Przepraszam (3)

Rozdział trzeci: Faceci to idioci

„Wiesz, Alec, mógłbyś czasem dać mi jakieś prostsze zlecenie.” Logan wyciągnął papier z drukarki. Dom Joshuy nie był nawet w przybliżeniu tak wygodny jak jego apartament, ale co najmniej miał dach nad głową i prąd, by podłączyć urządzenia. Max przeprowadziła kilka włamań i na terenie TC również znalazło się nieco sprzętu, tak więc powoli mógł realizować swoje plany. „Sung niczego nie znalazł, ale za to ja znalazłem sam.”

„Wow. Cóż za geniusz!” Alec zadrwił, bębniąc niecierpliwie palcami o oparcie kanapy. Czekanie nie było jego najlepszą stroną, nie kiedy dotyczyło to jego prywatnych, osobistych spraw. Mógł być cierpliwy, jeśli tego wymagała sytuacja, ale tym razem był sam na siebie wściekły. Jakoś ostatnie dni pokazały, że obojętnie jak głęboko zakopiesz ból i niepowodzenie, wszystko potem wraca do ciebie w najmniej oczekiwanym momencie. I uderza tym mocniej, im bardziej się przed tym bronisz. „Więc?”

„Samochód zarejestrowany na Luise Hendricks-Brown, od przeszło dziesięciu lat najpopularniejszą pisarkę fantastyczno-naukową na świecie. Jej mężem od lat trzynastu jest Dan Brown, pułkownik marynarki, odszedł z wojska w lipcu zeszłego roku. Co ciekawe, na kilka dni przed upadkiem Manticore. Zaproponowano mu powrót i zajęcie się transgenicznymi, ale odmówił, wymawiając się tym samym powodem, co odejścia. W jego aktach pisze tylko ‚osobiste’. Mieszkają od tego czasu pod Seattle. Bezdzietni.”

Alec podrapał się po głowie w zakłopotaniu.

„Rodzina?”

„Ani jedno ani drugie nie ma rodziny. Tu masz adres.” Logan podał mu wydruk „Jakieś szczegóły?”

„Hm, gdybym powiedział, że jednak któreś z nich ma rodzinę?”

„Luise nie ma z całą pewnością, wychowała się w sierocińcu, po tym jak rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Na temat Browna ciężko cokolwiek znaleźć. Jeśli szukasz konkretnej informacji, musisz powiedzieć. Facet ma silne plecy.”

„Nie… to na razie wszystko, dzięki.” mruknął przez zęby, patrząc na adres na wydruku. Po laser wyślą kogoś innego. On i Tav złożą dzisiaj wizytę panu pułkownikowi.

„Dlaczego tak bardzo cię obchodzi ten facet? Nie jest zagrożeniem dla was. Właściwie, nawet wam pomógł po pożarze.”

„Co?” podniósł się zdumiony.

„NSA. Brown użył swoich wpływów, by sprawą ścigania transgeników zajęła się Agencja Bezpieczeństwa Narodowego, nie wojsko. Z małym budżetem, w tajemnicy, z małą ilością informacji o waszym treningu.”

„Skąd to wiesz?”

„Mój daleki kuzyn jest generałem. Zadzwoniłem do niego i zapytałem o powiązania pułkownika Browna z transgenicznymi. Wiesz, co mi powiedział? Że teraz Brown śmieje się pewnie do rozpuku z nich. Jeśli miał pod swoimi rozkazami dobrych żołnierzy, promował ich do końca i dla niego nie ważne było, czy to ludzie czy nie. To właśnie sprawiło, że miał takie poparcie u swoich podwładnych. Połowa admiralicji jadła mu z ręki, ponieważ Brown zawsze miał nosa do ludzi i większość facetów na stołkach zawdzięcza je właśnie podwładnym zasugerowanym przez Browna. Rozważano nawet przywrócenie Manticore pod dowództwem Browna, ale on odmówił. Dostał dożywotnią emeryturę.”

Alec potrząsnął oszołomiony głową. Gdzie on miał dotychczas oczy? Był facetowi winny sporo, ale najgorsze było to, że musiał jeszcze zaciągnąć u niego dług. Chciał się dowiedzieć czegoś o Nem. Czegoś osobistego, a nie tylko suche fakty o jej karierze zawodowej, które wyśrubował sobie w głowie do ostatniego detalu. Jaka była, co sprawiło, że nie ufała nikomu i dlaczego tak bardzo chroniła Hala? Jakim cudem trafiła do Langleyów? Dlaczego oni nie wyciągali jej z tej misji?

~ * ~

Nem zdjęła ciemne okulary i włożyła je do kieszeni brązowej, dżinsowej kurtki, ładnie podkreślającą jej drobną sylwetkę i nieco większy dzięki Rain biust. Jeśli ciąża i macierzyństwo miały jakieś pozytywne skutki na jej ciele, to był właśnie główny. Niestety, to także powodowało, że do jej listy problemów należała też nieco większa banda facetów oglądających się za nią na ulicy w biały dzień. Jej styl ubioru wcale nie pomagał zachować skromności. Dla Kamahów wygląd był bronią i czasami z tego korzystała… no dobrze, częściej niż czasami. Mogła być seksbombą, wyglądać jak się jej tylko chciało, ale nie mogła zmienić swojej podstawowej formy jako istota humanoidalna. Wyglądała jak młode wcielenie Rain Langley, koniec kropka. Kal się o to postarał i jej genetyka się o to postarała. W gruncie rzeczy nie trafiła źle. Rain była bez wątpienia przepiękną kobietą. Tylko czasami oddałaby wiele, by mieć kilka dodatkowych centymetrów wzrostu. Mogła przez wiele godzin wyglądać jak ktoś inny, ale zawsze w końcu musiała wrócić do swojej podstawowej formy… przez co wiele osób odnosiło się do niej jak do dziecka. A przecież, na miłość boską, miała 70 na karku i małe dziecko.

Niestety, zgodnie ze standardami ludzi nie były to cechy, które czyniły cię dorosłym. Psiakrew, większość bramkarzy w nocnych klubach traktowało ją jak niewydarzoną małolatę, więc musiała nosić wisiorek Kamah. Ustępowali bez najmniejszego sprzeciwu, tylko zerkając na nią pożądliwie. To także nie było za ciekawe.

Zeszła spokojnie po schodkach, lustrując obojętnie zaciemnione wnętrze. Było już całkiem sporo ludzi, było późno jak na wejście i na to właśnie liczyła, wybierając porę pierwszej wizyty. Jej ludzie już jej donieśli, że 494 i jego stałej grupy brakowało tego wieczoru. Miała czas na konieczny rekonesans terenu… i żeńskiego towaru.

Usiadła, uprzednio wysyłając z pilną potrzebą jakiegoś gościa. Biedak nawet nie wiedział, co go uderzyło… Stołek zwolnił się na cztery sekundy przed tym, zanim dotarła do baru i dzięki temu nie było najmniejszego zamieszania ani też zbytniego poruszenia, kiedy zmienił się na nim lokator… Oparła przedramiona na jego powierzchni i wówczas to poczuła. Znajome dźwięczenie, wręcz niemal jak przyjemne mruczenie energii pod skórą. Jej ciało śpiewa charakterystyczną melodię. Uśmiechnęła się nieznacznie, wkładając w to nawet serce. Uśmiech ten spowodował gwałtowne skręty pragnienia męskich żołądków w promieniu wielu metrów wokół niej. Jej smukłe palce niecierpliwie zabębniły o blat, domagając się uwagi któregokolwiek z barmanów.

„Co pani sobie życzy?” przystojny rudzielec koło niej błysnął szerokim uśmiechem jak z reklamy Colgate. Odwzajemniła jego uśmiech, ale o wiele spokojniej… i obojętniej. Nie była zainteresowana. W cholerę, była zainteresowana wejściem do łóżka 494, nie jego.

„Piwo. Zimne.” jej głos przyszedł z odpowiedzią i niemal wyśmiewała się w duchu, jak źrenice mężczyzny rozszerzają się w czystym wyrazie żądzy i pragnienia. Gatunek ludzki był tak łatwy do manipulowania… brrr. Wystarczyło, że jej głos miał pewną barwę, częstotliwość, nieuchwytną świadomie dla ludzkiego ucha, ale trafiający prosto do odpowiednich receptorów w mózgu faceta. Mogła przysiąc, że przez jego głowę właśnie przejechały wszystkie możliwe fantazje, od tych najprostszych po najdziksze. Jego energia szalała i układ krwionośny jak szalony pompował życiodajny płyn prosto do jednego wrażliwego miejsca na jego całkiem niezłym – to musiała jednak przyznać – ciele.

Barman błysnął jej tak samo swoje najlepsze wydanie uśmiechu i postawił przed nią kufel. Ale w przeciwieństwie do tych napaleńców wokół, jego uśmiech był pełen sympatii, lekkiej ironii i zarazem współczucia. Pracował w Crash niedługo, ale wiedział, co oznacza ten prześliczny wisiorek na jej niezłym dekolcie. Nosiła wisiorek, bo zazwyczaj tam wędrowało pierwsze spojrzenie każdego mężczyzny. Niewielu zadawało sobie trud, by spojrzeć na jej rękę w poszukiwaniu jakiejkolwiek obrączki. A jeśli nawet ją znajdywali – co od grudnia miało miejsce – mało którego to powstrzymywało.

Wzniosła spojrzenie do sufitu w odpowiedzi na jego ‚współczucie’. Zapewne już dawno powiedziano mu, że za Nem Langley oglądają się tabuny mężczyzn. Jeśli nie za urodą, to za jej pieniędzmi.

Nawet jedna dziesiąta majątku Langleyów była warta przyjęcia panny z dzieckiem, nieprawdaż?

„Daren jest?”

Barman potrząsnął głową w odpowiedzi. Znała ją i tak, zanim zadała pytanie. Jego energia dźwięczała coraz dalej od Crash. Ale to może dobrze. Rekonesans bez uważnego spojrzenia Kamaha, który przywiózł Soriego na Ziemię, będzie swobodniejszy.

„Właśnie wyszli gdzieś z Syl.”

Pokiwała głową.

„Jest jakiś wolny stół?”

„Czwórce kończy się czas za kwadrans.”

„Poczekam.”

Ujęła kufel i ostrożnie upiła łyk. Ostatecznie była obcym, enzymy neutralizujące alkohol były na wagę złota… szczególnie, że Rain nie tolerowała ludzkiego pożywienia i wciąż karmiła ją piersią. Ale jak na Kamaha przystało, domagała się jeść najczęściej dwa razy w tygodniu. Dawało to jej niejaką swobodę.

Spojrzała w stronę stołów do bilarda i jej oczy rozbłysły krótko. Przy czwórce grał nie kto inny, ale Sketchy. Kumpel Aleca. Hm, może jednak nie poczeka.

~ * ~

Tav gapił się na niego. Długo. Uważnie. Alec zniósł niecierpliwe westchnienie, kiedy tak poddawał się jego ocenie. Byli bardzo podobni i Tav zawsze umiał go przeczytać. I tak było w odwrotną stronę. Do tego wieczoru, zauważył zdziwiony. Jakby Tav położył przed nim jakąś zasłonę, blokadę, nie dopuszczając go do swoich myśli i sądów. Psiakrew, nie podobało mu się to, ale potrzebował tego wieczora wsparcia… kogoś, kto wiedział, nie zada głupich pytań i później zachowa dyskrecję. Nie chciał, by się rozeszło wśród transgenicznych, że wciąż szukał jakiejś informacji o Nem, kiedy wszystkim się wydawało, że dawno temu pochował swoje uczucia do niej. Nie zniósłby tych litościwych, a zarazem pogardliwych spojrzeń, iż nie zdołał jej ochronić. Wiedział, że zawiódł i nikt nie musiał mu o tym przypominać. Tym bardziej publicznie.

„Co chcesz przez to osiągnąć?” Tav zapytał w końcu ciężko, po długim milczeniu. Wyglądało na to, że los sam ich przechytrzył i prowadził Aleca na drogę do odnalezienia Nem. Ale skoro dziewczyna nie wypłynęła przez rok jako Hendricks-Langley, to wątpił, by Brown pozwolił się Alecowi zbliżyć na krok do niej. Dziewczyna żyła i najwyraźniej Brown musiał o tym wiedzieć. Dlaczego do cholery nie powiedział tego komukolwiek z jednostki?

Pewnie myślał to samo, co Nem. Że byli na usługach Renfro, pomyślał boleśnie.

„Nie wiem.” Alec klapnął w końcu na kanapę, kładąc nogi na stole „Dowiedzieć się czegoś. Czegokolwiek.”

„O niej?”

„Tak.”

Tav przejechał dłonią po włosach. Sytuacja należała do delikatnych. Z jednej strony nie chciał mu skłamać, z drugiej, sam nie wiedział, co począć. Przydałaby się szybka konsultacja z resztą, ale niestety nie mógł sobie pozwolić obecnie na ten luksus. Nie mógł też pozwolić, by Alec skoczył do nieznanej wody na główkę.

„Czy kiedykolwiek rozważałeś, że mógłbyś dowiedzieć się czegoś, na co nie byłeś przygotowany? Coś, co mogłoby zmienić sytuację na znacznie gorszą?”

„Wiesz coś.” głos Aleca kipiał gniewnym oskarżeniem. Tav zacisnął szczękę. To nie szło dobrze. Nigdy nie szło, kiedy to przychodziło do Nem.

„Ktoś od nas z oddziału dowiedział się czegoś, dopiero co… i żaden z nas nie ma pojęcia ani odwagi, by to ci powiedzieć. Dobrze pamiętamy, jaki pomylony wtedy byłeś…”

Cała furia wyparowała z głowy Aleca w kilka sekund. Wstał i zaczął przemierzać niewielką przestrzeń swojego apartamentu, w tę i z powrotem. Tav obserwował go przez kilka minut, szacując sytuację. Ale Alec sam ją rozwiązał, zatrzymując się nagle pośrodku i patrząc na niego.

„Po prostu chcę zrozumieć… byłem pewien, że chce… a jednak nie zaufała wystarczająco żadnemu z nas. Wiedziała o transgenicznych, nie bała się nas. Prawdopodobnie od Browna. Chcę zrozumieć, dowiedzieć się dlaczego. Gdzie zawiodłem.”

„A jeśli odpowiedzi ci się nie spodobają?”

„Nic nie może być gorsze niż teraz.”

Nie byłbym tego taki pewien, braciszku, Tav westchnął ponuro w myślach.

~ * ~

Nem przetarła oczy, zalewała je krew. Obróciła się od straszliwego pogorzeliska i uważnym spojrzeniem obrzuciła trójkę nastolatków, którzy ciężko patrzyli na resztki czegoś, co było jeszcze dwie godziny wcześniej małym miastem. Żaden z nich nic nie powiedział, kiedy wskazała dłonią na ciemny las i nie tak odległy dźwięk helikopterów. Lada chwila miało się zjawić tutaj wojsko, by posprzątać bałagan obcych. Bałagan Zana.  

„Idziecie czy nie?” spytała z irytacją, kiedy dotarła do skraju zarośli i żaden z nich się nie poruszył ani nie oderwał wzroku od straszliwego obrazu.

Michael był pierwszym, który się ruszył. Ale też chyba najbledszym. Bez słowa popchnął Isabel i Maxa w jej stronę, a sam zajął miejsce na końcu. Obrońca do końca, uśmiechnęła się w duchu. Ale tak naprawdę wcale jej nie było do śmiechu. Jej głowa huczała i wnętrzności skręcały się gwałtownie w konwulsjach.

Szczególnie od wspomnień jednej osoby. Sara Thomson. Ciemnoskóra pielęgniarka z misji w Nigerii, osoba serdeczna i ciepła… wyparowała w ciągu kilku sekund w wielkiej kuli ognia, którą zapewne widać było z odległości wielu, wielu mil. Jej ręce wciąż się trzęsły od trzymania osłon wokół nich. Nie była pewna, jak długo jeszcze zdoła wytrzymać, szczególnie, jeśli wspomnienia umarłych będą napływać tak szybko i w takiej ilości.

„Zachowaj nas w pamięci…” mruknęła z goryczą. Ileż to razy w ciągu ostatnich dwóch dni słyszała to zdanie z własnych ust? Nie wiedziała, ale za każdym razem wzbierało w nim więcej goryczy. Ci ludzie niczym nie zasłużyli na ich los, ich jedynym błędem było umiejscowienie miejscowości przy stanowej autostradzie.

„Jak oni nas wyśledzili?” twarz Michaela ściągnęła się w bólu i zapewne wyrzutach sumienia. Złapał jej ironiczny wzrok. „To nie może się powtórzyć.” dodał niepewnie.

Weszli w ciemniejszą strefę lasu. Isabel potykała się co jakiś czas. W niczym nie przypominała jasnowłosej księżniczki.

„Jak myślisz, Michael?” Nem spytała gniewnie, wskazując na Maxa „Czyjeś poszukiwania synka doprowadziły do tego.”

Oskarżenie wisiało ciężko w powietrzu. Salina przestała istnieć. Tylko dlatego, że Max poprzedniej nocy popełnił kardynalny błąd – usiłował uruchomić statek, którym przylecieli na Ziemię. Włamanie do sklepu, pod którym był magazyn FBI było jeszcze głupsze, ponieważ byli postronni świadkowie i kamery video. Teraz ludzie wiedzieli, mieli kogo oskarżać o tę tragedię… Resztki Królewskiej Czwórki mogły się pożegnać z nadzieją o pomoc ze strony ludzi.

Max milczał, czy to z wyrzutów sumienia, czy przezornie, nie wiedziała i nie zamierzała się dowiadywać. Nie mógł co prawda wiedzieć, że Antarianie są już tak blisko, iż niemal czuła ich oddech na karku, ale co nieco rozsądku i roztropności spodziewała się po nim. Max zawsze był odpowiedzialny, pełen samokontroli, myślący o bezpieczeństwie ich wszystkich. Ostatnie wydarzenia pokazały jednak, że słowo ‚zawsze’ nie bardzo tu pasowało. Najsmutniejsze było to, że to był jego pierwszy błąd, pierwszy poważny błąd… i skończyło się to niewyobrażalną tragedią, uświadamiając całej trójce hybryd, w jakim położeniu się naprawdę znajdują. Dla nich przeznaczenie znaczyło dotychczas Tess i jakąś odległą, mglistą polityczną rebelię, a nie prawdziwe, krwawe ofiary, poświęcenie ludzi, bezmyślną okrutność wojny czy tysiące nie mających nic wspólnego ze sprawą postronnych ofiar… Szczególnie dla Maxa. On, który zawsze mówił, że sami tworzymy swoje przeznaczenie. Ostatecznie jednak poddał się, poddał Tess, spłodził z nią synka, tworząc tym samym niewyobrażalny bałagan. Tess odleciała na Antar granilithem. Miała dziedzica Zana. Miała granilith. Teraz wystarczyło tylko, że Max umrze, pieczęć przejdzie na jego synka i Khivar będzie dysponował otwartym dostępem do broni zdolnej niszczyć planety i systemy słoneczne.

Nigdy nie powiedziała im, dlaczego tej wiosny Kal odszedł. Dlaczego każdy z Kamahów odwrócił się od niej, dlaczego Sori poświęcił życie, dlaczego pozostali traktowali ją jak zarazę. Złamała prawie każdą zasadę bezpieczeństwa, każdą umowę z nimi. I została za to ukarana. I teraz wszyscy tkwili w środku wojny, która niedługo zamieni się w dramatyczną walkę o przeżycie.

„To brzmi niczym requiem.” szepnęła, mając na myśli dźwięk ciężkiego sprzętu i przelatujących nad ich głowami samolotów.

„Na pewno założyli obwód wokół obszaru.”

„Wymkniemy się.” powiedziała spokojnie, dając im znak, żeby się skryli. Dosłownie trzy sekundy później obszar, gdzie stali omiotła silna wiązanka światła i zabrzmiała seria wystrzałów.

„Zwykłe wojsko.” wymamrotała niemal bezgłośnie do ucha Michaela. Kiwnął głową. Uczył się naprawdę szybko, ale nic nie mogła poradzić na to, że tę ‚ludzką’ wersję Rhata przerażały cierpienia ludzi i nikomu nie życzył źle. Z jednej strony dorastanie przy Hanku musiało całkowicie zmienić jego podejście do przemocy. Z drugiej jak mało kto wiedział, że ludziom nie trzeba powodu do bycia okrutnym i bezwzględnym. Zapewne przez to tak trzymał się swojego obcego pochodzenia. Teraz jednak przekonał się, że nie tylko ludzie potrafią pociągnąć za spust. A życzyła mu, by nigdy się nie dowiedział. „Żadne jednostki specjalne.” wymruczała dalej, skupiając się na wyczuwaniu wszelkiego życia oraz wyposażenia, jakie ze sobą nieśli „Nie mają nawet noktowizorów. Zbyt wiele ludzi w zbyt krótkim czasie musieli tutaj ściągnąć. To nasza szansa… i szansa Antarian.”

„Co zamierzasz?” Isabel spytała z trwogą, słysząc mało przyjemne nuty w jej głosie.

„Wmieszają się w ludzi. W wojsko.”

„Chyba ich nie zabijesz?”

„Nie.” uśmiechnęła się i Isabel odetchnęła z ulgą. Ale w następnej sekundzie zamarła w przerażeniu. „Wy to zrobicie.”

Nem usiadła gwałtownie na łóżku, dysząc ciężko. Płuca piekły ją i skręcały się w bolesnych konwulsjach od nadmiaru wtłaczanego do nich tlenu. Szerokimi oczami wpatrywała się w ciemność przed sobą przez długą chwilę, zanim z westchnieniem ulgi opadła na posłanie.

„To tylko sen.” wymamrotała, pocierając czoło. Ale jakkolwiek sen, był niewiarygodnie realistyczny, był niezłą wariacją na temat otaczającej ją rzeczywistości. Jej ręce wciąż się trzęsły. Granilith był wciąż na Ziemi. Tess nie żyła, prawda?

To tylko koszmar.

Wyplątała się spod koca i wstała z łóżka. Przewędrowała przez apartament, zeszła po schodkach do salonu i usiadła w fotelu. Myślała przez dłuższą chwilę, zanim wyciągnęła z kieszeni komórkę. Palce automatycznie wybrały numer.

„Nie przeszkadzam?” wymamrotała do słuchawki, kiedy z lekka zaspany głos odezwał się po drugiej stronie linii.

„O czwartej nad ranem? Skądże.” Kal ziewnął mimo woli. Poszedł spać godzinę temu, w nadziei spokojnych dwóch godzinek obowiązkowego od czasu do czasu snu. To była ich pora snu, pora snu na Kamah i wrył ją w podświadomość Nem jak tylko się dało. Coś musiało ją obudzić. „Zły sen?”

Skuliła się w fotelu, zanim odpowiedziała do słuchawki z ciężkim westchnieniem.

„Piekielnie realistyczny. Atak Antarian na Ziemię.”

Kal napiął się natychmiast.

„Wiesz, od ilu lat nie śniły ci się te koszmary?”

„Ostatni raz to było tuż przed opuszczeniem przez Zana i resztę inkubatorów.” westchnęła ponownie „Możesz sprawdzić silniki Ketone?” spytała, nienawidząc jak niepewny i przestraszony był jej głos. Zbyt dobrze pamiętała Kamah, zbyt dobrze pamiętała, co się tam wydarzyło. Wspomnienia zmarłych Kamahów były dla niej tak rzeczywiste, jak nic innego na tym świecie. Nawet nie Rain.

„Nie obwiniaj się o to. Jesteś jedyną kobietą wśród nas.” przyszedł natychmiast głos Kala „Nawet gdyby Rain była czystym Kamahem, obowiązek płynący w twoich żyłach byłby silniejszy niż macierzyński instynkt.”

„Obecnie w moich żyłach płynie jedynie wściekłość.” wymamrotała „Mam ochotę przywalić Alecowi, ile tylko wytrzyma.”

„Jak rekonesans?”

„Szczerze?” spytała cierpko „Biorąc pod uwagę żeńską klientelę Crash, moje plany będą łatwe jak zmiana kształtu. Naprawdę nie dziwię się, że tak skakał z kwiatka na kwiatek…”

Zachichotał.

„Zazdrość to brzydkie uczucie, Nem. Nieładnie.”

„Mam to gdzieś. Mógł sobie robić co chciał, mógł mieć kogo chciał… wyrzekł się obcego dziecka i miał prawo do tego. Nie sądzę, by jakikolwiek Ziemianin zaakceptował, że jego dziecko rodzi się po miesiącu i jego genetyka w nim to mniej niż 1%.” westchnęła „Ale 452? Ta zdzira, która wysadziła w powietrze setki embrionów własnej rasy? I przez którą narodziła się Rain. Nie, tego mu nie wybaczę. Mógł pójść do każdej, guzik by mnie do obeszło.”

„Jaaasne.”

„Nie śmiej się. Każda tylko nie ona.”

„Więc na poważnie zamierzasz udowodnić sobie, jemu i całemu światu, że możesz go mieć kiedy zechcesz?” w głosie jej ojca słychać było niejako rozbawienie. To było trochę dziwaczne, rozmawiać z nim tak. Ale ich relacja powolutku wychodziła poza stosunki ojciec-córka. Dla niej powoli stawał się tylko mężem Rain.

Szybko dojrzewaj, Rain, pomyślała smętnie.

„To też. Zamierzam przede wszystkim udowodnić 452, że jest na tyle nie wartym niczego śmieciem, że nawet jej facet nie będzie jej wierny i będzie ją oszukiwał tuż pod jej nosem.” rozparła się wygodniej na fotelu. Wieści od wywiadu przyszły dość niespodziewanie, burząc krew w jej żyłach. Nie nawet odmowa uznania dziecka, przekazana ustami Biggsa, nie wpieniła jej tak bardzo, jak ta drobna informacja o ojcu jej dziecka. Max i Alec? Razem? Alec i ta anorektyczka? Już prędzej Alecowi przybędzie inteligencji, niż na to pozwoli. Po jej trupie!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *