Przepraszam (4)

Rozdział czwarty: Co do…?

„Aaaach!” Max ze złością kopnęła automat, który połknął jej ćwierćdolarówkę i za nic w świecie nie chciał oddać napoju. Tylko zapiszczał w proteście na ten brutalny atak.

„Nadmiar energii?” Tav z niewinny uśmieszkiem oparł się o ścianę i oglądał scenę z rozbawieniem. Guevara, mimo, że uciekinier z 2009 roku, to jednak niezwykle ciekawy uciekinier. Przez lata pozbawiona zupełnie kontaktu ze swoim ‚rodzeństwem’ zdołała jakoś uspokoić swoje instynkty i zintegrować się z ludźmi na poziomie, jakiemu się to nie udało żadnemu z transgeników. Ale to też sprawiło, że nie pasowała w swoim naturalnym świecie i to czasem powodowało całkiem zabawne sytuacje i czystą frustrację Max.

Po kilku tygodniach znajomości mógł zrozumieć, dlaczego Alec tak kochał ją wkurzać i denerwować. Wyglądała świetnie wkurzona, miała ogień w oczach… i żyła. Z tego, co się zorientował przez ostatnie tygodnie, jej związek z człowiekiem naprawdę dał jej w kość. Marniała wręcz. Więc biorąc przykład z Aleca spora część jego oddziału zaczęła ją prowokować. Przynajmniej wywoływali w niej jakąś reakcję, co stanowiło miłą odmianę wobec tego pokonanego i niechętnego wyrazu, jaki zazwyczaj gościł na jej twarzy. A te jej wściekłe spojrzenia…  Aaaach. W pełni rozumiał Aleca. To po prostu było zbyt łatwe, drażnić i doprowadzać na skraj opanowania samozwańczego obrońcę transgeników.

„Czyżbyś nie miała jej na co pożytkować?” dodał słodko.

„Zamknij się.” rzuciła ponuro, nawet na niego nie patrząc. Za to on miał niezły widok. W fascynacji oglądał, jak jej pierś podnosi się w ślad za każdym gwałtownym sapnięciem furii na głupi automat. Ach, gotów byłby psuć tę maszynę codziennie. Szkoda, że była skojarzona do tego człowieczka. Gdyby była wciąż wolnym strzelcem, nie miałby nic przeciwko jednej czy dwóch nocy wyjmowania energii z niej.

„Wiesz, Max, jak na osobę, która ponad dekadę spędziła włócząc się po świecie, dość mało wiesz o prowadzeniu grzecznościowej konwersacji.” naciskał dalej.

„Aaach….” poddała się, z ostateczną złością kopiąc automat. Nagle jednak oporna maszyna ożyła i wypluła puszkę coli… po czym następną. Tav złapał drugą zanim Max zdążyła mrugnąć. „Hej, to moje!” wrzasnęła.

„Wcale nie. Zapłaciłaś za jedną.”

„A ty za żadną.”

„Wiesz, że…” uśmiechnął się zawadiacko „… to mała rekompensata w zamian za cały ranek w twoim łaskawym towarzystwie.”

„Nie musiałeś ze mną jeździć po mieście.”

„Tak, a ty załatwiłabyś wszystko w towarzystwie Sketchy’ego.” wzniósł oczy do sufitu „Od czasu tego wystąpienia White’a mistrz Bip Bip Bip Wars jest dosyć paranoidalny. Naprawdę nie wiem, dlaczego ludzie czerpią wzorce zachowania z filmów.”

Max uśmiechnęła się. To jej przypomniało calusieńką godzinę, jaką spędziła w szafie w towarzystwie klapiącego ustami Aleca, aby ukraść jedyną kopię siódmego filmu Star Wars. Mimowolnie jej wzrok powędrował na jej eks-wspólnika i uśmiech zaniknął.

„On naprawdę jej chciał.” wyszemrała „Nie znaleźliście znów śladu tego Browna i jego żony?”

„Niestety, faceta zabrało wojsko i jak przepadł, tak przepadł. Najwyraźniej kosmici uwzięli się na nas i postanowili psuć nam każde zamierzenia.” zażartował.

Roswell… kosmici. Dave żartował całkiem lekko na ten temat, że Nem została przez nich porwana. Jeszcze zanim Ky zaprezentował im rewelacje, zniknęła z Roswell i słuch po niej zaginął. A nie chcieli wypytywać bezpośrednio Parkerów, chociaż stale ktoś ich śledził i starał się uzyskać informację, gdzie wcięło Nem. A to wcale nie należało do najłatwiejszych zadań!

Bali się powiedzieć Alecowi, że Nem żyła i to tam… a teraz nie mogli powiedzieć niczego na pewno. Stracili ślad. Na 100% zrobiłby coś bardzo głupiego. Jego instynkty nie pozwoliłyby mu siedzieć w Seattle i próbowałby dostać się do miasteczka. Nieciekawy pomysł z punktu widzenia transgenika. Alec był dobry, ale nie wiadomo, co by tam zastał. Ściągnąłby niebezpieczeństwo na siebie i na dziewczynę.

„Ona naprawdę wstrząsnęła jego światem.”

Max drgnęła, słysząc znajome wyrażenie.

„Jesteśmy beznadziejni, co nie?” westchnęła miękko, oglądając jak Alec z pozoru beztrosko żartuje z jedną z pracownic Jam Pony. Nową, nieświadomą jego opinii niepoprawnego podrywacza. „Poza tym jak ona mogła wiedzieć, że tak bardzo jej chciał?”

Po wyrazie twarzy Tava poznała, że dotknęła czułego punktu.

„Co?”

„Ona nie… ale inni tak. Zwłaszcza faceci.”

„Co masz na myśli?” zmarszczyła zaintrygowana brwi. Słyszała co prawda pogłoski… zaledwie pogłoski, strzępki kilku rozmów, ale zdołała się zorientować, że praktycznie nigdy nie zdarzało się, by ktoś z transgeników okazywał zainteresowanie innej transgenicznej, jeśli wcześniej spodobała się innemu. Było to dosyć intrygujące, ale tak naprawdę nikt jej tego nigdy nie wyjaśnił. Spytała raz Aleca, ale tylko się roześmiał i powiedział, że to męskie sprawy i żaden facet jej tego nie wytłumaczy. „To znaczy… wiem, że żaden z was nigdy świadomie nie wejdzie na teren innego…” ucichła nagle. To jest to. Bingo. Rozwiązanie tak proste jak tylko możliwe. Transgeniczni byli bardzo, bardzo terytorialni i zaborczy. Zmrużyła oczy i spojrzała na Tava, który uśmiechnął się jak kot, który właśnie dostał ogromną miskę tłustej śmietanki. „Macie jakiś system zgłaszania praw do kobiet czy co?” spytała z niedowierzaniem. Uśmiechnął się jeszcze szerzej, wywołując zrezygnowany jęk z ust Max. Usiadła na ławce, wyciągając w końcu swój lunch. „Nie wierzę, że to słyszę.”

„Ależ ja nic nie mówię, Max.” odparł głosem kapiącym od słodyczy. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Inni transgenicy raczej nie zwracali na nich uwagi, poza tym o tej porze było ich tu niewielu.

„Co, jeśli kobieta wybierze kogoś innego? Tak w ogóle to dość zawężacie nasz wybór.”

Parsknął w ironii.

„Według mojej wiedzy, nigdy jeszcze nie zdarzyło się, by kobieta wybrała ostatecznie kogoś innego niż ten, który o nią walczył. Nawet jeśli początkowo wykazywała zainteresowanie kimś innym, nawet jeśli nie wiedziała, kto o nią walczył… zawsze kończyło się to tak samo.”

Max rozdziawiła buzię w kompletnym zdumieniu. Czy to był właśnie instynkt parzenia się? Coś, co ją ciągnęło do Logana i trzymało w miejscu, podczas gdy do czasu jego spotkania po prostu skakała sobie z kwiatka na kwiatek albo zdobywała chłopaków podczas rui? Jeśli uczucia transgeników były równie silne wobec wybranych partnerów jeszcze zanim zostali oficjalnie parą… nic dziwnego, że faceci byli tak ochronni wobec ‚swoich’ kobiet. Zwłaszcza, że mieli więcej zmieszanego DNA niż żeńska część 5 serii, co czyniło ich o wiele bardziej agresywniejszymi i silniejszymi podczas walki. Zbyt dobrze znała gwałtowne pragnienie rozszarpania Ashy, ilekroć była w pobliżu Logana.

Nagle jednak dokładnie słowo w słowo zrozumiała znaczenie, co jej przekazał właśnie Tav. Zwłaszcza to jedno jedyne słówko.

„Walczycie o kobiety?” wymamrotała nie wierząc zupełnie, że nawet o to pyta. Lekki rumieniec ukazał się na jej policzkach. Jak barbarzyńcy, pomyślała oszołomiona, witamy z powrotem w epoce kamienia łupanego… raczej w dżungli, poprawiła się. Dzikie koty żyją w dżungli. Mamy kocie DNA.

„Uch…” Tav podrapał się po głowie. Nie uświadomił sobie, co mu się dokładnie wyśliznęło, póki nie było za późno. Normalnie większość żeńskich X5 nie zwróciłaby na to uwagi, każdy o tym wiedział, ale to była Max. Max, która obserwując i wychwytując wszelkie szczegóły i niuanse sama uczyła się na nowo, co to znaczy być transgenikiem, a nie tylko żołnierzem. Była bardzo percepcyjna w tym względzie i im więcej czasu mijało, tym więcej spraw zauważała. Przeklinał w duchu swoją własną głupotę.

„Nie wierzę… jak w dżungli…” wyszemrała, rumieniąc się jeszcze bardziej. Tav spojrzał na nią zdumieniu. To przecież Max, nieprawdaż? Max się nie rumieniła. Nigdy. Co dziwniejsze, było jej z tym do twarzy nawet lepiej niż z furią. Co mi chodzi po głowie, zbeształ się. Popełnił kardynalny błąd i teraz musiał to naprawić. „I one się na to godzą?” szemrała dalej w tym samym, niesamowitym tonie. Gotów był przysiąc, że była naprawdę zakłopotana i nie wiedziała, co począć z oczami.

Zaklął w duchu. Naprawdę, teraz się wkopał po same uszy. Zwłaszcza, że Max wciąż miała problemy sama ze sobą, by pogodzić się ze swoją naturą. Zbyt wiele lat spędziła wśród ludzi i przyjęła ich standardy. Niestety.

„To są męskie sprawy, Maxie.” świadomie użył dziewczęcego przezwiska, jakim Alec ją przemianował parę miesięcy temu. Max zmieszała się jeszcze bardziej. „To jest tabu, było łamane tylko i wyłącznie wówczas, kiedy ktoś z nas wybierał sobie partnera z zewnątrz. Nie tolerujemy innych facetów w pobliżu wybranej kobiety. Więc walczymy i czy one się na to godzą, czy nie… nie ma tak naprawdę znaczenia, instynkty naprawdę nam na to nie pozwalają, by dopuścić kogoś innego do naszej wybranki.”

Max ciężko przełknęła. Coś w tonie Tava sprawiło, że jakby w jej głowie otworzyła się przepastna otchłań i miała wrażenie, że spada w nią z niewiarygodną prędkością, coraz szybciej i szybciej. Ile tak naprawdę nie wiem o samej sobie, zastanawiała się przygnębiona.

„Każdy chce, by obiekt jego uczuć je odwzajemniał, nieprawdaż? I nie ma znaczenia, czy masz zwierzęce geny czy nie. One mają znaczenie, kiedy chodzi o instynkt terytorialny. Raz wybierzesz sobie partnera, będziesz odczuwać emocje, własnościowe żądanie, twoje instynkty naprawdę uderzą w ciebie i przestanie cię obchodzić, czy to jest powrót do epoki kamienia łupanego, ponieważ nic nie będziesz mogła na to poradzić… To jest w naszym DNA. Łączymy się w pary na całe życie i to dyktuje zaborczość. Kiedy instynkty uderzają w ciebie, nie ma znaczenia jak ciężki trening się przeszło, ile dyscypliny się narzuci, co mówi rozum… To jest… no nie wiem, jak jakaś odmiana instynktu macierzyńskiego, ale na znacznie głębszym, pierwotniejszym poziomie. Ochronność wobec tych, których uważasz za swoją własność, do pozostałych członków oddziału. Należymy do siebie, jesteśmy częścią siebie w sposobie, który ludzie nigdy nawet nie zaczną pojmować.”

„Jak moje rodzeństwo…” wyszemrała.

„Słucham?” skonsternowany i wybity z rytmu Tav spojrzał na nią spod oka.

„Uciekliśmy z Manticore po tym, jak strażnicy chcieli mnie zabrać, ponieważ miałam atak. Zack zaatakował ich, następna była Ewa. To było…” uśmiechnęła się nagle nieśmiało „…instynktowne. Zack postanowił, że uciekamy i my poszliśmy za nim, mimo, że nie znaliśmy innych miejsc ani nie wiedzieliśmy co jest na zewnątrz ogrodzenia. Potem spędziłam dekadę chcąc ich odnaleźć, aż Zack pojawił się w Seattle.”

Znacznie złagodzony, że jednak jakoś dodzwonił się do niej, Tav zamknął oczy w uldze. Uf, wyglądało na to, że jednak Alec go nie zamorduje. Max kiedy była zła albo czegoś nie rozumiała o transgenicznych, miała w zwyczaju wyładowywać to na Alecu.

„I Tinga… Zack wysłał ją do Kanady, ale ona wróciła. Po męża i synka. Albo kiedy spotkałam Sam…” zamarła na chwilę „Nie wiem. Jakby walczenie z nią było niewłaściwe, miałam wrażenie, że walczę sama z sobą, nie tylko ponieważ wyglądała jak ja albo była z tej samej próbówki.”

„Zapach. Twój nos mówił ci, że macie to samo DNA.” wzruszył ramionami „Dlatego Manticore nigdy nie wysłało do ścigania was waszych bliźniaków. Mieli wystarczająco wiele problemów ze skontrolowaniem naszych instynktów…” w jego tonie pobrzmiewała nutka goryczy „… i pewnie nie chcieli, żebyśmy zaczęli czuć się ochronni wobec was.”

„Co masz na myśli?”

„W którymś momencie władze były bardzo blisko zamknięcia Manticore. Zaczęliśmy dojrzewać. My sami nie mogliśmy skontrolować własnych instynktów, a co dopiero ludzie. Jednak w przeciwieństwie do nich, my nauczyliśmy się je rozumieć.”

„Tak, ciężko żyć, nie rozumiejąc i nie akceptując samego siebie.” zaśmiała się głucho. Ileż to razy nienawidziła siebie za ruję, nienawidziła i nie była w stanie skontrolować własnych działań? I kiedy następnego ranka budziła się w nieznanym łóżku, mgliście pamiętając dzikie noce… Czuła tylko obrzydzenie.

„Podczas tego szaleństwa, zrozumieliśmy, że nie da rady, trzeba wprowadzić jakieś reguły, inaczej wszyscy sfiksujemy. Zwykła potrzeba ochrony tego, co uważaliśmy za swoje, zamieniała się w tamte dni w paranoję.”

Ben, przemknęło jej przez myśl. Właśnie to stało się Benowi. Składał ofiary Niebieskiej Pani, by nas chroniła, kiedy on sam nie mógł.

„Były dziesiątki mniejszych buntów w oddziałach, kiedy chociażby straże podeszły za blisko. W końcu przestali umieszczać nas w Psy Ops i zaczęli po prostu zabijać. Alec był tym, który poszedł do odpowiednich ludzi… ryzykował jak cholera.”

„Co zrobiliście?”

„Poprosił o możliwość zreformowania oddziałów. Na początek, eksperymentalnie, zmieniono jeden oddział X5. Nawet pozwolili łączyć się w pary, co ku ich zdumieniu, zapobiegło zupełnie wszelkim incydentom z rują. Poza tym, jeśli dwoje X5 było związanych, zawsze mieli dodatkowe formy nacisku na nich. Mieli przywróconą dyscyplinę przed śniadaniem.” zachichotał na wspomnienie zdumienia straży i Renfro. Tak, wyraz twarzy tej suki, kiedy zrozumiała, że te ‚zwierzęta’ same rozwiązały ich największe problemy, był po prostu bezcenny. „Miesiąc później całe Manticore funkcjonowało na nowych zasadach. Większość z nich obowiązuje wśród nas do dziś.”

„Nic dziwnego, że tak wszyscy spoglądacie tęsknie w stronę Aleca.” zażartowała.

„Właśnie. Jest kilkoro oficerów wśród nas, którzy mają równie wysokie umiejętności co on, ale tak naprawdę tylko Alec ma potrzebną lojalność pozostałych, jak i doświadczenie w rządzeniu nami. Poszlibyśmy za nim o piekła, jeśli by nam kazał. Nawet fakt, że teraz nie stoi na czele, jest formą lojalności. Wszyscy uszanowali jego decyzję wyłączenia się z tego.”

„I obwiniają o to mnie!” wzniosła oczy do sufitu.

„Niee… to my schrzaniliśmy sprawę. Myśleliśmy, że doprowadziliśmy sprawy do finału, wiedzieliśmy, że jest nieufna i dostała w kość… To było naszym obowiązkiem. To zawsze jest obowiązkiem oddziału, sfinalizować sprawy między dwojgiem.”

„Zabawne. Inni winią mnie, wy siebie, Alec siebie… co za galimatias.” pokręciła głową w zdumieniu, łapiąc kątem oka czołówkę wiadomości. Kolejny pseudo atak transgenicznych. Cudownie, czysta panika wśród ludzi. „Tylko kosmitów brakuje w tej historii.”

~ * ~

„No to po prostu świetnie. Kosmita dowodzący transgenicznymi.” Paxton jęknął w czystej frustracji, przechadzając się w tę i z powrotem po własnym gabinecie. Okna wychodziły na zieleniący się trawnik, zjawisko dość niezwykłe jak na pustynię Nevady, ale wojskowa strefa była czystym skrzyżowaniem niezwykłości, cudów, technologii i ciężkiej pracy tysięcy ludzi. „Jak do cholery nikt przez lata nie zauważył, że on nie jest człowiekiem?” wydarł się na swoich podwładnych, nie przejmując się, czy ktoś za ścianą go usłyszy, nie wspominając o innych w pokoju. Psiakrew, mogła usłyszeć go cała Nevada, fakt, dotąd skrywany tak pieczołowicie przez Dana Browna i jego ludzką żonę, był już zapewne znany jak baza długa i szeroka. Słynny pułkownik był obcym. Obcym!

Paxton zacisnął zęby, usiłując opanować wściekłość i furię, przetaczającą się przez  jego żyły. Nie służyła niczemu, a on musiał myśleć jasno, logicznie. Właśnie jedyny człowiek, który mógłby objąć prowadzenie transgenicznych i który zapewne dokonałby jakimś cudem scalenia ich na nowo z wojskiem, okazał się kosmitą.

Pytanie brzmiało: którym? Był Antarianinem czy tym drugim czymś? A może trzecim? Sytuacja już dość dawno wymknęła się im spod kontroli, żaden człowiek tak naprawdę nie wiedział, ilu i jacy kosmici przebywają na Ziemi. I co wiedzą na temat ludzi.

Aż tu nagle okazało się, że wróg był w ich własnych szeregach. Niech to szlag.

„Brown mieszkał przez te miesiące w Seattle. A transgeniczni zaczęli się organizować ledwie przed kilkoma tygodniami.” głos Coxa przeciął ciszę niczym sztylet.

„Sugerujesz, że mogli dojść do porozumienia z najeźdźcami?”

Najeźdźcy, skrzywił się w duchu. Ale określenie.

„Nie. Sugeruję tylko, że to czas na nasz ruch. Oni zostali zrobieni i wyszkoleni na żołnierzy, by bronić tego kraju. Czas zmienić strategię.”

„Oni nie wrócą do Manticore. To się po prostu nie uda.”

„Nie mówię o Manticore. Transgenicy są społecznością, żaden z nich nie wróci, ale też z żadnego z nich pojedynczo nie będziemy mieć większej korzyści. Potrzebujemy… musimy zwrócić się do nich jako do całości i zaoferować im coś, czemu się nie oprą.”

„Co masz na myśli?” Paxton wyglądał teraz na naprawdę zaintrygowanego.

„Kilka lat temu zmieniono zupełnie zasady funkcjonowania oddziałów X5 oraz kilku innych ras transgenicznych. Zapobiegło to całkowitej likwidacji Manticore.”

„Co dokładniej zrobiono?”

„Pozwolono im działać według własnych, określonych zasad. Oni są diabelnie ciężcy do skontrolowania, zwierzęce DNA sprawia, że ich instynkty przewyższają znacznie wszelkie treningi i prania mózgu. Instynkt terytorialny, ochrony tego, co uważają za swoje jest wśród nich najsilniejszy i jest wspólny dla każdego transgenika, niezależnie czy to Dywizja Arktyczna czy X5.”

„Mamy wykorzystać polowanie, żeby zagrozić strukturom ich oddziałów.”

„Nie. Wstępne warunki będą proste: my odstąpimy od likwidacji ich i damy im co nieco praw, a oni będą walczyć dla nas. Oczywiście negocjacje z pewnością trochę rozbudują to, ale takie porozumienie mogłoby zaistnieć. Nic innego nie mogłoby ich skusić, jak przeżycie jako całość.”

„To nie przejdzie przez gabinet prezydenta.” Paxton był sceptyczny. I moją głowę, dodał w myślach. „Poza tym widzieliśmy ich w akcjach przeciwko ludziom. Nie wiadomo, czy podołają kosmitom.”

„Dowód dostaniemy na tacy, prędzej czy później.” Cox był pewny swojej racji „Ale lepiej dostać je wcześniej, zanim wszystko runie.”

„Chcesz wysłać więzionych obecnie transgeników przeciwko kosmitom?”

„Nie. Chcę wpuścić kosmitów do Seattle.”

„Cooo?!?” szmer niedowierzania podniósł się przez pokój.

„Przecież nie możemy czekać, aż któryś z transgenicznych znajdzie się na ich drodze.” zauważył cierpko „Poza tym będziemy mieć dodatkową korzyść. Transgenicy to najlepsi specjaliści na świecie, zwłaszcza główne ich siły – X4, X5 i X6. Technicy zbrojeniowi, lekarze, biolodzy, łącznościowcy, cała gama potrzebnych nam profesji. Jeśli będą walczyć we własnej sprawie, o własne przeżycie i miejsce na Ziemi, jeśli od ich wyników w wojnie z Antarianami uzależnimy skalę praw i wolności, jakie od nas otrzymają… Ich instynkt przetrwania jest niewiarygodny. Już raz zmieniliśmy kompletnie podejście do nich i okazało się to zupełnym sukcesem. Czas na powtórkę.”

Albo całkowitą klęskę, pomyślało kilkoro osób.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *