Przepraszam (27)

Rozdział dwudziesty siódmy: Błotko

Nem nie pamiętała, kiedy ostatnio była tak zmęczona. Skutek stresu, nie-żeńskiego serca, przejmowania pieczęci, zamartwiania się własną sytuacją i losem Rathisa… albo też mix tego wszystkiego, powodującego efekt synergii? Cokolwiek.

Z drugiej strony sama świadomość, że była z Aleciem w TC, wśród całych hord transgeników, nie nastrajała pokojowo jej kamahskich zmysłów. Ciało nastawiało się na maksymalny alarm. Miała pod ochroną i opieką swój mały skarb i naprawdę nie chciała, by tych kilkudziesięciu mądrali uważających transgeników za najcudowniejszy pępek świata chociażby patrzyło krzywo na jej cudowne dzieciątko. Rain była absolutnie doskonała taka, jaka była. Nic nie potrzeba było w niej zmieniać. Wręcz przeciwnie. Rzadko które dziecko było tak łatwe w kochaniu, tak łatwo zjednywało sobie ciepło i czułość ze wszystkich stron jak jej Rain.

Nie jej, ale ich. Poprawiła się w myślach. Trudno było myśleć o Rain nie uwzględniając jej ojca… Chociaż ostatnie tygodnie były czystym kalejdoskopem wzlotów i upadków, to jednak nie mogła zaprzeczyć mu jednego. Kochał Rain równie mocno co ona sama. Nawet z zielonymi oczami to widziała. I było w tym coś pocieszającego. Miłość do ich córeczki na pewno sprawi, że jej plany odnośnie transgeników będą mniej oporne do przyjęcia przez nich. Kiedy już odkryje wszystkie karty.

Problem jednak był taki, że nie rozumiała uczuć Aleca względem niej samej. Były wymieszane jak nie wiem co, przynajmniej to, co odbierała. Potrafił w ciągu ułamka sekundy z niewiarygodnej czułości zacząć emitować tak niewiarygodną wrogość, gniew, chęć zemsty, że wręcz totalnie zbijało ją to z pantałyku.

Ale skoro Nicholas mówił to, co mówił, była gotowa zaryzykować.

Przedtem jednak musiała uporządkować kilka ważnych spraw. Przede wszystkim wyjaśnić to, czego niewielu było świadomych. Przynajmniej wśród ‚ofiar’, takich jak ona.

Czasem mienie Nicholasa z powrotem przy sobie było niewiarygodnie przydatne. I przede wszystkim pocieszające. Nie było nic równie przyjemnego dla niej w tej chwili niż świadomość, że pan Kamenii poprze każdą jej głupotę i zbada wszystko tak, jakby te wątłe niteczki nadziei, przez które posyłała go do czasem zupełnie kretyńskich zadań, szczególnie ostatnio, były równie istotne co niezbite fakty w postaci raportów od zwiadowców. Nie bardzo wiedziała, czy to pochodzi z bycia Hendricksem, wchodzenia w posiadanie pieczęci, czy chociażby z faktu, że to on przed laty siedział w jej umyśle i z największą troskliwością poskładał jej poharatane po wydarzeniach na Antarze myśli i uczucia w kogoś, na kogo wyrosła teraz.

No dobra, inni też mieli na to wpływ, ale im więcej pieczęci w nią ‚wlewało się’, tym więcej pamiętała z pobytu w laboratoriach Kamenii. Technicznie powinien być to ciemny okres, wszakże Rathis zginął, zrywając kompletnie te marne resztki więzi jaki jej pozostały… Ale było właśnie coś niewiarygodnie uspokajającego w obecności Nicholasa w jej umyśle. Inne niż więź, inne niż obecność innych, nawet sztucznie wywołany związek z Kalem nigdy nie owocował tak silnym ujęciem. Pewnością, wiarą do zrobienia pewnych kroków, na które nigdy indziej nie zdecydowała by się.

Zwłaszcza, jeśli nie podobało się to Kalowi. Ale nic nie mówił. Nie tyle zaakceptował, co zacisnął z dezaprobatą usta. Zastanawiała się nawet przez chwilę, czy zostanie zmuszona do użycia władzy pieczęci na nim, kiedy oznajmiła mu swoją decyzję. Na szczęście oszczędził jej tego.

I teraz siedziała pośrodku TC, jakby miała do tego prawo i nic nie zagrażało jej ze strony transgeników. Jakby jednomyślnie chcieli i cieszyli się z jej ponownego wkroczenia w ich życie… Ale tak nie było. Wiedziała doskonale, że to złudzenie. Dla przykładu Tom. Och, on był klasycznym przypadkiem.

„O której jest to wieczorne spotkanie?” spytała cicho Marka.

„O ósmej. Posypią się gromy.” skrzywił się.

Nawet nie zdajesz sobie sprawy

„Nikt nie chce rozmawiać o tym zakazie, ale coś musimy zrobić. Nie chcemy naszych kobiet z ludzkimi samcami, mają oni wystarczająco własnych. Nie umieliby ich ochronić, nie respektują naszych praw i zwyczajów, a przede wszystkim, każda kobieta skojarzona z człowiekiem to kobieta bezdzietna. I jakiś samiec, który nie będzie miał potomstwa. To ostatnie doprowadza wielu do szału.” wskazał nieznacznie głową na Toma rozmawiającego akurat z Seleną gdzieś z boku „Dla przykładu on…” zniżył głos „Mam naprawdę nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto skopie mu tyłek zanim zdecyduje się na podejście. Selena zasługuje na znacznie więcej niż na wiecznie pobudzonego dupka, który chce ją tylko z powodu jej przynależności rasowej. Możemy mieć zwierzęce instynkty, dyktujące zaborczość i powodujące wiele kłopotów, ale to przecież nie wszystko, kim jesteśmy.”

Niestety… i przeklęta Maxie dobrze wie o tym… Osobiście Nem wolałaby, żeby baba po prostu nie żyła… niestety, Tav był nią zainteresowany. Najprawdopodobniej w innym wypadku nie zdołałaby się powstrzymać i kazałaby jakiemuś Kamahowi sprzątnąć wredną, przeszkadzającą sukę. Jakby nie dość, że Manticore spłonęło przez nią na dwa dni przed planowanym terminem wyciągnięcia stamtąd Aleca, to jeszcze uważała się na ‚wyzwolicielkę’ uciemiężonego narodu!

Ktoś zapomniał jej przypomnieć, że przez trzydzieści lat w Manticore nie zginęło tylu transgeników co w trakcie pożaru i jego następstw. Póki jednak co, nie ona wymierzy sprawiedliwość… i nie wobec jej. Była jedna sprawa, którą Alec powinien znać. Ale jeśli sama mu ją przekaże, rozpęta się piekło. Więc lepiej, żeby sam do tego doszedł… I zapewne dojdzie, kiedy jego mózg otrząśnie się z szoku i zacznie wreszcie myśleć.

Teraz akurat był zajęty przez nadejście do Seattle całkiem sporego oddziału transgeników. White i inni zdołali ich namierzyć i należało im pomóc. Dawało jej to konieczną czasową lukę… chociaż z drugiej strony, zastanawiała się, czy to przypadkiem nie jej kochani poddani nie zorganizowali tego.

Z Kamahami wszystko było możliwe…

Wstała cicho od stolika, uspokajając delikatnie wierzgającą Rain i zmierzając do wyjścia. Jej mały szkrab był dzisiaj nadzwyczaj aktywny. Ciekawe, dlaczego…

~ * ~

Alec kątem oka rejestrował wyjście Nem z pokoju. Skinął głową w stronę Rain i Zena, dwójka transgeników natychmiast pospieszyła za nią. Nem nie tylko była kobietą, ale też miała pół transgeniczne dziecko. Tak więc zawsze i wszędzie musiała mieć ochronę. Już dawno przyjęli zasadę, że każda kobieta poza ich bezpiecznym terenem albo TC musi mieć co najmniej dwoje transgeników ze sobą dla bezpieczeństwa. Teraz, kiedy nowe nadejścia praktycznie się już nie zdarzały, zwłaszcza kobiet, podsumowali bilans strat od czasów panowania Manticore… był po prostu przerażający. Zmartwiona Jemina dostarczyła mu tuż przed alarmem na ulicach Seattle pełną statystykę ich liczebności, nawet z uwzględnieniem wieku i walk. Była świetna w tym.

„Musisz nauczyć tego Maxie.” mruknął nie odrywając wzroku od ekranu pokazującego obraz z kamery ekipy ratunkowej. Wiedział, że mają jeszcze jedną przecznicę. Oby zdążyli. Oby.

„Czemu?” Jem westchnęła w duchu. Miała szczerą nadzieję, że wcale nie będzie musiała. Nie znosiła Maxie G. i coraz bardziej konflikt miedzy nimi rozwarstwiał jej kobiety. Z jednej strony Maxie była dominująca wobec każdej z nich, z drugiej strony nie miała w ogóle pojęcia o istnieniu pewnych spraw, co dopiero opiekowaniu się i utrzymywaniu odpowiedniego biegu rzeczy. Wątpiła, by umiała taktownie dać do zrozumienia jakiejś kobiecie, by albo wstrzymała się z romansami, albo nigdy nie znalazła się wśród samców z zapachem jakiegoś faceta na całym ciele. Albo rozstrzygała przechodzenie kobiecych alf do innego oddziału, co także się zdarzało. Już nawet nie wspominając zupełnie o rozładowaniu konfliktów, sytuacji zagrożenia kiedy facetów zaciemniał testosteron… Wówczas liczyły się przecież ułamki sekund! A Maxie ominęła nawet podstawowe lekcje negocjacji w Manticore, niechże jakiekolwiek doświadczenie w kierowaniu ‚szyją’ transgeników. Uważała, że dominacja nad kobietami to przede wszystkim władza. Nawet jej do głowy nie przychodziło, że to ciężka odpowiedzialność. Kretynka!

„Dlaczego czemu?”

„Alec, ona nie jest w tej chwili najsilniejszą kobietą w TC.” oznajmiła stoicko. Przypominając mu dokładnie, że pewna mała kobietka z zielonookim aniołkiem na rękach znajduje się gdzieś teraz na terenie centrali.

„Max ma zachować swoją pozycję żeńskiej alfy. Wiem, że wiele jej brakuje, także przez brak doświadczenia, które ty masz. Naucz ją tego, co powinna wiedzieć.”

Jemina zamrugała. Raz. Drugi. Trzeci. Wreszcie spojrzała na Aleca jakby co najmniej postradał zmysły. Dlaczego do cholery facet chce, żeby ta suka stała nad jego kobietą? I to w sytuacji, kiedy praktycznie umiała zdominować każdego w tym toksycznym przytułku dla transgenicznych? To było niepojęte. Głupie. Niezrozumiałe. Mogła być wściekła na Nem za odebranie jej Patricka, ale przecież nigdy by nie przedłożyła własnego gówna nad dobro ich rasy. Obojętnie co działo się w jej życiu, musiała być na stanowisku i odłożyć własne problemy, by zająć się innymi. To była bez wątpienia cecha dobrej alfy, którą zawsze starała się być.

Wymieniły spojrzenia z Cece. Blondynka tylko potrząsnęła ostrzegawczo głową, wskazując na Maxie, która chociaż była obecnie na drugim końcu pomieszczenia, to promieniowała tak, że nie miała najmniejszej wątpliwości. Słyszała. Wredna suka.

Alec nie zwracał uwagi na tą rozmowę bez słów, chociaż czuł na plecach sztylety spojrzenia Cece. Zdawał sobie sprawę, że Jemina nie chce nad sobą władzy jednego ze zdrajców, ale potrzebowali wszystkiego, żeby przetrwać. Dominacji Maxie i doświadczenia Jeminy. Chociaż jego własne podpowiadało mu doskonale, że to nie będzie łatwa spółka. Zwłaszcza ze strony Guevary. Ale nie mógł powierzyć tego swojej Nem. Sama była chora i w naprawdę kiepskim stanie. Jak mógł jeszcze obciążyć ją tym wszystkim? Dwadzieścia dwa lata wśród transgeników mówiły mu wyraźnie, że rządy nimi nie należały do najłatwiejszych.

~ * ~

Może z sekundę po tym, jak zamknęła za sobą drzwi do pomieszczenia, otworzyły się one ponownie ukazując Raina i Zena. Uniosła pytająco brew.

„Wybierasz się gdzieś?” Zen był raczej w ponurym nastroju. Bardzo ponurym. Wolał zostać w środku, czy też wolałby, żeby pani Aleca została w środku i aby nawet podczas monitorowania akcji 494 mógł mieć ją na oku. Nie uszły ich uwadze dziwne spojrzenia, jakie niektórzy rzucali na dziecko. Wbrew podobieństwu malutkiej i publicznej niemal euforii, nie było dla niej całkowicie bezpiecznie chodzić sobie po TC.

„Nakarmić Rain.” odparła z uniesioną brwią.

„Musisz mieć wszędzie eskortę.” mruknął. Nie rozumiał kompletnie, co takiego do diaska było w karmieniu nieco ponad rocznego malucha, że wymagało wyjścia z tego zgromadzenia. No, chyba, że malutka była zbyt nerwowa. Albo potrzebowała podgrzać butelkę? Tylko że nic oprócz jakiejś papierowej chusteczki nie widział w jej ręce. Czy cokolwiek innego tam było, nie znał się na akcesoriach dla dzieci… „Mimo wszystko napięcie wisi w powietrzu, wszyscy są zdenerwowani przed wieczornym spotkaniem.”

„Byliby o wiele bardziej, gdyby zdawali sobie sprawę z tego, co zostanie na nim odkryte…” wzruszyła ramionami „Jakieś spokojne miejsce? Nie wybieram się daleko.”

„Mały pokój przy gabinecie Aleca.” Rain uśmiechnął się, ignorując dźgniecie w zebra od Zena „Będziecie mieć trochę prywatności.”

Usta Nem wykrzywiły się w uśmieszku jak żywo przypominającym ten bezczelny wyraz twarzy Nicholasa. Najwyraźniej osobliwa skaza rodzinna… Zen miał nadzieję, że Rain nie odziedziczyła jej.

„Jak wiesz?”

„Ubranie. Jedyny raz, kiedy nie nosiłaś niczego odpowiedniego, była rocznica Joan i Ky’e w Crash… i pamiętałem pewne noszone na okrągło spodnie w nigeryjskich lasach.”

Skinęła machinalnie głową.

„Zabawne, nawet Alec się nie domyślił.”

„Jestem pewien, że raczej nie był zły!” Rain skwitował sucho, kierując ich w stronę odpowiedniego korytarza i po chwili zatrzymując przed drzwiami „To tutaj. Zawołaj, jak będziesz czegoś potrzebowała.”

„Jasne.”

Kiedy kilka sekund później zamknął za dwiema kobietkami drzwi, Zen chwycił go za fraki.

„Zgłupiałeś? Mieliśmy nie spuszczać ich z oczu! Alec nas posieka.”

„Alec nas posieka, jak będziemy przy tym.” Rain parsknął „Tu jej nic się nie stanie, pokój ma połączenie tylko z jego biurem i korytarzem.”

„Chyba zwariowałeś.”

„Czemu?” spytał obojętnie „Eee, Zen, rusz mózgownicą.”

„W jakim kierunku?” spytał ze złością.

„Prooostym.” Rain zaśmiał się w kompletnym braku zrozumienia u kolegi „Pamiętasz, jak była ubrana w Crash? A potem? Co różniło wszystkie jej późniejsze ubrania od tych z Crash?”

Mimo wysiłków Zen nie był w stanie wymyślić nic konkretnego. Wzruszył ramionami.

„Kotku, po ciąży ciało kobiety się zmienia… ale nawet po roku?”

Rain liczył w myślach upływające sekundy, nim najwyraźniej zardzewiałe trybiki w machinie Zena wreszcie ruszą z miejsca. Na sprawne działanie liczyć raczej nie mógł, ale liczył się pewien jeden konkretny wniosek.

Który właśnie wywołał osłupienie w oczach jego kumpla. Po pełnych czternastu sekundach!

Litości…

„Nie chcesz chyba powiedzieć, że ona…” Zen zamarł w połowie zdania, zostawiając niedopowiedziane, co miało zostać niedopowiedziane. W gruncie rzeczy mimo iż sprawa była zupełnie naturalna, to jednak czuł się nieco… nieswojo na myśl o tym.

„Właśnie to, ośle jeden!” Rain zdzielił go po karku „Gdyby któryś z was popatrzył na nią tak, jak oceniliśmy ją w Nigerii, nie byłoby tylu problemów. Nosiła rozpinane spodnie by z łatwością dostać się do opatrunku. Więc po co do cholery nosiłaby wszędzie i niemal zawsze rozpinaną górę, za wyjątkiem miejsc gdzie na pewno nie było z nią dziecka, jak Crash?”

„Dzięki.” Zen wymamrotał „Alec by nas zabił niewątpliwie.”

„Łagodnie powiedziane. Bardzo łagodnie. Przemieliłby nas do puszek a potem nakarmił bezdomne koty.”

~ * ~

„A niech to, tylko nie to… gdzie pani?”

Roger obejrzał się zaskoczony, słysząc przyjemny, cichy kobiecy głos. Nie znał go, ale nic go nie zaalarmowało, że ktoś stoi za nim. Odwrócił się niemal natychmiast, ale nie zobaczył nikogo. Tylko wyczuł. I usłyszał.

Czyżby ktoś z tą samą zdolnością Nem do znikania?

Albo być może jej własna ochrona. Jakoś wątpił, żeby przybyła do TC bez niej. Nie z dzieckiem, które już na rzut oka kochała nade wszystko. I nie wprowadziłaby go raczej między hordy tych, którzy ledwie nieco ponad rok temu usiłowali ją schwytać i oddać w chciwe ręce Renfro.

„W czymś pomóc?”

Bynajmniej nie czuł się za mądrze, kiedy mówił do pustego korytarza, ale wszystkie jego zmysły teraz mówiły mu, że jest tu ktoś.

„Trzymaj Maxie G. z dala od głównego pokoju… a najlepiej niech wybędzie poza teren TC, zanim Rainis ją dopadnie… bo malutka już tam jest.”

„Co?” spytał zgłupiały. Co do diabła mogło zrobić maleńkie dziecko dorosłej transgeniczce? Nic.

„Ona nie jest taka nieaktywna, jak wam się wydaje… przez większość czasu odpoczywa, bo z powodu zbyt słabego serca nie ma sił.”

Roger odwrócił się z powrotem gwałtownie. Za nim, oparta o ścianę, stała kobieta. Ale za to och, jaka kobieta.

„Ale nawet fizycznie słaba ma paranormalne zdolności, które zmiotłyby TC z powierzchni ziemi…”

Nagły huk rozbijanego szkła sprawił, że oboje błyskawicznie zwrócili się w stronę jego źródła. Roger rozmazał z powrotem do głównego pomieszczenia. Ona była już tutaj, stojąc przy ogromnej wyrwie z zakrytymi ustami. Ze śmiechu czy z przerażenia, nie wiedział. Ale także nie wyrwa w oszklonej ścianie sprawiła, ze rozdziawił usta… jakieś trzydzieści metrów poniżej, twarzą w dół, leżała w błocie Maxie Guevara. Szkło i inne odłamki po oknach wciąż zlatywały w dół. A nad tym wszystkim stała malutka blondyneczka, którą do niedawna wszyscy widzieli tylko i wyłącznie na rękach swojej mamy.

Jeden zgrabny skok, którego nawet żaden transgenik nie mógłby wykonać, obojętnie jak szkolony i silny by był, i wylądowała na dole, ledwie parę centymetrów od leżącej kobiety.

Roger nie mógł powstrzymać szalejącego uśmieszku.

„Rzeczywiście trzeba było jednak obudzić Nem.” wyszemrał do kobiety z jej ochrony „Ominął ją niezły ubaw.”

Spojrzeli na siebie. Kobieta westchnęła, po czym opadła na ziemię przy ścianie budynku. Opadła, nie zeskoczyła. Przypominało to raczej przepiękne sfruniecie ptaka. Ale bez skrzydeł czy jakichkolwiek innych wspomożników. Bez najmniejszego wysiłku, jakby było to dla niej równie naturalne co oddychanie. Wpatrując się w nią Roger niemal ominął ciąg dalszy niewiarygodnej sceny.

„Beee… cialownica!” małe blond cudo fuknęło z prawdziwie zabawną złością, kopiąc maleńką nóżką kostkę sponiewieranej 452 i wytykając do niej język.

Może z setka transgeników stała w różnych miejscach wokoło, przyglądając się scenie z prawdziwym szokiem. Ale pod tym szokiem kryło się w większości, tak jak u Rogera… rozbawienie.

Chociaż sytuacja była absolutnie nierealistyczna, włączając w to nawet ojca malutkiej, gapiącego się z otwartymi ustami, to jednak Mole oddałby wszystko żeby mieć przy sobie w tej chwili jedną ze swoich kamer. Niestety, wnętrze centrali czy też jej obrzeża nie były rejestrowane.

Cała w błotku, wściekła i uczyniona niezdolną do poruszania się przez nieco ponad roczne dzieciątko, och jakże przewspaniała Maxie G. z hukiem spadająca z wysokości swojego tronu… To z pewnością było coś, za co niejedna kobieta w Seattle oddałaby duszę, nie wspominając o ciele. Fakt, iż dokonało tego małe dziecko, i to dziecko Nem…

Och, ten dzień przejdzie do historii wszechświata.

~ * ~

Alec nie mógł powstrzymać chichotu, kiedy szedł za dreptającą z powrotem do mamy, z zadowoleniem widocznym na małej twarzyczce i w każdym ruchu, swoją jedyną i wyjątkową córunią.

Boże, to było po prostu… genialne.

Chociaż najprawdopodobniej Maxie G. nie zgodziłaby się z tą ogólną opinią. Nawet na twarzy Tava dostrzegł drobinki rozbawienia, chociaż i tak dominował niepokój. Rainis nic nie zrobiła właściwie X5-tce, po prostu ją upokorzyła do maksimum. Na własnym terenie… niemal jej współczuł. Niemal. Bo mimo wszystko nie uszło jego uwadze jej dzisiejsze zachowanie. Zachowała się jak rozkapryszone dziecko, któremu ktoś odebrał ulubionego lizaka. Obecność Nem tutaj zdeklasowała ją stopień w dół i już pokazała najpaskudniejsze cechy swojego charakterku. On sam właściwie przywykł do nich przez rok, do jej skrajnego egoizmu i kilku innych, ale dla Tava to był szok.

I za samo to miał ochotę dołożyć jej o wiele bardziej niż zrobiła to Rain. Chociaż jego genialna córeczka nie wyrządziła żadnej fizycznej szkody – no dobrze, prócz wytaplania się w ulicznym błocie – to jednak uderzyła niezwykle mocno w ego Maxie, która, jak się przekonał doskonale przez rok, uważała się za kogoś zdecydowanie lepszego od każdego człowieka i każdego transgenika na ziemi.

Boże, i ktoś taki miał zostać jego bratową.

Powinien chyba spytać Nem, czy nie ma na to jakiegoś lekarstwa, albo jakiejś kuzynki, o której dotychczas nie usłyszał. Wiedział doskonale, że Tav zazdrości mu Nem, chociaż to o wiele bardziej dotyczyło tego, jak akceptowała siebie taką jaką była, nie wywyższała się ani nie zaprzeczała temu kim i jaka jest nawet wśród ludzi i nawet jeśli przynosiło to problemy nie do rozwiązania… to jednak drugą stroną medalu było, że Tav był jednak facetem. Lubił brunetki. Oboje lubili, nie było co ukrywać tych ich rodzinnych preferencji. A obok Nem żaden facet nie mógł przejść obojętnie. Nawet jeśli był wujkiem jej dziecka.

Rain machnęła dłonią i drzwi otworzyły się same. No tak, struktura molekularna… Nim zdążyli się obejrzeć z Dave’m, który notabene odmówił zajęcia się Maxie G i sprawdzenia czy upadek nie uszkodził ledwo gojącego się jej nosa, Rain wgramoliła się na kanapę, odsłoniła koc małymi rączkami i z sapnięciem zadowolenia usadowiła się na swojej mamusi. Małe powieki zamknęły się błogo.

Dave uśmiechnął się na ten widok. I jeszcze szerzej, kiedy Alec usiadł przy nich i przykrył staranniej kocem. Rain przesunęła się na chwilę i ruch ten spowodował, że na ułamek sekundy nieco większa część dekoltu została odsłonięta, ukazując kawałek paskudnej blizny, która niewątpliwie nie była tak mała, jak widoczny jej fragment.

Spojrzeli na siebie zszokowani z Aleciem. Co to do cholery było?

Comments
  1. pati5403

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *