Przepraszam (5)

Rozdział piąty: Spadając w otchłań

„Zaraz zwymiotuję. Sami transgenicy i pseudodobrzy ludzie. Niedobrze mi od nich, Boo.” OC rzuciła pilotem telewizora na kanapę.

„To zmień kanał.” głos Max dochodził z sypialni; właśnie usiłowała się zdecydować, co założyć. Jej szafa pełna była ciemnych ubiorów, dostosowanych do stylu życia, jaki prowadziła. Ani jednej spódnicy. Owszem, skórzane rzeczy były zarazem wygodne i seksowne, w sam raz dla niej, ale tego wieczora miała ochotę na coś wyjątkowego. Joan i Ky świętowali drugą rocznicę i zaprosili wszystkich do Crash, a potem na małą imprezę do TC. W duchu cieszyła się na te chwile, na odrobinę zabawy. Sytuacja nie była zbyt wesoła w tej chwili. Wydawało się, jakby temat transgeników obiegł cały świat. Ludzie w panice dokonywali samosądów, ataków… chcieli zetrzeć ich z powierzchni ziemi.

Max cierpła skóra, kiedy widziała w telewizji relacje, kiedy słyszała w radio kolejne wiadomości o kolejnych atakach, kiedy mijani na ulicy ludzie rozmawiali o niczym innym jak o transgenikach. Wydawało się nagle, jakby media zapomniały nagle o wszystkim innym, skupiając się na ich tematyce. Było to dziwne i Max naprawdę nie lubiła tego ciężkiego uczucia w żołądku, tego oczekiwania, jakby miało stać się coś naprawdę, naprawdę złego.

Ale co miała zrobić? Podobnie jak inni – czekała. Na rozwój wypadków. Może na cud. Może na katastrofę. Nie bardzo wiedziała, ale nastrój oczekiwania wisiał wręcz w powietrzu. Czuła jego zapach, powodujący coraz większe napięcie w jej ciele. Była niespokojna, wiedziała o tym. Obecność innych transgenicznych zazwyczaj uśmierzała ją, lecz ostatnio, po unikaniu konfrontacji z Loganem, to przestało pomagać. Miała nadzieję, że tego wieczoru chociaż trochę się rozerwie… Pożartuje z Tavem, ogra w karty Ky’a – o ile po powrocie Ky i Joan w ogóle pojawią się na ich własnym przyjęciu… Będzie miło, powtarzała sobie w myślach. Ale nastrój oczekiwania nie znikał.

~ * ~

Miała najbardziej idealne dzieciństwo, jakie człowiek mógłby sobie wyobrazić w jej sytuacji. Chociaż jej rodzice nie żyli, osoba, która przyjęła ją do swojego domu, pokochała ją na tyle, by zrezygnować z prawa do wychowania i kształcenia jej i dać jej kochający, normalny dom. Zamiast bycia rozdartą między opiekunem a przybranymi rodzicami, rosła w przekonaniu o miłości całej trójki, o ich nieustającej uwadze. W przekonaniu i dowodach. Był czas nauki, czas zabawy, dobrzy przyjaciele, wspaniała rodzina, bezpieczeństwo, a nawet ekscentryczna, przewspaniała babcia, która we wspaniały i prosty sposób potrafiła pokazać jej, że odmienność od ludzi może dawać nie tylko korzyści, ale była po prostu wspaniała.

Niektórzy mogliby sądzić, że Nemin Elizabeth Parker miała wszystko i nawet więcej niż mógłby ktokolwiek oczekiwać od życia. Ale to, czego ludzie pragnęli, o czym marzyli, nie zawsze było dla nich najlepsze. Tym bardziej dla dziecka obcej rasy, które tyle miało wspólnego z ludzkimi emocjami co piernik i pietruszka. I dokładnie do takich wniosków doszło w końcu czworo ludzi, siedzących przy stole w Crash. Jednym z nich był Garry Rumsfeld, wieloletni sekretarz Kala Langleya.

Przez ostatnich dwadzieścia lat miał dokładnie, z każdym mijającym rokiem, tuż pod swoim nosem czyste dowody na odmienność Kamahów, nie tylko odmienność od ludzi, ale przede wszystkim od Antarian. Chociaż wiele rzeczy w ich usposobieniach i polityce wobec ludzi nie podobało mu się zupełnie, musiał przyznać im trzy rzeczy. A pierwszą z nich była wręcz maniakalna ochronność wobec dzieci. Doświadczał tego trochę ponad osiemnaście lat dorastania księżniczki imperium Langleyów. Rozumiał więc tę czystą rezygnację i pokonanie, jakie sączyło się z każdego skrawka tej obcej, małej istotki, która stała na brzegu pasa startowego, bezmyślnie gapiąc się przed siebie, na samolot unoszący w przestrzeń powietrzną Florydy X5 593 aka Biggs.

Zapewne jej obce oczy wyśledziły los samolotu na wiele mil od lotniska. Obojętnie, czy dzieci były spokrewnione z dorosłymi, czy nie, wszystkie cieszyły się uwagą, miłością i ochroną ze strony starszych pobratymców. Kamahowie mieli instynktowną kulturę troszczenia się o siebie i być może to właśnie było podstawą ich wysokiego rozwoju, dumał Rumsfeld. Rozmowy z zastępcą 494, w ogóle fakt, że rozmawiali z zastępcą, a nie samym ojcem dziecka, musiał być czystą katorgą dla niej. Dorastała bez rodziców przy swoim boku. Bez dzieci swojej rasy wokół. I nieświadomie sprawiła to swojemu własnemu dziecku, wybierając na ojca przystojnego transgenika.

Druga sprawa, którą uznawał bez najmniejszych argumentów po tych dwudziestu latach od czasu poznania prawdziwej tożsamości Kala Langleya, to nieprawdopodobny związek, jaki dzielił on z Nem. Nie śmiał nazywać tego rodzicielskim przywiązaniem, widział między tymi dwojga naprawdę zbyt wiele, by popełnić ten błąd. Tych dwojga dzieliło może z trzysta lat… czas niewyobrażalny dla ludzi, dla Kamahów nie mający takiego znaczenia. To było gdzieś jak dziesięć lat dla ludzi, z tą różnicą, że wspólna historia Kala i Nem nie obejmowała tylko tych nieco ponad osiemnastu lat, które upłynęły od czasu jej wyjścia z inkubatora. To było coś więcej, czego nie potrafił określić słowami, echa jakiejś niezwykłej, naprawdę niezwykłej relacji.

Ponieważ ze wszystkiego, co Rumsfeld widział w zachowaniu Nem, wynikała trzecia, jeszcze bardziej niesamowita niż pozostałe dwie, sprawa. Wszystko, co Nem wiedziała o psychice ludzi, pochodziło od Kala. Wydawało się wręcz, iż nie potrafi się sama uczyć się i rozpoznawać emocji w istotach ludzkich. Nie, żeby Nem nie rozumiała, co to są emocje. Sama je przeżywała na swój sposób… i na swój osobliwy sposób je okazywała. Ale to wyglądało, jakby nie rozumiała ich w ludziach, jakby była zupełnie niezdolna połączyć zachowania ludzi z emocjami. Tylko czysta kalkulacja psychologicznych zachowań ludzi. Dodatkowym dziwactwem tej sytuacji był fakt, że pozostali obcy nie mieli z tym najmniejszych problemów. Nawet Sori Langley, który był niewiele starszy niż ona i o wiele bardziej zwariowany i nieprzewidywalny, wydawał się przewyższać Nem pod tym względem… gdzieś o lata świetlne. I dlatego jej wychowanie było naprawdę trudną sprawą. Większość ludzi wokół niej widziało w jedynej żeńskiej Kamah odbicie zimnych, bezwzględnych obcych, znanych z fantastyki naukowej i kiepskich filmów.

Jego brat, Cox zakasłał nieznacznie, kiedy niespodziewanie dziewczyna odwróciła się, nie ukrywając na ułamek sekundy swoich pełnych czerni oczu. Jedyny wyjątek co do formy obcego wyglądu, o jakim słyszeli i o jakim zostali uprzedzeni, to piękne, czysto zielone tony w tym żywym dowodzie jej pozaziemskiego pochodzenia. Rumsfeld uśmiechnął się w duchu. Kal raz wytłumaczył mu, dlaczego dziewczyna ma ‚kolor’ w oczach. Normalnie żeńskie Kamah czy jak tam je zwano, nie wykazywały takich cech. Ale zwyczajni ludzie tego nie wiedzieli. Nie mieli pojęcia, jak silnie wiąże się to z brakiem rodziców w jej życiu.

Oglądał przez chwilę jej grę przy stole. Wygrywała, nic nowego. Od kiedy tylko dowiedziała się o tej grze i zobaczyła stół, zapałała do niej niezrozumiałą miłością. Zapewne coś podobnego mieli na Kamah, skoro dziewczyna od najmłodszych lat zawzięcie stawała przy wielkim stole, nawet jeśli jej oczka ledwo wystawały ponad jego powierzchnię. A po tylu latach treningu była bezkonkurencyjnie mistrzem. Całkowicie, nieodwołalnie, śmiał się w duchu, widząc jak kolejny przeciwnik odchodzi jak niepyszny. To było naprawdę zabawne, obserwować tych super pewnych siebie facetów, gotowych na ‚mały’ i ‚niewinny’ flirt przy stole, szczególnie, że tego wieczoru nie było widać śladów tego zmęczenia, jakie obserwował przez ostatnie tygodnie. Dziewczyna była wykończona. Nie fizycznie, lecz psychicznie. Niosła na swoich barkach winę za śmierć ukochanego brata… nawet sobie nie wyobrażał, co musiała czuć.

„Dobra, panowie. Czas najwyższy na nas.” uśmiechnął się, słysząc jęki zawodu z ich strony. To było zabawne. Naprawdę. Ale niedługo do Crash zleci się cała gromada transgenicznych i lepiej by było, gdyby tutejsze kierownictwo organizacji Langleyów zmyło się do własnych domów.

Nem posłała im rozbawiony uśmiech znad stołu, przymierzając się do rozbicia. Tym razem grała sama, ale to wcale nie sprawiło, że nie była obserwowana przez wiele męskich par oczu w barze. Teoretycznie… wyglądała jak ledwo wyrośnięty dzieciak, zaokrąglony tu i tam, we wszystkich właściwych miejscach. Teoretycznie. Ponieważ mimo z pozoru zwyczajnego wyglądu, było w niej coś, coś w tonie głosu, w sposobie poruszania się, że niejeden śledził każdy ruch jej młodego gibkiego ciała, smukłych bioder, ukrytych pod miękko lejącym się materiałem spodni, naprawdę niezłych wyżej położonych zaokrągleń, wychylających się spod całkiem zwyczajnej rozpinanej bluzy. Ale już burza kruczoczarnych fal spływających na ramiona, delikatna czerwień skorych do uśmiechu ust i brązowo-zielonawe skupione obecnie na grze spojrzenie, zapowiadały iście piekielny temperament. Niestety, dziewczyna wygrała pod rząd każde z pięciu rzuconych jej wcześniej wyzwań… ignorując kompletnie wszystkie aluzje i sztuczki ze strony swoich przeciwników. Więc większość dała sobie spokój. Pewnie była homo niewiadomo. Ale to wcale nie sprawiało, że przestali patrzeć. Zawsze było miło popatrzeć, nieprawdaż?

~ * ~

„Wiesz…?” głos Aleca zamarł. Wszelkie argumenty i złość wyparowały w ułamku sekundy. Max wiedziała. O w mordę.

„Każdy transgenik wie, nawet taki wyrzutek jak ja.” pociągnęła kolejny łyk prosto z butelki, czując jak aksamitne gorąco pali jej gardło. Alec miał naprawdę dobry, mocny alkohol. Z ich poprawionym genetycznie metabolizmem musiało to zająć wiele, wiele prób, zanim znalazł coś, co mogło doprowadzić ich na skraj upicia. Ledwie skraj, ale jednak. „I nawet taki wyrzutek jak ja wie, jak bardzo boli, kiedy odchodzi ktoś, kogo kochamy, kogo nie zdołaliśmy ochronić. I jak ciężko jest zająć się całym tym bałaganem i chaosem w sercu. Potrzebowałeś to przezwyciężyć. Poza tym… tak było łatwiej. Nie stawać wobec konsekwencji. Wiesz, moją specjalnością jest ucieczka…” zażartowała, lecz marnie jej to wyszło. Czkawka, której się dodatkowo nabawiła, rozbroiła ją na moment kompletnie. I z jakiegoś powodu Alec nagle dostrzegł, że to jest naprawdę zabawne. Dwoje transgenicznych, których dzieliła i łączyła antagonistyczna przyjaźń, siedziało sobie o północy na szczycie Space Needle i piło… każde z własnego powodu. Byli patetyczni. „I jesteś jedynym transgenikiem prócz Joshuy, z którym mam fizyczny kontakt.”

„Tak, oczywiście. Dotykasz mnie częściej niż kobiety, z którymi chodzę do łóżka.” wymamrotał pocierając bezwiednie ramię. Tak, ich fizyczne i słowne przepychanki były czymś, co Logan musiał widzieć na własny sposób. Jak mógłby wiedzieć, że transgenik potrzebuje wręcz fizycznej obecności innego transgenika? I że instynkt nie pozwoli mu dotknąć nikogo prócz znajomej, bliskiej osoby. „Czy to twój pokręcony sposób, że teraz w twoim umyśle należę do ciebie? Uznajesz mnie za część swojego oddziału? Kolejny braciszek?” rzucił ze znajomym uśmieszkiem. Ale Max nie miała ochoty do żartów. Najmniejszej. Alec bratem? To by oznaczało, że Tav także by był… Na samą myśl chwyciły ją mdłości. Wizja ich dwojga, spoconych ciał spleconych poprzedniej nocy…

„Nie mam swojego oddziału.” wyszemrała tak cicho, że musiał użyć swojego poprawionego słuchu, by to wyłapać „Inni uciekinierzy się nie pojawili, a ci, którzy nie zdołali uciec z nami w 2009, są w innych jednostkach. Już nie należymy do siebie.” ze ściśniętym gardłem przypomniała sobie ich chłodne, zimne przyjęcie. Najwięcej ze wszystkich wycierpieli po lutym 2009. Oni także usiłowali zbiec, ale nie mieli tyle szczęścia. I część z nich została zabita w tej próbie. A wszystko po to, by ją chronić. Teraz po latach, zaczynała myśleć, że cena była zbyt wysoka. Zbyt wielu transgenicznych zapłaciło za ich czyn. Z jej powodu.

„Wiesz, Maxie, chyba właśnie odkryłaś próg możliwości X5 dla alkoholu, ponieważ usłyszałem z twoich ust, że się poddajesz.” zgrzytnął zębami. Nienawidził tego pokonanego wyrażenia na jej twarzy, wyrazu czystej rezygnacji. Budziło zbyt wiele smutnych wspomnień. Uświadamiało, że ponosił sporą winę za jej sytuację. Marniała z powodu Logana i wirusa. Chciała być ze swoim wybranym partnerem i powoli wszystko inne przestawało mieć znaczenie. Chciała mieć go przy sobie, jak on Nem.

„Nie, jeszcze nie…” mruknęła pociągając kolejny łyk i gapiąc się ponuro na własne dłonie. Zacisnęła oczy, by nie pamiętać wydarzeń z poprzedniej nocy. Sprawiało to, że czuła się brudna. Żadna ilość wody i mydła nie zmyje z niej tych wspomnień. A najgorsze było to, że dużej części jej to się podobało, że wciąż pragnęła tego gibkiego, silnego ciała, że jej własne wręcz bolało o jego ponowny dotyk. Zazgrzytała zębami. Mogła udawać, że to się nie wydarzyło, ale własne ciało i własne sumienie nie pozwalały zapomnieć. Potrzebowała jakiejś fizycznej aktywności, o ile mogła to tak nazywać. Jej ciało domagało się tego. Od czasu powrotu do Manticore nie przydarzyła się jej ruja. Nigdy by nie sądziła, że zatęskni za tym przekleństwem… mogłaby chociaż zwalić winę na to. Ale nie, jej transgeniczne ciało zakpiło sobie z niej zupełnie. I najgorsze w tym wszystkim… najgorsze było w jej głowie. Sumienie podszeptywało jej złośliwie, że chociaż teoretycznie kochała Logana, to jednak była w stanie zdradzić go. Jak człowiek. Transgeniczni nie zdradzali swoich partnerów. Nigdy. Fakt, że tej nocy czuła się tak żywa, tak daleka od wszelkiego bólu związanego z Loganem… Chryste. Czuła się jak szmata. I tym ostatecznym czynem udowodniła sobie i światu, że nie jest transgeniczną. Nawet fizycznie.

„Maxie…” czuła, jak Alec nią potrząsa. Otworzyła oczy. Klęczał przed nią, patrząc na nią badawczo.

„Co?” mruknęła defensywnie.

„Słyszałaś mnie?”

Wzruszyła ramionami.

„Tylko się zamyśliłam.”

„Tylko się zamyśliłam!” przedrzeźniał „Maxie, co jest?”

„Nnnicc.” wyjąkała, czując, jak jego oczy więzią jej. Włoski na karku uniosły się i z całej siły walczyła sama z sobą, by nie uciec i jednocześnie walczyła o prawo, by uciec. Coś w jej głowie wrzeszczało, huczało, ale uwięziona pod jego spojrzeniem, siedziała i gapiła się na niego, ponieważ on nie pozwalał jej odwrócić wzroku.

Serce głośno biło w jej piersi, kiedy w końcu wypuścił ją w tego wpatrywania się. Odetchnęła głęboko.

„Cccoo…?” wyszemrała.

„Szczęśliwy jestem, by wiedzieć, że wciąż potrafię narzucić wolę innym.” westchnął z goryczą. Max przełknęła. „Instynkt. Wiesz, że jestem silniejszy, bałaś się, a jednocześnie nie mogłaś oderwać wzroku, ponieważ ja ci nie pozwoliłem.”

„Cece mówiła, że chociaż macie swoją służbową hierarchię, to jednak hierarchia według instynktów jest silniejsza.” spojrzała na niego ciekawie „To coś takiego?”

Roześmiał się. Ponuro. I krótko. Niewinny uśmieszek zniknął już dawno temu z jego twarzy… a może każdy kolejny łyk alkoholu zmazywał go coraz bardziej, aż nie zostało nic z tej fasady.

„O wiele więcej. Alfy, liderzy, czy jak tam nas zwą, są osobne dla obu płci, ale czasem dochodzi do konfliktu między nimi. My zawsze podążamy za alfą, nie tylko dlatego, że jesteśmy silniejsi. To jest na poziomie instynktów, tak jak małe dzieci nieświadomie słuchają rodziców. Idziemy za najlepszym, kto ma lojalności. To wszystko się kumuluje razem: instynkt, doświadczenie, fizyczna pamięć ciała… Kiedy działamy na poziomie instynktów, kiedy nie liczy się już ani trening ani żelazna dyscyplina, idziemy za alfą. Panuje wśród nas taka hierarchia, ponieważ kiedy uderzają w nas instynkty, tylko alfa jest w stanie zapanować nad takim osobnikiem. Oszalały transgenik to niebezpieczny transgenik. Więc przyjęło się także w całej reszcie naszego życia…” spojrzał na nią znacząco. Posłusznie oddała mu butelkę. „Grzeczna dziewczynka.”

Prychnęła. Siedzieli kilka minut w zupełnej ciszy, Max trawiąca jego słowa, Alec gapiący się ponuro na ścianę.

„Cece mówiła, że jesteś alfą od lat… Więc skąd wiesz, jak to jest po drugiej stronie?” spytała z otwartą ciekawością. Zgrzytnął zębami. Naprawdę nie cierpiał, jak czasami potrafiła trafić dokładnie w samo sedno sprawy, nie zdając sobie z tego sprawy. Była straszna pod tym względem. Był gotów się założyć, że te wszystkie dodatkowe geny były tylko po to.

„Po prostu wiem.”

„Aaach, mały Alec przestraszony kogoś?” szydziła.

„Nie. Ale raz… był ktoś, kto za jednym spojrzeniem opanował całą zgraję transgenicznych. Mnie się to nigdy nie udało. W porównaniu do niej…” Max zamarła w niedowierzaniu „Nawet ja stałem jak sparaliżowany, uwiedziony jej spojrzeniem, tonem rozczarowania w głosie… Czułem się jak maluczka, bezsilna mrówka.” śmiał się dziko „Samym uniesieniem dłoni sprawiła, że wszyscy jednocześnie uznali ją za groźbę. A to byliśmy my. Dla niej.” zawiesił głowę w klęsce. Max oszołomiona, niepewna, co zrobić, przesunęła się niewygodnie.

Alec… ten zawsze pewny siebie facet, ukrywający się za fasadą szowinistycznej arogancji i żartów. Tylko raz widziała go złamanego, kiedy przypomniał sobie Rachel. Ale tamto… nie było takie złe. Nie w tym sensie, że na podłodze stał równiutki rządek pustych butelek i Alec załamywał się z przodu kogoś, przed kim był ‚zawsze w porządku’. Zawsze w kontroli. Zawsze to on był panem sytuacji, nawet z lufą pistoletu przyciśniętą do głowy.

Z wahaniem, powoli przyciągnęła go do siebie.

„Tęsknię za nią. Wiem, że to głupie. Ona nie żyje.”

„Mooożeee…” wyjąkała niepewnie „Może twój instynkt próbuje ci coś powiedzieć. Tak jak mi. Tylko my obydwoje jesteśmy zbyt głupi, by to zrozumieć.”

Nawet nie miał sił się roześmiać. W głowie huczało mu przeraźliwie, podłoga kręciła się niesamowicie, a język drętwiał. Tak. Odrętwienie było bardzo miłe. Wręcz pożądane.

„A co ci mówi instynkt?” wymamrotał, kiedy na kilka sekund odzyskał rezon, by znowu fala alkoholowego zamglenia przetoczyła się przez jego głowę. Tak, nie było żadnego innego wytłumaczenia, dlaczego nagle uchwycił Max tak mocno i trzymał się, jakby od tego zależały ich życia.

~ * ~

Alec przecierał oczy, oszołomiony. Dawno nie czuł się aż tak zmęczony. I bynajmniej tak zmęczony z własnego powodu albo z powodu Max. Spędzili noc, pijąc i robiąc niewiele więcej jak użalanie się nad własnymi marnymi życiami. I paradoksalnie, zamiast spowodować to jeszcze więcej bólu, wyrzutów sumienia albo czegokolwiek nieprzyjemnego, sprawiło to, że po wielkim pijaństwie spojrzeli trzeźwiej na życie wokół i odkryli, że ich wcale nie były najgorsze.

Tav był tym, który go ocknął.

I musiał przyznać, że zrobił to brutalnie. Wobec niego i wobec Max. Chociaż jego pierwszą myślą było, skąd do diabła Tav wiedział, że Max miała łaskotki w tym jednym szczególnym miejscu?

Najbardziej logiczne wytłumaczenie było zarazem najbardziej nieprawdopodobne, więc rozważanie na temat czegokolwiek co działo się między jego przyrodnim bratem a Max zostawił sobie na później. Teraz jego zamglony, skacowany umysł musiał zająć się całym szeregiem najpilniejszych spraw, a pierwszą z nich było wysłanie wiadomości do innych transgeników, tych poza miastem. I chociaż nie bardzo chciał robić z TC twierdzę, na razie było to jedyne możliwe miejsce do tego. W którymś momencie na pewno będą musieli się zająć cywilami, a ich ulubione śmietnisko nie było najlepszym miejscem do tego. O ile oczywiście wojsko nie postanowi zrzucić na nich jakiejś bomby.

Już nawet nie było pytaniem lub jakąkolwiek wątpliwością, czy przejmie dowództwo… Biggs powiedział mu wyraźnie, co się będzie działo w TC po rocznicy Ky’a i Joan. Nie lubił tego, że los zdecydował za niego, że inni zdecydowali za niego. Ale jeszcze mniej lubiłby sytuację gdyby jego rasa została wytrzebiona przez cywili, podczas gdy zostali wyprodukowani, wychowani i szkoleni, by walczyć z każdym wrogiem. Więc po prostu wrzucił kilka worków lodu do miski, dolał lodowatej wody i zanurzył w tym milutkim koktajlu całą głowę. Potrzebował oczyścić głowę i myśli. Pierwszą rzeczą, jakiej musiał się dowiedzieć, to kto był odpowiedzialny za atak na tę młodą X5 w ciąży, o której wspominał Biggs.

Kiedy wynurzył się kilka minut później, czując za sobą obecność Max, był z lekka siny.

„Aaa!” wrzasnęła ze strachu na widok jego twarzy. Posłał jej bardzo urażone spojrzenie, a ona jemu radosny uśmiech. Wręczyła mu ręcznik i zaraz potem duży kubek kawy.

„Biggs będzie tutaj za kwadrans. Tav mówi, że ma trochę aktualnych informacji.”

„Dobrze. Znają aktualny stan liczebny wszystkich serii?”

„Nie. Przykro mi.”

Westchnął, rzucając ręcznik na suszarkę i wyprowadzając się z łazienki. Czuł się paskudnie, ale musiał porozmawiać jeszcze z Tavem zanim zacznie się cały ten szał. Bez Max w pobliżu, ale z jej wrażliwym, czułym słuchem…

„W porządku. Zdążysz wziąć prysznic, zanim przyjedzie Biggs.”

„Kim jesteś i co zrobiłeś z Aleciem?”

„Hm?” obrócił się od ekspresu. Tav zdążył przygotować cały dzbanek świeżej, mocnej kawy. Genialny facet.

„No wiesz, w grzecznościowym sposobie właśnie mi oznajmiłeś, że mój wygląd wymaga gruntownego odświeżenia… czyżby alkohol wypalił twoje szare komórki, jeśli jakieś tam kiedyś były?” uśmiechnęła się milutko i natychmiast rozmazała z powrotem w stronę łazienki, zanim zdążył rzucić w nią czymś ciężkim. Normalnie nie miałby żadnego kłopotu, ale że trzymał calusieńki dzbanek aromatycznej kawy, nie było najmniejszych szans, by zdążył bez szkody dla boskiego napoju odstawić szklane naczynie i rozejrzeć się za czymś, co by w jakiś sposób mogło uszkodzić Max. Więc dał sobie spokój i ograniczył się do krótkiego parsknięcia.

„Kobiety!”

Tav zgodnie skinął głową, zwłaszcza, że w kilka sekund później ich obu dobiegł szum prysznica i coś, co było niewątpliwie połączonym zmysłowym mruknięciem aprobaty i wrzaskiem szoku termicznego.

„Musimy postanowić, co z Max.” Alec zaczął bez wstępów. Max nie cierpiała zimnej wody i mieli ledwie chwilę.

„Co z nią?”

„Musimy znaleźć dla niej oddział. Co jest niezłym problemem, biorąc pod uwagę, że jest jedną z uciekinierów i gania za człowiekiem.”

Tav potrząsnął głową.

„Rozpytywałem trochę. Możemy ją przyjąć do nas, Biggs się zgodził, podobnie jak większość. Lubią Max, ma u nich dobry zapis, ponieważ chociaż niechętnie, to jednak pomagała ci nieco przez ostatnie miesiące. No i sprawa Bena. Sam wiesz. Z pewnością w innych jednostkach nie są tak chętni, chociaż przez ostatnie miesiące straciliśmy trochę ludzi.”

„Pytałeś w sprawie Max innych?” Alec był pod wrażeniem. Tav chyba gdzieś po drodze dorósł. Gdzie ja byłem przez te ostatnie miesiące, zastanowił się oszołomiony. Tak wiele się zmieniło, a ja, myśląc jedynie o sobie, straciłem najwyraźniej więcej niż towarzystwo przez ostatnie miesiące.

„Aha. I usłyszałem, że wysłałeś już z tym Nicka.”

„Owszem. Musiałem. Przynajmniej Max musi mieć dowódcę. Wiadomo, czemu.”

Tav pochylił głowę w rezygnacji.

„Jak wiedziałem, że zejdziemy na ten temat?” palnął się w czoło „Skąd do diabła wiedzą, że zaczęła się dystansować od zwyczajniaka? To ledwo parę dni i już wieści się rozchodzą czy co?”

Alec zakaszlał w konsternacji. Nie był pewien, czy chciał wiedzieć, jak Tav wszedł w posiadanie tej informacji. Sama myśl o tym budziła mdłości.

„Nie, nikt nie wiedział prócz mnie… tak myślałem. Było kilkoro, którzy przypadkowo rozpytywali wśród innych, czy jest żądanie wobec 452. I spytali Nicka, więc wysłałem go później, by zrobił mały rekonesans. Z tego, co usłyszałem… lepiej będzie, jak dołączy do nas.”

„W porządku. Kto rozpytywał?”

„Drago. I zastępca Mani.”

Tav się skrzywił. Drago był dobrym dowódcą, ale nie życzył Max skojarzenia z tym facetem. Może jeszcze kilka dni wcześniej wierzyłby, że poradziłaby sobie z nim, ale to, co się dowiedział ostatnio z ich osobistego współdziałania, mówiło coś wręcz przeciwnego.

„Drago nie wchodziłby na czyjś teren… ale wiesz, on należy do tych, którzy nie lubią naszych kobiet w parach z ludźmi. Zwłaszcza po tragedii z Lulu.”

Wspólne westchnienie.

„Co do przyłączenia Max do nas, przekażę to dalej. Na dzień dzisiejszy jest siedemnastu X5 bez oddziału, trzy niepełne oddziały i to bez dowódcy. Nie znamy pełnego stanu, ale Cece i Dave obiecali się uporać z tym. Dave siedzi w medycznej centrali i ma spis, ile i kto przychodzi po tryptophan. Więc wieści się rozejdą szybko. Ustawiliśmy główne spotkanie.”

„Niech będzie. Jakieś ciekawostki, niezwykłe rzeczy?”

Tav wziął głęboki oddech. Odwagi, bracie. Odwagi. Przesunął się niewygodnie na kanapie. Naprawdę nie lubił tego, że to on ma przekazać Alecowi te sensacyjne wieści. Zwłaszcza, że jego brat wyglądał jak kawałek nieszczęścia. Mogli mieć tę samą nosicielkę i tylko tyle teoretycznie wspólnego, to jednak nie chciał, by Alec dowiedział się w takich okolicznościach. Ale co zrobić? Naprawdę nikt nie chciał się tego podjąć.

„Nem.” Alec nieznacznie zesztywniał „To ma coś wspólnego z Nem.”

„Tak.” westchnął nieznacznie w uldze. Przynajmniej Alec nie wrzasnął, by zostawili go w spokoju i nie odszedł. Dobry znak. Max musiała wlać w niego niezłą dawkę alkoholu, myślał oszołomiony. „Ostatnie słowa Nem…”

„Wiesz, powinniście lepiej się zastanowić, dlaczego nigdy nie zdobyliście żadnego z nas. Nie pochodzę z Antaru. I w przeciwieństwie do tych krwiożerczych tchórzy my wyznajemy pewne zasady. A jedną z nich jest nigdy, przenigdy… nie dostać się w ręce wroga. Żywa czy martwa.” Alec zacytował. Nawet bez swojej genialnej pamięci jej słowa wryłyby się w jego mózg. Renfro myślała o Nem jak o kosmitce. Nic bardziej błędnego. Nem nie była w niczym podobna do tych bezdusznych, zimnych sukinsynów. I nie zabijała. Biggs opowiedział mu potem wystarczająco wiele z wydarzeń nad wodospadem. Wszyscy rebelianci zostali w jakiś sposób ogłuszeni, a nie zabici. Jak w ogóle Renfro mogła myśleć, że Nem jest morderczynią? Ona jedyna, która miała nerwy i serce, by wejść do tamtej chaty i pomóc umierającej młodej matce?

„Ok. No więc Ky sprawdził parę rzeczy. Nem Hendricks-Langley jest jedynym dzieckiem Kala Langleya, powszechnie znanego jako najbardziej wpływowego producenta filmowego w Hollywood. Ale Langley zarządzał także jedną z największych kompanii na świecie, produkowali między innymi na potrzeby armii.”

Alec gapił się na niego długą minutę, wszelka wesołość i skutki kaca wyparowujące z niego momentalnie.

„Więc już wiecie.” stwierdził w końcu z ciężkim westchnieniem „Brzmi niewiarygodnie, prawda? Sam, kiedy się dowiedziałem, nie uwierzyłem, że to prawda.”

Tav zanotował w duchu, że Alec był spokojny. Albo wiedział wystarczająco długo o statusie dziewczyny albo Max upiła go do nieprzytomności.

„Obawiam się…” 467 przełknął ciężko „… że to prawda. W lipcu zeszłego roku Nem Langley zniknęła z wszelkich radarów. Nikt o niej nie słyszał… my zaś wiedzieliśmy, co się z nią stało. W październiku zniknął Sori Langley, człowiek odpowiedzialny za kontrakty z armią. Kilka dni wcześniej sam Kal Langley. A mimo to całe imperium działa jak w zegarku. Wysłaliśmy już wywiad na temat wszelkich interesów jakie firma Langleya mogła mieć w Seattle.”

„Z czym wrócili?”

„Jedna z podfirm Langleya wynajmowała trzy doskonale chronione magazyny na portowym nadbrzeżu.”

„Czy Brown nie mieszkał przy porcie?”

„Jeszcze lepiej. Firma była zarejestrowana na Dana Browna.”

~ * ~

Czy sprawy mogłyby ułożyć się jeszcze gorzej?

Do tego wieczora Nem myślała, że raczej nie. Ale ten wieczór zdecydowanie przemaglował jej definicje zachowań ludzkich tudzież osobników uważających się za ludzi (aka stworzenia powołane do życia na obraz i podobieństwo boskie, jak wołała siebie ich większość). I Nem stwierdziła, że kiedy sprawy tyczą się tych stworzeń, jedyne, co może oczekiwać, że w którymś momencie wszystkie pójdzie do diabła. A właściwie w momencie kiedy jej na czymś zależało.

„Nie możesz tego zrobić.” Rumsfeld deptał jej po piętach, kiedy szła przez Crash, mamrocząc w duchu całą starołacińską litanię o ochronę przed duchem zemsty. Właściwie to modliła się do ludzkiego Boga, by ochronił ludzi od jej pragnienia zemsty. Czasami ich działania były tak głupie, że dostawała bólu głowy. Wow, naprawdę było z nią źle, skonstatowała z jakąś minutę później, obserwując jak podłoga wokół niej zaczyna się topić. Opanowanie, Nem. Nie chcesz zabić tych wszystkich ludzi.

„Podaj mi chociaż jeden rozsądny powód, dla którego nie miałabym mu dokopać?” uniosła pytająco brew, opierając ręce na barze i kiwając w stronę poznanego poprzedniego wieczora barmana. Od razu pośpieszył, by ją obsłużyć. „Kawę.”

Bynajmniej nie był to napój serwowany z menu, ale czego nie robi się dla córki Langleya… jednym uchem słuchała tyrady eks-sekretarza ojca.

„…I ściągnięcia nam na głowę problemów z wyszkolonymi specjalnymi oddziałami wojska!” Rumsfeld dymił się już na poważnie. Czy to było złudzenie, czy para wydobywała się z jego uszu, jak również z uszu jego asystenta, który dreptał za nim, lecz przezornie na wszelki wypadek się nie odzywał. Albo może to ze strachu. Była kosmitą. Widzieli, co potrafiła zrobić. A przez ostatnie miesiące, od kiedy zabiła po raz pierwszy, ludzie nabrali ciekawego zwyczaju omijania jej szerokim łukiem.

Machnęła obojętnie ręką i Rumsfeld dosłownie zdębiał. To nie mogło być faktem. Kal zawsze był nadzwyczaj ostrożny, jeśli chodziło o jednostki specjalne wszelkiej maści. A transgenicy? Nie wierzył w cuda, by NSA udało się ich złapać. Pewnego dnia wrócą na garnuszek rządu i znów będą wrogami. Kto jak kto, ale Nem powinna to rozumieć.

Nem nawet się nie skrzywiła, tylko popatrzyła prosto w jego oczy. Zmieszał się.

„Jesteś zbyt pewna siebie, Langley.” Rumsfeld stwierdził ze smutkiem. Wiedział, co pokazywała. To był jej pokręcony sposób na oznajmienie, że ma dopracowany każdy szczegół i nic jej nie groziło. Ona doceniała przeciwnika, a nie uważała, że są za słabi czy głupi. Poza tym… Kal nigdy nie zostawiłby córki w kłopotach. Żałował tylko, że cokolwiek planowała, wydawało mu się kompletnie bez sensu. Po cholerę przyszła do baru, gdzie bywały tabuny X5? „Mimo wszystko… powodzenia. Nie daj się złapać.” pociągnął ją nagle do mocnego uścisku.

„Nie…” mruknęła, ściskając go z powrotem. W końcu był jednym z pierwszych ludzi, którzy wiedzieli. Wspierali jego karierę i przekazali sporo wiedzy. Nie wspominając, że stanowił żywy przykład, iż nie wszyscy ludzie byli kompletnymi idiotami i potrafili troszczyć się o innych. „Nigdy więcej.” przez jej głowę przemknęła pamięć jej własnych pierwszych dni życia. To się nigdy nie stanie jej dziecku, prędzej pójdzie do piekła i z powrotem, nim się to wydarzy… Alec mógł być idiotą i hulajduszą, ale ich córeczka nie będzie rosła w przekonaniu, że odrzucił ją własny ojciec i wybrał sukę, która właściwie była odpowiedzialna niemal za śmierć jej matki i roztrzaskanie jej serca.

Szczególnie, że najpierw musiałaby stworzyć piekło.

Cofnęła się nieznacznie i ujęła kubek, rejestrując kątem oka Biggsa, schodzącego po schodkach w towarzystwie innego transgenicznego… uśmiechnęła się. Ale to nie był serdeczny uśmiech. To była dokładna kopia uśmiechu Kala, kiedy planował coś bezwzględnego i okrutnego. Co najgorsze, ten uśmiech był właściwie bardziej szczery i zarazem zmysłowy niż jakikolwiek inny, jaki zobaczył na jej twarzy od lipca zeszłego roku.

Rumsfeld musiał przyznać czwartą rzecz Kamahom. Potrafili doprowadzić do szału każdego.

~ * ~

Odkrył nagle, że stoi na brzegu dosyć dużego pomieszczenia, które wyglądało raczej jak miły, przytulny salon, z ogromną antresolą z której odchodził gdzieś wyżej korytarz. Nawet na nią była niewielka winda dla niepełnosprawnych. Ale nie to zdumiewało go, nie to sprawiało, że wszelkie powietrze uciekało z jego płuc w oszałamiającym pośpiechu, a serce biło jak oszalałe.

Mała postać, dwie małe postacie. Jedna ciemnowłosa, z dokładnie splecionymi w koronę długimi splotami, druga malutka, jasnowłosa, w czymś, co przypominało chodzik. Nem i dziecko. Nem. Dziecko. Małe dziecko. Kilkumiesięczne dziecko. Jasnowłose dziecko o zielonych jak trawa oczach. Nem chodząca na rękach, nie zauważająca jego, prawdziwie śmiejąca się. Dziecko śmiejące i gruchające do niej, najwyraźniej zachwycone, że jest ‚do góry nogami’. Nem promieniowała, jej zapach, ruchy jej ciała wyraźnie mówiły, że jest szczęśliwa i spokojna.

Ale to, co uderzyło bardziej, to zapach dziecka. Czysty, naturalny zapach, który był tak bardzo jego, jak i Nem. Nie był jakimś genetycznym eksperymentem czy czymś jak to. To była naturalna mieszanka, naturalna składowa i jego umysł podpowiedział mu tylko jedną możliwą logiczną odpowiedź tego co widział, co czuł, co docierało do jego porażonego szokiem mózgu.

Nem żyła. I dziecko, któremu najwyraźniej z czystą przyjemnością wywoływała uśmiech na ślicznej twarzyczce, było jego.

W całym jego życiu Alec nie czuł się tak przestraszony, jak nagle budząc się w centrali TC po niewiarygodnie rzeczywistym śnie.

„W porządku?” Tav zerknął na niego badawczo, więc pokiwał głową twierdząco, chociaż był daleki od takiego stanu. Walczył, by odzyskać oddech do jego płuc, ale tak naprawdę całe jego skupienie pozostawało wciąż na dwóch małych postaciach ze snu… tak zajętych sobą i radością w ich małym światku, że były niepomne zupełnie całego otoczenia wokół, niepomne leszczynowych oczu wpatrzonych w niezwykły cud niczym objawienie przed nim…

Ale to tylko sen. Tylko sen.

I to właśnie przestraszyło go jak diabli. Ponieważ to, co widział w śnie, ujrzał przelotnie w Nem… nie pokazywała tego nikomu, skryta, zamknięta. Chociaż teraz, po prawie roku, jaki upłynął od jej śmierci, wiedział więcej o niej, to jednak nic nie tłumaczyło tej straszliwej pustki i oddalenia w jej oczach. Nie tłumaczyło jej ostatnich słów. Nie tłumaczyło to snu, tak przepełnionego nią… wyrażającą bez skrępowania uczucia. Uczucia do ich wyimaginowanego dziecka.

Emocje, które tylko raz tak naprawdę zobaczył w ciemnych oczach Nem, kiedy budziła się z gorączkowej śpiączki. Emocje, które teraz były na całej jej twarzy, niczym nieskrępowane, nie ukryte za obojętną maską. Emocje dla ich dziecka.

Walczył wciąż, by wciągnąć powietrze do płuc, ale coś w jego piersiach ściskało się boleśnie. Bardzo boleśnie. I głupie uczucie zazdrości pełzło w górę jego głowy. To było głupie, irracjonalne, być zazdrosnym o własne dziecko, dziecko ze snu, ale to wciąż dziecko, a nie on, wywoływało ten szczęśliwy uśmiech, ten śmiech, brzmiący w jego uszach niczym muzyka.

I czy w ogóle tak naprawdę słyszał kiedykolwiek jej śmiech? Nie pamiętał.

Alec chciał kulić się ze strachu. Stado dzikich emocji przebiegało przez jego myśl, zupełnie niepomne, że to było trochę zbyt wiele nawet dla niego. Manticore nigdy nie nauczyło ich radzić sobie z emocjami, nauczyło tylko je ignorować. I ten raz to było zbyt wiele. Sen, tak niewiarygodnie rzeczywisty, atak na ciężarną Lulu, przejęcie ‚władzy’ w TC po przyjęciu Joan i Ky’a….

Wszystkie strachy i obawy, które zżerały go w Nigerii, wróciły teraz z dziesięciokrotnym przebiciem. Przyrzekł ochronić Nem, błagał o zaufanie i zawiódł na całej linii. Ukrywała przed nim naprawdę wiele, ale to był on, który nie sprostał misji ochrony jej. Miała prawo ukrywać takie fakty… Rebelianci czy Renfro, nie ważne. Obiecał jej, obiecał sobie, że nikt jej mu nie odbierze, że będzie bezpieczna… niezależnie od tego, czy będzie jego… ale tak naprawdę był zdecydowany jak piekło zdobyć ją. I wyszło na to, że los okrutnie zadrwił sobie z niego. Sądził, że zagadnieniami zaufania mogli zająć się później, skupiając się najpierw na wyjściu z tego piekła… ale okazało się, że zaufanie było po pierwsze, najważniejsze. I tak samo było teraz, w TC. Transgeniczni ufali mu, dlatego chcieli go na dowódcę. Fakty, wir przygodnego seksu, alkoholu i czysto egoistyczny żywot jak Alec McDowell, przestawały mieć jakiekolwiek znaczenie wobec zaufania, jakim go darzyli.

I po cichu musiał przyznać, że oddałby całe to ich zaufanie na zaufanie Nem. Ale Nem już nie żyła. Zabrała w głębię oceanu swoje tajemnice.

Wstał nagle i skierował się w stronę drzwi.

„Nie jestem w stanie cokolwiek zrobić.” mruknął „Idę do Crash.”

Odprowadzało go co najmniej dwadzieścia par oczu, aż dźwięk jego motoru oddalił się wystarczająco.

„Ktoś powinien mu powiedzieć.” Tav burknął.

„Ale wtedy facet zostawi TC i poleci jej szukać.” Dix sprzeciwił się naprawdę zdecydowanie. 467 westchnął w odpowiedzi.

„Już to robił. Tylko kwestią czasu jest, zanim się dowie, że przeżyła.”

„Co?” cała centrala wlepiła w niego zszokowane spojrzenia.

„Dokopał się do pochodzenia Nem. Nie wiem, ile czasu wiedział, ale najwyraźniej wystarczająco długo, by otrząsnąć się z szoku.”

„Co wie?”

„Nikt nie ma pojęcia. Ale myślę, że znacznie więcej niż się przyznaje. I to go dręczy. Musimy mu powiedzieć.”

„I znowu szukać głównodowodzącego?”

Wzruszył ramionami obojętnie.

„Wbijmy mu do głowy, że bez odpowiedniego zaplecza… nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa Nem. Tragedia Lulu i Joshuy doskonale uwydatniają fakt, że związki z transgenicznymi są niebezpieczne dla życia. Uwikłajcie przetrwanie rasy i zatrzymanie polowania na nas z możliwością odzyskania Nem… będzie chodził jak w zegarku.”

Centrala ucichła na kilka chwil, trawiąc ten punkt widzenia.

„Tylko ciekawe, co na to dziewczyna…” mruknął w końcu Mole.

~ * ~

Alec wciąż uwikłany w świat snu, nie zwracał zbytniej uwagi na otoczenie. Był niejako na pilocie automatycznym. Nieświadomie omijał ludzi, schodząc po schodkach Crash, rejestrował zainteresowanie żeńskiej klienteli… ale nie zauważył kilku zdesperowanych sapnięć od własnego rodzaju, kiedy dostrzegli go wchodzącego do środka.

Aż było już za późno.

Jego nozdrza owiał dość niezwykły zapach. Potrząsnął głową w niedowierzaniu. Ten sen był tak realistyczny, tak utkwił w nim, że jego elementy zaczęły przekładać się nawet na rzeczywistość. To niemożliwe, by tutaj, w Crash…

Podniósł oczy i całe powietrze uleciało mu z płuc z bezgłośnym świstem.

Małą, drobna postać w czarnym ubraniu, odwrócona do niego tyłem…

To tylko sen, halucynacja, wywołana alkoholem. Opanuj się, 494.

Ale jego mózg nie słuchał. Nie rejestrował dźwięków, Ky’a, który usiłował go odciągnąć… tylko patrzył. Krew w jego żyłach zawrzała ślepą furią, kiedy nagle starszy facet pociągnął drobną postać do dzikiego uścisku. Ten sam stary pryk, z którym kłóciła się chwilę wcześniej. Ta świnia dotykała jego Nem. Zabrudzała jej słodki zapach.

Ky i Joan chwycili go na wystarczającą ilość czasu, by nie spowodować katastrofy.

Kimkolwiek był mężczyzna, naprawdę szybko postawił ją z powrotem… jak tylko odwzajemniła krótki uścisk. Nem sama cofnęła się nieznacznie, sięgając po coś z baru. I wówczas się uśmiechnęła. Ale to nie był serdeczny uśmiech. To było coś nieprawdopodobnie dziwnego, któremu towarzyszył błysk czegoś bezwzględnego i okrutnego w spojrzeniu. Co najgorsze, ten uśmiech był właściwie bardziej szczery i zarazem zmysłowy niż jakikolwiek inny, jaki zobaczył na jej twarzy… kiedykolwiek.

Wyrywając się gwałtownie Ky’owi i jego dziewczynie, przedarł się przez otaczający ich tłum i dotarł do niej w dwóch sekundach. Zdążyła się obrócić, zrobić może krok czy dwa, kiedy chwycił ją mocno za ramię… wytrącając jej kubek z ręki.

Z przerażeniem, jak na zwolnionym filmie, patrzył, jak niewątpliwie gorąca ciecz chluszcze prosto na nią, wywołując skrzywienie bólu na jej twarzy. Najgorsze było jednak coś innego. Czysta, piekąca nienawiść, która pojawiła się w jej oczach na ułamek sekundy, by zniknąć momentalnie, niemal niezauważona.

W jej zielonych, nie brązowych oczach. W oczach ze snu.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *