Przepraszam (26)

Rozdział dwudziesty szósty: Kawa

Alec doskonale wiedział, że nie wolno było jej pić kawy… kiedy jednak zielone spojrzenie Nem spoczęło prosząco na nim, po prostu skapitulował. Jak mógł oprzeć się jej? To była syzyfowa, z góry skazana na niepowodzenie praca. Był tylko facetem… szczególnie, kiedy pochyliła się do jego ucha i wyszeptała, że będzie miał czyste rączki, wręczyła mu ich mały wiercący się z niewinną minką tobołek i powędrowała najzwyczajniej w świecie w stronę ich niewielkiej kuchni. I nie odmówił sobie przyjemności cieszenia się ze zmysłowego ruchu jej bioder, kiedy wychodziła z pomieszczenia. Diabelnie. Mieszkanie z nią pod jednym dachem będzie torturą…

Mark obok usiłował zdusić śmiech, lecz marnie mu to wychodziło. Dziwnie było widzieć Aleca tak nakręconego na jedną małą osóbkę, która dosłownie wodziła go za czubeczek nosa. Alec był zupełnie przegrany wobec świata i innych kobiet, kiedy Nem była w pobliżu. Nie krył zresztą, jak na niego działa. Przynajmniej każdy facet w pokoju to widział.

„Czym ona właściwie jest?” spytał wciąż rozbawiony, robiąc szybki przegląd swoich notatek. Wieczorem zapowiadała się prawdziwa batalia. Lepiej być bardziej niż bardzo przygotowanym. Zwłaszcza jak znał kilka durnych kretynów, niestety wielu z własnego oddziału, wytoczą sprawę jego Karen na światło dzienne, dowodząc, że nie powinni wiązać się z ludźmi, którzy nie rozumieją ich związków na całe życie. Ten wieczór mógł zadecydować o całej przyszłości jego i Karen. Najprawdopodobniej bowiem skończy się to ich odejściem z TC. Nie mógł zaryzykować najmniejszego zagrożenia wobec niej, a już zwłaszcza dbających o ‚czystość’ rasy idiotów pokroju Toma. Karen była bezbronna bez niego u boku. I jeszcze nosiła pod swoim sercem ich dziecko.

„Kosmitką.”

Mark chrząknął.

„Żartujesz?”

„Nie.” Alec pokręcił głową, z niepokojem obserwując reakcję transgenika.

„A gdzie antenki, zielona skóra i czarne oczy?”

Alec delikatnie pogładził wiercącą się Rain na ramieniu. Mała usiłowała się obrócić pleckami do niego. Prawdziwa akrobatka.

„O ile mi wiadomo, nie posiada. Jest humanoidem.”

„Jak Kalen?”

„Co?” spojrzał zdezorientowany na niego.

„Kalen też jest kosmitą. Pochodzą może z tej samej rasy? W ten sposób mogliby mieć z Aną dzieci…”

„Nie.” pokręcił głową zdecydowanie „Nem mówi, że nikt z jej rasy nie związał się dotychczas z transgenikiem. Owszem, byliśmy obserwowani długie lata, ale na zasadzie ciekawości, jak bardzo jesteśmy ochronni wobec własnego rodzaju.”

„Oceniają inne rasy według tej kategorii?” Mark uśmiechnął się półgębkiem „Jak Kamahowie…”

„Hm?” Alec nie był w tym momencie pewien, kto kogo ciągnie za język.

„Najstarsza rasa we wszechświecie. Wielcy idole Kalena, ale podobno kilkadziesiąt lat temu zniknęli po zniszczeniu potęgi Antarian. On ciągle o nich nawija tym, którzy wiedzą o jego nieludzkim statusie.” Mark śmiał się szczerze „Ich jedyną oceną było to, jak traktujesz własny rodzaj, do jakiego stopnia jesteś ochronny wobec pobratymców i potomstwa. Mówi, że mieli prawdziwego zajoba na tym punkcie, ale to także było najprawdopodobniej powodem dlaczego przetrwali taki szmat czasu. Co do Kalena, to jest…”

„…Dagottańczykiem.” cichy głos Nem tuż przy nich przerwał wywód transgenika „I już Jemina usiłowała wyciągnąć od niego, z jakiej rasy pochodzę.”

„Będzie wiedział, kiedy cię zobaczy?” Mark spojrzał na nią z ciekawością.

„Zależy…”

„…od tego, gdzie schowałaś antenki?” drażnił, ignorując wściekłe gromy padające z zielonych oczu. Nem tylko łagodnie uśmiechnęła się, chyba po raz pierwszy do kogokolwiek prócz własnej córki i ten jeden króciutki grymas odmienił kompletnie jej twarz. Keri, który z drugiego końca pomieszczenia przyglądał się jej wejściu i wkroczeniu do rozmowy, zakrztusił się. Tyle na temat pierwszego, jakże fałszywego wrażenia. Kiedy Nem się uśmiechała, jakby do pomieszczenia wpadały promienie słońca…

„Nie mam antenek. Ani zielonej skóry. Chociaż mogłabym mieć na zawołanie… Kika miesięcy temu.”

Alec chrząknął. Kilka miesięcy temu powłoki Nem funkcjonowały.

„Zostają czarne oczęta?”

„I świecę.” mruknęła z uśmieszkiem pod nosem, tak podobnym w tej chwili do uśmieszku Nicholasa. Było widać ich pokrewieństwo. „W jednej z naturalnych postaci…”

„A w drugiej?”

Pochyliła głowę, wodząc wzrokiem po własnym ciele.

„Super, przynajmniej Alec nie wrzaśnie w nocy na całe TC.”

„Och, zamknij się.” blondyn wymamrotał. Szczęśliwie Nem jednak tego typu komentarze odpierała przez całe popołudnie. Aż się bał myśleć, co mówili bez jego obecności.

„Co najmniej Mark jest na tyle odważny, by głośno zadać te wszystkie pytania telepiące się po głowie innym…” gdyby Alec nie widział uśmiechu na twarzy Nem, nie słyszał rozbawienia w jej głosie, przysiągłby, że jest więcej niż wkurzona, a nawet wściekła. Dziwne wrażenie. Poprawił Rain na ramieniu i to odczucie jeszcze się wzmocniło. Więź, pomyślał nagle w popłochu. To dociera do mnie przez więź. Nigdy w życiu nie odgadłby prawdziwych uczuć Nem bez tego. „Jestem zmiennokształtnym humanoidem, jak każdy u nas mam dwa podstawowe kształty. Naturalne. Jeden zarezerwowany jedynie dla oczu mojej rasy, ten drugi pokazuje się światu i nie tylko, ewentualnie przybiera się formy życia planety, na którą się miało nieszczęście trafić…”

„Potrafisz udać Dagottańczyka?” Markowi najwyraźniej wpadł do głowy bardzo konkretny pomysł.

„Chcesz wiedzieć, jak wygląda Dagottańczyk?” uśmiechnęła się pod nosem „Jasne, że umiem, tylko nie bardzo widzę sens… To też humanoidzi. Mają ciemniejszą skórę niż ty, jak Latynosi, średnio mają dwa metry wzrostu… i niczym innym z wyglądu się nie różnią od ludzi czy transgeników. Środek za to różni się już całkiem. Są znacznie starszą od ludzi rasą, i co tu mówić, ewolucja nie ma w zwyczaju się cofać. Średnia ich życia wynosi około 600 ziemskich lat.”

„Jak dużo o nich wiesz?” Mark rozsiadł się już na dobre przy stole i centralnie lampił się zachwycony na Nem „I o jak wielu rasach?”

„Nie jestem chodzącą encyklopedią, od tego akurat jest Nicholas. Zajmuje się utrwalaniem i aktualizowaniem naszej wiedzy o innych gatunkach uznawanych za inteligentne, a także odpowiada za kontakty z nimi. Ale co nieco wiem, mają prawie siedemset milionów lat historii i streszczenie ci chociaż najważniejszych wydarzeń i epizodów z tego okresu zajęłoby kilka dekad…”

Zmarszczył brwi.

„To jak ty się tego nauczyłaś?”

„Technologia to fantastyczna rzecz. Każda rasa po jakimś czasie wymyśla coś do szybszego wtłaczania i dostępu do informacji niż odbieranie zmysłami. Zawsze jest taki moment, że informacji potrzebnych chociażby do normalnego funkcjonowania w świecie robi się zbyt wiele w stosunku do możliwości naturalnego przyswojenia.”

„Potrzeba matką wynalazku?”

„Zawsze i wszędzie.” mruknęła, bawiąc się bucikiem Rain, czy też właściwie łaskocząc jej drobną stópkę. Dopiero teraz Aleca uderzyło, że nie wróciła z kawą. Miał dziwne wrażenie, że to był powód jej złego humoru. Czyżby jakiś Kamah ją dopadł i powiedział, że kawa zabroniona?

„Długo jesteś na tej planecie?”

„Przyleciałam w 1947.”

Mark rozdziawił buzię.

„Wyglądasz… strasznie młodo.” wyjąkał.

„Byłam w inkubatorze przez kilka dekad. Mój statek został uszkodzony, poszedł na dno, a ja się podtopiłam… musieli naprawić moje ciało, byłam zbyt malutka, żeby dokonać tego sama.”

„Musiało ci się nudzić.”

Nem pomyślała o tych wszystkich latach, kiedy do towarzystwa miała jedynie Kala i jego ustawiczną troskę, a także długie lata uczenia się świata ludzi. Wszystkiego od początku. I usiłowała zapomnieć o tragedii w domu, o tragedii z Rain i innymi, którzy zostali utopieni. Nawet patrząc na to w kategoriach ludzkich czy transgenicznych musiało wyglądać okropnie. Ale nawet jeśli była więźniem inkubatora i musiała przyswoić sobie ludzkie idiotyzmy, by być bezpieczną, to jednak po latach okazywało się, że to był jeden z najszczęśliwszych okresów w jej życiu. Bo nie wiedziała ani nie nosiła brzemienia odpowiedzialności. Piękne czasy.

„Nieszczególnie.” uśmiechnęła się z najprawdziwszą tęsknotą, niepomna zupełnie bezgłośnego jęku, jaki wydostał się z ust Aleca. Ale już nieopanowany rechot Marka wytrącił ją z zamyślenia. „Powiedziałam coś zabawnego?” spojrzała na niego pytająco i kompletnie niewinnie. Transgenika aż zatrzęsło ze śmiechu, ale pod wpływem gromu rzuconego nad głową Nem odrobinę spoważniał.

„Nie.” wydusił w końcu z siebie „Śmieję się z Aleca.”

Nem uniosła pytająco brew. Ale w tej samej chwili do głównego pokoju weszła zgrzytająca ze złości Maxie G. i ciepły, czekoladowy brąz momentalnie zniknął z oczu obcej, zastąpiony przez tak lodowatą i natychmiastową zieleń, iż po raz pierwszy od spotkania Nem, Mark poczuł nerwowy ścisk w lędźwiach. Nie bał się bynajmniej o siebie czy Karen, nie bał się także Nem. Bał się raczej co ta wiedźma aka Maxie Guevara może nawarzyć w związku Aleca i Nem. Niby wszystko zmierzało w dobrym kierunku, a mimo to miał dziwne wrażenie, że koniec tej historii będzie zgoła odmienny od tego, jakiego wszyscy pragną…

~ * ~

Maxie wściekła trzasnęła pięścią w kuchenny blat. Kiedy w szpitalu ogłoszono jej ‚radosną nowinę’, wciąż była lekko oszołomiona lekami. Bólem. Czymkolwiek innym. W każdym bądź razie nie kontaktowała z początku na tyle dobrze, by zorientować się, o czym wszyscy tak trajkotali jak najęci.

Czyjś powrót? Ok. Ciągle zdarzały się powroty. Mniej lub bardziej kochanych transgeników, czasem wręcz napływały całe oddziały. Ale niemal prawdziwe święto urządzano w przypadku, kiedy odnajdywała się jakaś kobieta, o której wszyscy myśleli, że jest martwa, zaginęła albo znalazła się w rękach White’a albo innych równie miłych Zaufanych czy też zwyczajniaków.

Tym razem także myślała, że to tego rodzaju radość. Nawet nie zwróciła z początku uwagi na to, nawet jeśli to było nowe żeńskie ciało w obrębie TC i do jej obowiązków należało zajęcie się nowoprzybyłą. Nos bolał ją piekielnie, była oszołomiona i wyczerpana mimo snu. Zresztą to w interesie kobiety było wiedzieć i znać żeńską alfę, nieprawdaż? Nigdzie także nie mogła znaleźć członków swojego nowego oddziału, nawet Dave, ostatnio jeden ze stale rezydujących w szpitalu lekarzy, gdzieś zniknął. Zirytowana wyszła na korytarz, zbierając się do wyjścia, chcąc zniknąć w swoim apartamencie, aż paskudna opuchlizna zniknie z jej twarzy.

Wieści były niczym uderzenie obuchem. Nem Hendricks była w TC razem z Aleciem?

Niemożliwe!

Jej najgorsze koszmarne sny się spełniały. Wiedziała oczywiście, że nie wie wszystkiego, ale wydawało się jej, że jest mniej więcej na bieżąco. Nieprawdaż? Alec często mówił o Nem. Lubił o niej mówić. Jak się rozgadał, tak często nie potrafił przestać. Aż jej żołądek podchodził do gardła i dostawała mdłości od tych achów i ochów na cześć pani doktor. Ale dzięki temu wiedziała, na czym stoi. Wiedziała, że ten paskudny babsztyl mógł być niezłym problemem i spowodować wiele zawirowań w jej doskonałym planie zostania kobietą 494. Ale Nem Hendricks w TC?

Nie, to nie mieściło się w głowie. Ale wszyscy o tym mówili niemal bez ustanku. Każdy bez wyjątku, od najmłodszych X8 ganiających wszędzie i wrzeszczących na całe swoje piekielne gardziołka, aż nawet po tych z Dywizji Arktycznych. I Nem była tutaj, w TC, przyjechała.

Co najgorsze, niemal każdy facet, jakiego usłyszała, twierdził, że miała fantastyczne nogi.

Szarżując przez podziemny parking do centrali, potknęła się i niemal zwymiotowała, kiedy usłyszała, iż ‚nic dziwnego, że wykosiła konkurencję X5 w kilka dni’…. Nie no, tego już było za wiele. Była żeńską alfą tutaj! Nie było bardziej pożądanej kobiety w całym toksycznym mieście i prędzej padnie trupem niż się to zmieni. Już ona pokaże tym mądralom. A przede wszystkim pokaże Alecowi, że był głupcem, wciąż wiążąc część swoich instynktów z tą cholerną biolog. Na litość boską, żyła ponad rok już i jakoś nie wykazywała chęci odnalezienia dawnego kochanka. Poza tym Alec przyznawał, że wyglądało to na to, że co najmniej ją zdradził i chciał wydać Manticore. Więc raczej nie mogła go chcieć ot tak sobie.

Poza tym musiała być niezmiernie głupia, by przyjść do TC, nawet mając za wsparcie Aleca i kilkoro z jego oddziału. Wiele osób obwiniało ją o stoczenie się na dno Aleca, że jej domniemana śmierć doprowadziła do tego, że zostali bez lidera w momencie największej potrzeby ku temu. I ona upewni się, by tak pozostało, by nadal ją winiono.

Cóż, ta baba nie wiedziała że lepiej dla niej byłoby pozostać martwą. Wąchać kwiatki od spodu. Czy jak tam to zwali.

Ale nawet gdyby nie wiedziała, to się wkrótce przekona. Albo się to urzeczywistni. Była doskonałym transgenicznym żołnierzem. Mogła w razie czego wymyślić sposób na zabicie rywalki tak, by nikt się nie zorientował, kto był bezpośrednio winny jej śmierci. Ale koniec końców Hendricks i tak sama sobie była winna. Powinna pozostać martwa i włazić z buciorami na cudzy teren! O!

Dymiąc się w duchu, wparowała do centrali. Zignorowała Dixa, kilku innych także. Tylko przeskanowała pomieszczenie dla kogoś, kto był na tyle głupi by nosić sukienkę w takiej pogodzie.

Kilka chwil później zobaczyła, jak jedno z głównych pomieszczeń na piętrze opuszcza drobna postać i wchodzi do ich niewielkiej kuchenki. Muzyka była wystarczająco głośna, a i nikt wyjątkowo nie zwracał na nią uwagi. Dzięki Bogu. Lekko wbiegła po schodkach i weszła do środka za nią, zamykając drzwi. Koncentrując się, by nikomu nie przyszło do głowy zajrzeć tutaj albo co gorsza podsłuchiwać. Takie sprawy powinny być załatwiane bez świadków. A tym bardziej bez męskich świadków. Ale w razie czego mogła użyć tych nowoznalezionych zdolności zapisanych w genach, nawet jeśli miałaby przypłacić to tygodniowym bólem głowy!

Jej głowę zalała czysta wściekłość, kiedy zorientowała się, co ta cholerna przybłęda robi. Sięgała do szafki jej oddziału, wyjmując słoiczek z kawą rozpuszczalną. Dopiero co kupiony, dopiero co postawiony tam przez Aleca, niewiarygodnie ciężki do zdobycia w populsowym świecie w mieście, który niegdyś był niemal stolica kawy na zachodnim wybrzeżu… jakby nie dość było, że to cholerne babsko rządziło się tutaj jakby miała do tego jakiekolwiek prawo!

„Widzę, że stało się to twoim zwyczajem, przywłaszczanie sobie tego, co nie twoje…”

Słoiczek został powoli odstawiony na swoje miejsce, szafka zamknięta.

Była niemal pewna, że pierwsza runda należała do niej zanim nawet się rozpoczęła, kiedy drobna postać odwróciła się. I po raz pierwszy w życiu Maxie poczuła, że jej serce staje z przerażenia. Prawdziwego, czystego przerażenia.

~ * ~

Uspokajając powoli drżący oddech, Maxie nacisnęła klamkę i weszła z pozoru raźnym krokiem do pokoju. Atmosfera niemal przyjęcia i praktycznie rzecz biorąc, to było jak małe przyjęcie. Z tym wyjątkiem, że na pierwszy rzut oka nie zobaczyła obiektu zainteresowania, ale wiedziała, że jest tutaj.

Obiektu, który dopiero co przyprawił ją o niewiarygodny, docierający do każdej komórki ciała strach. Nie wiedziała konkretnie co to było, ale już nawet sama intensywność tego odczucia była po prostu zatrważająca. Nigdy wcześniej nie czuła czegokolwiek podobnego i naprawdę nie wiedziała co o tym sądzić.

A może to była po prostu reakcja na spotkanie wreszcie przeklętej rywalki, której prawdę mówiąc, w duchu obawiała się nieźle. Alec mógł o nią walczyć, mieć do niej niewiarygodne pokłady cierpliwości, ale przecież Nem poznał i wybrał przed nią. Ona, Nem, była pierwszym jego wyborem. Tak czy siak stanowiła zagrożenie. Nie dystansował się od niej. Nagłe pojawienie się jej w jego życiu wywołało w nim zbyt wiele emocji, by dziewczyna nie była zagrożeniem.

Niechętnie też musiała przyznać, że z czysto męskiego punktu widzenia Nem Hendricks miała ciało, dla którego nawet transgeniczka zabiłaby bez wahania. Była drobniutka, co wzbudzało zawsze u facetów chęć opieki i ochrony. Sama manipulowała tym, więc wiedziała, o czym mowa. I zarys sylwetki rysujący się pod prostym ubraniem, niewysokiej, ale niewątpliwie niezmiernie kobiecej, mógł doprowadzić ją do zazdrosnej frustracji. Nem Hendricks była dokładnie w typie Aleca.

Albo to może ona ukształtowała jego preferencje przed rokiem, zanim się jeszcze poznali podczas programu hodowli? Wiedziała, że pierwsze doświadczenia wywierają dziwny wpływ na facetów i Alec nigdy nie wydawał się odporny na kobiece wdzięki. Coś, co myślała, że dotychczas było jej i tylko jej atutem. Wszakże w ostatnich tygodniach zupełnie przestał się uganiać za spódniczkami, kiedy zaczął walczyć o nią… Jej kolejne zwycięstwo… nie pozwoli tej babie zniszczyć tego. Zaszła już tak daleko! Cel był naprawdę w zasięgu ręki…

Dostrzegła wreszcie wilka w owczej skórze, ale dlatego, że szukała Aleca. I kiedy jej wzrok mimowolnie spoczął także na rywalce, ziemia zadrżała, niemal usuwając się spod jej stóp.

To niemożliwe…

Ale dokładnie w tym samym momencie doktorek uniosła spojrzenie na nią i Maxie napotkała tak zimne i pełne nienawiści zielone oczy, że cofnęła się mimowolnie. Naprawdę mimowolnie. To nie miało nic wspólnego z pogardą i niechęcią emanującą od kobiety z dzieckiem.

Znów chwyciły ją mdłości. Chciała odwrócić się i uciec, ale ta lodowata zieloność trzymała ją w miejscu. Cofnęła się nieznacznie… po minucie lub dwóch, nie wiedziała dokładnie ile czasu upłynęło, zdołała jakoś wyrwać się z szoku, odwrócić na pięcie i wybiec. Wściekła, pełna niedowierzania, zszokowana… czując się, jakby przejechała ją ciężarówka.

Ta cholerna smarkula urodziła Alecowi bękarta!

Chociaż nie wiedziała, jak to było możliwe, to jednak instynktownie czuła, że to dziecko było Aleca. Ani taka durna radość nie panowałaby teraz w TC, ani też Nem nie żyłaby w tej chwili, gdyby pozwoliła dotknąć się innemu facetowi czy co gorsza gdyby była na tyle durna by sprowadzić owoc zdrady tutaj, prosto w gniado szerszeni. Wręcz przeciwnie. Mogła być mała, mogła być głupia, ale jednak jakieś szare komórki miała. Odebrała jej Aleca…

Nie, nie odebrała. Tak długo, jak nie zostali skojarzeni, tak długo miała szansę. Oczywiście, instynkty Aleca wiązały go z dzieckiem. I prawdopodobnie właśnie ten paskudny zupełnie niechciany bękart powodował jego dziwaczne zachowanie przez ostatnie tygodnie. Ale nawet jeśli… nawet jeśli Alec uzna obowiązek za ważniejszy od niej samej, do czego nie zamierzała dopuścić, były metody pozbycia się problemu. I kiedyś, pozbycia się także bachora. Przecież dzieci bywały takie wrażliwe i tak łatwo ulegały wypadkom… uśmiechnęła się złośliwie do siebie. On jest mój. Nie oddam go nikomu. Nikomu.

~ * ~

Mark chrząknął cicho, przyciągając do siebie Karen. Wciąż był pod wrażeniem tego krótkiego niby-spotkania. Wiedział, że Nem była niezwykle silna, nikt inny nie przyciągnąłby do siebie Aleca, ani także nie umiałaby tak potrząsnąć wszystkimi na lotniskowcu, że przez tygodnie opowiadano o tych kilkunastu sekundach, nim zniknęła w odmętach oceanu…

To jednak było coś kompletnie innego. Czysty, przerażający pokaz siły. No, może nie tyle siły, nie nawet dominacji. Pokaz co czuje wobec Maxie G.

„Co to było?” Karen odważyła się wyszeptać w jego ucho.

Wyraz twarzy Nem złagodniał momentalnie. Rain ziewnęła nieznacznie, unosząc małą piąstkę do buzi i ssąc kciuk. Kolejne dziwne nabyte od ziemskich dzieci przyzwyczajenie.

„To, co sądzę o tej dziwce?” uśmiechnęła się złośliwie, mimo, iż poprzednia nienawiść ustąpiła, zastąpiona z powrotem przez czułość dla dziecka.

„Nie przepadasz za Maxie G.?” na twarzy Karen pojawił się wyraz pełen czegoś, co można by tylko nazwać radością „Jest paskudna.” stwierdziła z konspiracyjnym szeptem, ignorując nieznacznie surowe spojrzenie swojego mężczyzny „Uważająca się za coś lepszego niż ktokolwiek z nas, pogardzająca wszystkimi ile wlezie i ignorująca kompletnie nasze prawa… ileż to kobiet niemal skręciło jej kark, że włazi nie na swój teren!” wzniosła spojrzenie do sufitu, jakby modląc się o cierpliwość „Już nawet ja nie byłam tak głupiutka na początku… no i Mark opowiedział mi wszystko. Ale Maxie… niby się nawróciła, ale prawie żadna z kobiet jej nie lubi niechże wierzy w jej przemianę. Tylko czekamy, aż wybuchnie kolejna bomba i trzeba będzie usunąć gruz.”

Alec wybałuszył oczy.

„Karen?” podrapał się po głowie niepewnie „Kim jesteś i co zrobiłaś z Karen?”

Nem uśmiechnęła się pod nosem, sięgając do swojej torby po niedużą, ale jednak pełną paczkę mlecznych pralinek. Przesunęła z mrugnięciem w stronę złotowłosego anioła Marka.

„Karen tylko potrzebuje dużo czekolady i tolerancji dla humorków.”

Zielone oczy na ułamek chwili spoczęły na brzuchu kobiety. Nie, żeby cokolwiek było widać. Ubierała się tak, że nie było nic widać. I to w cholerę tłumaczyło nagłe spięcia w oddziale Marka… ale też dawało niewiarygodną nadzieję. Nawet jeśli to jakiś cud… cokolwiek. To przecież mieli doskonałych medyków i mogli się dowiedzieć jak się dokonał, by było ich więcej. Uśmiechnął się szeroko.

Mark zmrużył oczy, patrząc na paczkę czekoladowych cukierków, które Karen zdążyła już otworzyć. Nawet jej ulubiony rodzaj. Nem czytała w myślach…?

…albo to miało coś wspólnego z noszeniem pod sercem dziecka z tak wymieszanym materiałem genetycznym. Zaintrygowany przeniósł wzrok na Nem.

„Lepiej idźcie do Dave’a, zapewne Tom nie przyjął tego za dobrze…” Alec znacząco zawiesił głos. Mark po prostu skinął głową. Określenie ‚nie za dobrze’ było naprawdę łagodne wobec tego, co się działo.

„Wszystko w porządku, świat się nie zawali…” Nem zaśmiała się, sięgając po pralinkę „Chcecie znać płeć?”

Mark i Karen spojrzeli na siebie oszołomieni.

„Och, dajcie spokój… chyba nie myślicie, że moja rasa istniejąc tyle milionów lat nie borykała się chociaż raz z groźbą wymarcia? Albo że ewolucja zatrzymała się u nas na wytworzeniu nie znoszenia hipokrytek?” Nem parsknęła „Pomijając już fakt mojej ziemskiej tożsamości jako biologa, jestem genetykiem.”

„Wiesz, jak to możliwe…?” Alec zdębiał. Wiedział, że Nem była geniuszem. Zawsze i wszędzie. Ale akurat o tym aspekcie nie pomyślał.

„Owszem, wiem.” mruknęła, zapychając buzię cukierkiem „Bez obrazy, ale transgenicy wyszli ludziom przypadkiem, sama seria X5 jest piekielnie zróżnicowana i nawet między sobą nie wszyscy możecie mieć dzieci. Po prostu z naturalnego mixu DNA powstanie niezdolne do samodzielnej egzystencji życie. W przypadku Marka wszystko jest w porządku, nie ma większych błędów. Ale nawet gdyby…” przełknęła „Karen, może opowiesz Markowi historię o tym jak w czterdziestym szóstym na pół roku twoja babcia, której niemal kopią jesteś, zaginęła?”

„Co to ma wspólnego?” spojrzała niepewnie.

„Sporo. W latach pięćdziesiątych ta ‚wada’ genetyczna którą obie macie, występowała raz na mniej więcej pięć milionów osobników i tyczyła się wrodzonych nieprawidłowości w budowie mózgu. Ale to co ludzie uważają za wadliwe… Ludzkie kobiety tracą dzieci, nie rodzą się one, ponieważ DNA transgenika łącząc się z ludzkim, ech… no dobra, kiedy powstają komórki stanowiące zalążek przyszłego systemu nerwowego, mózgu i kręgosłupa, owe DNA je tworzy, wypierając materiał genetyczny czowieka… to podstawa życia. A system nerwowy transgeników i ich mózg zostały poprawione. To nie zwierzęce DNA stanowi problem nie do rozwiązania, jak uważano w Manticore. Ci durnie po prostu jak zwykle nie widzieli dalej niż czubek własnego nosa. Ta wada genetyczna czasem powoduje o wiele większe wykorzystanie mózgu. Są wśród was geniusze, szaleńcy, ale i zwykli ludzie, którzy nie zauważają u siebie niczego niezwykłego. Ujmując w skrócie, zaszłaś w ciążę, ponieważ jesteś wystarczająco inteligentna, ponieważ występują fizyczne predyspozycje tej inteligencji. Zapisane w DNA.”

„To takie proste?” wyszemrała z niedowierzaniem „Będziemy mogli mieć więcej dzieci?”

„Nie, nie takie proste.” uśmiech Nem zbladł „Twoje ciało jest wciąż ludzkie i bardzo wyczerpuje je mieszana ciąża. Musisz zrobić kilkuletnią przerwę, nawet z tym wszystkim, czym się obecnie faszerujesz. Potem, owszem.”

Karen pisnęła, rzucając się z radością na szyję bardzo oszołomionemu Markowi. Więcej niż to dziecko, którego teraz oczekiwali?

O Matko przenajświętsza…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *