Przepraszam (24)

Rozdział dwudziesty czwarty: To jakiś sen, nieprawdaż?

„Nem?” Alec delikatnie dotknął jej dłoni, kiedy pięć minut później siedziała wciąż w tej samej pozycji, gapiąc się bezmyślnie na wyłączony telefon. Drgnęła. Miał tak ciepłe palce. Silne, a jednocześnie delikatne. To w nich lubiła, tę równowagę między ostrożną troską a zdolnością, by zrobić nimi najpaskudniejsze rzeczy, by ochronić to, co było jego. W jakimś sensie przypominało jej to własne, smutne pierwsze dzieciństwo, zanim naukowcy z Kamah nie wyczyścili jej pamięci. „Co się stało?”

„Nic.” uśmiechnęła się blado, ale w powietrzu unosił się ten sam dziwny zapach, jak zawsze, kiedy myślała albo mówili o spotkaniu innych. Coś było nie tak. Mógł czuć to. Jego nos, psiakrew, nawet jego wnętrzności mu to mówiły. Dlaczego więc zaprzeczała? „Tylko jestem trochę przestraszona.” mruknęła pod nosem, podczas gdy on sam niemal spadł z kanapy.

„Boisz się?” spytał niewiarygodnie, nie do końca wiedząc, jak zareagować. Od ostatniego wieczoru ciągle uderzało go, iż naprawdę nie chciała spotkać innych transgeników. Było to o tyle dziwne, że przecież z jego oddziałem poradziła sobie świetnie. Wręcz owinęła ich sobie wokół małego paluszka. Na dłuższą zaś metę naprawdę miał w nosie, czy inni zaakceptują kosmitkę. Nem była jego i koniec kropka. Osobiście był z niej dumny jak paw i jeśli inni byli na tyle kretynami, by nie widzieć jej wspaniałego serca, umysłu i ciała, to mogli iść do diabła.

Przyciągnął ją ponownie do siebie, wsadzając nos w zagłębienie jej szyi i wdychając jej słodki zapach. Sama myśl o tym, że mógł tak robić, była podniecająca. On i tylko on.

„Nie martw się. Wystarczy, że założysz sukienkę, a dwie trzecie transgeników będzie od razu za tobą.” wymruczał jej do ucha. Z satysfakcją odnotował drobne drżenie ciała w jego ramionach. Drobniutkie, ledwo zauważalne, ale zdecydowanie tam było. Myśl, iż nie tylko on reagował jak wariat na jej dotyk była pocieszająca i dawała nadzieję, że ułoży im się szybciej niż później.

„Czy to twój pokręcony sposób na powiedzenie, że mam niezłe nogi?” zaśmiała się rozbawiona. Więc jej wcześniejsze wrażenie, iż podoba mu się w sukienkach, jednak nie było mylnie. Prawidłowo odczytała jego reakcję, silnie powiązaną z jego emocjami. Niesamowitość tego faktu, iż pomimo zielonych oczu potrafiła powiązać jego zachowanie z odczuwanymi przez niego emocjami była równie wstrząsająca co sam fakt, że teraz siedziała na kanapie, wtulona w niego i żartowali o ich niedalekiej wizycie w TC. To jakiś sen, nieprawdaż?

„Hm…” wymruczał. Jego gorący oddech tuż przy jej skórze prawie parzył. Ale nie ruszyła się nawet na centymetr. Powoli, badając jej reakcję, dotknął ustami ciepłej miękkości, chłonąc gwałtownie zmieniający się zapach i jej słodki smak.

Prawie wyszła ze skóry, kiedy jego usta dotknęły jej szyi. Jak on to robił, że niemal bezwiednie wybierał miejsca na jej ciele niewiarygodnie wrażliwe na dotyk?  Z tego, co pamiętała z Nigerii, z ich jedynego wspólnego razu, to było jego ulubione miejsce. Jej także. Wszystko w niej gotowało się od jednego prostego muśnięcia ustami. Westchnęła. To było o prostu zbyt przyjemne.

Uśmiechnął się z czysto męską satysfakcją, czując jej głęboki oddech i rozluźnienie ciała. Delikatnie otarł jej plecy otwartą dłonią, niejasno pamiętając jak reagowała na taki dotyk podczas ich pierwszego snu razem. Przebudziła się z koszmaru i mimo wszystko została w jego objęciach. Oddałby głowę, by móc cofnąć się do tamtej chwili i inaczej pokierować ich losem. Ale stało się nie inaczej i teraz miał do wykonania przeogromną pracę.

Nie rzucić się na Nem w sukience.

~ * ~

Zdejmując sukienkę z wieszaka, nie myślała jednak o tym, co miało się niedługo stać, o spotkaniu z transgenikami. Myślała o innym, jakie odbyło się tego ranka.

Tak naprawdę nie potrzebowała czasu na pakowanie rzeczy Rain. Potrzebowała czasu, by uczestniczyć w posiedzeniu Rady, na którym decydowano o losach Rathisa, księcia Kamah.

Rada Królewska składała się z dziesięciu wirtualnych świadomości, zawartych w pieczęci. Pamięci, kopie zapasowe świadomości królowych były przechowywane tylko w pieczęci, co niezmiernie ułatwiało proces. Zawsze, kiedy potrzebowali Rady, pojawiała się samoistnie. I to pieczęć wybierała, którą świadomość wywołać do problemu na zasadzie specjalności i doświadczenia.

Nie znała żadnej z wirtualnych twarzy, jakie ukazały się dzisiejszego ranka. Nawet Nicholas był dziwnie zaskoczony. A przecież żył dwanaście tysięcy lat i przeżył jeszcze więcej spotkań Rady. Kim byli ci, którzy mieli sądzić o losie jej ojca?

Kiedy jej własna świadomość wróciła z Dakerii do Kalifornii, jej oczy napotkały sufit jej własnego pokoju, pognała przez łączące ich drzwi do sypialni przybranego ojca. Nie spał, czekając na wynik i pilnując Rain, która niczego nieświadoma spała słodko na jego ramieniu. Znał troje z dziesiątki. Och, ona sama potrafiła wywołać ich wspomnienie z pieczęci, ich struktury energii, ich poskładaną wiedzę daną rasie, ale nie wiedziała kim byli, co myślą, jak widzą sytuację z Rathisem… nagle stanęła wobec zupełnej niewiadomej, kiedy myślała, iż ma kontrolę nad tym organem… wciąż to ona sama musiała wydać zgodę na wykonanie wyroku, wyrwać z jego serca pieczęć. Oskarżenie wobec Rathisa było naprawdę niezwykłe, ale także bardzo poważne. Tylko trzech Kamahów stawało oskarżonych o to. I żaden z nich nie był byłym księciem małżonkiem.

Jeszcze tylko raz, tej nocy, mieli wysłuchać Rathisa. Potem będzie już koniec. Zadecydują. I bała się śmiertelnie, że tym razem to naprawdę będzie koniec. I nie pozostanie jej żaden wybór, tylko zgodzić się z ich decyzją.

Czasami oddanie bezgranicznej władzy było beznadziejnością.

„Może być?” spytała pięć minut później Aleca, wyłaniając się z sypialni. Siedział na kanapie i bawił się pilotem. Jeśli jego szeroki uśmiech był jakimś znakiem, to jednak zachowanie transgeników nie różniło się tak bardzo od ludzi.

Rain radośnie pomachała grzechotką w jej stronę, więc wzięła ją na ręce. Natychmiast wtuliła twarzyczkę w jej szyję, rączki powędrowały do ciepłej skóry pod rozpinanym sweterkiem. Westchnęła. Przynajmniej miała Rain, swojego kochanego szkraba… ważne, by nic się jej nie stało. Tak długo jak miała ją, nic złego nie mogło się wydarzyć…

Zaskoczyło ją dotknięcie dłoni Aleca na własnym policzku. Otarł miękko kciukiem o niego, po czym najzwyczajniej w świecie przyciągnął je do siebie, wodząc nosem gdzieś w okolicach jej ucha, tuż nad główką Rain.

„Co robisz?” spytała niepewnie, z przestrachem. Dzika burza emocji w nim była dla niej nie do odcyfrowania i szybko zrezygnowała z czytania jego energii.

„Szsz…” wymruczał „Oznaczam cię.”

Zesztywniała, kiedy umyślnie wsadził nos w jej policzek i musnął delikatnie ustami. Oznaczał? Co do diabła miał na myśli?

Jakieś słabe echo wspomnienia od Biggsa przeniknęło jej mózg, ale nie potrafiła umiejscowić tego nagłego dziwnego uczucia w żołądku, które wywołał gest Aleca. To coś znaczyło, wysilała desperacko mózg w znalezieniu odpowiedzi, ale nie chciała nadejść. Westchnęła. W takich chwilach jak ta dobitnie uświadamiała sobie, iż ma tylko osiemnaście lat i musi nauczyć się mnóstwa, mnóstwa nieznanych jej spraw. Nie tylko świata i zwyczajów transgeników, ale także właściwego użycia jej własnych szarych komórek. Miała tyle danych, a nie potrafiła wyjść nawet z żadnym podejrzeniem, co robił. Czuła się jak niedoświadczony dzieciak.

Alec cofnął się, przeklinając w duchu intensywny zapach jej niepewności i strachu. Wręcz kręcił w nosie. Posunął się nieco za daleko, ale nie mógł się powstrzymać, by nie położyć własnego zapachu na tym cudnym zjawisku w bordowej sukience. Była śliczna nawet jak wpatrywała się tak w niego szeroko otwartymi oczami, z których wyzierała teraz zieleń.

„Gotowa?” spytał cicho. Skinęła głową. „Sam sweter i sukienka? A jakaś kurtka?”

Skrzywiła się nieznacznie.

„Mogłabym stać naga na minus dwudziestu i nic by nie dotarło do środka. Przywilej posiadania powłok. One są naprawdę niewiarygodnym cudem natury. Zwłaszcza moje.”

Chrząknął. Z tym się zgadzał w 100%.

„Sztuczna nie jest tak wydajna jak naturalna, ale stabilizuje moją temperaturę.”

„Na pewno?”

„Na pewno.” potwierdziła. Jego troska była przesłodka. „Chodźmy już, zanim schowam się do mysiej dziury.”

Zachichotał.

„Dziwnie słyszeć coś tak ludzkiego w twoich ustach.”

„Jedną z rzeczy, które przyznam zawsze i wszędzie na temat ludzi, to ich przysłowia i powiedzonka. Mało która rasa ma tak mądre… zdecydowanie za mądre dla nich.”

Hm, ciekawe, co by powiedziała na ‚stara miłość nie rdzewieje’, dumał w duchu.

~ * ~

Zatrzymał dżipa na podziemnym parkingu, kątem oka rejestrując nieco większą niż zazwyczaj ilość poprawionych genetycznie, którzy woleli pozostać ukryci w mroku. Ich wygląd nie był dokładnie stworzony dla ludzkich oczu. Z jednej strony to znaczyło, że już większość wiedziała o ich przybyciu, zaś z drugiej, że byli ostrożni wobec szkraba, który skradł serce ich przywódcy. Chcieli się przyjrzeć Nem, samemu pozostając niezauważonymi.

Biorąc jednak pod uwagę jak uważnie lustrowała cienie parkingu, który na pierwszy ludzki rzut oka miał tylko kilkunastu obecnych, wątpił, by ktokolwiek uszedł jej kamahskim zmysłom. Była dobra w wyczuwaniu nie-ludzi. Zdenerwowanie tylko wzmagało jej czujność.

„Jeśli tutaj mamy taki komitet powitalny…” mruknął, gasząc silnik. Nie spojrzała na niego, ani też nie uśmiechnęła. Jej twarz była stoicką, przyjazną, chociaż nie przyjacielską maską, która głosiła wręcz ‚nic wam nie zrobię, jeśli wy nie zrobicie mi’. „Ciekawe, co będzie na górze.”

Ale mógł sobie już to wyobrazić. Spinając się wewnętrznie na nieuniknione, wysiadł, Nem zrobiła to samo od strony pasażera. Chociaż wolałby sam otworzyć jej drzwi. Przynajmniej miałby kolejny świetny widok na jej zgrabne nogi…

Otworzyła tylne drzwi od swojej strony, wyjmując owiniętą w kocyk Rain, która dla odmiany postanowiła udawać młodszą niż jest. Podejrzewał jednak, iż jego genialna córunia zawsze tak robiła wśród nieznanych jej osób. Teraz jednak nie będzie już musiała udawać, będzie mogła być sobą. Cokolwiek to znaczyło.

Nem nie wyjęła nosidełka, trzymając ją na ramieniu. Niemal jak tarcza. Wziął torbę z niezbędnymi rzeczami od swojej strony i uśmiechając się pod nosem (och, doskonale słyszał te sapania zaskoczenia ze wszystkich stron), okrążył samochód. Utrzymanie wiercącego się cudu wymagało niestety obydwu rąk i zapewne trzecia by się jeszcze przydała, ale i tak poczuł się nieco rozczarowany. Pozostawało mu tylko otoczyć ramieniem dwie kobietki z charakterkami i skierować w odpowiednią stronę.

Nem wciąż nie mogła uwierzyć, że jednak to robi. Idzie przez podziemny parking centrali TC, obserwowana ze wszystkich cieni przez masy transgeników rozmaitej nie-X-maści, kołysząc Rain równie zdenerwowaną co ona sama… to może niedokładnie było to, czego by sobie i dla niej życzyła, ale zawsze stanowiło jakiś krok do przodu.

Byleby przetrwać spotkanie oko w oko z Maxie G. Pewną pociechą był fakt, iż rywalka nie wiedziała o jej córeczce. Nicholas zapewnił o tym. Jak miałaby mu nie uwierzyć? Ale mimo to czuła, że jej wnętrzności przewracają się w bardzo niebezpieczny sposób, ustawiając wszystkie zmysły w alarmie, niemal wysyłając żądanie do jej mózgu o właściwe, silne powłoki. Bała się.

Ciepły dotyk ramienia Aleca nieco uspokajał. Ale nawet jego spokój i pewność siebie, czy duma z Rain nie mogli przegonić jej obaw. Alec nie wiedział. Nie rozumiał.

{Ale stara się z całego serca.}

{Hej.}

{Pomyślałam, że potowarzyszę ci w pierwszym dniu twojego nowego życia.}

{Och.} uśmiechnęła się nieznacznie pod nosem {Ale kaszana zone, co nie?}

{Owszem. Energia Aleca jest tak pomieszana, że za przeproszeniem, już ty jesteś prostsza do odczytania i zrozumienia.}

{A mawiają: ‚któż pojmie kobietę’.} zażartowała.

{Przechrzcimy na: ‚któż pojmie Aleca’?}

Ledwo udało się jej powstrzymać parsknięcie rozbawienia. Złapała pytający wzrok Aleca. Teraz akurat rozumiała jego zachowanie… a ile razy nie zrobiła tego prawidłowo? Jak z tymi różami od niego. Powinna jednak się ucieszyć z nich o wiele bardziej. W końcu Maxie nie wiedziała, co znaczyło, że nie tylko nie dyskutował tych spraw z nią, ale sam z siebie wyszedł z tymi różami ponieważ chciał podarować jej coś, co według standardów życia poza Manticore, ojcowie dawali matkom swoich dzieci…

{A co matki dają ojcom?}

{Dobre pytanie. Pytałam Kala, ale także nie wiedział. A Aleca nie spytam. Nicholasa wolałam nie ruszać.}

{Może będziesz miała okazję spytać kogoś stąd.} w głosie kobiety zabrzmiało nieoczekiwanie rozbawienie.

{Prędzej piekło zamarznie.}

{Kto to wie… kto to wie. Niezbadane są wyroki losu.}

{Ale z ciebie wyrosła mądrala, małe diabelne cosik… Głowa do góry. Zrobisz furorę. Jak zwykle. Nie masz się czym przejmować.}

Westchnęła nieznacznie. Rzadko teraz ktoś miał odwagę tak do niej mówić. Rzadko kto miał odwagę podłączyć się bezpośrednio do jej głowy. To nie tylko wymagało osobistego wysiłku, ale i pokonania wrodzonych i nabytych obiekcji przed przeszkadzaniem samej królowej. Już częściej rozmawiała z innymi jak była dzieckiem.

Już na schodkach wyczuła, że niespecjalnie ogromne główne pomieszczenie centrali nie jest wcale tak puste… powtarzało się to, co na parkingu. Tym razem jednak nikt nie chował się w cieniach… kilkadziesiąt twarzy wypełnionych zarówno ekscytacją, ciekawością, podejrzliwością, radością… ale cokolwiek wyrażały, każda z tych emocji na nieznanych jej twarzach została zastąpiona przez jeden wspólny wyraz szoku i bezbrzeżnego zdumienia. Rain wybrała tę samą chwilę, by zmienić ramię, na którym chciała trzymać swoją śliczną główkę… odsłaniając tym samym na ułamek sekundy swój kod kreskowy.

~ * ~

Alec uniósł po raz kolejny do ust szklankę z mlekiem, w rozbawieniu spoglądając przez ich niewielką kuchnię w stronę Nem i otaczającej ją gromadki. Siedziała na kanapce, trzymając już nie wiercący się uroczy tobołek. Pół jego własnego oddziału oblegało je ze wszystkich stron. A reszta… no cóż, reszta biła pokłony z większej odległości.

„Królowa i jej poddani.” Mark pojawił się tuż obok, śmiejąc się cicho, kiedy zauważył na co patrzył. Pochylił się konspiracyjnie. „Gdzieś ty znalazł taki skarb?”

„Hej…” ręce Karen objęły go od tyłu „…będę zazdrosna.”

Mark niemal natychmiast obrócił się, zaborczo przyciągając ją do siebie i wsadzając nos w jej złote długie włosy. Wszelkie inne myśli niż drobna kobieta w jego rękach uleciały mu natychmiast z głowy.

Alec uśmiechnął się na ten widok. Mark naprawdę wydawał się ostatnio naprawdę spięty i jedyny czas, kiedy nie wojował o kontrolę nad facetami we własnym oddziale, to były chwile z Karen. Tych dwoje naprawdę pasowało do siebie.

Przeniósł z powrotem wzrok na Nem. Wyglądała na nieco zmęczoną. Wciąż z niepokojem myślał o jej wcześniejszym zdenerwowaniu, wręcz strachu. Chociaż ciąża i huśtawka hormonów uczyniły ją zdecydowanie bardziej podatną na różne kryzysy emocjonalne, a jej myśli od rana do nocy zajmowała obawa o ich córeczkę, nie uważał by to było tylko to. Jej zmienne nastroje i podatność tylko wyciągnęły na światło dzienne to, co skrywała dotychczas. Było coś więcej niż obawa przed zaakceptowaniem. Jakby dopiero myśl o tym, że to ona ma się przyłączyć do transgeników, nie on do Kamah, wywołała falę obaw i niepokoju. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej wydawało mu się to dziwne. Nem była Kamahem, wspaniałą obcą, która mogłaby zdmuchnąć ich wszystkich małym paluszkiem. Ale nawet jeśli oni tego nie widzieli, czy też nie wiedzieli, dlaczego mieliby podchodzić do niej tak negatywnie nawet z Rain? Owszem, jego zachowanie raczej nie nastawiało optymistycznie do niej, ale istnienie ich córeczki wprowadzało zupełnie nowy element do tej łamigłówki. Wiele można było pod tym pogrzebać. Resztą zajmie się urok Nem. Już teraz jej bardzo spokojne, wręcz nieśmiałe zachowanie, za którym chowała swój strach, zjednywało jej o wiele więcej sympatii niż szeroki słoneczny uśmiech i kokieteria. Była bardzo naturalna i w przeciwieństwie do katastrofy w wieczór rocznicy Ky’a i Joan, nie ukrywała, że całe to zamieszanie wokół niej nieco ją przytłacza. No i fakt, iż jej oczy praktycznie nigdy nie zostawiały Rain, ani też nikomu nie pozwoliła jej potrzymać, był wisienką na szczycie tortu.

Właściwie to było nawet zabawne obserwować, jak mieszanka ogromnej siły woli, lekkiej nieśmiałości, ale też i rzadkiego uśmiechu na jej ustach, przeznaczonego praktycznie dla Rain, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przemienia wszystkich wokół. No i nie uszły jego uwadze te pełne podziwu spojrzenia facetów. Sukienka była zdecydowanie plusem. Szczęśliwie jednak Tav i Ky dbali o to, by nikt nie był nachalny, inaczej chybaby rozszarpał parę gardeł. Nem była jego. Koniec kropka. Posłał mordercze spojrzenie Tomowi, który zdecydowanie miał zbyt przymilny uśmiech.

Karen obok zachichotała i mruknęła konspiracyjnie do Marka.

„Nie tylko my nie lubimy Toma.”

„Dupek.” Mark skwitował krótko „Dam ci dobrą radę, Alec. Trzymaj tego chama jak najdalej od swojej kobiety.”

„Dzisiaj i tak jest dzień dobroci dla zwierzątek.” Alec wycedził ponuro przez zęby, obserwując medyka. Zdecydowanie, to nie było zawodowe zainteresowanie, jakie poświęcał Nem. „Czy ten kretyn nie walczy o Selenę?” spytał po chwili.

„Niestety.” Mark pokiwał głową „Szkoda jej dla niego.”

Właściwie to szkoda było każdej kobiety dla tego chamskiego typka. Ludzkiej czy transgenicznej, nie ważne. Krew w nim wciąż się burzyła na wspomnienie, jak potraktował Karen i jak się o niej wyrażał. Zacisnął usta ze złością.

Alec z zaskoczeniem zerknął na Marka, kiedy wyczuł gwałtowny zapach testosteronu, a potem znów spojrzał na Toma. Owszem, zdążył się dowiedzieć, że w ich oddziale coś ostatnio nie działo się najlepiej, ale aż taka wrogość? Czyżby Tom próbował coś do jego Karen? Ale w takim razie dlaczego nie sprał go na kwaśne jabłko, a faceci w oddziale chodzili naburmuszeni jak agresywne jeżozwierze?

Nem wstała z kanapy, zgrabnie omijając całą gromadkę. Ścigał ją śmiech Tava, zdecydowanie chciała odetchnąć od nadmiaru zainteresowania. Nikt też za nią nie podążył, kiedy zorientowali się, w jakim kierunku zmierza. Aleca.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *