Przepraszam (28)

Rozdział dwudziesty ósmy: Uchylając rąbek tajemnicy

Mimo przeogromnej niechęci do zostawienia Nem i Rain, Alec musiał się zebrać w sobie i przyjść z powrotem na zaplanowane na ósmą spotkanie. Nem spała całe popołudnie, od karmienia Rain, poprzez jej genialny wybryk, powrót, znoszenie do samochodu, jazdę z powrotem do mieszkania. Chociaż było wręcz cudownie oszałamiające trzymać ją tak bezkarnie w ramionach i móc się cieszyć nią do woli, bez obawy o jej pełną ostrożności i strachu reakcję, nie mógł jednak połknąć tej wielkiej bryły w gardle, która utkwiła tam, gdy zobaczył bliznę.

Nawet przybycie czterech oddziałów pod dowództwem Thora, X5 678, nie zdołało poprawić mu na jotę jego nastroju. Nie zerknął nawet na stan liczebny i strukturę przybyłych, co mu się nigdy dotąd nie zdarzało.

Blizna… blizna po wszczepieniu serc jej brata?

A przecież sama Nem mówiła że ich powłok nie da się uszkodzić. Nie mają blizn. Obojętnie co. Więc co to było? Czy to był efekt tego, że jej powłoki były sztuczne teraz?

A jej życie cały czas wisiało na włosku?

Logicznie rzecz ujmując, wiedział doskonale, że Kamahowie nie pozwolą na śmierć tego małego cudu. Ani na śmierć Rain. Kal powiedział, że jeśli będzie trzeba, skopiują istotę Rainis i wsadzą do kamahskiego ciała. Straci swoją transgeniczną fizyczność, ale cała reszta pozostanie ta sama. Nawet wygląd. Jej ciało będzie w pełni kamahskie. To, o co tak naprawdę tak uparcie walczyła Nem było zachowanie tego, co odziedziczyła po obojgu rodzicach. Nem za dobrze wiedziała, co to znaczy to stracić i nie chciała tego dla swojego dziecka. Ale w procesie walki o to Nem mogła umrzeć. Mogła. Mogła.

Żadna ilość logiki nie pomagała jednak jego uczuciom. Chociaż rozum wiedział, że tak się nie stanie, że Kamahowie zrobią wszystko, by ocalić Nem, to jednak serce wcale nie chciało słuchać. Kiedy patrzył na nią tak słabą, wszystko w nim zatrzymywało się ze strachu. Nie mógł się tego pozbyć, tej piekielnej potrzeby nie spuszczenia z niej wzroku. A była w Seattle ledwie od kilku godzin. Co to będzie za parę dni? Będzie ciągnął wszędzie ze sobą Nem?

Och, już widział te złośliwe uśmieszki ze wszystkich stron. Okręcony dookoła jej małego paluszka. Taki był. Nie zamierzał tego zmieniać. Jedyne, co trzeba było tu zmienić, to ich wzajemny stosunek do siebie. Musiał popracować nad komunikacją. Marnie im to szło w gruncie rzeczy. Ileż to razy ich własne uprzedzenia, obawy czy ingerencja innych dokonały ogromnego spustoszenia? Niby jakieś zaufanie zostało odbudowane. Ale w cholerę chciał o wiele więcej. Ale żeby tak się stało, musieli znaleźć wspólny język.

Bo chociaż teoretycznie przyjechała do Seattle na jego prośbę, to wciąż na sama myśl o integracji z transgenikami jeżyła się. Nie to, że nie mówiła dlaczego. Po prostu nie rozumiał jej toku myślenia. Dlaczego tak uważała. Co wpłynęło na mnóstwo jej decyzji. Interpretował jej zachowanie według własnych standardów, a to dobrze się skończyć nie mogło.

I jak na złość, wieczorem miał jedno z najpaskudniejszych spotkań, jakie mogło się wydarzyć. Miał nieśmiałą nadzieję, że wszystko zostanie ustalone na porannym spotkaniu, ale niestety Maxie G. nadawała się na liderkę kobiet tak samo jak na dziewczynę Tava. Kompletna beznadzieja. Co jego brat w niej widział, nie był w stanie pojąć. Ale może to efekt ich krótkiego romansu? Najprawdopodobniej.

Raczej wysoko się ceniła w Manticore…” zachichotał złośliwie.

„Co?” Tav obok na siedzeniu pasażera odwrócił się do niego zdumiony. Sam był równie pogrążony w rozmyślaniach, zapewne niewesołych i dotyczących jęczącego cały dzień obiektu pod potoczna nazwą Maxie.

„Tylko coś złośliwego o kimś.” mruknął pod nosem i nie odzywał się już do samych obrzeży TC. Wjechali podziemnym parkingiem pod centralę. Zanim jednak wysiadł, jego młodszy braciszek zatrzymał go na chwilę, kiedy Ky wysiadł.

„Alec?”

„O co chodzi?”

Ky chyba był uprzedzony, bo nie zwrócił kompletnie uwagi i powędrował dalej.

„Z grupą Thora wróciło kilka kobiet, o których myśleliśmy, że nie żyją. Że dorwała ich sekcja bezpieczeństwa. I dwóch facetów.”

„Co?” warknął niedowierzająco.

„Schowaliśmy je z Kari, Jeminą i Dave’m. Ky też wie.” spojrzenie Tava było dosyć dziwne, lata nie widział takiej mieszanki zieleni i niebieskiego u niego. Coś głęboko nim potrząsnęło. „Chodzi o to, co mówiły…”

„Wal prosto z mostu, Tav, bez bawełny. Kiepski w tym jestem.”

Młodszy z McDowellów spojrzał niepewnie na starszego.

„Mówią dokładnie, słowo w słowo to samo co Nem.” wyszemrał w końcu cicho „Tylko nie zgadza się rola Biggsa.”

„Co masz na myśli?”

„Później…” potrząsnął głową „Ale jest wzór tych zniknięć, Alec, tak popieprzony, że mi niedobrze. Grandowie, rodzeństwo? Udało się uciec kobiecie, mówi, że pomógł jej ktoś z naszego oddziału. Nie znała jego imienia ani opisu, tylko raz go widziała wcześniej z nami podczas akcji i przyjęła, że należy do nas. Ataki nie tylko na Patricka… Kurwa, Alec, Kari mówi, że ktoś doniósł. Ktoś musiał. Przez czerwiec, lipiec i kawałek sierpnia… nawet po spłonięciu Manticore, cały czas powtarzały się identyczne ataki na skojarzonych z transgenikami ludzi. Zwłaszcza na mężczyzn. Ktoś tu bardzo nie chce, żeby nasze kobiety były z ludzkimi samcami.”

Odetchnął głęboko. Wypowiedziane głośno brzmiało to jeszcze straszniej niż wcześniej, kiedy do tego doszli.

„I wiesz, co myślę? Tak sobie porównuję Kamah i jak chronią członków… co dopiero szefów. I Kamahowie, obcy… i Biggs nie poniósł nigdy kary, na litość boską! Więc tak myślę…” Tav wyszemrał drętwo „Myślę, że Biggs wiedział już w listopadzie, co się stało, ale ze względu na bezpieczeństwo Cece nie mógł powiedzieć. Kto doniósł. I dlatego powiedział Nem, co powiedział, żeby trzymała się z daleka. Wyobrażasz co by się stało, gdyby ktokolwiek prócz niego dowiedział się wówczas, że pojawiło się dziecko – mieszaniec? I skoro sama Nem ciągle mówiła, że nie zostanie zaakceptowana, to co do cholery ona musi wiedzieć? I ‚schodzicie’ się dopiero jak pojawili się wokół niej obcy-żołnierze. Śmierdzi, Alec. I Karen, kobieta Marka? O ich nienarodzonym dziecku nie wie nikt poza oddziałem, i to nie wszyscy, ale o Nem i Rain…”

„Wiedzą wszyscy… nie ma nikogo w TC, kto by do tej pory nie wiedział.” Alec położył głowę na kierownicy, czując jak przeogromna dawka strachu przelewa się przez jego żyły. A on sam… wprowadził Nem prosto do gniazda szerszeni.

Chryste, chyba nie musiał… albo nie chciał zrozumieć dlaczego tak uparcie mówiła o nienawiści transgeników. Musiała wiedzieć.

„Wracaj do mieszkania i nie spuszczaj Nem z oczu.”

„Grr, Alec, naprawdę myślisz, że ona nie ma ochrony oprócz Patricka? I to oddychającej ci dosłownie nad karkiem?” Tav parsknął rozbawiony, pamiętając doskonale, że sama Nem umie być niewidzialna na zawołanie „To, że ich nie widzimy, znaczy jedno – nie chcą zdradzać w jak wielkiej liczebności i sile tu są. Ten cały Nicholas… Ja bym się wcale nie zdziwił, gdyby Kal ściągnął go tylko i wyłącznie, żeby odseparować Nem od Rathisa i zrobić porządek z nami.”

„Uważasz?”

„A niby czemu nam nie pomogą teraz, ale dopiero po dwóch latach? Jak Nem przejdzie operację? Ona złoży raport na nas, Alec. Mamy dwa lata żeby to naprawić, to czego nie widzieliśmy i zaprowadzić porządek. Proponuję od zaraz.”

~ * ~

„A może o to właśnie chodzi?” warknął przez zęby „O to wasze poczucie dumy i arogancji, że jesteście lepsi od ludzi? We wszystkim? Nie możecie znieść myśli, że kobieta może wybrać zwyczajnego faceta ponad wspaniałego transgenicznego żołnierza?” Alec drwił „Nie zrozumiałem zupełnie dlaczego Nem się tak upierała, że pomimo dziecka transgeniczni nienawidzą ją jak najgorsze ścierwo na tej planecie i nigdy jej nie zaakceptują, obojętnie co by nie zrobiła… Wydaje się wam, że wybierając człowieka, albo w moim przypadku, obcego, udowodniłem wam i całemu światu, że transgeniczne kobiety są gorsze? Że nie dorastają jej do pięt?”

Chyba cały budynek słuchał w ciszy jego wściekłej tyrady.

„Cóż, wy właśnie udowodniliście jedną rzecz, że jesteście głupsi od ludzi.” westchnął, nagle zmęczony całą tą sytuacją. Dzień w którym Nem i Rain w końcu na dobre zagościły w jego życiu miał być nowym początkiem, nie otwarciem puszki Pandory. „Serce to nie jakaś głupia maszyna, kierująca się tym, co jest lepsze a co nie. Myślałby ktoś, że po tylu latach niewolnictwa ktoś to dostrzeże. Wybierasz kogoś i nie ma znaczenia, czy do diabła ma antenki…”

Kalen skrzywił się z ironią. Alec nie miał najmniejszego, zielonego pojęcia, że te słowa ktoś już kiedyś wypowiedział. Czasem podobieństwo transgeników do Kamahów było wprost porażające, ale generalnie było druzgotane przez ich niedojrzałość. Ale co można wymagać od rasy mającej za sobą trzy dekady istnienia? I tak sporo osiągnęli.

„…czy kod kreskowy. Cóż, z tego co widziałem, Nem jest rzeczywiście lepsza niż wy…” warknął w stronę Maxie i innych kobiet „Uważacie się za tak wspaniałe, lepsze od ludzi, a robicie dokładnie to samo, czym nas kontrolowano w Manticore… Krzywdzicie swoich własnych najbliższych, tych, którzy należą do was. Ludzie robili to, kiedy zawiedliśmy, wy robicie wedle swojego widzimisię. Naprawdę nie chcę wiedzieć, ile ludzi straciliśmy przez takich durniów jak Biggs. A może to właśnie stoi za tak dużą dysproporcją?” spytał zimno „Ostatecznie było dwa razy więcej kobiet skojarzonych z ludźmi niż skojarzonych facetów. Ich partnerów też dopadła Sekcja Bezpieczeństwa albo któryś z was w poczuciu jedynej słusznej sprawy: naszego przetrwania? Czy wy naprawdę myślicie, że będą chciały walczyć po takiej stracie, kiedy tak wymarzona wolność okazuje się koszmarem? Że będą chciały uciekać w nieskończoność przed prześladowaniami? I to nawet bez poparcia swoich oddziałów?”

Potrząsnął głową. Adrenalina znów krążyła żywo w jego krwi, podnosząc gwałtownie jego gniew i wściekłość. Te wszystkie współczujące gesty, usiłowanie pomóc… jak cholera, myślał wściekle. Trzymam Nem przy sobie, nawet jeśli miałbym odlecieć na inną planetę i zostawić na pastwę losu nie tylko cały rodzaj, ale nawet własny oddział.

„Te wszystkie wasze działania, przekonanie, że to lepiej, kiedy rodziny są na zewnątrz, ponieważ to zbliża dzień obalenia Manticore… wtedy też byliście za Nem. Za Patrickiem Jeminy. Teraz, kiedy nie ma już tego piekła, przestali być nagle potrzebni?” drwił, a jego oczy zimno zamiatały pokój. Już na wstępie mógł powiedzieć, kto uczestniczył w tym cholernym procederze. Zmysły na pełnym alarmie wyczuły niewielką zmianę w pięciu samcach i dwóch kobietach. Ledwo wyczuwalny strach, ale jednak. Pora, żeby stanęli wobec konsekwencji. „Nie mam pojęcia, ilu skojarzonych z nami ludzi znalazła Nem przez ten rok, ilu pomogła, o ilu tylko wie… Zamierzam wyciągnąć każde nazwisko, każdy fakt, o jakim jest jej wiadomo. Jeśli okaże się, że któryś z nich został oddany w ręce Sekcji naumyślnie, lub też zabity z powodu skojarzenia, konsekwencją dla sprawcy będzie śmierć.”

Niewiarygodna cisza, która zapadła po jego słowach powiedziała doskonale, że do nich dotarło. Spoglądali na siebie zszokowani, niektórzy niepewni… ale też w niektórych oczach rozbłysły nadzieje. Było co najmniej tuzin samców w tym pokoju, których ludzkie kobiety zostały zabite. A ile skojarzonych kobiet? W całym TC nie było oddziału, który nie borykałby się z problemem transgenika z utraconą ludzką drugą połową. Prześladowania NSA zaś wprost cholernie ułatwiły pracę tym kretynom, którym przewodził Biggs. Chyba. Bo jak do diaska mógł się dowiedzieć? Jedyną osobą, której ‚pomógł’ w tym bagnie była Nem. I był zdecydowanie na samym szczycie w ich małym światku, nie znał żadnego innego tak wysokiego w ich wewnętrznym zaszeregowaniu faceta, który miałby cokolwiek przeciwko lub też aż za bardzo za Nem.

„Nie dbam o to, czy to kobieta, czy mężczyzna.” zwrócił się prosto do Maxie i Jeminy; w tej chwili nie dbał o ich konflikt „Ostateczne słowo będzie należało do zainteresowanego transgenika. Jeśli stracił życie przez ostatni rok, lub też jeszcze w Manticore, decyduje bliźniak lub alfy oddziału.”

„Nie możesz być poważny.” Selena odważyła się wreszcie wymamrotać odrętwiale. Sytuacja zaczynała przypominać najprawdziwszy horror. Wolała nie spoglądać w tej chwili na Toma.

„Jestem cholernie poważny.” warknął; nie broniła siebie, bo od niej żadnej reakcji nie wyczuwał prócz szoku, smutku, rozgoryczenia „Jedyne ułaskawienie jakie może uzyskać taki kretyn, właśnie usłyszeliście.”

„Co w przypadku, jeśli wyrażą skruchę poprzez ponowne sprowadzenie do nas utraconych ludzi?”

Spojrzał zaskoczony na Jem. Jednak nie na darmo była żeńską alfą, jemu ta myśl nawet nie przyszła do głowy. Potrafiła odsunąć własne osobiste problemy na bok i zająć się problemami innych. To była jej rola. Obojętnie co ją trapiło, co się jej przydarzyło, pełniła swoje obowiązki. I co ją spotkało w podzięce? Utrata partnera i głupia 452 usiłująca zająć jej miejsce…

„Co myślisz?” współczuł jej wystarczająco, by pozostawić tę decyzję jej. Nie zaszkodziło też wykazać nieco woli dialogu. Ostatecznie, nie tylko mężczyźni brali udział w procederze.

„Jestem zmieszana.” wzruszyła ramionami „Proponuję przede wszystkim zmienić protokół.”

Dziesiątki niedowierzających spojrzeń powędrowały w jej stronę.

„Usuńcie z niego prawo innych, by rozłączyć osoby skojarzone, jeśli partner zostanie uznany za niegodnego.”

„A co z tragedią Lulu?” Maxie wypluła wściekle „On był niegodny. I jak się to skończyło?”

„A jak się skończyło to u mnie?” Jemina odparowała „I gdzie do cholery byli ci mądrale, kiedy Lulu miała problemy? Gdzie był jej oddział? Jak do diabła dbali o swoje kobiety, że pozwolili mu tak ją traktować?”

„Jemina…” Roger podniósł się groźnie ze swojego miejsca.

„Zamknij się.” Alec zgasił go natychmiast „Ma rację.”

„Jestem ostatnią osobą, która powinna wypominać wam zaniedbanie…” Jem wiedziała, że się zagalopowała, ale Maxie tuż obok niej tylko wpieniała ją coraz mocniej, szczególnie na początku spotkania, kiedy Alec niby niewinnym tonem i pełnym radości ogłosił publicznie… szczęśliwy powrót czternastu skojarzonych z nimi ludzi. Szok był ogromny, ale reakcja Maxie… no dobrze, miała ogromną ochotę chwycić za patelnię, która z niewiadomego powodu leżała na oknie głównej sali… „Ona była kobietą i odpowiedzialność także spoczywa na mnie. Niemniej doszło do tego. Zawsze dbaliśmy o to, co nasze… obojętnie która płeć, obojętnie co zrobiliśmy… Ale dlaczego by nie zmienić protokołu? Zarówno wśród ludzi, jak i nas zdarzają się ‚niegodni’.” zaironizowała, posyłając Maxie mordercze spojrzenie „Zamiast jednak przytaczać przypadek Lulu, ja bym przytoczyła przypadek Aleca. Za wyjątkiem Biggsa, każdy w jego oddziale usiłował mu pomóc w jakiś sposób. Nawet Cece.”

Alec posłał zaintrygowane spojrzenie blondynce. Wzruszyła ramionami niewinnie, sygnalizując ‚długa historia’.

„Po prostu niech oddział będzie odpowiedzialny za to, jak są traktowani ich skojarzeni członkowie… zarówno kobiety, jak i mężczyźni, nieważne z jaką rasą…” posłała drżący uśmiech w stronę Kalena i jego kobiety, która siedziała mu na kolanach od początku spotkania. To było diabelnie odważne, biorąc pod uwagę temat tej całej awantury. „Robiliśmy to w mniejszym lub większym stopniu dotychczas, więc dlaczego nie uczynić z tego oficjalnej reguły, zasady? Nie mam na myśli wtrącania się między dwójkę czy godzenia każdej awantury. Ale prawdziwą pomoc w prawdziwych kłopotach, zamiast wbijania noża w plecy. Mamy dosyć wrogów na tym świecie, żebyśmy jeszcze skakali sobie do oczu nawzajem.” wzdrygnęła się „Chociaż nie przeczę, że w tym momencie mam ochotę zejść do piekła i osobiście posiekać na miliony kawałków Biggsa. Nie wiem, co by było, gdyby wcześniej się przyznał do całej tej historii… Proponuję, żeby fatum winnego zależało od woli transgenika, którego skrzywdził. Zarówno przebaczenie, jak i śmierć… nie chcę śmierci następnych transgeników, ale też nie chcę żyć otoczona ludźmi, którzy uważają, że mogą bezkarnie krzywdzić to, co moje. Jak ludzie w Manticore. Patrick żyje i dziękować za to mogę jedynie faktowi, że Nem była w ciąży.”

„Wszystko piękne…” Ky parsknął, odzywając się po raz pierwszy w całej tej rozmowie. Wolał nie spoglądać na Dave’a w tej chwili. Zacisnął mocniej ręce wokół Joan. „Co jednak w sytuacji, kiedy kobieta należała wcześniej do człowieka, teraz ktoś o nią walczy, a człowiek zmartwychwstanie? Albo co gorsza, jeśli została po raz drugi skojarzona? Jak do cholery nasza zaborczość, genetyczne cudo poza naszą kontrolą, niechże jeszcze uczucia, mają przez to przebrnąć? Przecież gdyby doszło do walki, człowiek może już sobie kopać grób.”

„Najpierw zbadajmy każdy przypadek.” Alec nadstawił ciekawie ucha, czyjeś ciche kroki przez centralę zdecydowanie przypominały mu kroki Nem „A najlepiej odsuńmy decyzję na kilka dni. To nie jest coś, co musi zostać rozstrzygnięte bezzwłocznie.” przejechał dłonią po głowie w pełnym frustracji geście. Spotkanie zdecydowanie przebiegło nie w tym kierunku, jaki wszyscy planowali… ale być może dzięki temu kilka zmartwiałych transgeników odzyska wolę życia. Albo chociaż spokój duszy. Wciąż pozostawało kilka nazwisk, co do których losów nie byli pewni. A jak znał swoje własne życie to nawet ‚pewniacy’ wcale nie musieli zejść z tego świata. Wróciło dwanaście kobiet i dwóch mężczyzn. Wszyscy zostali przez Thora znalezieni w Meksyku. To było naprawdę ciekawe, bo się zorganizowali i to całkiem dobrze. Żaden nie pisnął słowa, jak uciekli. Nawet Elena Grand, piętnasta w tym gronie, co prawda nie skojarzona, ale jej brat bliźniak był. A ona szła za nim zawsze, obojętnie co. Była teraz ich odpowiedzialnością. Ktoś z nich zabrał od niej jej rodzinę. Ich obowiązkiem było zaopiekować się nią i dać jej nową.

Gdzieś tam, na obrzeżach centrali i w niewielkim pokoju przylegającym do gabinetu szefa, kilka zaniepokojonych ale i cierpliwych dusz odetchnęło z głęboką ulgą.

Comments
  1. Emilia
  2. Emilia
  3. Natalia

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *