosfery, wciąganej do bolących płuc. Czasem oddech był tak trudny i bolesny dla niej, że nie wiedziała, co począć. Serca Soriego – teraz jej serca – tłukły się w jej piersi w nieregularnym rytmie, usiłując złamać tę kruchą równowagę, usiłując odżywić ją i jej uszkodzone powłoki. Ale samotność trzymała ją blisko, pocieszała, szeptała uspokajające słowa… żadnych obcych istot wokół, nikt nie mógł jej zranić. Nikt nie przekaże jej swych wspomnień. Nie wchłonie nienawiści innych transgeników, nie poczuje obrzydzenia dla samej siebie.

Samotność trzymała ją blisko, pocieszała, szeptała uspokajające słowa… żadnych obcych istot wokół, nikt nie mógł jej zranić.

Samotność stała się jedyną pociechą, najlepszym przyjacielem.

Nie miała żadnych przyjaciół i samotność była tylko jej. Najbardziej znienawidzona i najbardziej ukochana. Ale jej. Nikogo więcej.

Nem otworzyła gwałtownie oczy, siadając na łóżku. Trzęsła się z zimna, tego najgorszego, wewnętrznego. Jej drobne ciało skąpane było w zimnym pocie, srebrzącym się w ciemnościach.

Wygrzebała się z posłania, opuszczając humanoidalny kształt i powlokła się do łazienki. Ciepła woda nieco uśmierzyła rozedrgany organizm. Odetchnęła z ulgą.

Ten koszmar przeraził ją jak żaden dotychczasowy. Jego wspomnienie dźwięczało w całym jej ciele, martwiło jej umysł.

Niepokojące sny nie były czymś nowym w jej życiu. Psiakrew, miała je od zawsze, ale od czasu przeszczepu coś w niej odblokowało się. Coś żyło własnym życiem. Niemal jak więź z Rain. Ale więź z Rain była naturalna. To… nie było. Przejmowało jej ciało i równowaga chwiała się w nieprawdopodobny sposób. Co do diabła jej było? Czy to było odbicie od Rain, ponieważ była mieszańcem? Wiedziała, że przynosząc na ten świat mieszańca skraca własne życie, ale do diabła, to było jej dziecko, jej jedyne, ukochane dziecko! Jej natura nie mogła zaprzeczyć temu. Nie mogła temu protestować. A nawet gdyby, to miałoby miejsce już podczas ciąży.

Wyszła z sypialni, kierując się do północnego skrzydła mieszkalnego. Baza była przeogromna, zbudowana praktycznie za pomocą kamahskiej technologii. Wybudowanie w ukryciu i wyposażenie bazy było jej zadaniem, jej i Soriego. Sori nie zdążył dożyć jej pełnego wykończenia, ale w końcu wszystko się udało.  Antarianie nie mogli ich na razie ruszyć, ale było to tylko kwestią czasu, kiedy znajdą się na celowniku. Musieli opuścić planetę. Mieli w inkubatorach tysiące współpobratymców i na Ziemi zrobi się zbyt tłoczno. Antarianie prawdopodobnie już zwąchali pismo nosem, jak Tess doleciała do Antaru.

Nie, żeby jej to pomogło. Ketone wróciła z sukcesem, przywożąc z powrotem Kala i Redgara. Nie zapomniała, jak zmieniła się twarz Maxa, kiedy zobaczył swojego syna na jej rękach.

I Antarianie dziwili się kamahskiej manii na punkcie dzieci. A przecież nadawały życiu sens nawet podczas najgorszych chwil. Sprawiały, że chciało się żyć i walczyć dalej, nawet jeśli sytuacja była beznadziejna. I tak mały Zan zmienił Maxa w pokornego tatusia. Wstrząsający widok dla każdego z Kamahów, którzy pamiętali erę ‚Wielkiego Zana’. Ale dziecko zmieniło jego charakter i to było najważniejsze. Nie było sensu temu zaprzeczać. Jedyna dobra sprawa, która wynikła z zamieszania z Tess.

Usiadła przy inkubatorze Soriego. Był taki malutki… czekało go jeszcze pół wieku dorastania. Pół wieku! Nie zapomniała tego, co przeniknęło do jej świadomości w chwili, kiedy ponownie otworzyła oczy po operacji.

Sori był martwy. Jego wspomnienia należały do niej.

Widziała samą siebie, leżącą na zimnej posadzce posiadłości Langleyów. Skąpanej w srebrzystej krwi, jej skóra była tak zimna… odwrócił ją z najwyższą ostrożnością… i przez cały dom przebiegł przejmujący wrzask przerażenia i rozpaczy.

Królowa nie żyła. Nem była martwa.

Jej własna dłoń spoczywała w miejscu, gdzie jeszcze niedawno biły dwa kamahskie, mocne serca… Serca, które jednak nie wytrzymały naporu wspomnień, nie wytrzymały przerażających obrazów, które pamięć podsuwała z najwcześniejszego dzieciństwa, zanim jej świadomość nie została troskliwie wyzerowana przez naukowców. Zadbali o to, by kiedy się ponownie obudziła, nie pamiętała niczego prócz obrazów Kamah ze wspomnień innych. Własnych miała nigdy nie mieć… nie odzyskać. Ale Rain umierała na jej rękach i musiała sięgnąć do granicy swoich uzdrowicielskich zdolności… w rezultacie znosząc niemożliwe do zniesienia bariery w jej umyśle.

Śmierć Kary z rąk Zana w więzieniu. Zan rozszarpany na kawałki przez Rathisa w szale zemsty. Kamah w ogniu, widziany z Antaru. Kal i Rain patrzący ze łzami w oczach za trzema ogromnymi frachtowcami, na pokładzie jednego z nich miała się wkrótce znaleźć… Rathis opłakujący śmierć żony. Rathis używający swojej energii życiowej, by jej ciało i jej powłoki zamknęły się na niej, by mogła żyć.

Jak paskudna może być wojna?

To wszystko w niej tkwiło… i nie wytrzymała długo, kiedy runęły bariery. Dwa dni. Dwa dni przepełnione niewyobrażalnym koszmarem. Dwa dni, kiedy nie była zdolna zablokować tych wszystkich okropności i część z nich przejęła Rain. Raniła własne dziecko!

Naprawdę nie miała wyjścia. Dlaczego inni tego nie widzieli? Byli na Kamah, pamiętali wojnę. Jak można żyć z takimi ranami w sercu? Zniszczenie Kala, Soriego i Nem było niczym wobec udręki wspomnień z domu.

Ale oni także naprawdę nie mieli wyjścia. Musiała żyć, by przetrwali. Była nie tylko jedyną kobietą. Była czystej krwi dzieckiem Kary. Nosiła jej pieczęć. Nie miała dostępu do wszystkich królewskich zdolności, nie chciała ich… ale była, kim była i nie mogła temu zaprzeczyć, chociaż zaprzeczenie niejednokrotnie ratowało jej rozum.

I Sori stanął wobec śmierci nieformalnej królowej. Nie było nikogo, kto by przejął jej pieczęć, Rain nie była w stanie jej przyjąć. Była mieszańcem, a pieczęć była właściwie lustrem czystego genetycznego koktajlu. Mogli odtworzyć całą rasę, każdą osobę, która dotąd żyła. Z niej. Jej śmierć oznaczała wymarcie rasy.

Ale nie chciała śmierci Soriego. Nie jego.

Wyrzuty sumienia zjadały ją długo. Nie sądziła, by kiedykolwiek odeszły. Była słaba, nie wytrzymała. Nie nadawała się na królową… była tylko dzieckiem! Jak miała udźwignąć tę odpowiedzialność?

Dziewięć tysięcy inkubatorów na czterech frachtowcach. Każdy w innej bazie.

A wszystko w ciągu pół roku. Ale nic nie zdoła zmazać z jej rąk krwi Soriego. Zabił się, by dać jej nowe serca. Ale nawet jego pełne braterskiej miłości serca nie były wystarczające dla niej. Potrzebowała serca kobiety. Żeńskie Kamah miały inną strukturę wewnętrzną, miały więcej możliwości i mocy i aby ich ciała funkcjonowały potrzebowały silniejszych organów wewnętrznych.

Tak jak Rain umierała, ponieważ miała jedno małe serduszko, niezdolne by udźwignąć wszystkie procesy w jej na wpół kamahskim ciele, tak ona sama miała niedożywione powłoki zewnętrzne. Trzy z nich były prawie martwe. Ale to dało się naprawić. Rain nie. Dziękowała wszelkim dobrym mocom za każdy jej dzień z córeczką.

Za dwa lata… nawet nie chciała o tym myśleć, ale inni myśleli za nią. Za dwa lata nie będzie już Rain. A ona będzie sama na tej cholernej planecie, bez wsparcia, bez niczego. Więc Rathis zostawał. Z nią. Frachtowce nie były przystosowane do transportu mieszańca jak Rain i nie było sensu przebudowywać ich. Rath musiał przejść cały bolesny proces przekształcania się w poprzednią formę, ale był on już na ukończeniu. Miał jeszcze dwa dni do końca tego procesu.

A Sori ponad pół wieku. ‚Dzięki’ niej.

Uniosła dłoń i dotknęła powierzchni inkubatora. Maleńkie życie wewnątrz odpowiedziało czystym strzałem energii. Zachichotała. Chyba uważał ją za swoją mamę.

Nie zobaczyła tego, aż jej dłoń osunęła się z gładkiej powierzchni… Jej oczy rozszerzyły się w szoku, kiedy widziała pięć żarzących się punkcików po ich wewnętrznej stronie. Rozpalały się powoli, ból w końcu dotarł do jej zamglonego przerażeniem mózgu.

Skuliła się, kryjąc krwawiące ręce w długich niebiesko-czarnych włosach.

Wrzeszcząc w udręce.

~ * ~

Mężczyzna patrzył od jednego transgenika do drugiego przez chwilę. Niewygodna cisza zapadła w pomieszczeniu, ale Alec nie dbał o to. Kto by do diabła się przejmował tym, podczas gdy Han zaginęła, szukając tego sukinsyna?

„Nie widziałem jej ponad miesiąc.” blondyn oparł się w końcu o maskę samochodu i podrapał brew. Sytuacja była niepokojąca. „Co przeszukaliście?”

„Całe pieprzone miasto.” Solo ledwo tłumił gniew. Nie bardzo wierzył, że ten sukinsyn nie widział jego siostry przez tak długi czas, ale właśnie przez niego miała teraz problemy. O ile w ogóle żyła. „Sprawdziliśmy nawet tego senatorka od komisji ds. transgeników. Ani śladu.”

Rath zmrużył oczy. Niewątpliwie to jego obwiniali o jej zaginięcie, chociaż nie miał pojęcia dlaczego. Ale kto to zrozumie transgeników? Wyrzekali się własnych dzieci, więc nie miał ochoty wgłębiać się w ich psychikę. To było zadanie Redgara, nie jego.

Spojrzał na drugą połowę z szalonego duetu bliźniąt. Słyszał, że niedawno został skojarzony. Dziwne, ponieważ sądził, że Han i jej braciszek nawet to zrobią w tym samym czasie. Ale najwyraźniej nie. Ponieważ gdyby miała teraz ruję – a nie sądził, że to ten czas – zaszyłaby się gdzieś teraz z wybranym partnerem. I dałaby znać chociaż żeńskiej alfie.

„Żyje czy nie?” walnął więc prosto z mostu, praktycznie sprawiając, że Alec niemal skoczył mu do gardła. Uchylił się w ostatniej sekundzie. Umyślnie. Nie zamierzał walczyć z własnym ‚zięciem’. Spojrzał ponownie na Solo. „To ważne. Jest różnica, czy czujesz, że twoja siostra żyje. Szukanie ciała różni się zdecydowanie od szukania żywej osoby. Inne miejsca, inni szukający. A każda minuta może być ważna.”

Alec odprężył się nieznacznie, klnąc w duchu na siebie za niemal rzucenie się na faceta. Teraz zdecydowanie rozumiał Han, dlaczego mówiła zawsze, że Rath ma nerwy ze stali i mógłby zestawić w walce jakiegoś X5, co najmniej jakiegoś słabszego. Ruszał się zadziwiająco szybko jak na taką posturę. I miał piekielnie ukryte interesy. Znaleźć go było niezwykle ciężko. Ostatecznie jednak Rath usłyszał, że szuka go sama alfa transgenicznych, więc godzinę temu sam się z nimi skontaktował.

„Myślę, że żyje.”

„W porządku.”

Rath skinął głową i obszedł samochód. Wyciągnął całkiem sporą torbę podróżną z bagażnika i wskazał im na windę.

„Zapraszam na górę.” mruknął niechętnie, najspokojniej w świecie idąc w tym samym kierunku. Trójka transgeników poszła jego śladem.

Po kilku sekundach jazdy wyszli na korytarz, który wyglądem przypominał raczej podziemny parking, który właśnie opuścili niż cokolwiek innego. Szare betonowe ściany. Instalacje elektryczne przymocowane solidnymi hakami do ścian.

Rath wsunął kartę w czytnik i drzwi automatycznie otworzyły się, ukazując całkiem miły korytarz.

„Nic was tu nie ugryzie.” rzucił złośliwie na widok ich wahania „Mieszkam tutaj.”

Alec wszedł pierwszy, rozglądając się ciekawie. Przedpokój prowadził do tylko jednego pomieszczenia, które najwyraźniej spełniało rolę pokoju dziennego. Pomieszczenie było narożnym budynku, więc okna wychodziły na dwie strony. I gdyby nie dwa drobne szczególiki, wyglądałoby jak każde inne mieszkanie w mieście.

Było przerażająco czysto. Nie było najmniejszego pyłka w powietrzu, najmniejszego śladu kurzu czy brudu. Nawet dywan wyglądał na wyprany, albo był nowy… Każda z tysięcy listewek żaluzji była śnieżnobiała. Gdziekolwiek się nie obrócił, widział wręcz maniakalny porządek. Każda rzecz miała swoje miejsce. Nawet ogromna paproć, zdobiąca jedną ze ścian, nie miała żadnego uschniętego listka.

Drugim ‚szczególikiem’… był rozłożony wszędzie elektroniczny sprzęt. Alec spędził życie w wojsku, ale większość tego czegoś widział pierwszy raz w życiu. Stanowisko pracy Ratha składało się z kilkunastu stacji, czterech wzmacniaczy, odbiornika satelity i kilkunastu innych urządzeń, których nie potrafił rozróżnić. Co dziwniejsze, nie było żadnego monitora.

Tav klapnął w fotelu, Solo z założonymi rękoma stanął przy oknie. Rath rzucił torbę na metalowe schody prowadzące na antresolę i przeszedł do kuchni.

„Kawy?”

„Co?” Alec warknął.

„Będziemy czekać gdzieś koło dwóch godzin na jej zlokalizowanie. Kawy?”

Żaden nie chciał, więc Rath tylko wzruszył ramionami. Nie chcieli, ich problem. Może rekiny w ich genach naprawdę sprawiały, że nie spali… pomijając, że wcale nie każda tego typu rybka obywała się długo bez snu. Znając Manticore, wszystko było możliwe i wcisnęli kit własnym ludziom.

Nie musiał czekać długo, minęło może dziesięć minut, kiedy w jego głowie odezwało się echo pieczęci. Królowa była w pobliżu.

„Zaraz tu będzie.” mruknął do swoich gości.

„Kogo zatrudniasz do szukania zaginionych?”

„Nie zatrudniam jej. Ale chcę was się szybko pozbyć, a Nemesis jest absolutnym geniuszem w znajdowaniu tego, co ukryte lub co nie istnieje.” zaironizował. Dwie sekundy później wspomniana postać bezgłośnie pojawiła się na szczycie schodów i spokojnym krokiem rozpoczęła swoja drogę na dół.

Alec obrócił się gwałtownie, czując czyjąś obecność i oddech zamarł mu w płucach. Drobna, jeszcze nawet szczuplejsza niż wiele tygodni temu, tamtej nocy w Crash, spowita od dołu do góry w coś, co przypominało srebrny dres, wydawała mu się jeszcze piękniejsza niż kiedykolwiek mógł spamiętać. Wspaniałe, ciemne fale spływały na ramiona i plecy, ginąc w kapturze bluzy. Ale najpiękniejsze były jej oczy. Na szczycie schodów wydawały się płonąć zielenią, później barwne iskierki wydawały się wręcz zanikać i na dole patrzyła już na świat brązowym spojrzeniem. Wrażenie było niewiarygodne.

Nie zwracała uwagi na transgeników. W rzeczywistości przez dłuższy moment wahała się, czy przyjść, wyczuwając ich tutaj. Ale musiała spotkać ojca. Poza tym nie wzywał jej bez powodu.

„Chciałeś mnie widzieć.” mruknęła, kierując się w stronę kuchni. Zapach świeżo parzonej kawy z tabasco podrażnił jej nozdrza. Kofeina. Psiakrew, potrzebowała jej, by nie zasnąć.

Rath wyłonił się z sąsiedniego pomieszczenia, niosąc dzbanek i dwa kubki.

„Możesz znaleźć dla…” zamarł. Jego spojrzenie powędrowało prosto do jej dłoni. „Cholera.” wymamrotał. Odstawił naczynia i skinął na nią, by usiadła przy stole. Transgenicy z zainteresowaniem śledzili ich wzajemne oddziaływanie. Wydawało się wręcz, jakby nie zauważali nikogo innego w pokoju.

I co do diabła Nem robiła w życiu bezwzględnego terrorysty?

„Pokaż mi.”

Westchnęła i położyła dłonie na stole. Ostrożnie uniósł bandaże po wewnętrznych stronach. Proces wydawał się całkowicie w pełni rozkwitu. Spojrzała na niego niepewnie.

„Drugą stronę też.”

Westchnęła miękko i odwróciła dłonie z niechęcią. Krwawiły, to nie był dobry znak. Ale pieczęć torowała sobie drogę do władzy w jej organizmie. Nie mogło być gorszej chwili na to.

„Od kiedy?”

„Byłam u Soriego.” wzruszyła ramionami. Rath spojrzał na zegarek. Była czwarta nad ranem, nocna pora… musiały ją dręczyć koszmary, skoro odwiedziła brata. Westchnąwszy w końcu, usiadł naprzeciwko.

„Znasz Han z oddziału 494?”

„X5 – 855. Połowa z szalonego duetu, dosyć często zwiadowca.” skinęła głową. Oczywiście wiedziała, jakiego typu stosunki łączyły Han i Ratha. Trudno jej było nie wiedzieć o kochance ojca. Nie podobało się jej to i Rath po prostu zerwał kontakty z dziewczyną.

„Zniknęła trzy dni temu. Poszukiwania zawiodły, a ktoś tutaj obwinia mnie o jej zniknięcie.”

Alec drgnął.

„W porządku.” wzruszyła ramionami „Żywa czy martwa?”

„Prawdopodobnie żywa.”

„Masz zapis struktur życiowych?”

„Tak. Możesz zajrzeć z centrali.”

Podniosła się i ignorując innych zmierzała do wyjścia.

„Wrócę za dwie godziny. Lepiej miej dla mnie ogromny dzbanek kawy.” mruknęła. Rath skrzywił się wymownie.

„Śnisz, mała.”

Kofeina po przeszczepie serca? Nie ma mowy! Już dość była chora.

„A żebyś wiedział…” dobiegł go śmiech, zanim drzwi windy zasunęły się za jej drobną postacią.

Odwrócił się w stronę transgeników, rejestrując drobne osłupienie w oczach każdego z nich.

„Skąd znasz Nem?” przysiągłby, że głos Aleca wręcz drżał. Przyjrzał mu się uważniej, ale facet zdążył narzucić tę bezemocjonalną maskę.

Uśmiechnął się w duchu. Teraz możemy się zabawić.

~ * ~

Minęło może z piętnaście minut, a napięcie w pomieszczeniu sięgnęło wręcz zenitu. Żaden z transgeników nie miał ochoty na towarzyską pogawędkę. Solo zbytnio martwił się o los siostry, Alec martwił się, że Nem go ignoruje i jej możliwe związki z tym bezwzględnym facetem, a Tav martwił się po trochu o Han i dużo więcej o Aleca. A że ich przemiły gospodarz nie kwapił się wcale odpowiedzieć na pytanie McDowella, przeto nastrój był naprawdę grobowy. Przy tym wcale nie przejmował się przewagą liczbową swoich zdenerwowanych gości. On miał informacje. Był górą.

Ale też fakt, że posiadał informację, czynił go obiektem uwagi Aleca. I niekoniecznie ta uwaga dotyczyła Han. Stał przy oknie, spoglądając w ciemne zaułki. Nie widział, kiedy Nem wyszła ani którędy. Podejrzewał, że było więcej wyjść.

„Jesteś na dobrej stopie z nią.” zauważył najspokojniej w świecie. Każdy i tak wiedział, o kogo chodziło, więc po co wysilać się z imionami?

„W przeciwieństwie do ciebie.” Rath wyszczerzył zęby, naprawdę ubawiony. Wyglądało, że 494 był zazdrosny o niego. Na litość boską! Toż to byłoby chore! „Nieźle sobie nagrabiłeś w zeszłym roku.”

„Bynajmniej nie było to moim zamiarem.” Alec ostrożnie ważył słowa. Nie miał pojęcia, do kogo mówi. Rath był nieprawdopodobnym sukinsynem, niezwykle bezwzględnym i praktycznie bez słabości. Solo wystarczająco wiele opowiadał mu o tym facecie. Nie mieli niczego na niego, on za to wiedział zbyt wiele o nich. Fakt, że jakoś był połączony z Nem, nie polepszał sprawy ani dla niego, ani dla Han. Rath był bezwzględny i bardzo zdolny w tym, co robił. Ale też słynął ze skrytości, siły charakteru i kilku innych cech, których próżno by szukać razem u człowieka. Większość transgeników ich nie miała!

Gdyby tylko coś więcej wiedzieli o tym facecie… sam pomógłby Han w pomyślnym zakończeniu sprawy. Ale Rath nie krył, że był na tyle blisko Nem, by doskonale zdawać sobie sprawę z wydarzeń z misji do Nigerii. Bo raczej Han mu nie wspominała o tym. Nie rozmawiali o pracy. Prawda?

I co do diabła łączyło jego Nem z tym skurwielem? Co takiego, co pozwalało mu wręcz żartować z niezręcznej sytuacji? Jego myśli zaciemnił bardzo ponury i bardzo niepożądany obraz. Czy mieli romans? Czy Rath spał z Nem za plecami Han?

„Doprawdy?” głos Ratha zmienił się nieznacznie, zniknęła nutka rozbawienia. Nalał sobie kawy i powiódł wzrokiem po całej trójce. Każdy wydawał się na krawędzi. Więc może chociaż będą szczerzy? W gruncie rzeczy bardziej przypominali Kamahów niż Ziemian. Może w tym tkwił problem. Może dlatego Alec tak przypadł wtedy do gustu jego córce, a on sam nieprawdopodobnie długo ciągnął romans z Han. Za długo, niestety. „Bo jak dla mnie… to wyglądało albo na całkowite olanie sobie Nemesis albo… Biggs kłamał jak z nut. Ale raczej nie wydaje mi się, byś reagował w ten sposób na kogoś ci obojętnego. Krew się w tobie burzy na samo podejrzenie, co mnie łączy z Nem. Nieprawdaż?” podrapał brew.

Wyrazy twarzy trzech mężczyzn były bezcenne. I tyle na temat żelaznej dyscypliny wpajanej im w Manticore, uznał żołnierz w Racie. Ludzie bywają dziwni. Szkolą swoich żołnierzy, by nie mieli uczuć, dając tym samym swoim wrogom śmiesznie łatwą w zastosowaniu broń. Żołnierze muszą nauczyć się radzić sobie z emocjami, inaczej będą wobec nich bezradni niczym dzieci. Każda istota żywa, nawet ludzie czy transgeniczni, coś czuli. Zaprzeczanie temu prowadziło do porażki. Kamahowie wykorzystali swoje uczucia ochronne wobec dzieci do rozwoju i ostatecznie to ich uratowało. Nie bezduszność żołnierzy.

„Co ma do tego Biggs…?” głos Aleca był wypełniony ostrożnością, ale i cichą nadzieją.

Rath strzepnął niewidzialny pyłek z bluzy. Kilka dodatkowych sekund czekania nie znaczyło w końcu niczego dla kogoś, kogo nie obchodziła w ogóle jego córka… a jeśli obchodziła, to zachowywał się jak idiota. Ktoś musiał go obudzić.

„Zeszłej jesieni nasz pobratymiec Redgar, wam znany jako Dan Brown, odnalazł Biggsa, szukając ciebie.” spojrzał na Aleca „Kiedy Manticore spłonęło, jakimś cudem znajdowałeś się na liście martwych transgeników. Potem, od jakiegoś zbiegłego X5, mającego kontakt z przemilutkim wirusem mającym zniszczyć wasz gatunek, usłyszeliśmy plotkę, że jednak żyjesz.”

„Nem szukała Aleca?” w głosie Tava pobrzmiewało niesłychane zdumienie „W Crash nie odniosłem wrażenia, by się cieszyła z jego znalezienia.”

Rath parsknął. Crash i zamiary Nem… było, minęło. Jego najmłodsza latorośl mogła mieć szalone pomysły, ale zbyt często brakowało jej odwagi i wiary w szczerość uczuć innych, by je zrealizować. Cholerne zielone oczęta.

„Właściwie to tylko ze względu na Rain nie rozszarpała go na strzępy. Według jej wiedzy, wiedziałeś o niej, wiedziałeś o jej największej słabości, znałeś powiązania i ogólnie rzecz biorąc byłeś w posiadaniu informacji mogącej kosztować nas wszystkich życie, deklarując przy tym całkowitą niechęć do osoby Nem i naszego gatunku.” jeśli w jego głosie brzmiało rozbawienie, a nie czyste ostrzeżenie, to Tav był muchą na ścianie. Ten facet wiedział, o czym mówił. I Bóg wie, czym zapłacą mu za wyjawienie tych informacji i rozjaśnienie sytuacji. Ale Biggs? To nie mieściło się w głowie! „Nem może i nie myśli jak transgenik, ale my, Kamahowie, mamy znacznie bardziej rozwinięte instynkty opiekuńcze wobec dzieci niż nawet wy. Toczyliśmy wojny, mordowaliśmy, rozwijaliśmy technologię, za którą teraz każda rasa we wszechświecie oddałaby swe istnienie… próba dojścia do ładu z ojcem własnego dziecka wydawała się drobnostką wobec tego.”

Alec oparł czoło o ścianę. Dziecko? Jego i Nem? Dziecko? Nem była w ciąży i szukała go?

Jego żołądek fiknął co najmniej potrójne salto. Nem i on… stworzyli nowe życie?

Co do diabła się stało, że teraz ziała taką lodowatą obojętnością i niechęcią?

„W wielkim skrócie ujmując, jesteś ojcem prześlicznej dziewczynki. Nie ludzkiej, nie transgenicznej, ale kamahskiej… Geny Nem są dominujące. Jej fizjologia odpowiada naszej. Co znaczy, że urodziła się po miesiącu, już mówi, chodzi i na tyle pojmuje świat dookoła, by zrozumieć w swojej małej główce, że musi ukrywać swoją inność, by przeżyć… czyli powtórka z rozrywki aka życie Nem. Ale… znaleźliśmy dla niej Biggsa. Biggs znalazł ciebie… podobno…” zawiesił głos na kilka sekund „… nie będę przytaczał tego, co powiedział. Obejrzysz sobie.”

„Masz video ze spotkania?” głos Aleca był napięty. Cała czwórka w pokoju doskonale wiedziała, że Biggs pojawił się dopiero przed kilkoma tygodniami w Seattle.

Jezu, facet nie żyje, skonstatował Tav, patrząc na twarz brata. Dlaczego do cholery Biggs zrobił coś takiego… ukrył fakt przeżycia Nem, i to w dodatku, że szukała Aleca, że było dziecko – o matko, został wujkiem, co robią wujkowie? Nie miał pojęcia! – dziewczynka.

„To było kilka spotkań, nie jedno. Nagrania z kamer bezpieczeństwa w rezydencji Langleyów. Nem zamieszkała z moim szwagrem, Kalem Langleyem. Normalnie nawet z dzieckiem wykonywałaby różne zadania, ale kwestia zapewnienia dziecku bezpieczeństwa przeważyła. No i Kal uwielbia mieć ją u siebie w domu. Wygląda jak młodsze wcielenie jego żony, więc traktuje ją jak własną córkę.”

„…deklarując całkowitą niechęć do osoby Nem i waszego gatunku…” Alec wyszemrał, nie do końca pewny, czy dobrze usłyszał. To nie mogło być prawdą. To było zbyt ohydne, zbyt nieprawdopodobne. „Biggs chyba nie powiedział, że wyrzekam się… Rain?”

„Lepiej.” Rath odstawił ostrożnie kubek. Następne słowa mogły sprawić, że Alec straci opanowanie nad sobą i rzuci się w furii na najbliższą osobę. Cóż, lepsze to niż wcześniejszy wariacki gniew i zmieszanie. „Nie chcesz znać Nem, nie wierzysz, że dziecko jest twoje… i głęboko pogardzasz i nienawidzisz ją za to, jaki gatunek reprezentuje.”

Tav nie był pewien, czy być dumnym z opanowania brata. Jego postać wyrażała tylko tłumioną z wysiłkiem furię i próby rozsądnego objęcia tego wszystkiego… które oczywiście zawodziły. Jak można było coś takiego zrozumieć? Pojąć? Nie wyobrażał sobie, jak musiał się teraz czuć. Jego wybrana kobieta, wbrew okolicznościom i wmieszaniu się Renfro, zdecydowała się go odszukać, mieli dziecko, a Biggs, jego najlepszy przyjaciel i zastępca… nie, to było nie do pojęcia.

„Whola… jaki gatunek reprezentuje? Tzn. Kamah, tak?” mruknął Solo. On w tym wszystkim miał najczystszą głowę. Jedyne, co go interesowało to fakt, jak się to odnosiło do wyboru Han.

„Acha.”

„Jak dużo różnicie się od ludzi? Tak jak my od nich?”

Co za jazda… a chciałem, żeby tylko mnie wysłuchali. Nie ma to jak otworzyć puszkę Pandory.

„Na tyle, na ile może różnić się gatunek nie z tej… planety.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *