Przepraszam (22)

Rozdział dwudziesty drugi: A życie wciąż toczy się wokół nas

Mark klapnął na łóżku, ignorując zupełnie walenie do drzwi. Selena. Czasem nie rozumiała, że trzeba po prostu zostawić sprawy w spokoju.

Dobiegł do charakterystyczny dźwięk z łazienki. Karen myła zęby, prawdopodobnie znów dręczyły ją mdłości. Z wisielczym humorem pomyślał, że jak tak dalej będzie, zbankrutują z powodu hurtowej ilości pasty do zębów, które kupowali. Ostatnimi czasy to zawsze stanowiło pierwszeństwo na liście ich zakupów. Zaraz po witaminach.

Przeklinał się za pójście z tym do Toma. Powinien był wiedzieć lepiej, że mu nie uwierzą. Czego zresztą innego mógł się spodziewać? Tom nie był skojarzony, nie rozumiał, jak to było. No i przez te wszystkie lata, kiedy Manticore próbowało zmieszać ludzi i transgeników, a wychodziły prawdziwe potwory… o ile cokolwiek wychodziło. Wzdrygnął się, pamiętając efekty potwornych, nieludzko okrutnych eksperymentów. Jego dziecko nie będzie takie.

Drzwi otworzyły się bezgłośnie i w jego uszach zadźwięczały ślady drobnych stóp. Znów chodzi boso, pomyślał zmartwiony. Automatycznie objął ją ramieniem, jak tylko usiadł obok niego na łóżku. Otworzył oczy i uśmiechnął się do swojego złotowłosego anioła. Wsadzając nos w ciepłą miękkość jej szyi, pomyślał, jak niewiele brakowało, by przez to głupie zebranie stracił zupełnie panowanie nad sobą. Gdyby jej ciąża wyszła na jaw, nim zdobyłby dla innych dowody, z obecnymi nastrojami wśród transgeników… czekałby ją lincz. Ogólne odczucia były, że powinni trzymać się własnego rodzaju, by przetrwać. Powszechne przekonanie, że nie mogą mieć dzieci z ludźmi, doprowadziłoby zaś do jedynego logicznego dla nich wniosku, że Karen miała jakąś przygodę na boku. Z człowiekiem. Nawet nie chciał myśleć, co by jej zrobili. Strach o nią odbierał mu sen od wielu tygodni. Pilnował jej więc jak sęp. Nic nie mogło się jej stać. Dziecku także.

„Znów czekolada?” zachichotał, widząc jak wyjmuje z szuflady nocnej szafki na wpół opróżnioną sporą paczkę pralinek. Nigdy nie przepadała za słodyczami, ale ostatnio, przez nieustanny bunt jej żołądka, w ten sposób uzupełniała niedobory sił. Oczywiście niemal wmuszała w siebie zwyczajne jedzenie i różne witaminy, ale oboje się obawiali, że przez mdłości niewiele z tego dociera do celu.

Zarumieniła się nieznacznie i pokiwała winna głową.

„Jestem beznadziejna, nieprawdaż?”

„Dlaczego?” spytał zaintrygowany, przysuwając ciało tak, by opierała się o niego. Otarł policzek o jej włosy. Uwielbiał jej zapach na sobie… Kiedy Manticore spłonęło, a on przyjechał po nią do Montany i wreszcie mogli zacząć wspólne życie, tak jak marzyli… Karen wzięła twarde lekcje przed tym, ponieważ Reub, Sue i Kim dotarli do niej przed nim. Wiedziała już doskonale, że przez 24 godziny na dobę nie może dotknąć, ani zostać dotknięta przez kogokolwiek prócz członków jego oddziału lub swoją najbliższą rodzinę. Wyraz jej twarzy, gdy o to zapytał, wystarczył za wszelką odpowiedź. Reub i Kim zapewne po dziś dzień pamiętali jak się na nich zemścił. Odebrali mu prawo nauczenia jej podstawowej rzeczy, którą powinna wiedzieć i zranili – nie fizycznie – ale psychicznie jego Karen. W tamtej chwili myślał, że mogli równie dobrze zostać złapani przez NSA, nic go nie obchodziło… Nie chciał zmieniać Karen ani do niczego jej przymuszać. Chciał być tym, który ją uczył tego wszystkiego, co powinna wiedzieć. Czasem nawet potrafiła wymyślić coś od siebie. Kilka miesięcy temu zupełnie zarzuciła używanie zwykłych kosmetyków, przenosząc się na te bezwonne, dla dzieci, by nie zakłócać swojego zapachu. Dla niej nie miało to znaczenia, prócz większych wydatków czy ograniczonej liczby produktów, ale dla niego miało ogromne. Kiedy robiła coś takiego, sama z siebie, bezinteresownie, by zaspokoić jego instynktowne potrzeby, czuł się bliżej niej, że troszczy się o niego. Żadna wiązka miłosnych wyznań nie podziała na niego tak, gdy któregoś wieczoru, po powrocie z kilkudniowej misji, wrócił do ich apartamentu, przesiąkniętego po dziesięciokroć bardziej jej zapachem niż kiedykolwiek wcześniej. Żaden głupi szampon, mydło… no, może tylko troszeczkę. Jej zapach, ciepły, zapraszający, doprowadził go prawie do szału. Pachniała sobą i pachniała dzieckiem. Jak Tom mógłby pomyśleć, że został zdradzony, skoro na co dzień jego Karen robiła takie rzeczy, by się dostosować? Setki małych szczególików właściwie. Był chyba najszczęśliwszym z wszystkich samców skojarzonych z ludzkimi kobietami.

„Wiem, że nie powinnam jeść tylu słodyczy…” Karen jęknęła, czując jego gorące usta na szyi, za uchem… To zawsze zadziwiało ją, jak ciepłe, wręcz gorące było jego ciało. Kochała uczucie bezpieczeństwa i troski, jakie wokół niej roztaczał. Bez jego kompletnego wsparcia prawdopodobnie nie wytrzymałaby w TC ani jednego dnia. „Ale te zachcianki są poza moją wolą.” wyznała ze spojrzeniem pełnym winy.

„Jedz czekolady, ile zapragniesz.” wymruczał przy jej uchu „Siła będzie ci potrzebna.”

~ * ~

„Czarno to widzę.” Kyle delikatnie poruszył kijem. Biała kula delikatnie poruszyła czarną, która pod idealnym katem powędrowała do swojego celu. „Nie wydaje mi się, by Kamahowie ot tak sobie na to przystali.”

Nicholas zaczął ustawiać bile do następnej partii gry. Tym razem rozbijał on, co znaczyło, że podobnie jak Kyle, wyczyści stół zupełnie.

„Przez miliony lat nie dopuszczaliście do siebie żadnej rasy, mieszańców nie było tak dawno, że nikt praktycznie tego nie pamięta…” Valenti wypił kolejny łyk piwa „A wszystko w obawie przed poznaniem przez innych technologii, która jest odzwierciedleniem waszej natury. Pamiętam dokładnie, jak to tłumaczyła Nem. Ktoś, kto zdobędzie waszą technologię, będzie miał w garści waszą rasę. Nie mów, że ta obawa nagle przestała istnieć.”

„Nie przestała.” zauważył stoicko, przymierzając się do rozbicia „Właściwie jest tak silna jak nigdy dotąd.”

Kyle pokręcił głową.

„Nie rozumiem was.”

„Nikt cię o to nie prosi.”

„Uprzejmością to ty dzisiaj nie grzeszysz.”

Rozbicie.

„Skoro tak grzecznie prosisz… Problem leży u podstaw różnic między Karą a Nem.” Nicholas podniósł się znad stołu na moment, żeby przejść na drugą stronę i ustawić się do kolejnego strzału. Bilard to były kąty, matematyka. Coś, co Kamahowie kochali i w czym byli doskonali. Odgarnął znad czoła niesforna grzywkę. Jego obecny kształt był również efektem matematyki. A właściwie prostego liczenia prawdopodobieństwa, jaki kształt przybrać, by nie wzbudzić podejrzeń i by nikt im nie przeszkadzał w zabawie. Darena. Proste jak dwa plus dwa.

„Słyszałem, że była beznadziejnym liderem.”

„Najgorszym od kilkudziesięciu pokoleń.” pokiwał głową twierdząco „Ale była dobrym wywiadowcą. Być może najlepszym. Dostrzegała w innych cechy, widoczne jedynie za jakiś czas. Była bezbłędna w przewidywaniu ich zachowań.”

„Rzeczywiście kompletne przeciwieństwo Nem.”

„Nie o to chodziło. Chodziło o rolę lidera.” kolejny idealny strzał „O to, jak sobie z tym radziły. Kara nie potrafiła wybrać między rodziną a rasą, wybrała opiekę nad rodziną i zrezygnowała z prowadzenia swojej rasy, zwalając wszystko na moją głowę i głowy członków Rady. Oboje wiemy, jak się to skończyło.”

„Antarianie zabili jej dzieci i wszystko kopnęło w kalendarz.”

„Dokładnie. Ale reakcja Rathisa była jeszcze gorsza. To on doprowadził do wyboru Kary. A dokładniej jego potrzeba akceptacji i miłości od partnera, tak charakterystyczna dla zielonookich. Kara uwierzyła, że rasa poradzi sobie bez niej. Rath nie.”

„Milutko.”

Nicholas wzruszył ramionami.

„Kara nigdy nie powinna dziedziczyć pieczęci. Nie nadawała się do tego.”

„A Nemin się nadaje?”

„Tak.”

Kyle potrząsnął głową. Jedno proste słowo, wypowiedziane z takim zaufaniem i pewnością…

„Uważasz, że taki chwiejny emocjonalnie dzieciak nadaje się do rządzenia potęgą, jaką jesteście?”

„Tak.”

Teraz Valenti już zgłupiał.

„Bez obrazy dla Nem, zawszy była świetnym przyjacielem… ale popełniacie błąd.”

„Nie. Kara była stabilna. Dokonała swojego wyboru.” Nicholas podniósł się znad wyczyszczonego stołu „To był błąd.”

„Czemu? Przecież dla Kamahów rodzina to najważniejsza sprawa na świecie.”

„Niewiele widziałeś, więc walnę prosto z mostu.”

Kyle pochylił się z ciekawością.

„Kara zrezygnowała z prowadzenia rasy. Nie chodzi o to, że wybrała rodzinę. Zrezygnowała. Rozumiesz? Nem nie zrezygnuje z niczego w jej życiu. Ani z Aleca, ani z Rain, ani ze swojej rasy, z niczego. To je różni. I wymyśliła naprawdę szajbnięty, skomplikowany plan, by mieć to wszystko. Jego realizacja zajmie jej chwilę, może się nawet wydawać, że straciła rozum…”

„Już się wydaje.”

Nicholas uśmiechnął się pod nosem.

„Wskazówka numer jeden.”

„Tak?”

„Jak myślisz, ile lat ma Nem? Tyle, ile minęło ziemskich od czasu jej narodzin w antarskim więzieniu, ile minęło od czasu jej pobudki na dnie oceanu, a może od czasu odłączenia inkubatora… albo od czasu kiedy otworzyła oczy po przeszczepie?” uśmiechnął się zuchwale „Jeśli podasz prawidłową odpowiedź, a masz jakieś 20% szans na to, powiem ci. Jeśli nie odgadniesz, będziesz nadal pozostawać w ciemnocie niewiedzy…”

Kyle jęknął w duchu. Wyglądało na to, że im starszy Kamah, tym bardziej był stuknięty.

~ * ~

Tav metodycznie wyrzucał zawartość szaf swojego brata na podłogę, ignorując zarazem jego przekleństwa, gdy usiłował doprowadzić do porządku lodówkę. Jak to mówią, najpierw trzeba zrobić totalny bałagan, by zrobić gruntowne porządki.

Cóż, na ten dwupokojowy apartament przydałby się tydzień sprzątania, nie zaś kilka godzin. Alec chyba zwariował, jeśli myślał, że da radę sam. Więc mu pomagał. Utrzymać wspaniałe rzeczy w jego życiu.

Psiakrew, co tu dużo mówić. Zazdrościł własnemu bratu.

I to nie było specjalnie miłe uczucie.

Zazdrościł jak cholera, taka była prawda. Och, nie tego, jak sobie radził w życiu, jego pozycji, powodzenia. Zazdrościł jak cholera szczęścia, jakie spotkało go nagle w życiu. Miał kobietę, która chociaż zraniona niezmiernie, wciąż go kochała. Mieli śliczną córeczkę, która nie zaznała nigdy koszmaru Manticore.

Chociaż gdyby miał być szczery ze sobą do końca, najbardziej zazdrościł Alecowi Nem.

„Co jest?”

Zamrugał, słysząc głos przyrodniego brata tuż koło swojego ucha. Dopiero po chwili zorientował się, że stoi obok sterty porozrzucanych ubrań, bezczynnie.

„Nic.” wymamrotał, kontynuując gwałtownie swoje dzieło. Alec chciał porządków i zrobić miejsce na rzeczy Nem i dzieciaczka? W porządku. Będzie to miał.

„Tak się zastanawiałem…” Alec wrzucał rzeczy do kolejnych worków. Nie było tego dużo, ale desperacko większość jego rzeczy domagała się prania. Nie dlatego, że na zasadzie kontrastu po wielu latach wojskowej czystości był wielbicielem bałaganu. Po prostu jego pralka domagała się naprawy, albo potrzebował nowej. Nie myślał, że to będzie problemem. Ale z małym dzieckiem, które jak się zdążył przekonać, potrafiło być małym wulkanem, będzie potrzebna. Poza tym… kobiety zawsze potrzebowały sprawnej pralki. Nieprawdaż? Teraz zaś miał mieć dwie pod swoim dachem… „O czym rozmawiałeś z Nem tamtego poranka?”

Tavis natychmiast załapał, o co chodziło.

„O tym, że ją nienawidzisz. Że jej to powiedziałeś. O tym, kim jest, że postępuje według własnej natury. O tym, czy jest sens walczyć z tym, co nam wpajano przez lata w Manticore. Że pomogę skopać twój tyłek, jeśli nie podołasz próbie. I takie tam  sprawy…” mruknął bezlitośnie. Twarz Aleca jednak nawet nie drgnęła, przez co zaczął się zastanawiać, co do diabła Nem mu powiedziała?

„Spytałem, ponieważ powiedziała pewną rzecz… że po rozmowie z tobą miała jeszcze nadzieję.”

„Nadzieję na co?” spytał powoli.

„Nie wiem.” mruknął, zawiązując dwa worki ubrań do prania. Reszta była czysta lub w miarę czysta. Szybko przejechał wilgotną gąbką po wnętrzu szafy. Może nie był w stanie zaoferować Nem luksusów jak Langleyowie, ale chciał zapewnić najlepsze warunki jakie były możliwe w sytuacji nie zamieszkania w TC. A to włączało powrót do żołnierskich porządków.

„Co właściwie zaszło między wami?”

Alec milczał tak długo, iż Tav myślał, że nie odpowie zupełnie. A i odpowiedzieć była zwariowana.

„Nem zamieszka ze mną i Rain tutaj, w Seattle, w tym mieszkaniu.”

Parsknięcie niedowierzania Tava mówiło wiele. Ale paradoksalnie, nie powiedział słowa wątpliwości… wręcz przeciwnie.

„Skoro tak mówisz… to tak będzie.”

„Więc skąd ta reakcja?”

„Po prostu nie wyobrażam sobie, co dalej. Każde ciało w TC, kiedy tylko wyjdzie na jaw istnienie waszej córeczki, będzie oczekiwać, że jej zamieszkanie z tobą oznacza jednocześnie, że jesteście lub będziecie w najbliższej przyszłości skojarzeni. Jak do cholery wyobrażasz sobie, że dziewczyna, która podczas walki o życie waszego dziecka słyszała ciągle od transgeników, że nie jest wystarczająco dobra dla ciebie, pogrążyła całą naszą rasę, a twoje zakichane życie uratowała tylko dlatego, że jej pobratymcy wydawali majątek na śledzenie twoich byłych kochanek i w którymś momencie, na litość boską, aż się bali przekazywać wieści o twoich wybrykach… Jak myślisz, co ona powie na oczekiwania wobec niej? Że ma porzucić wszystko, wskoczyć do twojego łóżka jak posłuszny króliczek i jeszcze walczyć samotnie, bez wsparcia swojej rasy o życie waszego dziecka, ponieważ nasza wiedza i technologia w porównaniu z ich to jak bezkręgowiec wobec mózgu delfina? Nie wyobrażam sobie tego, Alec.”

494 nie musiał zbierać szczęki z podłogi. Ale jego słowa i tak zabolały jak diabli.

„Wiem, co spowodowało moje zachowanie przez ostatni rok, Tav. I z tego samego powodu też nie mogę tego tak zostawić.”

„Chociaż raz pomyśl o tym, co jest najlepsze dla niej. Nie dla ciebie czy naszej rasy.”

„Myślisz, że nie chciałbym cofnąć tego wszystkiego, co zrobiłem?” Alec już na poważnie się wściekł „Cofnąć każde głupie zachowanie, każdy błąd, który spowodował jej tyle bólu? Myślisz, że patrząc na twarz własnego dziecka nie czuję wściekłości na siebie samego, za to, co Biggs zrobił Nem w listopadzie zeszłego roku? Powinienem być tam dla niej, Tav, nawet jeśli było już za późno, i nie byłem. Gorzej, nie interesowałem się niczym prócz własnego powolnego upadku. Wręcz czułem przymus udowodnienia światu i samemu sobie, jakim egoistą i świnią byłem. I wiesz, co było najgorsze? Nie zainteresowałem się nawet tym, skąd pochodziła Nem, czy miała jakąś rodzinę, która ją opłakiwała. Znalazłbym ją w kilka dni… Jezu, Langleyów zna cały pieprzony świat! To było moje niedopatrzenie, mój błąd, że żyła przez te wszystkie miesiące przekonana, że nie chcę mieć nic wspólnego ani z nią, ani z dzieckiem. Tu nie chodzi nawet o to, że jest nieziemska… w dosłownym sensie. To nic nie zmienia i jeśli Biggs myślał, że tak, to chyba zbyt długo przebywał w towarzystwie Psy Ops. Dla mnie nie ma to znaczenia, tak długo, jak pozostaje sobą. Nie chcę nic innego niż spróbować naprawić, wynagrodzić jej to wszystko, co spowodowała moja własna niedojrzałość i, przyznaję, niedopatrzenie. Jeśli trzeba będzie zapanować nad hordą transgeników, to do zrobię, do jasnej cholery, bo nie widzę innego wyjścia.”

Trzasnął workiem w stronę łazienki. Tav uniósł ironicznie brew.

„To powinno mieć znaczenie, Alec. Ale nie w tym, jak myśli większość. To ma znaczenie, ponieważ rzeczy oczywiste dla nas, nie są oczywiste dla niej. I na odwrót. Ona nie chce wynagrodzenia czy naprawy przeszłości. Wydarzyła się. Koniec kropka. Na to nie poradzi żadne z was.”

„Rain…” Alec nagle zrozumiał, gdzie zmierza jego brat. Przerwał metodyczne układanie ubrań i siadł na podłodze obok niego.

„Właśnie. Jedyne, czego ona chce na dzień dzisiejszy, to by jej ukochane dziecko było bezpieczne i pewnego dnia zdrowe. Musisz jej pomóc w tym. Chcesz jej wynagrodzić wszystko? To twoja jedyna opcja.”

„Tak myślisz?”

Tav parsknął.

„Ja to wiem.”

~ * ~

Selena z niepokojem wachlowała książką nad omdlałą Jeminą. Była jej zastępcą od dwóch lat, ale jeszcze takich rewelacji chyba żadna nie przeżyła. Alec tatusiem. Nem nie z tego świata. Ingerencja Biggsa. Nem wiedząca o romansach Aleca. Nem, bogata dziedziczka, przyjeżdżająca do Seattle, by zamieszkać z Aleciem. Córeczka Aleca chora. Jezu, kiedy ten świat zwariował?

Teraz te wszystkie dziwne spojrzenia rzucane od jednego do drugiego w jego oddziale, niesamowity mur milczenia z ich strony, nierozwiązany przez tygodnie problem Nem… Teraz to wszystko zaczynało mieć sens. Zwolenniczką podsłuchiwania, nawet niechętnego i niezamierzonego, nie była. Ale tym razem ich doskonały słuch przydał się aż nadto.

„Co do diabła tam usłyszałyście?” Mole wyjął cygaro z ust. Selena wzniosła spojrzenie do sufitu. Facet nabawi się raka płuc prędzej lub później.

Dave już podłączał kroplówkę.

„Nic jej nie będzie. Tylko skrajne przemęczenie.” mruknął pod nosem, rzucając spojrzenia za siebie. W osobnym pokoju miał Maxie G. ze złamanym nosem i mówiąc prawdę, nie miał najmniejszej ochoty wracać do obowiązku. Baba jęczała gorzej niż zwyczajniak. Biedny Tav, ale mu się ziółko dostało…

„Jesteś pewien?” Selena była i tak niespokojna.

„Jestem. Nie spała za wiele, martwi się sprawą Patricka.”

„Ty też.” zauważyła niemal przypadkowo.

„Tak.” mruknął automatycznie. Twarz Seleny nawet nie drgnęła. Tak dla braku snu czy tak dla martwienia się o Jem i Patricka? Nie uszło jej uwadze, że przez ostatnie miesiące Dave był nadzwyczaj spokojny. Nie widziała go od wielu miesięcy w towarzystwie żadnej kobiety w wiadomym celu. Była prawie pewna, że o kogoś walczył… ale nie robił żadnego podejścia, nic o tym nie słyszała. Najmniejszej plotki, co było co najmniej dziwne. Coś musiało go powstrzymywać. A Jemina pasowała do tego wzoru. Jeszcze do niedawna wciąż opłakiwała śmierć Patricka i nawet w jej głowie nie było żadnego przelotnego romansu. Biedak.

„Możesz przysłać do mnie Kalena?”

Brwi Seleny uniosły się pytająco, kiedy dotarł ją słaby głos szefowej. Kalen był skojarzony z kobietą z oddziału Jeminy, ale co było ważniejsze, nie był transgenikiem.

„Jasne. Zaraz kogoś poślę…”

„Nie. Osobiście. Powiedz mu, że to bardzo pilne.”

Stopień zaintrygowania Seleny wzrósł niezmiernie, ale posłusznie opuściła szpital i skierowała się na Oak Street. To będzie nader ciekawy dzień, pomyślała, mijając Tava, który właśnie wjechał do TC. Piekielnie ciekawy.

Kwadrans później wysoki, ciemnowłosy Kalen siedział już w izolatce przy łóżku Jem, która szczęśliwie czuła się o wiele lepiej. Jedyne, co jej dolegało, to zmęczenie i wstyd. Transgenicy nie mdleją z wrażenia. Co to, to nie! Nie wiedziała gdzie podziać oczy, widząc troskliwe spojrzenie Dave’a.

„Słyszałeś kiedyś o Nem Langley?”

Kalen parsknął.

„Każdy w TC wie, kto to, Jem. O co biega? Mam coś sprawdzić swoimi kanałami?”

„Taaak.” głos Jem zadrżał nieznacznie „Mam powody sądzić, że ona jest jak ty.”

Wstrząśnięty wyraz twarzy Kalena szybko został zastąpiony przez czujność, ale i przez zaprzeczenie.

„Ona nie może być Dagottańczykiem. Wiedziałbym.”

Jem wzniosła spojrzenie do góry.

„Nie mówię o twojej… narodowości. Tylko mówię, że ona jest z północy.” uniosła żartobliwie palec do sufitu „Dlatego potrzebuję twojej pomocy. Możesz się dowiedzieć czegokolwiek?”

„Od czego mam zacząć?”

„Od ich organizacji…”

Kalen parsknął.

„Słyszałem jakieś plotki, że Langleyowie prowadzą wprost piekielnie skuteczną organizację ochronną… ale to ci Langleyowie od Banku Coast na Kajmanach, Jem. Najbardziej wpływowa i potężna piekielna organizacja na tej planecie. Nikt nie wypowiada ich nazwy i nikt z nimi nie zadziera. Nawet teraz, kiedy praktycznie odchudzają ją z tysięcy członków. Nikt, kto był u nich i odszedł, obojętnie z jakiego powodu to się stało, nie piśnie pary z ust. Mogę poszukać czegoś o ich organizacji, chociaż to łatwe czy bezpieczne nie będzie. Ale nie sądzę, by to było to, czego szukasz…”

„Dlaczego?”

„Nem Langley nie mogłaby być od tych Langleyów.” potrząsnął głową „To niemożliwe.”

„Dlaczego?”

Wzruszył ramionami.

„Z pozory szczegóły się zgadzają. Organizacja Langleyów to organizacja ochronna. Ukrywają coś. Celem całej organizacji jest przykrywka dla czegoś, ale nikt głośno nie powie ci, czego… prawdopodobnie więc stoi za nią inna rasa, nie ważne czy ziemskiego czy obcego pochodzenia. Swoich szeregowych członków chronią na zasadzie życia i śmierci. Gdyby Nem była z tych Langleyów, z Los Angeles w Kalifornii, zabiliby ją bez litości za romans z transgenikiem. Dziewczyna wciąż żyje. Wniosek?”

Jemina czuła, jak jej serce bije dziko w piersi. Nem była z Langleyów w Los Angeles. Kolejne układanki łamigłówki wpadały we właściwe przegródki, ale wciąż pozostawało tyle do odkrycia…

„Muszę mieć zdjęcie.” Kalen podszedł do okna „Jak najwyraźniejsze. Bez makijażu, w dziennym świetle, najlepiej w bardzo wysokiej jakości.”

„Czemu? Nie wystarczy zwykłe?”

„Może być zmiennokształtną. Większość zmiennokształtnych przy przybieraniu ludzkiej formy jest dosyć szczegółowa, ale nie do tego stopnia, w jakim to robią Kamahowie.”

„Kamahowie?” spytał słabo.

„Przepraszam, robili. Oni nie istnieją od kilkudziesięciu lat… taka jest przynajmniej oficjalna wersja. To najstarsza znana rasa we wszechświecie i zarazem najmniej zbadana. Wiadomo jednak, że są zmiennokształtni. Byli. W każdym bądź razie byli niedościgłym wzorem w przybieraniu form innych gatunków, chociaż nikt, dosłownie nikt, nigdy nie zobaczył ich oryginalnej formy. Żadna inna rasa nie potrafi tak dobrze wtopić się w inne. Zazwyczaj już w samym wyglądzie zmiennokształtni popełniają błędy. A przecież, żeby się wtopić, nie wystarczy nawet idealny wygląd, potrzeba również szerokiej wiedzy fonetycznej, by naśladować ludzką mowę, znajomości zwyczajów, kultury… to przeogromna ilość informacji. W zależności od rodzaju tego błędu, można w przybliżeniu ustalić, skąd pochodzi, albo jaka szkoła zmiennokształtnych to jest. Może też nie być zmiennokształtną, po prostu obcym humanoidem. Wygląda jak istota ludzka, lub w przybliżeniu, tylko pochodzi z innej planety. Tu już byłoby łatwiej, bo takich ras jest niewiarygodnie mało… Potrzebne by mi były informacje na temat szczegółów jej wyglądu, od naturalnego koloru włosów, po wymiary. Wszystko, co możesz zdobyć.”

Jemina westchnęła.

„Przynieś mój laptop z apartamentu. Pokażę ci coś.”

~ * ~

„Kto to do cholery jest?” godzinę później Kalen przebiegł już przez wszystkie dane, które zgromadziła na temat drobnej osóbki. Niestety nie dysponowała zdjęciem. Nigdzie nie dało się go zdobyć. Nawet oficjalny spis absolwentów Harvardu, na którym również widniała, brakowało jej fotografii. Nagrania, zdjęcia, wszystko, na czymkolwiek została utrwalona Nem Langley znikało w tajemniczy sposób. Nawet zdjęcia Ky’a zniknęły. „Nie ma co, ktoś wykonał kawał dobrej roboty.”

„Nadal twierdzisz, że ona nie może należeć do tej organizacji?” spytała cierpko.

„Nic teraz nie wiem…” wpatrywał się w plik tekstowy ze znużeniem „Informacje są tak sprzeczne… i powiedziałbym, że ona jest człowiekiem.”

„Dlaczego?”

„Szczegóły wyglądu. Zachowanie. Sposób pracy zawodowej. Żadnego potknięcia. Nic. Najmniejszego błędu. Co to do cholery jest? Nawet zapisy Manticore na jej temat zniknęły jakby nigdy nie istniała. To nie jest normalne, Jem. Albo mamy do czynienia z kimś bardzo, ale to wprost cholernie dobrze wyszkolonym, albo to człowiek nauczony obcych technologii na tyle, by wzbudzić podejrzenia innych.”

„Ona jest obcą.” Jemina mruknęła z całkowitym przekonaniem. Kalen westchnął ciężko.

„Jeśli zacznę grzebać w jej życiorysie, będzie problem.”

„Mów mi tak dalej…”

„Mówię poważnie. Ten sposób działania…” popatrzył jeszcze raz na tekst i westchnął „…mam to cholerne wrażenie, że ją spotkałem.”

„Może i spotkałeś, tylko nie wiedziałeś, że to człowiek.”

„Hm…” pochylił się nad ekranem „Zastanawiają mnie dwa szczegóły.”

„Co masz na myśli? Jakieś charakterystyczne cechy?”

„Taaa… to raczej wrażenie, niż jakiekolwiek podejrzenie. Męczy mnie ta chustka na głowie.”

Jem zaintrygowana uniosła brew.

„Nie… wiem, że to niemożliwe. To tylko mój zwariowany umysł odmawia współpracy albo ma nadzieję wbrew nadziei.”

„Powiedz. Nie gryzę.”

Potrząsnął głową.

„Nie ma sensu. Po prostu, w grudniu zeszłego roku, coś się wydarzyło na Ziemi. Nikt nie zrozumiał tego natychmiast, tylko dopiero po czasie.”

„Lubisz mówić zagadkami.”

„Nie. To tajemnica poliszynela…” odchylił się na krześle „…wśród wszystkich ras, które kiedykolwiek oberwały od Antarian. Khivar, władca Antaru, nagle zwołał w grudniu ogromną część najlepszych oddziałów zmiennokształtnych i wysłał ich na Ziemię. Na dzień dzisiejszy nie przybyli jeszcze wszyscy, ale czarno to wszyscy widzimy. Coś się stało w grudniu. Tutaj, na Ziemi… i tak sobie myślę, biorąc pod uwagę tę chustkę na głowie… Khivar musiał być przestraszony jak diabli, by wysłać prawie trzy tysiące swoich najbardziej elitarnych żołnierzy na daleką planetę. Ziemia była zawsze na uboczu, to wręcz głęboka prowincja. Myślę, że pojawiło się coś kamahskiego, jakaś część ich technologii. Nie wyobrażam sobie, by ryzykował wkurzenie kilku naprawdę silnych układów, nie dysponując nawet jedną dziesiątą armii za czasów Zana, ani też tak dobrych technologii podróży. Wszyscy się zastanawiają, co się tu wydarzyło.”

„Co to ma wspólnego z chustką na głowie Nem?”

„Właściwie nic prócz nadziei. Widzisz, mało którzy kosmici noszą jakiekolwiek oznaczenia ich prawdziwej tożsamości, a nakrywanie głowy u kobiet jest jeszcze rzadsze. Intryguje mnie to.”

„Żaden ukrywający się kosmita nie zostawiłby tak wyraźnych śladów.”

„Nie sama chustka. Przykrycie głowy w pewien sposób. To znaczy, że oni mają silną strukturę tutaj, wręcz żyją w społeczności kierującej się bardzo żelaznymi zasadami. Przystosowują się. To nie jest częste. Większość nie zadaje sobie trudu, by to zrobić. Oni muszą mieć powód, by tu być.”

„Wiec czemu rozwiązują swoją organizację?”

„Dobre pytanie. Myślę, że cokolwiek się stało w grudniu, pobratymcy Nem wiedzą, co to było… i musieli przewidzieć przybycie posiłków Khivara. Ewakuacja z Ziemi to nie jest prosta sprawa. Podróże są niezmiernie drogie, niebezpieczne, by nie wspomnieć, że tylko Kamahowie jako jedyna rasa we wszechświecie złamała problem prędkości światła i utrzymania życia. Są tylko trzy rasy obecnie, które dysponują technologią podróży z maksymalną czterokrotną prędkością światła. A i tak odległości między planetami to praktycznie czysty koszmar… i zarazem jedyny powód, dlaczego ci przeklęci Antarianie nie zdominowali wszechświata. Dla nich to też był problem.””

„Nie lubisz ich.”

„Nie. Ale tak z tą chustką Nem, noszoną zawsze i wszędzie… tak sobie myślę, że skoro jej rasa zasymilowała się do tego stopnia i jest tu na tyle długo, to może ona będzie wiedziała, czego Khivar się tak boi. Każda inteligentna rasa boi się dnia, w którym Antar odzyska potęgę. Mimo wszystkich ograniczeń te skurwiele zniszczyły dziesiątki ras. Ich strategia, wielkie pieprzone trzy razy Z… zagarnąć, zniszczyć, zapomnieć.” westchnął we frustracji.

„A ten drugi szczegół?” spytała po chwili, kiedy pogrążył się w najwyraźniej niemiłych wspomnieniach.

„Drugi? Ach, to. Już wspomniałem go. Skuteczność, z jaką się wtopiła. Znikające zdjęcia z prywatnego sejfu Ky’a? Na litość boską, tylko Joan wiedziała, gdzie to jest. Najwyraźniej nie tylko Kamahowie są doskonałymi wywiadowcami. Kimkolwiek ta Nem jest…” postukał w ekran „…może mieć odpowiedzi, za które wielu by zabiło. Być może właśnie dlatego choruje? Może ktoś jeszcze prócz was zauważył jej inność i dostosowanie i nie tak miło poprosił o nie?”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *