Przepraszam (6)

Rozdział szósty: Zapomniałaś, że mamy randkę?

Po prawie dwóch dekadach poza inkubatorem na tej świrniętej planecie, Nem była gotowa przyznać  Ziemianom trzy rzeczy.

Po pierwsze, byli absolutnie dziwni. Ich umysły krążyły wokół czasem tak absurdalnych spraw, że nawet jej zdolności i pół wieku nauki o ich psychice czasami nie wystarczały. Ale może to była właśnie odmienność transgenicznych od ludzi. Może Redgar by to pojął. Ale nie było go tutaj, by jej to wytłumaczyć. Więc mimo wszystko, na odległość i całkowicie przytomna, ‚włamała’ się do snu Aleca.

Prawie zepsuła decydujący strzał, kiedy jej świadomość zarejestrowała, że śnił o Max na Space Needle. Ta zdzira panowała nawet w jego snach. Fakt, że pokręcony umysł Aleca wywołał obraz Tava i Max razem w łóżku… brrr. W każdym bądź razie po takim widoku uznała, że transgeniczni czy ludzie… są jednakowo dla niej niezrozumiali i dziwni. Przecież nie śnisz normalnie o własnej dziewczynie i swoim bracie w łóżku! No, chyba, że to miał być milutki koszmar… ale fale mózgowe Aleca na to nie wskazywały.

Po drugie, byli głupi. Jeśli jesteś wrogiem publicznym numer jeden, nie robisz zbiegowiska w barze wypełnionym ludźmi, nawet jeśli to rocznica ‚bycia ze sobą’ popularnej pary, nawet jeśli twoja rasa od kołyski była szkolona na żołnierzy doskonałych. Jeszcze głupsi od transgeników byli ludzie… ponieważ wychwyciła co najmniej dwóch agentów NSA wcześniej, tu, w Crash, którzy zabawiali się w najlepsze, jeden nawet podrywał nie zainteresowaną nim transgeniczną… i nie mieli zielonego pojęcia, co mają przed nosem. Transgenicy czy ludzie… ich inteligencja nie była najwyższych lotów. Tylko transgenicy mieli tę przewagę nad ludźmi, że kiedy uderzały w nich instynkty, wówczas naprawdę ich szare komórki potrafiły pracować. Przynajmniej według słów Redgara, a on w końcu spędził wiele lat pracując z nimi.

Trzecia rzecz, którą mogła z zamkniętymi oczami przyznać ludziom, wkurzała ją jak mało co.

Ich etyka leżała w rynsztoku.

Co gorsze, nie pojmowali zupełnie aluzji… głusi na wszystko wokół. I 494 właśnie na dzień dobry po prawie roku nie widzenia się, dowiódł tej trzeciej rzeczy w pełnej krasie.

Chociaż może ta scena miała udowodnić siedzącej smętnie w kącie Max, że spotkanie ‚byłej’ – o ile mogła się tak nazywać – nic dla niego nie znaczy?

Ale nie. Spojrzenie Aleca wędrowało po całej jej postaci, czuła, jak jego energia wibruje gniewem i furią, kiedy Garry ją uścisnął. Jak do cholery mógł myśleć o niej w jakimkolwiek seksualnym kontekście, wściekać, że obejmuje ją stary znajomy, podczas gdy jego własna dziewczyna rozpaczała w kącie, że dzisiejszego wieczora nie przybył do Crash?

Szczególnie, że do Crash przybył tylko i wyłącznie dlatego, że zesłała na niego przewrotny sen.

Może powinna jednak dać sobie spokój. Jeśli z 494 na wolności rzeczywiście wyrósł taki Alec McDowell, jak donosił wywiad, nic nie przyjdzie jej z pokonania Max, co najwyżej niesmak po tym wszystkim.

I czy w ogóle chciała takiego ojca dla Rain?

Z drugiej strony naprawdę nie miała wyboru. Jej dziecka nie spotka jej los, jeśli będzie miała chociaż najmniejszą szansę przekonania Aleca do Rain. Rain nie będzie miała zielonych oczu, jak ona. Będzie miała naturalne psychiczne bariery przeciwko wspomnieniom umarłych ludzi, będzie rozumiała emocje w innych i wiązała je z ich zachowaniem. Nie będzie musiała przechodzić długiego i trudnego etapu nauki, liczonej w dekadach. Koniec, kropka.

Ok. Może nie kropka, co najwyżej ‚kropka nad i’… uznała w duchu, ocierając wrzątek spod oczu. Zmusiła powłokę, by nieznacznie się zarumieniła w miejscach, na które spadły ciemne i gorące krople. Kawa była przeznaczona dla jej żołądka, w dodatku była mocno słodka i z tabasco, o ile węch jej nie mylił.

Tłumiąc złość i ignorując jego przerażoną minę, schyliła się i podniosła skorupki kubka. Wiedziała, że przyciągają uwagę… może nawet zbyt wiele. Nie była to jednak uwaga na samej scenie, co zapewne na jej przemoczonej bluzie, która nagle postanowiła stać się nadzwyczaj przezroczysta. Może i ubranie było wysokogatunkowe i ta bluza kosztowała dobrze ponad tysiąc zielonych, ale była absolutnie niepraktyczna… teraz. Plamy z kawy na cienkim materiale, kiedy jedyne, co miała pod sposobem, było ekspozycją w jej nowej kolekcji koronkowej bielizny, zdecydowanie przyciągały męską uwagę. Szczególnie tych, którzy spoglądali na nią wcześniej. Zapewne teraz w duchu gratulowali Alecowi ‚pomysłu’ i ‚inwencji’, podczas gdy ona sama miała ochotę kopnąć go w najbardziej wrażliwe miejsce na jego genetycznie poprawionym ciele.

Położyła skorupki na ladzie.

„Chad, Daren już wrócił?”

Jej głos był melodyjny i z gotującą się w nim złością, całkowicie w charakterystycznym tonie… wkurzonego Kamaha. Ostatecznie gapiło się na nią gdzieś z połowa Crash. Na nią i na scenę.

„Nie.” barman pokręcił głową przecząco, zastanawiając się w duchu, co do diabła jest grane. Coś tu nie pasowało. McDowell, cokolwiek łączyło go z Langleyami, był wyczekiwany przez nią. Drugą noc. Była tu z jego powodu. Widział to w jej z lekka obłąkanym uśmiechu, tuż przed tym, zanim chwycił ją za ramię.

Już wiedział, skąd brały się plotki, że Nem Langley jest nie tylko adoptowaną, ale i biologiczną córką Langleya. Wzięła się znikąd, robiła co chciała, była chroniona lepiej niż prezydent i dostawała wszystko, czego sobie życzyła. Ale nawet nie to  budziło tyle kontrowersji…. Sori Langley miał to samo. Ale o nim nigdy nie było tego typu plotek i teraz Chad dowiedział się, skąd się brały.

Nemin Langley miała ten sam maniakalny rys psychiczny, jaki miał Kal. Sposób, w jaki przechylała głowę, kiedy coś szło po jej myśli i zarazem nie było przyjemne dla przeciwnika. Obojętność, z jaką odnosiła się do ludzi, sposób, w jaki się dystansowała od nich… i cała masa innych szczególików, których plotki nigdy nie niosły ze sobą. Nem była znana – jej zdolności, inteligencja, upór, a także fakt całkowitego poparcia ze strony Kala, cokolwiek by nie robiła. Ale plotki krążyły tylko wśród tych, którzy znali zarówno Kala, jak i zetknęli się osobiście z Nemin.

Ponieważ w jakiś cholerny sposób, kiedy tylko ujawniała cokolwiek prócz klasycznej obojętności na wszystko i wszystkich wokół, przywodziła na myśl od razu Kala. Coś nieuchwytnego, ale tak dominującego w jej zachowaniu… Niemożliwością było, by nabyła to tylko wychowując się w którejś z luksusowych posiadłości Kala. Nie, nawet jeśli przebywałaby z nim dzień i noc, a przecież tak nie było.

Ale podobieństwo do Kala miało jeszcze jedną stronę. Sprawiało, że Nem wydawała się naprawdę niebezpieczna i człowiek przestawał widzieć dziecko, kiedy na nią spoglądał. O nie. Widział młodszą wersję faceta, który potrafił być bardziej niebezpieczny na zimno niż cała horda rozwścieczonych transgeników.

Musiał interweniować, by zapobiec jakimś incydentom… ale jak mówisz córce założyciela Kamah, by się uspokoiła? Zwłaszcza, że nie miała ze sobą nawet kurtki.

Szczerość, pomyślał nagle. Kamahowie, najwyżej postawieni, ci z czarnej listy, tolerowali nawet całkowitą głupotę, wypowiadaną pod wpływem emocji, jeśli była wypowiedziana szczerze.

Uśmiechnął się.

„Z jakiegoś szalonego powodu przypomina mi pani teraz Kala. Nie zauważyłem wcześniej.”

Nem stłumiła uśmieszek cisnący się na usta i spojrzała na swoją zniszczoną bluzkę.

„Trochę się jednak od niego różnię.” mruknęła rozbawiona, złość ulotniła się z niej momentalnie. Ten człowieczek potrafił używać szarych komórek. Wow. Już zaczynała go lubić. Być może wieczory w Crash nie będą takie przykre, jak myślała.

„Zaryzykowałbym stwierdzenie…”

Jednym zwinnym ruchem siadła na barze, przekręciła nogi i wylądowała po drugiej stronie.

„…że jednak charakter macie ten sam.” dokończył ze śmiechem. Wzruszyła ramionami. Sięgnęła pod kontuar, wyjmując rolkę papierowych ręczników.

„Ludzie nieczęsto mówią mi, że jestem bezczelna.”

„Prawdopodobnie nie mogą znaleźć synonimu dla okrutna i bezwzględna.”

Uśmiechnęła się ponownie w charakterystyczny sposób. Kilka osób wokół wzdrygnęło się i odwróciło swoją uwagę. To nie była kobieta, na którą można było bezkarnie się gapić.

„To czemu tak mówią o Kalu?” zaironizowała. Ignorując kompletnie osłupiałego Aleca, podążyła wzdłuż kontuaru i zniknęła w drzwiach na zaplecze.

~ * ~

Daren chciał niemal wyśmiać wyraz twarzy McDowella, wciąż gapiącego się w oszołomieniu na wyjście na zaplecze Crash. Ale biorąc pod uwagę, że lokal był wypchany po brzegi transgenikami, z których właśnie każdy usiłował znaleźć sposób, by pomóc bez narażania się czy wchodzenia w drogę 494, kiedy działał według instynktów, opcja ta nie należała do najrozsądniejszych.

Dokończył swoją drogę na schodkach i szybkim krokiem przebrnął przez tłum. Wszedł za kontuar dokładnie w miejscu, w którym zza niego wyszła Nem. Rzucił kurtkę na krzesło i beztrosko pogwizdując spytał Chada, jak leci.

„Masz gościa, szefie.”

„Hm?”

„Langley.”

Udał naprawdę ciężkie westchnienie. Sytuacja była tylko zbyt zabawna, by ją ot tak po prostu rozwiązać.

„Powiedz mi, że to kolejna kontrola, a zamorduję.”

„Nie wiem.” Chad roześmiał się „Ale chyba nie wysyłają na kontrolę kogoś, kto ogrywa wszystkich w bilarda, ani wygląda tak jak ona.”

„Ona?” podniósł ‚niedowierzająco’ brew „Małe, drobne, o ciele, za którym wodziłby oczami każdy facet w pomieszczeniu? Czarne włosy, brązowe oczy, patrzące wyjątkowo bezczelnie na świat?”

„Brzmi niemal jak ona… ale ma zielone oczy.” roześmiał się. Nie wiedział, w co pogrywa szef, ale zabawnie było uczestniczyć w tej scenie…

„Nemesis i zielone oczy?” podniósł brwi „Kto ją tak wkurzył?”

Chad skinął głową na McDowella, który wyglądał, jakby miał zamiar wybrać się na zaplecze… a ktokolwiek stanie mu na drodze, będzie trupem w dwóch sekundach.

„Wkurzona Nemesis… lepiej tam pójdę.” Daren westchnął ‚ciężko’, rejestrując gwałtowny wzrost energii wściekłości i furii przy słowach ‚ciele, za którym wodziłby pewnie każdy facet w pomieszczeniu’. Najwyraźniej wbrew temu, co twierdził 593, w 494 tkwiło coś jeszcze z dawnych uczuć do ich najmłodszej latorośli. A propos 593… pałętał się gdzieś w pobliżu, czy tylko mu się wydawało?

Ale jeśli w 494 coś jeszcze tkwiło wobec Nem… no dobra. Czas najwyższy wezwać posiłki. Sytuacja wymykała się spod kontroli błyskawicznie. Nem nie była w stanie wyczuć jego uczuć. Nie potrafiłaby ich rozpoznać, nawet jeśli klęknąłby przy całym Crash i zacząłby śpiewać dla niej serenadę miłosną. Cholerne zielone oczy.

Najpierw jednak musi zapytać Kala o zgodę. Bo jeśli zrobi to, co zamierza bez jego zgody… może wywołać o wiele więcej problemów, niżby rozwiązał. Jeśli Nem nie była gotowa na ponowne spotkanie Rathisa, mógł spowodować niewyobrażalną katastrofę.

Tylko w cholerę, gdzie się teraz podziewał jedyny egzemplarz antarskiego wicekróla, jakiego stworzyli? Jeśli sama Nem nie była w stanie wyczuć go, tym bardziej on sam nie zdołałby tego zrobić. Kal z pewnością był z nim w kontakcie, przekazując mu wieści o Nemin, ale sprowadzenie go tutaj mogło zająć wiele cennego czasu. Więc lepiej dać znać jak najszybciej.

Ale najpierw Nem i jej wściekłość.

Aaach, zapowiadał się nadzwyczaj interesujący wieczór.

„Hej, Daren.” uśmiechnęła się, nawet nie odwracając, kiedy wszedł bezgłośnie do prywatnej łazienki na zapleczu. Marszcząc brwi usuwała plamy z materiału za pomocą mocy. Marnie jej szło… albo było zamierzone, skontastował, kiedy zobaczył, że bluza była praktycznie mokra, a na jej skórze widniały zaczerwienienia. Zaczerwienienia! U zmiennokształtnego Kamaha!

„Hej, diablątko…” uścisnął ją i ostrożnie przyjrzał się jej oczom „Wyglądasz koszmarnie.”

„I tyle na temat jak się czuję.” skwitowała krótko, potwierdzając niewypowiedziane pytanie o życie bez Soriego.

„Zostało coś z twojej poprzedniej wizyty.” mrugnął do niej, wyczuwając zbliżającą się energię 494. Naprawdę, wieczór będzie jeszcze bardziej interesujący niż się zapowiadał, ale musi wezwać posiłki. Jak najszybciej. „Przyniosę ci.”

~ * ~

W całym jego życiu Alec nie czuł się tak przestraszony, jak stając na progu salonu, poczekalni czy czym tam jeszcze było to pomieszczenie. Walczył, by odzyskać oddech w jego płucach, ale tak naprawdę całe jego skupienie pozostawało za uchylonymi drzwiami łazienki.

„Zostało coś z twojej poprzedniej wizyty.” mężczyzna mrugnął do Nem „Przyniosę ci.”

Nem żyła. Alec chciał skakać z radości w jednej sekundzie, a w następnej kulił się ze strachu. Manticore naprawdę nie nauczyło ich radzić sobie z emocjami, nauczyło tylko je ignorować. Jego wcześniejszy sen i jego reakcja…

Znów wróciły wszystkie obawy. Na dzień dobry praktycznie oblał ją wrzątkiem, podczas gdy jego serce zamarło w szoku. Nem żyła. I nic jej najwyraźniej nie było.

Jak bardzo los może sobie z kogoś zadrwić?

Modlił się przez rok, by móc w jakikolwiek sposób móc powiedzieć przepraszam, nie mając nawet najmniejszej nadziei na uwolnienie się od dręczących wyrzutów sumienia, od zamrażającego go od środka poczucia winy. I kiedy przewrotny los dosłownie podał mu jak na tacy nieprawdopodobną okazję, co zrobił?

Znów ją zranił.

Obiecał jej, że będzie bezpieczna… a ktoś powinien ją chronić przed nim.

Och, Boże… Nem żyła. Uciekła. Uciekła z lotniskowca, niemal popełniając samobójstwo. Jak trudne musiały być dla niej te wszystkie miesiące po, szczególnie, że naprawdę nie miał pojęcia, jak przeżyła upadek do wody, i to w pobliżu śruby napędowej lotniskowca. Sama ścigana, mając na karku zapewne NSA z powodu baz danych Manticore, ściągała na siebie jeszcze więcej niebezpieczeństwa, będąc w jakiś sposób powiązana z Kamah. Czy miała kogoś, kto jej pomagał? Nie tylko chronił życie, ponieważ nosiła nazwisko Langley, ale kogoś, kto naprawdę się o nią troszczył i wspierał w trudnych chwilach?

Zwłaszcza, że Nem praktycznie zniknęła z tego pseudo-bogatego światka, zniknął jej ojciec, przepadając bez wieści… I to spojrzenie, jakim Dan obdarzył go na ulicy. Zagadkowe, którego nie zrozumiał. Brown wiedział.

Nagle inna myśl znokautowała jego kompletnie i cofnął się z powrotem do korytarza. Jeśli Brown wiedział… Dobra, nie było możliwości, by nie wiedział. I Brown jak mało kto wśród ludzi wiedział o instynktach transgeników, o ich naturze. Wiedział, jak bardzo rządził nimi instynkt, kiedy chodziło o partnerów.  Instynkt ochronny, potrzeba ochronienia tego, co było ich, odbierało im rozum. Dosłownie. Nic nie było ważniejsze niż potrzeba ochronienia rodziny. I każdy transgenik, jak jeden, bał się chwili, w której jego rodzina znalazłaby się w jakimś poważnym zagrożeniu, nie tylko wybrany partner, ponieważ w takich momentach tracili kontrolę nad instynktem.

„Sukinsyn…” wyszemrał do siebie.

Ponieważ jeśli Brown wiedział, że Nem przeżyła, znaczyło to, że Nem wciąż wierzyła, że ją wykorzystał. I data odejścia Browna… wszystko się zgadzało.

Nem myślała, że była dla niego pracą. Tak samo myślał Brown. Dlatego mu nic nie wspomniał.

Co tylko znaczyło, że teraz musiałby stanąć przed Nem… Los dał mu dokładnie to, o co się modlił. Okazję, by powiedzieć przepraszam. Tylko jak? Czy uwierzy? W jaki sposób się do niej zbliżyć, by nie uciekła ponownie? I czy członkowie Kamah nie wtrącą się?

Ale też tak naprawdę nie miał pojęcia, czy ma w sobie siłę by stanąć przeciwko jej oskarżeniu i gniewowi. Skorzystał z niej, miała gorączkę, namawiał ją… i skończyło się to w chwili, kiedy ta zdzira Renfro wkroczyła na scenę.

Nie miał najmniejszej wątpliwości, że teraz zapłaci każdą cenę za bycie z nią… nie tylko za szansę powiedzenia przepraszam. Po prostu musiał być pewny, że była bezpieczna. Potrzeba zapewnienia jej ochrony była wręcz dusząca.

~ * ~

Samochód odmówił im posłuszeństwa na przedmieściach Los Angeles. Przez wiele godzin Luise leżała skulona na przednim siedzeniu, nie odzywając się poza sporadycznymi chlipnięciami. Jej twarz była naznaczona łzami. Nem wiedziała jednak, że nadejdzie jeszcze czas prawdziwej rozpaczy, chwile załamania i zwątpienia. Kiedy rzeczywistość uderzy ją z całą siłą i świadomość tego, co się wokół dzieje i jak małe są tak naprawdę ich szanse doprowadzi ją na skraj załamania. Mogła mieć tylko nadzieję, że kiedy tak się stanie – a stanie się na pewno, prędzej czy później – będzie przy niej. Luise była pierwszym człowiekiem, którego Nem tak naprawdę polubiła i to od pierwszej chwili. Pierwsze wrażenie nie myliło jej i przez lata ponadto zdołała się przekonać, że posiada wyobraźnię i serce, których brak większości ludzi. Oczywiście związek z Redgarem  otworzył jej oczy na wiele spraw i uświadomił o rzeczach, których inni nie zauważali. Ale to było serce, troskliwość i ciepło, które przyciągały Nem. Była naprawdę malutka, kiedy spotkała po raz pierwszy Luise i od razu z miejsca uznała, że nadawałaby się doskonale na ciocię. I po latach wiedza, że wcale się nie pomyliła, wywoływała ogromny uśmiech na jej twarzy. Co najmniej coś, o czym mogła myśleć w chwilach zwątpienia i z pewnością coś, co jej pomoże, kiedy nadejdzie najgorszy dzień jej życia.

I zdecydowanie dwa dni temu nadszedł.

Jak bardzo może boleć odrzucenie? Myślała, że wie po śmierci matki. Niestety, to piekące uczucie w sercu, kiedy Alec odszedł bez słowa, i to dosłownie kilka metrów od niej, nawet nie kwapiąc się o przeprosiny… to było tysiąc razy gorsze. Na samą myśl zabierało jej oddech.

„Zaczekaj, to nie potrwa długo.” powiedziała do Luise, zupełnie niepotrzebnie. Luise bynajmniej nie zamierzała się ruszać z ciepłego, bezpiecznego wnętrza samochodu. Jechały dwa długie dni. Była już naprawdę zmęczona. Brak snu zaczynał dawać się jej we znaki, oczy same się kleiły. Nie chciała jednak zasypiać, jeszcze nie. Wiedziała, o czym będzie śnić. Wiedziała, że to będzie koszmar o tym, jak Antarianie przechwytują kamahski statek i jak Redgar ginie z rąk wroga. Więc chciała zachować przytomność do czasu, aż Nem upewni się zupełnie, że Ketone opuściła niebezpieczne rejony.

Co powinno nastąpić już jakiś czas temu, ale wciąż nie było sygnału. I Luise bała się. Więc starała się nie spać. Jej myśli krążyły zupełnie wokół Redgara i tego, co teraz robił, setki lat świetlnych stąd… tysiące… miliony, czy gdziekolwiek prowadził kurs Ketone. Chciała skulić się i jak dziecko poczuć ciepłą rodzicielską dłoń, uspokajającą, że wszystko będzie dobrze. Mogła zrozumieć fiksację Kamahów z rodzicielskimi instynktami. Z każdym rokiem z Redgarem potrzeba uczucia od niego rosła w niej coraz bardziej, na równi z potrzebą akceptacji od innych i zarazem ochrony ich. Wiedziała, że to naturalny bieg spraw, kiedy było się związanym z jednym z nich, ale to wciąż fascynowało, obserwować to u siebie samej, a nie tylko słyszeć opowieści od innych lub widzieć to we wspomnieniach Redgara.

Nem wsiadła z powrotem do samochodu. Najwyraźniej jakakolwiek to była usterka, została naprawiona wręcz ekspresowo. Spojrzała na tylne siedzenie, na bawiącą się grzechotką Rain i uśmiechnęła się promiennie. Dziewczynka, z wyglądu tak kontrastująca z matką, była najsłodszym i najspokojniejszym dzieckiem, jakie Luise znała. Absolutne przeciwieństwo Nem jako malutkie dziecko. Widząc Rain i jak funkcjonowała w oparciu o swoją matkę, Luise zrozumiała dlaczego pozostali Kamahowie tak ubolewali, że Nem nie ma naturalnych rodziców… a przynajmniej matki. Myślała, że ich opiekuńczość, troska i miłość była nawet o wiele lepsza niż naturalnych rodziców, miała jej tak wiele… Ale tak naprawdę liczyła się jedynie więź z Kalem i ten spokój i przeogromne poczucie bezpieczeństwa, jakie Nem czuła będąc z nim. To było w jej oczach, tak doskonale widoczne zarówno dla tych, którzy ją znali, jak i dla tych, którzy widzieli ją po raz pierwszy. Ale blask w oczach Nem był niczym wobec czystej ufności malującej się w zielonych, dziecięcych oczach Rain, kiedy śledziła każdy krok i każdy ruch swojej mamy. I była świadoma, jak wiele Nem jest w stanie zrobić, by ten blask był tam wciąż obecny.

Po około kwadransie przemierzania bocznych dróg, zajmowania się patrolami wojska, jak i siąpiącym deszczem, zatrzymały się z przodu luksusowo wyglądającej rezydencji. Nie była to siedziba Langleyów, ale Luise wiedziała, że to była po prostu jeszcze jedna posiadłość kupiona za gotówkę.

„Zaczynam się bać.” Nem wyszemrała nagle. Brown spojrzała na nią zaskoczona.

„Czego? Że statek nie zdołał wyjść z niebezpiecznej strefy?”

„Nie.” potrząsnęła głową, spoglądając na chwilę w zachmurzone niebo. Był środek lipca i w Kalifornii padał zimny deszcz. Co się działo z tą planetą? „Energia pozostałych jest stabilna, ani jedno ‚Numeru’ nie przyszło od nich. Boję się czegoś innego.”

Luise wyciągnęła ich bagaże z samochodu, podczas gdy Nem wymontowała dziecięcy fotelik.

„Mam tylko osiemnaście lat. Jak do diabła mogłam myśleć, że sobie poradzę z Aleciem?” westchnęła, wkraczając do imponującego holu. Luise zatrzymała się oszołomiona. To zdecydowanie była jedna z najbardziej luksusowych posiadłości, które urządzał Kal. Musi należeć do Nem, uświadomiła sobie pośpiesznie. Szastał pieniędzmi jak nie wiedziała co, kiedy przychodziło do niej. „Co, jeśli kopia on nagle zmieni zdanie? Albo okaże się, że Max jest w ciąży… Co pewnie nastąpi po jej najbliższej rui. Dzięki Bogu ten milutki wirusek to blokuje. Czuję się jak malutkie, głupiutkie dziecko, nie mające pojęcia o świecie, kiedy Kala nie ma obok, by powiedział mi, co myślą i czują inni.”

„Masz mnie.” Luise uśmiechnęła się. Nem bywała takim dzieckiem… chociaż sama miała dziecko. Było coś naprawdę rozbrajającego, jak potrafiła się nagle otworzyć w kompletnym niezrozumieniu własnych emocji do kogoś, kto wiedział, kim była. Miała wiele marzeń, wiele z nich było nieświadomych. Potrafiła się rzucić w ich realizację, ale często bywało tak, że nagle zatrzymywała się w połowie drogi, zupełnie niepewna co w ogóle robi i dochodziło do głosu jej pragmatyczne, trzeźwe i nieufne wychowanie. Potrzebowała mocnego kopnięcia i jeszcze większego wsparcia, że robi słusznie i właściwie. Nie kuma emocji, a już szczególnie własnych i często jest tak, że jest już za późno nawet na to, by powiedzieć przepraszam. Dokładnie to powiedział przed laty Kal i Luise była gotowa się zgodzić z nim w pełni. Nem potrzebowała kogoś, kto by ją nauczył, że nigdy nie jest za późno. A już zwłaszcza na to, by powiedzieć przepraszam. Może wtedy ten paskudny zielony kolor z jej kamahskich oczu chociaż zblednie…

~ * ~

„Przysięgam, jeszcze jedno zlecenie dzisiaj, a zasnę na stojąco.” Max ziewnęła, zmęczona i kompletnie wyczerpana. Kiedy Alec powiedział, że dołącza do jego jednostki, była co najmniej zaskoczona i ostro sprzeciwiła się temu. Kiedy zrozumiała, że to nie jest propozycja, a rozkaz, nieznacznie złagodniała. Nieznacznie, musiała w końcu zachować opinię! W duchu jednak cieszyła się z tego. Nie była jeszcze nawet na ty z każdym członkiem jego, nie, swojej jednostki, ale stosunki między nimi powoli układały się. Zwłaszcza, że pomagali jej ćwiczyć się i trenować. Alec był niemiłosierny. Co najmniej musiała dojść do jako takiej formy. Ostatnie tygodnie pokazały, że nie była w tak dobrej kondycji, jak myślała. Była zmęczona. Za bardzo. Jej ciało nie chciało obudzić się z letargu, a wręcz wydawało się, że pogrąża się w nim coraz bardziej.

„Powinni nazwać cię śpiąca królewna, nie Max.” Cece uśmiechnęła się znad swojego hamburgera. Siedziały na ławce w Jam Pony i wcinały najbardziej niezdrowe pożywienie, jakie mogły znaleźć.

„Chyba, że Max oznacza ‚maximum snu’.” Joan również uniosła kąciki ust. Ostatnio przezywały ją ‚maximum’, żartując, że kiedy nabierze większej formy, przemianują ją na ‚maximus’, jak gladiator. Podsunęła jej karton mleka. „Wyglądasz koszmarnie.”

„Zraniłaś me serce.” powiedziała dramatycznie, wplatając czystą ranę i zawód do głosu. Z jakiegoś powodu odkryła ostatnio, że wręcz śmiesznie łatwo powrócić jej do przybierania maski niczym nie przejmującego się kociaka-włamywacza, jakim była zanim cała historia z Eyes Only i powrotem do Manticore się w ogóle zaczęła. Była teraz w stanie zrozumieć Aleca. To po prostu było nie do odparcia, ukrywać się za beztroską fasadą, nie pokazując słabości, a jednocześnie wiedząc, że ci, którzy naprawdę się o nią troszczyli, wiedzieli lepiej. No, za wyjątkiem Logana. Chociaż on troszczył się o nią i uważał na nią na swój własny sposób, wydawał się przyjmować jej obecne ‚szczęście’ za faktyczny stan duszy. Z jednej strony, Max naprawdę czuła się szczęśliwa, szczególnie przebywając z własnym rodzajem. Z drugiej strony czuła się naprawdę marnie, kiedy myślała o swoim osobistym życiu. Wydawało się, jakby jakiś chochlik uwziął się na nią i postanowił nieco w nim zamieszać.

„To ty jakieś masz?” Tav bezlitośnie i ironicznie odezwał się ze swojego kąta. Pokazała mu język. „Kotka poniosło?”

„Chciałbyś.”

Posłał jej wymowne spojrzenie. Zazgrzytała zębami.

„Zbyt łatwo cię podpuścić.” Joan śmiała się. To był jeden z tych szczęśliwych dni, kiedy inni mogli iść do diabła, włącznie z White i nic nie mogło zepsuć dobrego humoru. No, wyłączając temat Nem Langley, ale ona miała niewątpliwie wyjątkowe uzdolnienia w tej dziedzinie. Kimkolwiek była ta dziewczyna, potrafiła namieszać wokół siebie nawet bez swojej obecności…

„Znalazłeś coś?” spytała Tava. Skinął głową.

„Dużo plików z serwerów korporacji Langleya.”

„I?”

„Zero danych na temat rodzin pracowników. Każdy jest tylko numerem, odnośnikiem do najwyraźniej bardzo zabezpieczonej prywatnej bazy danych Langleya. Nie mogę na nią trafić. Prawdopodobnie albo jest na przenośnych dyskach albo zbyt zabezpieczona, by można było się do niej dobrać z komputerów jego firm.”

„Musi mieć tam coś naprawdę ciekawego.”

„Albo jest stuknięty na punkcie prywatności.”

„Co masz na myśli?”

„Media praktycznie nic o nim nie publikują, a z takim majątkiem i sławą… mało kto wiedział, że ma córkę.”

„Nie chcę być złośliwa…” Max wzruszyła ramionami „Ale Nem wcale nie wygląda jak Langley.”

„Mówiła coś kiedyś o przybranych rodzicach… myślę, że jest adoptowana. Ale z drugiej strony, po co adoptować dziecko, jeśli się nie pokazuje jego światu i nie przygotowuje do przejęcia imperium? Facet ma opinię bezdusznego sukinsyna, raczej nie wziął ją z dobroci serca.”

„I co do diabła robiła w Nigerii? Dziedziczka ogromnej fortuny. I bawi się w biologię w ubogiej wiosce w Afryce?”

„Hal.” spokojny głos Aleca dobiegł zza ich pleców. Skulili się mimowolnie. „Sama zresztą powiedziała, że została tam wysłana.”

„Pewnie miluśki tatusiek ją tam wysłał.”

Alec spochmurniał, usiadł obok, ale nie zaczął jeść.

„Myślę, że szukacie od niewłaściwej strony.”

„Czemu?”

„Langley… kiedy opowiadała coś o sobie… nie uderzyło was, jak mówiła o opiekunie? Nie brzmi to jak opis tego faceta.”

„Kto to tak naprawdę wie?” Tav westchnął, zamykając torbę „Biorąc pod uwagę to, co się stało w Crash, jestem w stanie uwierzyć nawet w zmartwychwstanie.”

Alec skrzywił się. Znowu. Ileż to razy w ciągu ostatnich dni padały delikatne aluzje ze strony Tava, torpedowane przez pozostałych jakimś słowem, spojrzeniem? Z jednej strony jego rozum wiedział, że Nem żyła… Ale przez te delikatne sugestie, jego serce nie chciało w to wierzyć, zupełnie jakby Tav miał zamiar wyciągnąć magiczną różdżkę, machnąć nią parę razy i wyczarować niezbite dowody, że ostatnie wydarzenie były jedynie snem.

Ale aluzje Tava… zupełnie jakby sugerował, że inni wiedzieli wcześniej. Zwłaszcza poprzedniej nocy, podczas włamania do rządowego magazynu dla agentów NSA. Dobrze wyposażony magazyn, musiał przyznać. Ogromnie im się przydał, od kamizelek kuloodpornych po dobrze zabezpieczone kopie ich baz danych, które wywołały wiele uciechy wśród transgenicznych. Jak dla przykładu, 494 widniejący w nich na liście martwych transgeników.

„Powinni lepiej byli pilnować tego magazynu.” zmienił temat.

„Jakby coś nas mogło powstrzymać?” Max wzniosła oczy do sufitu. Alec milczał. Nie miał ochoty roztrząsać tej kwestii. TC funkcjonowało doskonale jako baza, centrala, ale nie było fortecą. Był tego świadomy.

„Jakaś choroba.” mruknął nagle, zadziwiając sam siebie i wszystkich wokół „To mogłoby nas powstrzymać.”

„My nie chorujemy.”

„Doprawdy, Maxie?” spojrzał na nią uważniej, od dołu do góry „Nie oszukujmy się, ty jesteś chora, chociaż nie wiemy jak to się stało i na co.”

„Alec…” Joan podniosła się ze swojego miejsca.

„Zaufani i ich patogen… są świrami. Dlaczego nie mieliby spróbować czegoś starego jak świat, co zawsze niezmiennie mogło przetrzebić ludzką populację? Nie jesteśmy hermetyczni. Prędzej czy później nawet zamknięte laboratoria musiałyby uzupełnić zapasy.”

~ * ~

Langley wiedziała, że są w mieście. Trudno było ich nie zauważyć. Terminal City było jedynym fragmentem Seattle, nie naruszonym poważnie przez puls… lub też najszybciej odbudowanym po nim. Minął zaledwie tydzień od jej wyjazdu, a każdy w Seattle wiedział, że transgenicy się organizują. Na ulicach trwały bezustanne potyczki między NSA a przybywającymi ze wszystkich stron żołnierzami wszelkiej maści. Dopiero co uświadczyła na bazarze jednej z takich pogoni… ale najgorsze, że wśród pomagającym swoim braciom był Zen… i ją zauważył. Nie wiadomo nigdy, kiedy zza jakiegoś rogu wyskoczy transgenik i miała ograniczoną swobodę ruchów. Nie chciała, by donieśli o niej Alecowi, ale to pewnie były próżne nadzieje.

Z drugiej strony, to rodziło problemy także z zupełnie innej strony – transgenicy na ulicach. Każdy wiedział o kodach kreskowych. Nikt nie mógł więc zauważyć go  na szyi Rain. Nem zastanawiała się, co by się wówczas działo… oj, chyba dużo, biorąc pod uwagę jej wiedzę na temat działań ludzi wobec wszelkiej inności…

Ciało jej córeczki nie kłamało. Było żywym dowodem na to, kim jest. Połączeniem Kamaha i transgenika. Wybuchowa mieszanka, zaiste. Nie bardzo wiedziała, po kim odziedziczyła wesoły charakterek, nie zauważyła u 494 takiego rysu. Owszem, potrafił zwalić z nóg swoim uśmieszkiem i ripostą, ale zdecydowanie nie umywał się do niewinnego uśmieszku Rain, który zazwyczaj gościł na jej ustach, kiedy była przy niej. Tym bardziej zadziwiały myśli, które przemykały w jej maleńkiej główce.

Zdecydowanie, mix dwóch tak odmiennych gatunków dawał zadziwiające efekty.

Kwadrans później otworzyła drzwi apartamentu Langleyów i zamarła w progu, szerokim z szoku spojrzeniem wpatrując się w rozpartego w fotelu blondyna, trzymającego na kolanach bardzo spokojną i zadowoloną z tego faktu Rain.

„Zapomniałaś o naszej randce?” spytał z uśmieszkiem.

Stała w szoku, kompletnie niema jak mało kiedy w swoim krótkim życiu. Była tylko jedna istota na świecie, która mogła oszukać jej instynkty i podejść ją bez jej wiedzy o tym. Nawet Kal nie był zdolny do tego. Ten przywilej posiadał ktoś najmniej spodziewany przez innych, ktoś, kto poświęcił życie na służbie na Antarze i w ostateczności przez to stracił jej matkę, jej siostrę i brata, a wreszcie sam popełnił samobójstwo, by wysłano go na Ziemię razem z pozostałymi członkami Królewskiej Czwórki. Ktoś, kto zrobił cichą umowę między Antarem i Kamah, ktoś, kto zdobył dla nich królewską pieczęć i odzyskał granilith…

Nawet nie zauważyła, kiedy gorące łzy zaczęły upadać na jej bluzkę… Rain zakwiliła radośnie na jej widok, ale pozostała na kolanach Rathisa, bawiąc się jego rękawem. Nem musiała zdusić gwałtowny powiew emocji w niej, który niemal powalał na kolana. To było tak dawno…

Blondyn położył dziecko na fotelu, które znów nie miało nic przeciwko jego działaniom i spokojnie zajmowało się sobą dalej. Podszedł bliżej, wbijając ręce w kieszenie i szacując ją ostrożnie spojrzeniem. Wydawał się równie młody jak ona, chociaż wiedziała, że różnica ich wieku była gdzieś… pięć tysięcy lat? Coś koło tego. Chciała zapłakać, był tak podobny do Michaela. Ale był kimś tak dużo więcej niż Michael. Był sobą, Rathisem w całej swej okazałości. Fakt, że odtworzono go w ludzkim ciele nie miał najmniejszego znaczenia. Jego energia dźwięczała w całej niej, tak znajoma, tak bliska, że wyciskała kolejne łzy ulgi i radości z jej kamahskich czarnych oczu. Jego życie, jego istota, jego esencja była jedyna, całkowicie unikalna i jedyna we wszechświecie. Rozpoznałaby ją absolutnie wszędzie, nawet jeśli schroniona zostałaby przez ściany granilithu… nawet jeśli Kal nie oddałby jej na ten krótki czas jemu, by się poznali zanim zostanie wsadzona na kamahski frachtowiec. On był taki jak ona. Ona była w połowie z niego. Rathis, książę Kamah, mąż Kary Hendricks i najwyżej zaszeregowany szpieg Kamah na Antarze. Jej ojciec. Co najmniej w poprzedniej formie cielesnej…

Dawno zerwane nici energii popłynęły teraz z oszałamiającą prędkością w niej, wznawiając dawne struktury życia, zakopane naprawdę głęboko. Jego energia w niej odbiła sygnał, rosnąc i stając się potężny w kilku minutach, kiedy absolutna cisza napełniła pokój i wreszcie, w ostatniej chwili ich rozdzielenia, ciche echo podzielonej na dwa kawałki pieczęci rozbrzmiało w całym domu. Zniknął cały ludzki wygląd Nem, ustępując miejsca jej prawdziwej formie.

Osunęli się na podłogę, wycieńczeni od odwiecznego procesu. W końcu Rathis ciężko dysząc od wysiłku, objął ramieniem Nem i przyciągnął mocno do siebie, zanurzając twarz w jej włosach, czując jak jego własna energia dźwięczy w niej, jak dźwięczy w niej energia Kary i energia pieczęci… Miał ten sam koktajl w swojej głowie, w swojej istocie. Tylko jego własna energia była dużo większa, nie była tylko częścią składową. I bardziej przyzwyczaił się do mocy płynącej z pieczęci. Teraz czuł znajome dźwięczenie w głowie, oznajmiające mu, że tak samo zakwalifikowany w ich społeczności Kamah tkwił w jego ramionach. Jego ramionach. Jego córka. Jego dziecko. Jego i Kary. Szeroki, głupi uśmiech uformował się na jego wargach. Czekał na to 70 lat, od chwili, kiedy Kal umieścił jego inkubator w slumsach Nowego Jorku i oznajmił, że Nem przeżyła katastrofę frachtowca i musi jeszcze dorosnąć. Pamiętał to gwałtowne uczucie dumy, jakie się przez niego wówczas przetoczyło. Jego córka żyła. I będzie miała najlepszego z opiekunów, samego Kala, który po prostu ześwirowałby dla niej… to było tak wiele więcej niż to, co mógłby zapewnić jej z Karą.

„Nemesis.”

Zaśmiała się przy dawnym przezwisku. Tylko Rathis tak ją przezywał bez konsekwencji, mówił zawsze, że jej życie i istnienie będzie końcem Antaru i antarskich ambicji, że będzie antarską Nemesis. I w jakimś punkcie miał rację

Ahiri…” wymamrotała. Tatuś. Jedno jedyne słowo, a tyle znaczyło. Miała teraz dwóch ojców. Kala i Rathisa. I niedługo dorośnie jej druga mama, Rain. Miała własną prześliczną córeczkę, która prawdopodobnie niedługo będzie miała wszystko to, czego jej było brak. A transgenicy mogli iść do diabła. Życie zaczynało powoli się układać i Nem widziała ogromne jaśniejące słońce nadziei na horyzoncie. Tak, życie mogło być piękne, nawet jeśli jej rasa liczyła tylko kilku członków. Teraz, poprawiła się. Wkrótce miało ich przybyć. A pierwszą miała być Rain, potem Sori. Tak, życie mogło stać się niewiarygodnie dobre, nawet na tej zakichanej planecie. Westchnęła miękko.

Rathis uśmiechnął się, czując wszystkie emocje i myśli płynące od niej. Jak on za tym zatęsknił… Tak. Życie mogło przynieść niejedną niespodziankę. Ich rasa wracała do życia. Miał swoją córkę z powrotem, swoją maleńką księżniczkę. I niedługo będzie z powrotem miał Rain, jego starszą stukniętą siostrę… Na samą myśl jego uśmiech jeszcze się poszerzał. Tak, jak ona wróci, mała Rain szybko przestanie być najmłodszym dzieckiem i Rain i Kal szybko dorobią się swojego. I powrót Soriego, małego chłopca z więzienia na Antarze… Psiakrew, to będzie najbardziej spektakularny okres w dziejach jego rasy. Kto wie? Może nawet sam w końcu zdecyduje się na powrót do jego pierwotnej formy. Nie było to proste ani łatwe, ale dało się załatwić. Nem z pewnością czułaby się o wiele lepiej, widząc go w pierwotnej postaci, od kiedy wszędzie otaczali ją ludzie, za którymi nie przepadała. I Nem potrzebowała go tak czy inaczej. Miał odbicie pieczęci Kary w sobie i kiedy Nem w końcu podda się pieczęci, będzie jej potrzebne wsparcie kogoś z doświadczeniem kierowania ich naprawdę lekko fiksującą na punkcie dzieci rasą.

Przede wszystkim jednak będzie jej potrzebny, kiedy 494 pojawi się znów na horyzoncie… co z pewnością nastąpi. Kiedy Kal zawiadomił go o sytuacji, to po prostu zwaliło go z nóg. Ale co zrobić… Jego wnuczka miałaby wszystko to, co wojna odmówiła jego córce. A jeśli 494 sprawiałby jakieś problemy Nem, był gotów do przeprowadzenia małej kontroli nad nim. W końcu nie na darmo był jednym z najwyżej postawionych Kamahów we wszechświecie, nieprawdaż? Ich hierarchia opierała się na umiejętnościach i poziomie energii życiowej… Resztą zajmie się on.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *