Przepraszam (23)

Rozdział dwudziesty trzeci: Dzień zawałów serca

„Paszport, dokumenty malutkiej, przepustki, gotówka, bilet… wszystko masz?”

„Tak tato.” dobiegł słaby głosik gdzieś spomiędzy połów drogiego, ciemnego garnituru. Dla przeciętnego obserwatora, byłoby to zwykłe rodzinne pożegnanie, ojciec żegnający odlatującą córkę. Ale już uważniejsze oko dostrzegłoby dziwną nierównowagę w tych dwóch postaciach, i nie dotyczyła ona faktu, że córka była dużo, dużo niższa niż jej ojciec. Wysoka sylwetka mężczyzny spowita była w wysokiej jakości ubranie, szyte u najlepszych krawców, uwydatniające i tak wybitnie silną aurę władzy, jaka unosiła się wokół niego. Zaś młoda dziewczyna nosiła jasnożółty, miękki dres. Chociaż podkreślał jej zgrabną sylwetkę, nie był żadnym nadzwyczajnym krzykiem mody. Odchyliła się nieco do tyłu w objęciach ojca, pokazując w ten sposób nosidełko ze śpiącym słodko niemowlakiem.

„Nienawidzę cię tak wysyłać z Rathem szalejącym na wolności.”

Westchnęła, ściskając go po raz ostatni i cofając się na kilka kroków.

„Wiem. Ty zajmij się ludźmi, my z Nicholasem ściągniemy posiłki.” powiedziała uspokajająco. Wydawało się jej, że minęły lata całe od czasu, kiedy manipulowała głosem. A to ledwie było parę tygodni temu w Crash. Ignorując całkowicie otaczającą ją ochronę, bez najmniejszego wysiłku zarzuciła ciężką torbę na ramię i powędrowała w stronę właściwego wyjścia. „Do zobaczenia.”

Kal westchnął, również ignorując ochronę i patrzył z groźnym zmarszczeniem brwi, jak Patrick udaje się za swoją szefową. Kiedy pół godziny później samolot kołował po płycie w stronę właściwego pasa, znajdował się już na tylnym siedzeniu samochodu. Nie pracował podczas tej przejażdżki, wbrew swoim zwyczajom. Siedział i patrzył się przed siebie ponuro. Tom Onar, szef ochrony, siedział koło kierowcy i od czasu do czasu zerkał przez lusterko do tyłu na niewiarygodnie milczącego i spokojnego Langleya. Jego wzrok był po prostu pusty.

Wrócili do rezydencji i Kal wysiadł nie czekając na kierowcę, by otworzył mu drzwi. Straż spojrzała na siebie, ale nikt nie powiedział słowa, kiedy Tom ostrzegawczo pokręcił głową.

Cokolwiek myśleli ludzie, musiało to zostać między nimi.

~ * ~

Keri człapał za Aleciem, niezupełnie pewny, dlaczego Tav i Dave uparli się, by tym razem to on sam robił za poparcie, skoro to była ich zmiana. Wiedział, że Zen i Joan są gdzieś w pobliżu, ale nie zmieniło to ani jego niepokoju ani rozdrażnienia.

Pierwszy raz od naprawdę dawna zaczynał mieć jakąś nadzieję, że wszystko jednak jakoś się ułoży… a tu bęc, ten idiota Dave wysłał go za Aleciem.

Niespecjalnie miłe zadanie. W dodatku ten wariat przyszedł na lotnisko… Zdążył zauważyć już czterech agentów NSA i szczęśliwie żadnej cholernej kamery termicznej. Te nowoczesne cacka były ich zmorą na każdym kroku. Ale i tak tylko Zen i Joan jako poparcie, to nie było coś, do czego przywykli w takim tłumie. Po ostatnim ataku na Aleca byli bardzo ostrożni z tym, co się działo wokół niego i praktycznie teraz nie był w tłumie bez pełnej obstawy. Zdecydowanie, zarówno Dave, Tav, jak i Zen i Joan mieli jakiś cel w wysyłaniu tak małego poparcia z Aleciem. Tylko jaki?

No i samo zachowanie 494… Gdyby nie znał go lepiej, powiedziałby, że odstawił się co najmniej jak na randkę. Nie, żeby ubrał się w czymś wyróżniającym go w tłumie. O nie. Ubrał się po raz pierwszy od dawna w coś, w czym mu było dobrze. Zwracał uwagę prawie każdej napotkanej kobiety, od zasuszonej staruszki po małe aniołki z lizakami.

Pokręcił głową wkurzony, kiedy niemal przed samym nosem Aleca przeparadowała jakaś blondyna z biustem na wierzchu. Szczęśliwie dla swoich czterech liter, 494 nawet na nią nie spojrzał.

Chwilę później oglądał, jak Alec rozgląda się po ogromnej hali przylotów i wzdycha nieszczęśliwie, drapiąc się po głowie i uważnie lustrując tłum. Czeka na kogoś, uświadomił sobie Keri. Cholera, czemu ani Dave ani Tav mnie nie uprzedzili? Nie pamiętali już w jakim stanie wrócił z siedziby NSA? Koszmarnym.

Nagle jednak coś w wyrazie twarzy 494 się zmieniło. Powędrował za jego czujnym wzrokiem i zmarszczył brwi. Jakaś kobieta… nie, dziewczyna z dzieckiem. Zwykła, mała, drobna osóbka w żółtym dresie, na jednym ramieniu z dzieckiem i na drugim z torbą. Czemu u licha niby ta kobieta miałaby wywołać niezwykłe tajemnice w ich oddziale przez ostatnie tygodnie? Nie sądził zresztą, by sprzątał  ponieważ miała go odwiedzić jakaś…

Gówno.

Wziął głęboki oddech i zamrugał. Ta… dziewczyna, ba, prawie nastolatka… najzwyczajniejsza w świecie, nie mogłaby być tą Nem, o której tyle słyszeli? Nieprawdaż? Mimo przeogromnego szoku z powodu dziecka na jej ramieniu, poczuł zwyczajne… rozczarowanie. Spodziewali się kogoś zupełnie innego, niezwykłego, wręcz nieziemskiego, skoro tak skutecznie przykuła uwagę Aleca, kiedy pod nosem miał doskonale wyglądające X5 i X6… wręcz powiedziałby, że większość transgeniczek była o wiele ładniejsza. Wręcz powiedziałby, że praktycznie wszystkie poczują się głęboko urażone pokonaniem przez taką konkurencję. I na litość boską… nic dziwnego, że Aleciem tak trzepało przez ostatnie tygodnie. Jego Nem była matką dziecka innego mężczyzny. Jezu. To musiało być najgorsze niepowodzenie w jego życiu, że podczas ich rozdzielenia jego kobieta oddała się komuś innemu.

Chryste, co za bałagan.

Ale nie przeoczył wyrazu twarzy Aleca i ogromnego uśmiechu, jaki na niej zakwitł, kiedy pokonał te niewielką odległość dzielącą go od Nem… otoczył ostrożnie ramieniem i wsadził nos prosto w chustkę kobiety. Cholera. Nigdy nie zmusimy go do zdystansowania. Ale to dla niego będzie koszmar z dzieckiem innego pod…

Cały tlen uleciał z jego płuc, kiedy Alec ze śmiechem podniósł dziecko… już wcale nie niemowlaka. Jasnowłosy, zielonooki aniołek zagruchał radośnie w odpowiedzi, dziko poruszył nóżkami i wyciągnął rączki, by dotknąć twarzy transgenika.

Keri zamknął oczy i policzył powoli do dziesięciu. Kiedy otworzył je, niesamowity obraz był wciąż ten sam. Nie był mirażem, ani złudzeniem jego oszalałego mózgu. Dziecko w ramionach Aleca wyglądało na doskonałe połączenie Nem i Aleca, może nawet pokusiłby się o stwierdzenie, że maleństwo było bardziej podobne do ojca niż matki.

Oparł się o kolumnę, nie do końca pewny, czy utrzymają go własne kolana. Psiakrew, to było zaskoczenie roku. Zaskoczenie stulecia! Owszem, słyszał, że Nem nie była człowiekiem i Dave podkreślał to na każdym kroku i to każdemu, kto się nawinął… teraz zrozumiał, dlaczego. Dave przygotował grunt pod chyba największą sensację w historii transgeników. Alec tatusiem. Nem mamą. Hip hip hurra! Czuł, że mimowolnie na jego twarzy zaczyna gościć dziki, zwariowany uśmiech radości i ulgi. Nie wyobrażał sobie, by teraz nie miałoby się w końcu nie ułożyć między tą dwójką. Już każda istota w TC dołoży do tego starań.

Jezu, to będzie dzień zawałów serca.

~ * ~

Nem czuła, jak jej serce na moment wręcz zatrzymuje się. Jeszcze jej nie dostrzegł, ale ona jego tak. Wyglądał niesamowicie w czarnych dżinsach, podkoszulku uwydatniającym silne ciało i szarej kurtce. Jego nieco już przydługie włosy były wciąż wilgotne od prysznica albo od deszczu na zewnątrz i wiły się nieznacznie. Zielone spojrzenie w końcu spoczęło na niej i Rain i jego twarz rozświetlił uśmiech radości.

Odetchnęła nieznacznie z ulgą. Nie rozmyślił się.

„Hej.” mruknął z nosem na jej głowie. Rain zakwiliła radośnie na jej ramieniu i otworzyła zaspane oczka. Większość lotu była niestety marudna, wyczuwając doskonale jej zdenerwowanie i dając temu wyraz na swój dziecięco prosty sposób. Dopiero na godzinę przed lądowaniem uspokoiła się na tyle, by zasnąć. Uroki latania z maluszkiem.

Alec przejął radośnie bulgoczące dziecko, a ona sama zeskanowała terminal. Mieli na miejscu Zena, Joan i Keriego. Niezbyt wielki komitet powitalny. Oczywiście zmartwienia dopadły ją od razu. Dlaczego do cholery nie mogą jej traktować normalnie, tylko jak wyrzutka?

Słowa Aleca z poprzedniej nocy jakoś jej nie uspokoiły. Wciąż miała ogromne wątpliwości, na co się w ogóle porwała, ale co miała zrobić? Pozostawało jej granie dobrej miny.

Oddał jej w końcu Rain, a sam przejął torbę.

„To wszystko, co ze sobą przywiozłaś?” zdziwił się niepomiernie „Nie wymagało to tyle pakowania.”

Wzniosła oczy do sufitu.

„Łóżeczko i kilka innych ‚drobiazgów’ właśnie załadowuje do bagażnika Patrick. Nie masz pojęcia, ile rzeczy potrzebuje mała istotka, kiedy pojawi się na świecie.”

„A zanim się pojawi? Czego potrzebuje?” mruknął nieoczekiwanie ochryple. Z jakiegoś szaleńczego powodu podniecała go wizja Nem z dużym brzuszkiem. Teraz mógł sobie jedynie pluć w brodę, że przegapił miesiąc ciąży Nem, kiedy nosiła ich dziecko. Zostały mu wszystkie inne objawy stanu błogosławionego, do których będzie musiał przywyknąć. Humorki. Niewiarygodne humorki. Płacz. Niepewność siebie. To było niepokojące. Nie przywyknął do słabej Nem. Zawsze kojarzyła mu się raczej z fantastyczną siłą woli. Przez ciążę, to zostało złamane i nie był pewien, czy lubił tę zmianę w niej… nawet jeśli Nem wypłakująca mu się na ramieniu była bardzo słodką wizją.

„Czekolady.”

Chrząknął.

„Słucham?”

„Czekolady. To musi być coś z transgenicznymi hormonami… żadna kobieta z mojej rasy nie pochłaniała tyle czekolady w ciąży, ile ja.”

„Susan wspominała coś o torcie czekoladowym o czwartej nad ranem…” mruknął niepewnie. Z jednej strony zżerała go zazdrość, że to właśnie bratu Nem przypadła rola zaspokajania jej ciążowych zachcianek. Z drugiej strony, czuł się paskudnie, ostatecznie jej brat poświęcił życie, by Nem mogła żyć. I jego śliczna mała kobietka uśmiechnęła się rozmarzona. Rozmarzona!

„Palce lizać… jeszcze był ciepły.” mruknęła z tęsknotą w głosie i musiał ugryźć się w język. Wizja Nem ubranej jedynie w czekoladę przemknęła przez jego głowę. Przeklęte hormony. Pomyślałby ktoś, że to on, nie Nem, jest w ciąży. „Tak, więc gdzie teraz?” dodała już normalniejszym tonem.

„Zawieziemy rzeczy, a potem do TC.”

„Musisz pracować?” spytała z nieznacznym rozczarowaniem. Myślała, że być może weźmie sobie wolne… ale nie, najwyraźniej dla niego odbiór jej z lotniska był wystarczającym wyrazem dobrej woli.

Skinął głową, wyczuwając zmianę jej nastroju. Jej pogodne, brązowe spojrzenie spochmurniało i pomyślał, że prawdopodobnie nie oczekiwała zbyt entuzjastycznie spotkania z całą hordą transgeników. Nie musiał pracować przez chwilę, prócz wieczornego spotkania i wyciągnięcia z Tava, co się działo rano, ale nie mógł doczekać się już momentu, w którym będzie mógł po raz pierwszy dokonać prezentacji Nem i pochwalić się nią. Nią i ich córeczką. Mieli bowiem taki mały zwyczaj, kiedy ktoś z zewnątrz dołączał do ich społeczności oficjalnie. Przeklinając w duchu po raz chyba tysięczny Biggsa i jego szurnięte poglądy, ostrożnie ujął drobną dłoń Nem. Nie wyrwała jej, ale też nie odwzajemniła uścisku. Westchnął. Pewnego dnia, obiecał sobie. Pewnego dnia.

~ * ~

Keri wparował zziajany do centrali TC, dysząc ciężko i rozglądając się niemal desperacko za Tavem albo Dave’m. Niestety, żaden z nich nie raczył być na tyle uprzejmy, by po przewidzeniu jego niewątpliwego szoku, być na miejscu.

Była za to Cece, przeglądająca coś na klawiaturze komputera. Klapnął koło niej, z wysiłkiem usiłując uspokoić oddech. Nie było to łatwe. Szczególnie jeśli pachniała tak słodko…

„Mogliście mnie uprzedzić.” wysapał na wpół oburzony, na wpół wciąż pod wrażeniem fenomenalnie radosnej wieści.

„Po co? I tak byś nie uwierzył.” mruknęła zdziwiona, obgryzając końcówkę ołówka, którym zapisywała w notesie adresy interesujących ją stron internetowych.

„Prawdopodobnie…” przyznał po kilku minutach, po czym spojrzał na nią z otwarta ciekawością „Jak długo wiedziałaś o tym maluszku?”

Piękna twarz Cece drgnęła.

„Biggs mi powiedział po tamtym wieczorze w Crash…”

Natychmiast zrozumiał, że mówiła o świętowaniu rocznicy Joan i Ky’a, która zamieniła się w jedną wielką sensację zatytułowaną ‚Nem Hendricks żyje’.

„Ale z początku nic nie mówił o Rain… dopiero po rozmowie z Aleciem się dowiedziałam.”

„A on przyjął, że wiedziałaś.” zrozumiał natychmiast.

„Tak.” mruknęła smutno. Fakt, iż pomimo jej kompletnego poparcia, Biggs nie zaufał jej i nie powiedział całej skrywanej prawdy, bolał jak cholera. Ale też Biggs teraz nie żył i nie ponosił konsekwencji swoich czynów. Inni je ponosili. Nie on patrzył, jak Alec desperacko stara się naprawić zarówno swoje błędy, jak i działalności swojego zastępcy. „Śliczna dziewczynka, nieprawdaż?”

Skinął głową nieznacznie zakłopotany. Jakoś przyjął, że sequel Aleca jest chłopcem.

„Więc to dziewczynka… nie widziałem z daleka, ale była ubrana na niebiesko.”

Cece parsknęła śmiechem. Krótko, ale jednak.

„Nem nigdy nie była zwyczajna… to uparta, odważna i niekonwencjonalna kobieta. Nie sądzę by przyjęła zwyczaje ludzi.”

„Lubisz ją.”

„Nie jej wina, że Biggs zrobił, co zrobił…” wzruszyła ramionami „Nem nie miała najmniejszego pojęcia o jego fascynacji nią. A w listopadzie… cóż, wszyscy popełnili błędy. Biggs zdawał sobie sprawę, że jest śledzony i zrobił wszystko, by ludzie Langley odnieśli wrażenie, że naprawdę spotkał się z Aleciem… To chyba była akcja jego życia.” wykrzywiła usta w smutnym uśmiechu „Nem nie miała podstaw, by nie uwierzyć w jego słowa, a już w szczególności kiedy inni wysłani za Biggsem prześledzili życie Aleca po upadku Manticore. Na jej miejscu chyba bym posiekała go na kawałki. W Nigerii oni zostali skojarzeni, i nie mam na myśli tylko ich romansu… Nem się zgodziła.”

Keri kompletnie zaskoczony spojrzał na nią.

„Alec nigdy o tym nie mówił.”

Cece skinęła głową.

„W obozie… Zgodziła się, chociaż sama miała najwyraźniej problemy z powiedzeniem mu o swoim nie do końca z tego świata stanie. Ale teraz, Dave powiedział, że już wiedziała o Rain… i chyba całkiem dobrze zaczynam rozumieć, że o wiele bardziej usiłowała znaleźć sposób na powiedzenie o niej, ale bała się, że zostanie źle zrozumiana. Czy by jej uwierzył? Ona o wiele bardziej różni się od ludzi niż my, ale o wiele, wiele lepiej przystosowała się do udawania człowieka.”

„Nie ukryła podwójnego pulsu przed Dave’m.” Keri potrząsnął głową w podobny sposób co ona, zastanawiając się do czego zmierza.

„Nie ukrywała nie-ludzkiego stanu. Raczej bała się powiedzieć, kim jest… sam zresztą widziałeś efekty, nawet Biggs się odwrócił w momencie, kiedy się dowiedział. Jej największa obawa, że transgeniczni nie zaakceptują jej odmienności, a co dopiero takiej mieszanki jak Rain, została potwierdzona… Jezu, widziałeś jaka ona jest malutka?” westchnęła, odkładając w końcu ołówek „Nem mówi, że Rain rośnie koło czterech razy szybciej niż nasze dzieci. Jaka mała musiała być rok temu, kiedy się urodziła? Miesiąc to cholernie krótko nawet jak na czterokrotnie szybszy odmienny stan. Naomi widziała zdjęcia Biggsa z Kalifornii z listopada. Rain też na nich jest. Wciąż o wiele mniejsza niż ludzkie niemowlę.”

„O czym mówicie?” Selena otwarcie spytała, przerywając rozmowę. Cece westchnęła. Alec co prawda oficjalnie nie zniósł jeszcze zakazu rozprowadzania sensacyjnej wieści, ale za kilka godzin TC będzie huczało jak ul.

„O tym, co zrobił Biggs…” Keri wzruszył ramionami „Jego ingerencja nie odniosłaby praktycznie żadnego skutku, gdyby jeden malutki drobiazg o imieniu Rain.”

„Rainis.” Cece poprawiła odruchowo „Rainis Langley.”

„Powinna chyba nosić McDowell, nie Langley.”

Mole niedaleko od nich zaczął wydawać niekontrolowane, dziwne dźwięki, zupełnie jakby zakrztusił się dymem własnego cygara.

„Prawdopodobnie miałaby w nosie, co o niej myślą transgeniczni, liczyłoby się tylko zdanie Aleca… ale odpowiedzialność za małego szkraba, chorego szkraba, to już zupełnie inna sytuacja. Alec mówił, że Nem stawała na głowie. Nie wiem dokładnie, na co mała choruje, ale to sprawia, że Nem staje się z lekka psycho. Bo gdyby jeszcze rok temu Manticore nie spłonęłoby, a NSA nie uznałaby 494 za martwego…” mruknęła z pogardą w głosie, przeznaczoną bez wątpienia dla 452 „Nem dotarła do tej informacji na długo przed nami, przez co nie miała już możliwości wyleczenia Rain w kluczowych pierwszych tygodniach życia. Potrzebny był jej do tego żywy Alec.”

„Żywy i wolny Alec, desperacko potrzebny Nem do wyleczenia Rain, mimo całej tej klapy na lotniskowcu?” Selena powtórzyła niewiarygodnie; teraz nagle wcześniej podsłuchane sensacje nabrały zupełnie innego znaczenia, a nienawiść, jaką nagle oddział Aleca zaczął żywić wobec nieżyjącego Biggsa miała teraz sens… Jezu. Biggs nie akceptując nieziemskiego pochodzenia Nem skazał dziecko Aleca na chorobę. Facet nawet bez linczu tłumu byłby martwy. „To skończyłoby się tylko w jeden sposób.” stwierdziła bez najmniejszego wahania.

„Tylko w jeden sposób…” Cece powtórzyła z nieznaczną tęsknotą w głosie „Ale cóż. Ktoś tu wtrącił swoje trzy grosze, powodując Nem i rodzinie znacznie więcej łez i bólu niż to wszystko było warte. To było niewinne dziecko…”

Keri spojrzał na nią zaskoczony. To był pierwszy raz, jak usłyszał od śmierci Biggsa, iż skrytykowała jego działania. W dodatku publicznie. Wiedział, że załamywała się nieco pod naporem niechęci ze strony innych transgeników… ale użycie przez nią niemal identycznych słów, jakimi Biggs wyrzucił Alecowi podeptanie pamięci Nem, dodawało tylko przerażającego wątku do sprawy.

~ * ~

„To ostatni kurs.” Patrick postawił na podłodze apartamentu całkiem pokaźną walizkę na kółkach, tuż obok jednego z wózków. Alec z podziwem spojrzał na niego. Wyposażenie Rain okazało się nadzwyczaj ogromne, jak na tak małą osóbkę. Szeroko otwartymi oczami oglądał jak w ciągu ostatnich trzydziestu minut Patrick kursował sześć razy miedzy bagażnikiem dżipa, a mieszkaniem. Nie pozwolił sobie pomóc, a po przestawieniu dwóch pierwszych bagaży – musiał zrobić miejsce na następne – już wiedział, jak ciężkie były. A Onar nie dostał nawet zadyszki. Zdecydowanie przez ostatni rok poprawił swoją doskonałą kondycję. Albo Nem lecząc go poprawiła jego genetykę, co by wyjaśniło w cholerę przypływ sprawności.

„Jezus Maria.” Alec wymamrotał, pocierając nos i spoglądając na co najmniej tuzin różnych dużych rzeczy. Część była w Seattle, w byłym apartamencie Rathisa, ale część Nem przywiozła ze sobą samolotem. „Cofam obiekt moich zdziwień.” mruknął, wspominając ich wieczorną rozmowę, dziwiąc się podczas niej, iż Nem potrzebuje dodatkowego czasu by spakować rzeczy ich kochanego szkraba. Teraz dziwił się… „Jak do diabła zdołałaś spakować to w jeden ranek? To przecież niemożliwość!” jęknął, widząc jak otwiera drugą z brzegu walizkę, zawierającą niewątpliwie kolekcję śpioszków a’la Rain McDowell. I co do diabła było w czerwonym kolorze? Połowa rzeczy jego kochanego sequela miała ten kolor.

„Praktyka.” Nem skwitowała sucho, przenosząc schludnie ułożone według kolorów i fasonów wdzianka córeczki „Wyobraź sobie, że Rain ma bardzo określone upodobania, w czym chce zostać ubrana, a w czym nie… Jeśli kiedykolwiek Tav będzie narzekał na Zosię-samosię, przypomnij mi, bym wysłała go na jeden dzień z jego upartą bratanicą gdzieś daleko, dobrze?”

Parsknął śmiechem, wyobrażając sobie swojego przyrodniego brata potulnie spełniającego każdą zachciankę jego córeczki. A on w tym czasie mógłby spełniać każdą zachciankę jego malej kobietki…

Potrząsnął głową. Nie najlepiej z nim… ale obecność Nem zawsze wyprawiała z jego hormonami i ciałem nieprawdopodobne rzeczy. Ostatecznie to on sam, nikt inny, życzył sobie zaznać tego wszystkiego, sam sobie życzył przed Nigerią i podczas feralnej misji i tęsknił do tego, by w niego trzasnęło z równą siłą, co innych transgeników, którzy spotkali na swej drodze swoje drugie połówki. Nie zamierzał narzekać. Ale irracjonalność zachowań podyktowanych przez hormony zaczynała go męczyć. Jak miał przekonać Nem, że jest dorosły i odpowiedzialny, skoro zachowywał się jak skończony sztubak bez grama rozumu?

„Wedle życzenia…” mruknął, obserwując Nem, przestawiającą spacerówkę pod okno. Robiła miejsce czy szukała stałego miejsca? Wcale nie żartowała ani nie była nieświadomą sytuacji bogatą dziewczyną, kiedy poprzedniego wieczoru z troską w głosie spytała, jak się pomieszczą. Rain miała tysiące rzeczy… ogrom tego nieco go przerastał. W kompletnym oszołomieniu i zdumieniu rozpakowywał kuchenne ‚przybory’ dla niej. Na co Nem, czy też Rain, potrzeba było pięć różnych butelek? Jedne małe, inne większe… Przecież, na miłość boską, Nem karmiła piersią!

Jeśli te butelki były tylko na herbatki, wolał nie myśleć, co będzie, kiedy mała zacznie jeść zwyczajne pożywienie… chyba będą musieli postarać się o większe mieszkanie.

Nem bez większego trudu orientowała się w zawartości licznych bagaży, zaśmiecających teraz podłogę jego apartamentu. Nie mógł się nadziwić, jak radziła sobie z otaczającym ją chaosem. Fenomenalnie… To był chaos kontrolowany, zupełnie jakby miała w głowie dokładną listę gdzie co się znajduje, nawet po rozpakowaniu i przestawieniu. Bezbłędnie wyciągała każdy drobiazg ze sterty rzeczy poukładanych na każdej poziomej powierzchni apartamentu.

„Mogę cię o coś zapytać?” Onar wypalił bez ogródek, jak tylko Nem zniknęła za drzwiami łazienki, zabrawszy ze sobą cały karton własnych i swojej córeczki kosmetyków. Obserwował zdumienie Aleca i niemal mu współczuł. Dla niego wszakże było szokiem, że Nem chciała i zapewniła swojemu dziecko wszystko, co było najlepsze na tej szurniętej planecie…  No cóż. Ile dzieci mogło poszczycić się taką mamusią?

„Jasne.”

„Czy ktoś ma pierwsze żądanie wobec Jem?”

Złapany nagłością pytania, tylko skinął głową. Onar zaklął cicho.

„Zawsze miała powodzenie, nieprawdaż?” spytał z rezygnacją „Długo walczy?”

„W jakiś miesiąc po upadku Manticore.”

Człowiek gwizdnął.

„Miała duże powodzenie, a w momencie kiedy NSA zabrało się na poważnie do polowania na nas, znalazło się co najmniej kilku agresywniejszych, którzy chcieli ją chronić. Nie mieliśmy wyboru, musieliśmy pozwolić na walki, albo sytuacja wymknęłaby się spod kontroli.”

Patrick pomyślał o tych wszystkich zasadach zachowania, protokołach tak kultywowanych przez transgeników. Były właściwie jedyną barierą przed rozszerzaniem się agresji w momencie, kiedy chodziło o gody. Gdyby transgenicy wybierali sobie partnerów tylko wśród członków własnych oddziałów, nie byłoby najmniejszego problemu. Ale schody zaczynały się, kiedy samiec wybrał kobietę z innego oddziału albo chodziło o człowieka. On był facetem, walki były męską sprawą. Teoretycznie kobiety nie wiedziały nic o tym… w praktyce różnie bywało. Ale przyjęło się, że kobietom z zewnątrz się o tym nie wspominało. Jeśli Alec mówił ‚nie mieliśmy wyboru’, oznaczało to tylko jedno. Jeden z jego oddziału zgłosił swoje zainteresowanie Jeminą, a Alec poszedł z tym do dowódcy oddziału Jeminy. Gdyby było wcześniejsze zainteresowanie, szef Jem i Alec ustawiliby walkę między zainteresowanymi i ktokolwiek by wygrał, miałby prawo do niej. Nie tylko do ochrony. Miałby przede wszystkim prawo zbliżyć się do niej. W oczach innych facetów taka kobieta była już ‚zajęta’. Tylko ktoś, kto miał emocjonalny związek z nią, ważyłby się okazać zainteresowanie we właściwym sposobie i rzucić wyzwanie. A i tak, obojętnie ile walk by wygrał, decyzja kobiety była uznawana jako ostateczna. Wciąż mogła odrzucić zainteresowanego. Witamy w dżungli, tak pomyślał za pierwszym razem kiedy któryś z facetów tłumaczył mu to wszystko. Zmądrzał dopiero w momencie, kiedy na własne oczy przekonał się, że nie tylko to działa, ale iż praktycznie w każdym przypadku okazywało się, że kobieta wybrała tego, który o nią walczył. Prędzej lub później. Faceci walczyli więc praktycznie tylko o to, by utrzymać innych facetów z dala od swojego wyboru, by sytuacja nie wymknęła się spod kontroli z powodu przypadkowego dotknięcia, jakiegoś romansu lub czegoś podobnego. Kobiety, o które ktoś walczył, były nietykalne. Już nie wspominając o fakcie, iż jakimś dziwnym cudem walczącego, jak i kobietę łączyła jakaś więź, związek. Nikt tego głośno nie mówił, ale i tak wszyscy podejrzewali, że to właśnie było odpowiedzialne za ‚bezbłędne’ wybory kobiet. Nieskomplikowany, chociaż rodem jak z epoki kamiennej system działał i to było najważniejsze. Jeśli ktoś złamał protokoły zachowań, sytuacja zawsze szybko eskalowała i były cholerne problemy.

„Który z twoich?”

Alec westchnął. Naprawdę nie powinien tego mówić Patrickowi… ale z drugiej strony jeśli znów jego zapach będzie na Jem, Dave zeświruje i prawdopodobnie zabije faceta. Nienajlepszy początek jego życia z Nem.

„Nem mówi, że to Dave.”

Ale przysiągłby, że jego szczęka uderzyła w tym momencie o blat.

„Ccccooo?” wyjąkał.

„Nem mówi, że to Dave.” powtórzył cierpliwie „Twierdzi, że on czuje dużo, dużo więcej niż nawet zainteresowanie kobietą. Nie tylko podoba się mu, jego instynkty są związane z nią. Ma silny związek, uczucia wobec niej.”

„Do wczoraj walczył sześć razy.” Alec zdołał jakoś wymamrotać. Patrick chrząknął. Co innego wiedzieć o czymś, a co innego jeśli ktoś ci to rzuci w twarz.

„Co na to Jemina?”

„Nic. Nie wie.”

„Jeszcze.” skwitował Patrick „Kobiety jej doniosą prędzej lub później. Zawsze, każde znalezione wyzwanie, żądanie zanoszą do niej.”

Teraz to była kolej Aleca, by okazać ciekawość.

„Dlaczego?”

„Bo ona dba, żeby przypadkiem jakaś kobieta nie zainteresowała się kimś innym niż trzeba… i broń Boże, człowiekiem.”

„Żartujesz?” był pod wrażeniem. Wiedział, że Jemina była bardzo dobrą alfą. Jej kobiety poszłyby na śmierć za nią. Ale też jej rola różniła się nieco od tej, jaką pełnił on sam. Nie tylko z powodu spraw, którymi się zajmowali, ale też i faktu, że najzwyczajniej w świecie kobiety i mężczyźni różnili się od siebie. Humorystycznie pomyślał, że z tego obowiązku Maxie raczej się nie wywiąże. Zwieje gdzie pieprz rośnie, jeśli usłyszy o zainteresowaniu Tava. Chociaż podejrzewał, że tych dwoje miało swego czasu romans, Tav nigdy tego nie potwierdził. Podejrzenie pozostało podejrzeniem.

„Nie.” mruknął bez najmniejszej wątpliwości „Ale wątpię, by zrobiła coś takiego dla siebie…”

„Co właściwie zamierzasz?”

„Nem mówi, żebym z nią porozmawiał. Nawet jeśli przy tym rozwalilibyśmy pół miasta…” skrzywił się na wspomnienie; Jem miała iście piekielny charakterek i chciała dominować wszędzie „…ale nie sądzę, by Dave to pochwalał. Albo którykolwiek z waszych samców.”

Teraz już kompletnie zaintrygowany, Alec patrzył się otwarcie ciekawie na niego, nawet kiedy Nem wyszła z łazienki, niosąc w nosidełku szczęśliwie wierzgającą nóżkami Rain. To być może była jedyna szansa na uporządkowanie spraw w tym wariackim trójkącie i dzięki temu nie sknociłoby się wszystko w jego prywatnym życiu.

„Znasz protokół, Onar. Jeśli chcesz zrezygnować, musisz zrobić to w odpowiedni sposób.”

„Jem i Patrick nie są już skojarzeni, więc on nie musi tego przestrzegać.” głos Nem wbił się w ciszę jaka zapadła po jego słowach „Nie znam waszych zwyczajów, ale z tego, co mi wiadomo…” przeniosła spojrzenie na Patricka, którego zawzięcie zaciśnięte usta mówiły definitywnie o jego niechęci poruszania tego tematu „Biggs to zrobił.”

„Biggs okazał zainteresowanie?” Alec spytał niewiarygodnie. Co do cholery…

„Nie. Biggs, jak to ująłeś, ‚zrezygnował’. Gdyby byli małżeństwem, byłby jak prawnik występujący w imieniu żony i jej rodziny i przeprowadzający całą procedurę rozwodową.”

„Chwileczkę… w imieniu Jem?” zwęził oczy. Biggs miał cholerne szczęście, iż był martwy, inaczej sama Jemina rozszarpałaby go na strzępy.

„Aha. To było jeszcze przed spłonięciem Manticore.” wzruszyła obojętnie ramionami „Z tego, co zrozumiałam, każda ze stron ma jakieś określone prawo do… odskojarzenia?” podrapała się niepewnie po nosie. Alec skinął głową, nie wierząc do końca w to co słyszy. Nic dziwnego, że tak łatwo uwierzyła słowom 593, skoro miała pod nosem przykład, iż mimo deklarowania związku na całe życie, niektórzy z nas robią takie rzeczy… „O ile jest to przeprowadzone we właściwy sposób?”

Ponownie skinął głową.

„I tak było. Kilka dni później Manticore spłonęło.”

Chwileczkę, brakowało jednego elementu układanki. O ile w jego przypadku Biggs miał osobiste zainteresowanie, to co do diabła kierowało nim podczas numeru, jaki wyciął Jem? Z rosnącym gniewem myślał o tym, jak pocieszający i współczujący był wobec niej, kiedy wrócili z wieściami o sekcji bezpieczeństwa na jego tropie i niemal pewnością, że nie żyje… głupia gra, robił z nas wszystkich głupców jak cholera. Ile jeszcze skojarzonych transgeników rozłączył? Ile domniemanych śmierci ludzi zawdzięczało swoje ‚zejście’ jego interwencji?

„Chwileczkę… powiedział, że Jem tego chce?”

Patrick po prostu podniósł się ze swojego miejsca i wyszedł z mieszkania. Nem westchnęła i usiadła na kanapie, stawiając na podłodze nosidełko. Ostrożnie odpięła pasy. Rain ziewnęła w odpowiedzi.

„Nie znam całej historii…” mruknęła cicho „Poszło o to, że wielu transgeników uważało, że Jem, jako żeńska alfa, powinna parzyć się z transgenikiem. Uważali, że nigdy nie będzie miała tego z człowiekiem, co ma na starcie z jednym z własnego rodzaju. Że jej związek z nim osłabi jej zainteresowanie wypełnianiem swoich obowiązków.”

Alec zaklął w duchu. Głupie bękarty. Nie ważne, z jaką rasą było się skojarzonym. Żaden nie-skojarzony nie wiedział, jak to było. Jakżeby mogli? Nie rozumieli, że kiedy ktoś wybiera sobie partnera, kiedy jego serce się odzywa, a za nimi instynkty, nie dba się o jakieś głupie pieprzone szczegóły, jak przynależność rasowa. Kocha się za i pomimo tego, kim jest druga osoba.

„Że ‚teraz’, czymkolwiek to było, nie mogli sobie pozwolić na jej stratę. Potrzebowali jej silnej i z transgenikiem. Że owszem, pomarudzi chwilę, iż wtrącają się w jej sprawy, ale jej szybko przejdzie, bo ona sama uważa, że transgeniczne kobiety mają lepiej w związku z transgenikiem.”

Musiał usiąść. Co za skurwiel. Temat człowieczeństwa Patricka zawsze był dla Jeminy problemem i sporo transgeników miało to jej przeciw. Patrick bolał nad tym, podobnie nad faktem, iż nie będą mogli mieć dzieci. Biggs rzucił mu w twarz najgorsze, najpaskudniejsze obawy i problemy.

Odstawił rzeczy, okrążył blat i usiadł obok niej, kładąc głowę na oparciu skórzanej kanapy. Przez chwilę wpatrywał się w sufit, nie wiedząc co właściwie powiedzieć.

„Nie będzie jej teraz chciał, nieprawdaż?”

„Boli go jak widzi śliniących się do niej facetów… ale do niej nie wróci.” przytaknęła poważnie, wspominając samej bolesne słowa Biggsa. Nie przyznałaby się po grób Alecowi, że to Biggs był tym, który zdradził tajemnicę Patricka nadzorowi w Manticore. To tylko pogłębiłoby jeszcze bardziej przepaść między nią a Aleciem. Inni mieliby jej za złe, że odciąga go od własnej rasy. Mniej lub bardziej, pewnego dnia…

„Jemina chce go z powrotem.” mruknął przygnębiony „A Dave chyba zaczął przygotowywać się do podejścia.”

„Jest szansa, że go zaakceptuje?”

„Jedna na sto.” pomyślał o tym, jaka jest możliwość, że Dave zrezygnuje… naprawdę niewielka. Jeśli Jemina nawet bez Patricka odrzuciłaby, musiałby zdystansować się od niej, co oznaczałoby ni mniej ni więcej, że musiałby na jakiś czas opuścić TC. Zdecydowanie nie była to sytuacja jakiej by chciał. „Uda mu się osiągnąć cokolwiek, póki się nie zorientuje, co on robi… och, nie będzie zachwycona. Ale nie będzie też mogła zaprzeczyć związkowi między nimi.”

„Nie chcę zrezygnować z obecności Patricka w Seattle.” wyszemrała zgnębiona „Lubię go, poza tym on tuszuje moje błędy w zachowaniu się wobec ludzi. Nie chcę także musieć zajmować się problemami z byłymi pracownikami taty, czy byłymi pracownikami organizacji.”

Ani tym, co powiedzą, kiedy zobaczą cię ze mną, pierwszym Casanovą Seattle… dodał za nią w myślach ze smutkiem. Nie, żeby Nem wstydziła się tego, co on robił. Znając jej ogromne serce bardziej bała się, że domyślą się, że jest transgenikiem i będą mieli problemy. Ostatnie, czego chciał, to sytuacja, by straciła w oczach ludzi przez związek z nim, by na jego córeczkę i kobietę patrzono jak na efekt jakiejś jednorazowej przygody. Nie były. A w Seattle to było prawie niemożliwością, nawet Jam Pony pełne było jego eks. Jeśli pozostanie Patricka w mieście, w pobliżu, uchroniłoby Nem i Rain od przykrości chociaż w jednej setnej, facet musiał pozostać. Poza tym to nigdy nie wadziło, kiedy był w  pobliżu ktoś, kto na nią uważał i znał się na obcych sprawach.

„W porządku. Jakoś to załatwię.” westchnął, myśląc jak nieprawdopodobne to mu się wydawało. Uśmiech na twarzy Nem był jednak zdecydowanie wart nieprawdopodobnego. Ostrożnie otoczył ją ramieniem. Nie cofnęła się, a nawet oparła głowę o niego. Zdecydowanie. Każdy kłopot był wart uśmiechu na twarzy Nem.

Jego komórka zadzwoniła. Spojrzał zrezygnowany na wyświetlacz.

„Co jest, braciszku?” odebrał bezzwłocznie, uśmiechając się w pełnym dezaprobaty parsknięciu Tava. Po upadku Manticore i na wolności, psiakrew, to była taka ulga, móc mówić do niego głupie rzeczy, niech nawet przyznawać się do pokrewieństwa. Wiedział doskonale, że Tav nie miał nic przeciwko głupim ludzkim słówkom i przezwiskom, ale na zewnątrz oczywiście utrzymywał oburzona, dorosłą twarz nastoletniego dzieciaka. Co było całkiem świrnięte, biorąc pod uwagę, że jego brat nie miał jeszcze 19 lat, a już walczył o kobietę.

„Raaatunku!” przeciągły jęk z gardła młodszego McDowella wywołał wesołość po obu stronach telefonu. Alec usłyszał rozbawiony śmiech Dave’a w tle i nagle poczuł się wyjątkowo podle.

„Nienawidzę jak kobieta jęczy z powodu drobnego zranienia.”

Taaa, a najbardziej nienawidzisz myśli, że została zraniona, pomyślał. Tav może być całkiem nowy w tych sprawach, ale psiakrew, jeśli jego samego dopadła maniakalna troska o Nem w ledwie kilka dni, to co miał powiedzieć jego brat?

„W porządku, kumam. Oderwać cię.”

„Taaa. Co robicie?”

„Rozpakowanko. Jakaś rozmowa.”

„Wow. To wy nawet potraficie rozmawiać?” Tav zadrwił w ironii. Oczywiście to nie było zbyt piękne nabijać się z osobistych problemów brata w chwili, kiedy on sam ledwo zdołał sprawić, by Max odzywała się do niego chociaż w sprawach wewnętrznych ich oddziału. Psiakrew, widzieli się rzadziej niż w czasach przed ich wspólną nocą. Niewątpliwie wyrzuty sumienia. Najwyraźniej nie była zbyt wygodna z przelotnymi romansami, szczególnie w momencie, kiedy podobno należała do tego zwyczajniaka. Och tak. Doskonale wiedział, co przebiegało przez jej myśl, gdy patrzyła na niego. Niestety. Marzenie, by pewnego dnia spojrzała na niego tak jak Nem patrzyła na Aleca, kiedy myślała, że nikt nie widzi, było raczej marzeniem ściętej głowy. Ale skoro Dave mógł walczyć o Jeminę, to dlaczego on nie mógł o Max? Szczególnie iż jako jedyny transgenik wiedział, jak to jest być z ognistą brunetką.

„Zdarza nam się.” Nem wychyliła się do słuchawki. Alec wstrzymał oddech. Była tak blisko. Ledwie kilka centymetrów i jej ciepłe usta… „Jak wielu transgeników będzie dzisiaj w centrali?”

„Jak zwykle, nie licząc kolejnej, wieczornej awantury… Dlaczego pytasz?”

„Alec chce mnie zaciągnąć do TC…” odebrała od 494 słuchawkę, uśmiechając się niewinnie w odpowiedzi na gromy, jakie posyłał jej wzrokiem.

Tav natychmiast zrozumiał, o czym mówiła. Alec zamierzał zaprezentować Nem. I Rain. Uśmiechnął się szeroko. Nawet jeszcze szerzej, kiedy złapał pytające spojrzenie Dave’a. Uniósł kciuki na znak sukcesu i bezgłośnie, poruszając ustami, wysłał wiadomość, iż na razie szczęśliwi rodzice się nie pozabijali. Maxie siedziała zaś na kozetce tyłem do niego, coś tam mamrocząc, a Dave zakładał jej świeży opatrunek. Niestety, poprzedni wylądował w koszu z powodu jej niecierpliwości.

„Nie bardzo masz ochotę?” spytał, kiedy dotarło do niego ciężkie westchnienie Nem. Czemu się dziwić, skoro nie uporządkowali zapewne wielu spraw z Aleciem, a ona sama, dał głowę za to, nie wiedziała o ich zwyczajach. Bo niby skąd?

„Aż tak słychać?” spytała bez entuzjazmu, zerkając na Aleca.

„Wiesz, wbrew powszechnej opinii, nie gryzę.” parsknął śmiechem „Inni także. Tylko chciałbym zwrócić ci uwagę, że jeśli ty się nie zjawisz w TC, będziemy mieć piekielny problem bezpieczeństwa.”

„A to niby dlaczego?” spytała zaintrygowana. Alec uśmiechnął się pod nosem. Punkt dla Tava. Przynajmniej te wszystkie ich wcześniejsze rozmowy czymś zaowocowały i jego młodszy braciszek potrafił dotrzeć do niej. Dawało mu to jakąś nadzieję, że pewnego dnia będzie mógł rozumieć się z Nem bez słów.

„Naprawdę sądzisz, że zdołamy powstrzymać te pielgrzymki do was, kiedy rozejdą się wieści? Albo kiedy któryś przestanie trzymać język za zębami…” zerknął porozumiewawczo na Dave’a. Już słyszał o tym, że poprzedniej nocy plotka zaczęła krążyć po ich bazie. „…na temat pewnego małego diabełka? Po prostu tu przyjdźcie, weźcie Rain ze sobą, a upieczesz dwie pieczenie na jednym ogniu…” kusił z szelmowskim uśmieszkiem „W ten sposób każdy uwierzy, że to nie plotka, a fakty. Po drugie, lepiej spotkać wszystkich za jednym razem, hurtem, niż przez następne tygodnie przyjmować kurtuazyjne wizyty.” zachichotał na samą myśl. Jakby Alec na to pozwolił. Już prędzej wywaliłby każdego, nim przekroczyłby próg budynku. Doskonale pamiętał, jak ochronni i zaborczy byli zawsze transgenicy, podczas pierwszych tygodni po skojarzeniu lub zamieszkaniu ze swoimi kobietami po raz pierwszy. Tak, jak tylko on sam byłby, gdyby dostał nagle chętną i skłonną Maxie. Sama myśl o tym, iż mogłaby być przy nim, w jego terenie, apartamencie, obok niego bez jakiegokolwiek konkretnego celu, tylko po prostu będąc, wysyłało zabójczą ilość adrenaliny i testosteronu do krwi.

„W porządku… dotarło.” gderała. Tav uniósł kciuk na znak zwycięstwa. Dave i Cece uśmiechnęli się. Pora na nadprogramową ilość transgeników w centrali. „Nakarmię blond niejadka i przyjedziemy.”

Nem wyłączyła telefon, nieświadoma zupełnie, iż w innej stronie miasta, Tav skoczył nagle na nogi i odtańczył dziki taniec radości przez cały główny hol ich szpitala. Cece skinęła głową Dave’owi, który z kamienną twarzą przygotowywał zastrzyk. Zanim Tav zaczął fałszywie śpiewać na cały budynek, iż Nem i Alec przyjeżdżają niedługo do TC, nieświadoma zupełnie zamieszania wokół Maxie G., spała słodko i niewinnie na szpitalnym łóżku.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *