Przepraszam (25)

Rozdział dwudziesty piąty: Wielka Sensacja

Naomi usiadła na schodkach bocznej klatki schodowej z dobrą godzinę temu. Ukryta od większości ciekawych spojrzeń, ukryta w ogóle od innych, słuchała ich komentarzy na temat Wielkiej Sensacji jednocześnie nie zauważona przez nich. Głównie były to bardzo pozytywne komentarze, ale też zdarzali się sceptycy czy chociaż mówiący o Nem z okropną nienawiścią w głosach. Wiedziała, że łatwo i różowo nie będzie, po tylu miesiącach perturbacji, ale nie spodziewała się takiej wrogości. Obawy o los tego związku niejednemu z nich spędzały sen z powiek. Na razie wszystko szło w miarę dobrze, nawet z negatywnymi komentarzami, ale co będzie kiedy się dowiedzą, kim jest Nem… Jakoś czuła, że to będzie większa niż Wielka Sensacja. To nie będzie trzęsienie ziemi, to będzie totalny huragan!

„Nieładnie podsłuchiwać.” czyjś głos zabrzmiał tuż przy jej uchu. Podskoczyła. No dobrze, nie czyjś. Celem życia Nicholasa wydawało się irytowanie i denerwowanie innych. Był cholernie pewnym siebie nastolatkiem. I najczęściej okazywał to w sposób, który najbardziej wkurzał i denerwował innych. Czasem zastanawiała się, skąd on ma aż taką wiedzę o innych, o ich poglądach, zachowaniach, doświadczeniach życiowych… Nie znała go długo, ale kiedy się przyjrzała jego zachowaniu, mowie, pojawianiu się w najmniej oczekiwanych i pożądanych chwilach, doszła do jednego logicznego wniosku. Nicholas grał z ludźmi, grał z transgenikami, bez najmniejszej trudności wydobywając z nich najgorsze zachowania, zupełnie jakby robił własne eksperymenty psychologiczne albo chciał poznać kogoś z jego najgorszej strony. Podejście transgenika, w dodatku niezauważone, powiedzenie tuż przy uchu dokładnie tego, co sama myślała… Był dobry w tym, co robił. Naprawdę szkoda, że był tylko dzieckiem. Chociaż w naprawdę wielu względach wydawał się o wiele starszy niż Nem, to jednak kiedy patrzyła na jego chłopięcą twarz, czuła dziwny, nieuzasadniony żal, że jednak pozostawał tylko nastolatkiem.

„Wiem.” uśmiechnęła się konspiracyjnie, zamiast, jak inni, obrazić się albo odciąć czymkolwiek. Jak głupia Maxie G dla przykładu. Nie cierpiała tej baby. Miała nadzieję, że do czasu, aż Tav zdecyduje się na podejście, w jego polu widzenia znajdzie się znacznie milsza, a przede wszystkim mądrzejsza kobieta. Bo ładniejszych transgeniczek były tuziny. Tav naprawdę mógłby wybierać i przebierać. Szkoda go dla tej idiotki. „Ale ty to robisz wręcz nagminnie, więc to ty jesteś niegrzecznym chłopcem.”

Uniósł wymownie brew.

„Jestem.” uśmiechnął się z rozbawieniem „Nie masz nawet pojęcia jak.”

„Powinnam się cieszyć?”

Przechylił głowę w zastanowieniu.

„To jest ciekawe pytanie.” postukał się w coś na głowie. Zerknęła na jego czarne włosy. Gdzieś tam miedzy tą strzechą mignął jej fragment zupełnie czarnej opaski. Jak u Nem, tylko, że bez ozdób. Prawdopodobnie coś z ich technologii. „Szczególnie, że coś ostatnio często korzystam z tego.” uśmiechnął się szelmowsko „Aaaaach, ta sina i czerwona gula w miejsce nosa…”

Po prostu parsknęła śmiechem. O tak. Maxie G wyglądała obecnie antyczarujący i antypociągająco. Ale oczywiście Tav się przejął jak diabli. Bynajmniej nie wyglądem, przejął się, że była zraniona. Samce czasem bywały zabawnie nadopiekuńcze wobec transgenicznych kobiet, a już zwłaszcza swoich wybranek. Co urastało do niezłego komizmu, kiedy porównywało się to do ich relacji z ludzkimi kobietami. Nadopiekuńczość była ostatnim słowem, jakiego by użyła.

„To coś sprawia, że stajecie się niewidzialni?” spytała z ciekawością, ostrożnie unosząc dłoń i wyszukując między splotami przedmiot. Był z jakiejś formy metalu. Lodowato zimnego metalu, który przy najmniejszym dotyku wręcz mroził jej palce.

Nicholas sięgnął do tyłu i odszukał zapięcie. Kilka sekund później przelał na dłoń Nami czarną, smolistą substancję. A sama ciekawska miała szeroko otwarte ze zdumienia oczy.

„To jest płyn?” wydukała. Czarny kolor nagle rozświetlił się od wewnątrz i to dziwaczne coś poczęło zmieniać się w coś szarawo-mleczno-srebrzyste. Trzymała w dłoniach żywy dowód na to, jak bardzo Kamahowie odbiegali od ludzi. Mogli wyglądać jak oni, ale nie byli ludźmi. Niczym zbliżonym właściwie, jeśli miała trzymać się faktów. To raczej Matka Natura zrobiła psika i stworzyła niedorastające im do pięt stworzenie – człowieka.

„Ni ciecz, ni ciało stałe. Ma konsystencję wody na Kamah, ponieważ w głównej mierze się z tego składa.” Nicholas zmrużył oczy, wodząc wzrokiem za kilkorgoma transgenikami i nie zwracając na nią zupełnie uwagi. Rzuciła spojrzenie, za kim się tak oglądał. Kalen. I Kalen szedł za Karen. Najwyraźniej jej facet miał służbę, a Kalen robił za bufor bezpieczeństwa. Westchnęła.

„To chyba nie cecha wody?”

„Nie, inny składnik.”

„Co tu jeszcze jest? Jakiś płyny metal? To jest takie zimne… Wręcz zamraża komórki. Moje ręce już zdrętwiały.”

„Właściwie są tylko dwa składniki. Woda, po pierwsze, która na Kamah jest czerwona. Wygląda coś jak ludzka tętnicza krew. Ale kolor nadaje temu cacku prawdziwa krew, która u dawczyni była srebrna.”

„Och.” jej mina zrzedła kompletnie i niemal upuściła dziwną, wibrującą ciecz. Ale też w tej samej chwili poczuła coś jak łaskotanie. Zaskoczona przyjrzała się uważniej. W tym ‚mleczku’ coś pływało! „Jak to sprawia, że stajesz się niewidzialny? Jeśli to założę, też zrobię się przezroczysta?”

„Nie, to cię zabije.” westchnął „Każda sztuka czegoś takiego jest podarowana jednej konkretnej osobie i tylko królowa mogłaby założyć to bezkarnie.”

„Każdy z was ma swój własny, podarowany specjalnie dla niego?” otworzyła szeroko oczy ze zdumienia „Jest was tysiące, ten ktoś musiał oddać dużo krwi.”

„Akurat kiedy to dostałem, było nas prawie trzydzieści razy więcej i nigdy nie słyszałem, żeby Nikarii się skarżyła, iż jest zobowiązana wypełniać swoje obowiązki.”

„Czy Kara to skrót od Nikarii?”

„Ciągniesz mnie za język?” uniósł brew.

„Owszem. Z Nem trudno cokolwiek wydobyć.”

„Bo nie wiecie o co pytać. Ja bardziej przywykłem do życia wśród obcych form inteligencji.” parsknął.

Zaśmiała się.

„Dziwnie to brzmi. Jestem obcą formą inteligentnego życia?”

„Dla nas – tak.” skwitował krótko „Ale nie, Nikarii i Kara to dwie różne osoby. Chociaż Kara otrzymała swoje imię właśnie na jej cześć, ale tylko w trosce o swoją jedyną pozostałą przy życiu córkę dorównała poprzedniczce.”

„Kara to mama Nem, nieprawdaż? Ta, która ją urodziła. A Rain miała wychować.” westchnęła „Zbieram tu i tam drobinki informacji z tych wszystkich rewelacji, ale dalej zbyt wiele nie kumam. Macie skomplikowane relacje rodzinne.”

„Jest nas tylko troje, troje żyjących Hendricksów. Nie jest to skomplikowane.” uśmiechnął się pod nosem „Jestem ja, Nicholas Hendricks, pan Kamenii.”

„Wow, cóż za oświecenie!” wzniosła oczy do sufitu.

„Ciii… sza.” mruknął pod nosem „Kal jest potomkiem mojej siostry, Nikarii.”

Drgnęła. To była informacja. Niko nosił opaskę z krwią własnej siostry?

„Kal i Kara byli rodzeństwem. Kara Hendricks z Kamah umarła w antariańskim więzieniu, zamordowana przez Zana, świętej pamięci władcę Antaru. Notabene, z ewidentnej winy Ratha, co było pierwszym powodem nienawiści Nemesis. Potem zebrały się i inne. Kal Hendricks z Kamenii i jego żona, Rain, zabrali Nem do siebie na moją prośbę i za moim przyzwoleniem. Właściwie to Kal powinien być panem Kamenii, ale ponieważ ja wciąż żyję, i nie zanosi się na moje zejście, prędzej już Kala, a w dodatku jeszcze przed wojną z Antarem odszedłem z wywiadu na zasłużoną emeryturę, ja wciąż niepodzielnie rządzę laboratoriami Kamenii.”

„Brzmi poważnie. I skomplikowanie.”

„Wcale nie. Programowaliśmy Nem. Budowaliśmy statki. Wyposażenie ich, w pełnym tego słowa znaczeniu. Te cacka.” wskazał „Raz nawet trafiło się osobiste zlecenie Jej Wysokości dotyczące genetycznego projektowania. Bardzo rzadkie, powiem ci. To zazwyczaj Pałac Królewski wiedzie prym w badaniach i projektowaniu genetycznym. To domena Kary. Domena Kala. Domena Nem. No i moja. Wszyscy czworo urodziliśmy się z odpowiednimi zdolnościami.”

„Robiliście kogoś na zamówienie, innymi słowy?”

„Raczej z naglącej potrzeby.”

„I tylko ty, Kal i Nem macie odpowiednią zdolność?”

„Tak.”

„Nie da się tego zaprojektować? Więcej specjalistów?”

„Pieczęć tym steruje… Pieczęć decyduje, kto jest nam teraz potrzebny, z jakimi zdolnościami. No i nasza liczebność zależy przede wszystkim od pieczęci. Czy zezwoli na dzieci.”

„Nie kumam.”

Normalnie nasza płodność jest wstrzymana. Pieczęć, kiedy uzna, że dwoje, para, dotarła się na tyle, by bez większych przeszkód razem wychować potomstwo, odblokowuje to. Wyrazem woli pieczęci, a zarazem kontrolą nad pieczęcią, jest osoba królowej. To ona zwraca się w imieniu jakiejś pary do pieczęci, czasem bliscy pary zwracają się do królowej i ups, jest niespodzianka. Ona steruje całym procesem życia. Dlatego nosicielka pieczęci jest nazywana królową, panią naszego życia. Czasem też jest rzeczywistym przywódcą, ale nie zawsze. Czasem nosicielka nie rodzi się z odpowiednią zdolnością, albo pieczęć przechodzi na kogoś, kto wcale nie był pierwszy w kolejce… ale przez śmierć się nim stał.

Otworzyła szeroko oczy.

„Czy Nem musiała też prosić o pozwolenie?” jej głos drżał, była tego pewna.

„Musiałaby, gdyby zechciała mieć dzieci.”

„Więc jakim cudem…?”

Spojrzał na nią wymownie. Zachłysnęła się powietrzem.

„Ty…?” wydukała w oszołomieniu.

Prosiłem tylko pieczęć, by zrobiła wszystko, by ją ocalić. Pieczęć wybrała dać nowe życie Nem do opieki. Uznała, że dosyć uśpienia, że czas już wracać do nowego domu.

„Wracać do nowego domu?”

„Nem ma przecież władzę nad procesami życia naszego gatunku… i rozwinęła także w ograniczonym stopniu nad innymi. Tam, gdzie się znalazło kamahskie życie, tam była i Nem.”

„Rany.” jęknęła „Nic dziwnego, że Nem uważa, że nawet sto lat życia nieustannego gadania nie opisałoby jej świata, jej rasy, czy chociażby jej myśli.”

„Phi!” Nicholas mruknął pod nosem „Myśli Nem zajmują teraz dwie osoby.”

„To dobrze.”

„Czy ja wiem?” spytał z powątpiewaniem „Po pierwsze, Rain. Zawsze i wszędzie, ona myśli o dziecku. To naturalne, jest jej pierwszą myślą, więź to powoduje. Budzi się i pierwsze czego oczekuje to oddźwięk przez więź, że z córeczką jest w porządku… ale oczywiście nie jest. Za dwa lata odzyska kontrolę nad instynktami ochronnymi i znów będzie tą samą rozsądną, wkurzającą, irytującą, przewidującą, i niestety zawsze mającą najwięcej racji, liderką.”

„Gdzie tu miejsce na dzieciństwo?”

„Nie miała. Dzieciństwo Kamahów to trzy pierwsze lata życia.” ziewnął „Wszystko się podczas nich kształtuje. Dlatego jest tak ważne, dlatego wykształciliśmy więź.”

„Rain i Kal nie wykształcili z nią więzi? Myślałam, że skoro jej matka nie żyje, a Kal jest jedynym, który zajmuje się takimi dziećmi z zielonymi oczami…”

„Kal był jedyną opcją, bo jest Hendricksem i znał Ziemię. Poza tym, przecież nie mógł wykształcić więzi, skoro Rathis pozostawał przy życiu.”

Przez kilka chwil nie zrozumiała zupełnie, o czym mówił. Dopiero po kilku minutach milczenia jakby ktoś nagle zapalił światło.

„Chcesz powiedzieć… nie… to niemożliwe!”

„Co?”

„Że Rathis jest ojcem Nem!” jęknęła.

„Był.” mruknął sucho „To przez tego skurwiela ma zielone oczy. Przy programowaniu, usunęliśmy defekt powstały przy śmierci matki Nem. I tak jak Nem potrafiła przez rok utrzymywać prawie całą więź Rain, cała więź malutkiej, co ja mówię, zmniejszonej wręcz do organizmu płodowego Nem przeszła na Rathisa. I ten palant dał się zabić, krzywdząc nie tylko ostatnie swoje dziecko, jakie przeżyło wojnę, ale przede wszystkim główną kandydatkę na nosicielkę pieczęci. Uszkodził całą pieprzoną rasę przez własne tchórzostwo. I nie wiem, czy Nem nienawidzi go za to bardziej niż za swoje zielone oczy. Ale gdybym miał się zakładać… Nem za łatwo zgodziła się na proces Rathisa. Myślę, że nie tylko uszkodził coś w pieczęci, czy psychice Nem. Narozrabiał w czymś, o czym wie tylko Nem jako nieustannie czytająca pieczęć. W miarę jak przejmuje ją, a zwłaszcza te fragmenty które od śmierci Kary przechowywał Rath, dowiaduje się, co porabiał przez ich małżeństwo, po jej śmierci, w czasie wojny, po niej, wie o każdym posunięciu wobec wywiadowców, zna każdy jego rozkaz wobec naszego wojska i każdą próbę skontrolowania Straży Królewskiej. Może dowiedzieć się o każdym, żywym czy martwym, czegokolwiek, i uczy się nieustannie. I coś mi się wydaje, że zbytnio chroniła twoją koleżankę z oddziału.”

„Słucham?”

„Nie sądzisz chyba, że zrobiła to z dziecinnej niechęci do kochanki ojca? Daj spokój, Rath po śmierci Kary miał ich na pęczki, w trakcie romansu z Han także. Nem lubi Han. I Nem też doskonale widzi wady Rathisa. Nie potrzebowała procesu przejęcia pieczęci, żeby wyrzucać każdą kobietę z jego życia, o ile jej się udało. Co niewątpliwie wyjdzie tym biedaczkom na zdrowie.”

Naomi dawno nie czuła tak szybkiego i nagłego przypływu wściekłości.

„Rathis romansował za plecami Han?”

Nicholas spojrzał na nią dziwnie.

„Oczywiście.”

„I Nem o tym wiedziała?”

„Nem nie spotkała Rathisa aż do drugiego przyjazdu do Seattle parę tygodni temu. Pewien durny cywil, nieświadom sytuacji, powiadomił go o miejscu pobytu Nem i dał kody bezpieczeństwa. No i tatusiek zjawił się w życiu córuni.” mruknął ironicznie, gniewnie „Jak gdyby nie mógł tego zrobić pół roku wcześniej! Przez tą świnię, Nem przeszła w grudniu ciężki przeszczep serca, ponieważ ratując Rain, dobrała się do własnej pamięci genetycznej… Coś, co kiedyś zrobił Rathis i nie poniósł konsekwencji dzięki Karze, wystarczyło mu sięgnąć do własnych wspomnień i Nem byłaby uratowana. A tak co kilka tygodni my ratujemy i Nem, i Rain. I teraz Rathis zwiał ze statku. Kiedy inni zwiadowcy dowiedzą się, co wywinął, czeka go po prostu lincz, przy którym śmierć Biggsa była sielskim obrazkiem. Już lepiej by było, gdyby zdobył się na odwagę doczekać końca procesu przed Radą Królewską. Przynajmniej Nem miałaby jakiś wpływ na rodzaj śmierci, jaki mu fundną… może nawet zdołałaby skopiować jego istotę i dostałby drugą szansę w życiu.” pokręcił głową „I pomyśleć, że był bliźniakiem najmądrzejszej kobiety, jaką kiedykolwiek spotkałem. Ale najwyraźniej to Rain wystała całą kolejkę po rozum, nie Rathis.”

~ * ~

Naomi bardzo powoli rozprostowała zdrętwiałe kolana. Nie mogła powiedzieć, żeby to, co niedawno usłyszała miało za wiele sensu, ale musiała temu przyznać. Było szokujące. Widzieli tylko jedną stronę medalu i teraz nagle jakby okazało się, że tych medali są setki, a nawet tysiące i każdy dotyczył tego samego. Z innej strony, z innej osoby. Cały świat powiązań, układzików, osobistych tragedii, uczuć. Nie dokładnie tego oczekiwała po obcych.

W Manticore uczono ich, że obcy istnieją i zwą siebie Antarianami. Że przypalają najczęściej ludzkie serca i w ten sposób zabijają. Że przybyli na Ziemię w niewiadomym, ale najwyraźniej wrogim celu. I wszystko, czego ich uczono, dotyczyło chociaż najmniejszej słabości, jak ich zlikwidować, jak pokonać, jak wyciągnąć informacje. Nawet jak zrobić sekcję. Nigdy nikomu nie przyszło do głowy przyjrzeć się obcym nie jak najeźdźcom, ale jak komuś, kto ma własne problemy, słabości, własne osobiste tragedie, emocje, marzenia, własny kulturalny dorobek i historię, nieraz tak dalece o wiele bardziej rozwinięte, iż rasa ludzka wyglądała przy nich po prostu śmiesznie. Jak głupie mróweczki zapatrzone we własną wielkość. A wraz z ludźmi i oni, transgenicy. To był niezły kopniak w jej ego. Odkryć, jak marnymi istotami tak naprawdę są. Oni, którzy uważali się za tak bardzo lepszych od ludzi! I teraz, kiedy zamierzali udowodnić to światu, świat pokazywał im horyzonty, o jakich nigdy wcześniej nie śnili.

To, co odróżniało tak bardzo Kamahów od ludzi czy transgeników, było chyba najbardziej widoczne. Nie afiszowali się z tym kim byli i jaką potęgą dysponowali. Nie oglądali się na innych. Nikomu nic nie udowadniali. Nie musieli czy nie chcieli, co za różnica… z każdą mijającą sekundą coraz lepiej czuła, jak się różnią. Stali na o wiele wyższym poziomie niż transgenicy mogli się kiedykolwiek wznieść i słuchanie przykrych uwag o Nem od innych przedstawicieli własnej rasy przyprawiało ją o rumieniec wstydu. Nie lubiła tego uczucia. Ale byli jacy byli, nie mogła tego zmieniać tylko dlatego, że się jej to nie podobało. Wówczas upodobniłaby się do tych najgorszych kretynów, którzy uważali się za pępek świata.

„Przepraszam za innych.” mruknęła do Nicholasa, nie podnosząc głowy. Słyszała, jak się podnosi ze swojego miejsca.

„Przywykłem. Ludzie czy transgenicy, dla mnie nie ma żadnej różnicy.” wzruszył ramionami, lecz uśmiechnął się przekornie, jakby powiedział coś naprawdę zabawnego. Spojrzała na niego zaintrygowana. Co ten wariat znów kombinował za ich plecami? „Niedługo spotkanie na szczycie. Uważaj na nie.”

„Wiesz coś, o czym ja nie wiem?”

„Mnóstwo rzeczy… mnóstwo.” mruknął sugerująco, wywołując tym przyjemną reakcję jej ciała. Potrząsnęła głową. To jeszcze dzieciak. Lepiej żeby nie dorastał w jej pobliżu. „Muszę wracać do pracy. Do zobaczenia… kiedyś tam.”

~ * ~

Tom z ogromną irytacją przyglądał się dwójce, siedzącej na schodach. Ten bachor, jak twierdził Tav, należał do rasy Nem. Ale zamiast dać mu to jakiegoś plusa, budziło w nim tylko irytację i niepokój.

Może był i młody, ale widział na własne oczy, że potrafił rozmawiać z kobietami. Transgeniczne aż tak bardzo nie różniły się od tych ludzkich. Były tylko bardziej uparte, niezależne i ich instynkt nadzwyczaj często kłócił się z męskim. To wiedział.

Prawdziwy problem z tym dzieciakiem leżał zupełnie gdzie indziej. Jak chyba każdy samiec wśród transgeników, czy to skojarzony czy nie, zdawał sobie sprawę z ogromnej dysproporcji między liczebnością żeńskiej i męskiej populacji. Możliwość, iż większość z nich nigdy nie zostanie skojarzona z jedną z nich, a co za tym idzie, nie będzie posiadać potomstwa, trafiała do coraz liczniejszych głów. Jeszcze w Manticore dysproporcja była spora, ale po upadku bazy zwiększyła się drastycznie. Obowiązkiem każdego transgenika było chronić ich kobiety. I w miarę możliwości, zapobiec bezustannie malejącej liczbie tych dostępnych, wolnych. Sama myśl o transgeniczce skojarzonej z człowiekiem, kiedy mogła być przecież z transgenikiem i zapobiec wyginięciu ich rasy, wywoływała w nim dziki gniew.

Och, już wcześniej starali się zapobiegać tym związkom. Mężczyzn z ludzkimi kobietami także. Szczególnie wysoko postawionych alf. Ich potomstwo na pewno nie byłoby słabe, przekazaliby najlepsze geny kolejnym pokoleniom. Nawet jeśli brzmiało to bardzo cynicznie, musieli o tym myśleć. Było ich tylko kilka tysięcy, a ostatnie lata znacznie przetrzebiły ich liczebność. Tylko wchodząc w związki transgeniczni mieli szansę przetrwać. W związki z nimi.

Nicholasa się nie obawiał, był zaledwie nastolatkiem. Obawiał się czegoś innego. Jeśli Nem jako przedstawicielka własnej rasy była zdolna do dania Alecowi dziecka, i to takiego ślicznego… mieli problem. Skojarzenie Aleca z nią było problemem, jeśli w jej rasie mieli wolnych facetów. Nie był idiotą. Transgeniczki były wyjątkowe. Żaden facet nie przejdzie obojętnie obok jednej z nich.

Mogli mieć niechcianą konkurencję, innymi słowy.

Do Nem na razie mieli wystarczająco wiele pretensji, ale ją ratowały koneksje. Jeśli dziewczyna rzeczywiście była tak ustosunkowana, jak głosiła fama, jej skojarzenie z Aleciem mogło się okazać najcenniejszym majątkiem w ich walce o przetrwanie i znalezienie sobie miejsca do życia na tej planecie. Najważniejsze, żeby zechciała im pomóc.

Przeniósł spojrzenie znów na irytujący go obrazek. Nicholas wstawał, mówiąc coś z uśmieszkiem do Naomi i bez najmniejszego problemu przejmując coś z jej dłoni. Zmrużył z irytacją oczy. Może jednak zmieni zdanie. Facet był zagrożeniem.

„Nie przesadzasz?” głos Seleny zabrzmiał tuż przy jego uchu. Rozluźnił się nieznacznie. Być może jednak dzień będzie o wiele milszy niż sądził na początku po porannej awanturze najpierw z Markiem, a potem na spotkaniu. Naprawdę powinien w końcu zrobić podejście. Nie wiedział, jak długo jeszcze będzie w stanie odpierać wyzwania o nią. Kiro zaczynał za nią się oglądać, a on już walczył w zupełnie innej klasie niż on. Mógł przegrać. Tak. „To tylko nastolatek.”

„Aż tak bardzo widać, że mi się to nie podoba?”

„Owszem.” uśmiechnęła się „Reagujesz, jakbyś co najmniej walczył o Naomi, ale oboje wiemy, że to nieprawda…”

„Tak?” uniósł brew „A ty skąd to wiesz?”

Wzruszyła ramionami, jakby mówiła o naprawdę oczywistej sprawie.

„To proste. Alec nie pozwoliłby ci walczyć o nią. Prędzej sam skopałby ci tyłek.”

„A to niby czemu?” spochmurniał. Co do diabła miała na myśli?

„To jedna z najwyższych kobiecych alf.” mruknęła kpiąco „To tylko kwestia czasu, aż któryś z dowódców z miłą chęcią widziałby ją u swojego boku.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *