Przepraszam (21)

Rozdział dwudziesty pierwszy: Przewrót na szczycie

Jemina jęknęła, otwierając zaspane oczy. Nie spała zbyt wiele w nocy i jej organizm w końcu wyłączył się, usiłując nadrobić ogromne ilości adrenaliny, jakie przelewały się przez jej organizm przez ostatnie dni. Wynikiem było zaśnięcie nad papierami.

Jej wzrok spoczął na pustej, niezapisanej kartce. Zmarszczyła brwi. Była gotowa przysiąc, że jeszcze kilka godzin temu ta kartka była prawie zapełniona jej odręcznymi notatkami dotyczącymi planowanego spotkania dowódców oddziałów i większości alf, zarówno żeńskich i męskich, by w końcu spróbować znaleźć rozwiązanie bardzo palącego problemu nierównowagi w ich populacjach. Po ostatnich przybyciach do TC, wciąż było za mało kobiet. Psiakrew, kiedy podliczyli ich aktualny stan na początku tygodnia, okazało, iż żeńska populacja przeżyła upadek Manticore w 40%. Bardzo bolesny cios dla wszystkich. Nie tylko stracili potencjalne partnerki, stracili najsłabsze ogniwa oddziałów, wiernych członków, tych, których chronili zawsze najciężej. Wszystko przez to, że członkowie oddziałów rozdzielili się podczas ucieczki. W momencie gdy oddział chociaż częściowo się rekonstruował, szanse przeżycia wzrastały niemal automatycznie. Kobiety przynosiły uciszający wpływ na każdego, potrzeba ochrony ich dominowała nad instynktem walki i agresywną odpowiedzią na wszelkie niebezpieczeństwa. Z kolei obecność męskich transgeników gwarantowała, iż w przypadku odkrycia i dalszej ucieczki, dysponowali większą siłą. Ich zdolność do walczenia niemal bez końca była znacznie lepsza niż u kobiet. Prawdopodobnie dzięki większej zawartości zwierzęcego DNA. Ale nie obchodziło jej dlaczego tak się działo. Ważne, że działało. Że razem potrafili przetrwać. Ich sposób życia i funkcjonowania w społeczności dawał im przez rok jakąś ochronę na wolności.

Ale ta wolność znaczyła, że stawali także wobec problemów, jakich nie mieli wcześniej. Nierównowaga między żeńską a męską populacją transgeników była solą w oku niemal każdego. Ale sytuacja zaczynała powoli eskalować do niemal otwartej wojny, facetów wkurzało jak nigdy, iż te nieliczne, które utrzymały się przy życiu przez ostatni rok, były związane z ludźmi w mniej lub bardziej trwały sposób… źle to wróżyło jej samej, ale szczęśliwie była już wcześniej skojarzona z Patrickiem, więc nie powinna mieć tych problemów, z jakimi borykały się niektóre z jej kobiet. Ale z kolei tragedia Lulu doskonale nadawała się dla facetów jako zasłona dymna, by mogli podnieść bunt. Prawda była bowiem prosta, chcieli ich dla siebie. Nie mogli mieć potomstwa z ludźmi, a już z całą pewnością faceci. Świadomość, iż połowa z męskiej populacji transgeników nigdy prawdopodobnie nie założy rodziny w tym właśnie sensie, działała gorzej niż czerwona płachta na byka. Nawet młodsze pokolenia, X6, miały tę nierównowagę i za kilka lat czeka ich prawdziwy horror, kiedy w większość z nich uderzy ta wiedza. Dorośnięcie X6 oznaczało także jeszcze więcej dorosłych samców bez transgenicznej kobiety przy swoim boku. To po prostu będzie zgroza…

Najważniejszym problemem, do rozwiązania na dzisiaj była kwestia żądań męskiej populacji wobec kobiet, by zakazano związków z ludźmi ‚przynajmniej na jakiś czas’. Żądanie to wywołało niemałe poruszenie, bo chociaż formalnie po zniesieniu jego zakazu kobiety mogły się parzyć znów z ludźmi, ale każdy wiedział, że zostanie zniesiony dopiero w momencie, kiedy nie zostanie ani jedna samotna kobieta wśród transgeników. No, może nie samotna, ale przynajmniej o każdą ktoś będzie walczył. Świadomość nierównowagi spadała na facetów coraz bardziej i wiedziała przez to, psiakrew, nie było kobiety w TC, od najmłodszej X6 po jedyną ocalałą, chociaż stukniętą, X2, iż każda potwora znajdzie swojego amatora. Zresztą, jakby transgeniczka mogła być brzydka! Ale nie urodę tu chodziło. Chodziło o to, że na samym starcie związku z transgeniczną dostawali to, co udawało się w związkach z ludźmi po dopiero kilku latach, kiedy to ludzcy partnerzy przyzwyczaili się do ich potrzeb, instynktów, zachowań. Nie wspominając, że mogli mieć dzieci. Było już całkiem sporo kobiet w ciąży. Zbyt dobrze pamiętała ten bezustanny strach w Manticore, by któraś z jej kobiet nie spodziewała się dziecka. Zdarzyło się to tylko dwa razy, ale za każdym razem to była tragedia rozdzierająca serca każdego, nawet nie włączonego w sprawę. Manticore zabrało ich wybór, teraz byli na wolności i sama myśl, iż nikt im nie zabroni niczego, nie odbierze dziecka, nie zapłaci się za nie straszliwej ceny, nie zostanie kolejnym niewolnikiem ludzi, była niczym katalizator. Tak długo marzyli o wolności, o swoich własnych rodzinach bezpiecznych, z dala od tamtego koszmaru, iż naprawdę wiele par decydowało się na dzieci wbrew ich niepewnej sytuacji w TC. A teraz, z Aleciem jako głównodowodzącym, który gromadził ich wszystkich w jednym miejscu i konsekwentnie, acz powoli, wprowadzał Plan w życie, prawdopodobnie będzie ich jeszcze więcej.

Oby następne pokolenia nie miały tego problemu. Ale być może następne pokolenia nie miałyby problemów w ogóle, jeśli im nie uda się przetrwać. Do tego potrzebowali Aleca, który łączył ich wszystkich. Nie tylko poszczególne oddziały w jedność. Pod jego dowództwem gromadziły się także inne rasy transgeników. A przecież było ich prawie dwadzieścia! Nikt nie miał złudzeń, że bez Aleca, i to w dodatku jako tako funkcjonującego Aleca, nie dadzą rady się zjednoczyć. Jedność była im potrzebna do przetrwania w świecie ludzi.

Dzisiejsze spotkanie bez jego kierownictwa, za to z Maxie G będzie niezłą jatką. W głębi ducha życzyła sobie, by tu był, ale niestety, pojechał do Kalifornii. Należał mu się odpoczynek i odpoczynek końcu wyjaśnienie, co się działo z Nem. Naomi nie pozostawiła wątpliwości, że z dziewczyną było naprawdę krucho. Jemina nigdy nie widziała Nem na żywo, tylko nagrania. Wydawało się, że ledwie podmuch wiatru zdmuchnie tego maluszka z powierzchni planety. Było to o tyle korzystne, że nawet jej wygląd wzbudzał w Alecu opiekuńczość. Ale wiedziała też, że życząc sobie ułożenia spraw między nimi, była egoistką. Pomyślne wiatry dla nich oznaczały, że mogła zdobyć nieocenione źródło wiedzy o Patricku. Co z kolei nie zmieniało faktu, że spotkanie bez uciszającego wpływu Aleca, może pójść w kierunku jakiego niekoniecznie chcieli dla nich samych.

Znając przekorne fatum, mogła się założyć, że sprawa Nem i Aleca też wypłynie. Już całkiem spora liczba samców była wściekła za stan psychiczny Aleca. I prawdopodobnie jeszcze większa liczba jej kobiet miała za złe 494, że wybrał nie-transgenika. Bardzo kłopotliwego nie-transgenika. Westchnęła, prostując się na krześle. Kimkolwiek była, powodowała takie problemy, że mógł czekać ją lincz. Albo ktoś w końcu zmusi Aleca, by się zdystansował od niej.

Co było równie prawdopodobne jak możliwość związku jej i White’a. Nie tylko Alec nie dopuściłby do tego, by ktoś mu dmuchał w kaszę, ale też i prawdopodobnie nikt by się nie odważył czy nie dał rady. Nie uszły jej uwadze także dziwne spojrzenia, jakie podzielali między sobą niektórzy członkowie jego oddziału. Joan. Cece. Głównie kobiety. Faceci nic nie mówili, co najwyżej reagowali tylko, kiedy podnosiły się jakieś głosy, ostatnio coraz liczniejsze, by zmusić Aleca do dystansowania. Reakcja jego oddziału, ale tylko części, bo w spisek, czegokolwiek dotyczył, nie byli zamieszani wszyscy, intrygowała ją.

Coś się działo między Nem a Aleciem, czego nikt nie chciał rozgłaszać publicznie.

Pytanie brzmiało: dlaczego?

Nagle przypomniała sobie dziwne słowa Raina o ubraniu Nem. Co było w nich niezwykłego? Praktycznie nic, oprócz kompletnego kalejdoskopu. Dziewczyna raz była ubrana jak bogaty rozpuszczony dzieciak, który o nic nie musiał się martwić, a raz jak szary, niczym nie wyróżniający się obywatel…

Przetarła oczy. W tym stanie zmęczenia nic nie była w stanie wymyślić. Przetrząsnęła jeszcze biurko w poszukiwaniu zrobionych wcześniej notatek, ale psiakrew, albo były częścią jej snu na jawie, albo w TC pojawiły się nagle jakieś papierojadalne szczury. Wzdrygnęła się.

Ubrała kurtkę i wyszła ze swojego niewielkiego biura. Z utęsknieniem pomyślała o poprzednio zajmowanym pomieszczeniu, teraz zaś niewątpliwie królowała tam Maxie G. Przeklęta, głupia baba. Z ogromną chęcią i satysfakcją skręciłaby kark tej cholernej babie.

Jej kroki niemal automatycznie powędrowały w stronę szpitala. Nie wiedziała właściwie, dlaczego tu przychodzi, ale z jakiegoś powodu czuła się tutaj zadziwiająco bezpiecznie. Czy to było wspomnienie pierwszego spotkania z Patrickiem, kiedy spotkali się w szpitalu wojskowym w Tanzanii?

Skinęła głową Dave’owi, który akurat pełnił dyżur. Jego czarna podkoszulka przyozdobiona kolorowymi odbiciami rączek dzieci dziwnym trafem rozczuliła ją. Wiedziała, że wczoraj wieczorem akurat Tav reorganizował rozbite i niekompletne oddziały X8 i musiało się to odbywać w dosyć wesołym nastroju, skoro mali pacjenci zostawili tyle znaków na panu doktorze.

„W porządku?” Dave spytał, przyglądając się jej uważnie. Część jego cieszyła się niezmiernie, iż instynktownie przychodziła właśnie tutaj, kiedy sytuacja z Patrickeim dawała się jej we znaki, ponieważ to dowodziło, że nie tylko zaistniał jakiś związek między nimi w sytuacji gdy był prawie pewien jego braku z jej strony, ale także iż był wystarczająco silny, by przywieźć ją tutaj w razie kłopotów. Ale jego rozum podpowiadał mu, że Jem nie była świadoma tego związku w ogóle. Po prostu szukała cichego miejsca, gdzie mogłaby schronić się od kłopotów dnia codziennego, a już w szczególności od kłopotów z piekielną Maxie. Jakakolwiek aluzja o ich związku sprawiłaby, iż uciekłaby daleko od niego. Niestety.

„Nie bardzo.” wzruszyła ramionami, nagle niepewna natury jego pytania. Usiadła obok niego i niemal przypadkowo wychyliła się, by spojrzeć na kartę medyczną Han, którą właśnie przeglądał. „Co z nią?”

Nie skomentował ani jej odpowiedzi, ani zmiany tematu. To była Jemina, żeńska alfa. Dotychczasowa żeńska alfa. Wyglądało na to, że Maxie była silniejsza psychicznie, ale wśród liderów kobiet wciąż była ważna zarówno odpowiedniość, jak i siła woli. Miał szczerą nadzieję, że Jem sobie to uświadomi, albo wszyscy będą mieli kłopoty. Maxie nie była w stanie przewodzić kobietom jak Alec mężczyznom. Nie tylko brakowało jej konieczności zrozumienia natury transgeników, doświadczenia i absolutnie bezwarunkowej lojalności kobiet, to na dodatek nie posiadała koniecznej na tym stanowisku empatii, zrozumienia dla problemów innych i chęci znajdowania ich rozwiązania. Jem żywo obchodziło, co się stanie z nimi, każdy to widział. Zależało jej na tym, by ich dawne marzenia o wolności urzeczywistniały się, zamiast odchodzić w siną dal, jak to wydarzyło się przed ponad rokiem za sprawą rzeczonej najnowszej ‚alfy’.

„Fizycznie dobrze.”

„Psychicznie nie bardzo.” pokiwała głową. Z tego co mówiła Naomi, Han prawie zabiła Marię, dziewczynę Michaela Guerina. Tylko ingerencja Nem uratowała życie dziewczyny, ale i tak mała pani doktor zapłaciła za to wysoką cenę. Naomi nie chciała podawać szczegółów i to było dziwne. Rozmawiała za to z Ky’em, który po dostaniu pełnego opisu wydarzeń wręcz zzieleniał ze zmartwienia. Cokolwiek wydarzyło się w Roswell, było kolejną cegiełką w całym tym dziwnym spisku, jaki urządziła część oddziału Aleca. Zaś Dave niewątpliwie należał do wtajemniczonych. Może więc zamiast dręczyć Aleca, powinna zapytać doktorka? „Mogę cię o coś zapytać?” mruknęła neutralnie, idąc za nim do jednej z większych sal. Właśnie mieli jeden oddział X5, poparzonych straszliwie podczas próby przedarcia się do miasta. Cholerne skanery.

Nawet na nią nie spojrzał, kiwając obojętnie głową.

„Coś o Nem?” uniósł pytająco brew.

„Skąd wiesz, że o nią?”

Dave wzniósł swoje spojrzenie do sufitu udając modlitwę o cierpliwość.

„Któregoś dnia przydzielę wam numerki i ustawię w kolejce…”

Zaśmiała się. Całe TC pewnie w niej by wylądowało.

„O co chodzi z tym spiskiem?”

„Spiskiem?” jego oszołomiona mina mówiła wiele.

„Trudno nie zauważyć tych cichych rozmów wśród waszych kobiet, w dodatku każda zamyka buzię, kiedy o to pytam. Nawet rozkaz nie pomaga. Coś się wydarzyło między Nem a Aleciem, o czym nie wie ogół?”

Dave wzruszył ramionami.

„To nie jest żadna tajemnica ani Nem… nie ukrywa tego faktu. Właściwie, o ile sięgam pamięcią do ostatnich minut na lotniskowcu, tam, u wybrzeży Afryki, jestem przekonany, że usiłowała mu powiedzieć.”

„Powiedzieć o czym?” spytała oszołomiona. Ale Dave miał ten odległy wyraz twarzy…

„Byłem chyba jedynym, prócz Aleca, który słyszał ich rozmowę, zanim Renfro zastrzeliła pielęgniarkę.”

Jeminie nie pozostało nic innego jak podrapać się po głowie i drążyć temat.

„O tym, co ukrywała, że musiała uciec? To było najgorsze wydarzenie w historii transgeników. Wiesz, co się stało z Aleciem…”

„Wiem, ale nie wyobrażam sobie, co by się stało, gdyby wówczas nie uciekła. Alec chyba by zwariował, gdyby dostała się w łapy Renfro. Dobrze się stało.”

„Straciłeś rozum?!” spytała z niedowierzaniem.

„Niee.” pokręcił głową, zauważając iż kilku transgeników wcale nie spało, tylko udawało sen, słuchając chciwie każdej drobiny informacji. Dobrze. Może to czas pomóc troszeczkę pani doktor. „Nem wzięła na siebie ogromną odpowiedzialność. Wiedziała już w obozie. Inaczej nie wsiadłaby do śmigłowca lecącego na lotniskowiec. Zostałaby z Halem. Nie olałaby polecenia Browna, by zostawić 494.”

„O czym ty do cholery mówisz?” spytała w absolutnym zmieszaniu.

„Mówię o tym…” Dave zerknął na korytarz. Ani śladu Maxie czy jej kilku popleczniczek. Doskonale. Czas na cios poniżej pasa. „…że w momencie, kiedy my staliśmy oniemiali na tym cholernym pokładzie, nie robiąc niczego, Nem, sama jedna zdołała ocalić i siebie, i dziecko, od łap Renfro i jej naukowców.”

Jeminie zadrżały ręce.

„Bujasz!”

Jak do cholery zaborczość Aleca wobec Nem przetrawi dziecko innego faceta? Przecież to praktycznie niemożliwe!

Dave wzruszył ramionami.

„Nem nie jest człowiekiem. Przyznała się jeszcze zanim dotarliśmy do granicy…” ziewnął mimowolnie. Był zmęczony. Za dużo nocnych dyżurów. Ale co do diabła miał robić w swoim apartamencie? Nikt tam na niego nie czekał. „I teraz po świecie chodzi prześliczna malutka dziewczynka z kodem kreskowym 494 na karku. Gdybyś ją widziała… charakterek po mamusi.”

Jemina czuła bardzo pilną potrzebę, by siąść. Podłoga była najbliżej.

„Jak do diabła się nie dowiedzieliśmy wcześniej?” spytała w oszołomieniu.

„Z tego co wiem, to Nem stanęła na głowie, by ochronić córeczkę. Próbkę tego, do czego jest zdolna, zna w TC każdy. Kto to wie, może właśnie tak spotkała Patricka… wiesz, on zaginął przed pożarem. Nie sądzę, by nie chciała się dowiedzieć wszystkiego o X5. Skoczyła do oceanu z lotniskowca, by Renfro nie miała najmniejszego pojęcia o jej odmiennym stanie! Dlaczego więc nie zwinąć rannego Patricka albo pomóc mu w ucieczce przed sekcją bezpieczeństwa?”

„Lubisz ją.” ona zaś nie lubiła nagłej zazdrości na myśl o tym fakcie.

„Owszem.” wzruszył ramionami „Była ze mną szczera, nie kryła swoich obaw, a jednak usiłowała zrobić co należało… Już nie mówiąc o tym, że przez ostatnie tygodnie kilkakrotnie wyciągnęła rękę do Aleca, nawet jeśli jego zachowanie graniczyło z absurdem i chamstwem. Ale cóż, raczej wieści o tej stronie medalu do was nie dochodzą.” mruknął ironicznie myśląc o tych wszystkich peanach kobiet na temat Aleca.

„Więc jest szansa, że będą razem?” spytała pełna nadziei „Alec nie pozwoli, by jego córka nie znała ojca.”

Dave włożył rękawiczki i zaczął metodycznie układać narzędzia do zmiany opatrunku X5, która leżała zupełnie rozbudzona i wodziła szeroko otwartymi oczami to od niego to w stronę Jem.

„Cóż, gdyby nie Nem, nigdy by nie zdążyłby jej poznać.”

„Nie kumam.”

„Mówię o tym, że to paskudztwo, które prawie zabiło Nem w Nigerii, doprowadziło do tego, że malutka choruje na serce.” Dave wbił zawzięcie igłę w buteleczkę z antybiotykiem „Naomi miała ciekawą rozmowę z kuzynem Nem. Mała żyje tylko dlatego, że Nem coś zrobiła, nie wiem co, ale u nich jest to jedna z największych zbrodni. Prawie została pozbawiona zaplecza bezpieczeństwa i wyrzucona z rasy. Z całą pewnością straciła swoją pozycję. Ona stawała na głowie, żeby ocalić dziecko, a Alec w tym czasie pieprzył zwykłe kobiety ruchem obrotowym.”

Jemina niemal czuła pogardę w głosie Dave’a.

„Z wszystkiego, co się działo przez ostatni rok z Nem, Ky zdołał się dowiedzieć kiedy to było. W grudniu. Było jakieś poważne zamieszanie zarówno w organizacji Kamah, jak i nawet Rathisa szlag trafił na kilka dni… Han może ci to potwierdzić, jaki wściekły chodził wówczas. No i traktowanie Nem się zmieniło.”

„Dziwnie jest usłyszeć wersję, gdzie to nie Nem jest ‚bad guy’.” wykrzywiła wargi w półuśmieszku.

„To, że niewątpliwie Alec jest zadurzony po uszy w Nemin, nie znaczy, że nie popełniał błędów. Wciąż popełnia, i to takie, że włosy stają dęba na głowie z przerażenia. Sama dołożyłaś swoją cegiełkę.” spojrzał na nią wymownie; zarumieniła się nieznacznie „Nie wiem, czy będą razem. Nem nie odetnie go od córki, ale teraz ważne jest żeby przeżyła. Według Nicholasa, jak i ojca Nem, Kala, Nem jest najlepszym genetykiem w ich rasie od wielu pokoleń i praktycznie jedyną szansą na to, by mała przeżyła. Jeśli Nem umrze, dzieciaczek może już wybierać miejsce pochówku.”

„Nie mów tak.” zadrżała. Obraz Nem, małej, drobnej, wtulonej w Aleca prześladował ją przez ostatnie dni. Prócz niewielkich rozmiarów naprawdę nie wydawało się, że coś z nią jest nie tak.

„Gdyby Alec dowiedział się po fakcie… albo Nem zawahałaby się z użyciem wszelkich środków… nawet sobie nie wyobrażam, co by było wówczas. Totalne bagno.”

Chrząknięcia zgody posypały się ze wszystkich stron. Dave spojrzał na zegarek, po czym wbił delikatnie igłę w ramię pacjentki. Mimo to skrzywiła się.

„Ale jak znam przewrotny charakterek Nem…” uśmiechnął się nagle i Jemina odniosła dziwne wrażenie, że akurat wspomina coś „No cóż. Wygrzebie się z każdej, najbardziej paskudnej sytuacji. Wystarczy, że nie staniemy jej na drodze. Już wystarczająco jej się dostało przez nas.”

Już wystarczająco jej się dostało przez nas, powtarzała jak mantrę w myślach w drodze powrotnej do swojego apartamentu. Dave był zawsze doskonale poinformowany. Tym razem jednak, po jego rewelacjach, naprawdę nie chciała znać wszystkich odpowiedzi.

Usiadła niedługo potem na łóżku w sypialni i spojrzała na zdjęcie, jakie stało na nocnym stoliku. Jedno z najcenniejszych w jej życiu, starannie ukrywanych przez lata. Byli z Patrickiem na jedynych w życiu wakacjach. No, wakacje to może gruba przesada, ale naprawdę tak się czuła wówczas… byli w środku dżungli, po wykonaniu misji, ich transport został wstrzymany w powodu gwałtownych burz. Trzy dni wolnego od nieustannego obowiązku. To był pożyczony czas, bezcenne chwile razem bez spoglądania się przez ramię czy ogląda ich jakiś nadzór. Wiedziała, że wielu transgeników nigdy nie miało nawet chwili odpoczynku od myśli, czy ich rodziny na zewnątrz Manticore będą bezpieczne, czy stowarzyszenie z transgenikami nie ściągnie na nich niebezpieczeństwa. W gruncie rzeczy wręcz wygrała los na loterii…

Teraz zaś wszystko było rozbite, chwiejne, niepewne. Tak wymarzona wolność była bolesna. Dla kogo niby miała o nią walczyć? Przecież nie dla Maxie G. by wróciła do tego swojego Logana… chociaż, z drugiej strony byłoby to całkiem niezłe rozwiązanie. Przestałaby się pałętać przy Alecu, odbierać jej władzę, i kto to wie, czy nie wyniosłaby się z życia transgeników raz na zawsze… Ostatecznie, według Logana jego Maxie była tylko piękną niewinną dziewczyną, którą złośliwe fatum obdarzyło nieszczęśliwym dzieciństwem i potrzebowała jego pomocy by stać się człowiekiem. Wręcz dziewica w strapieniu potrzebująca jego rycerza.

Ky mówiąc kiedyś o tej dwójce skomentował złośliwie, że ich historia pokazuje, że to raczej Logan Cale był tą dziewicą…

~ * ~

Jemina walczyła z wręcz dziecinną ochotą zasłonięcia uszu, by nie słyszeć wściekłego krzyku Maxie i warczącego w jej stronę Marka. W tej chwili życzyła sobie także z całego serca, by ktoś mocno przywalił albo jej, albo Maxie.

Maxie, ponieważ to przez nią spotkanie z całkiem spokojnego podejścia do sprawy, zamieniło się w całkowity koszmar. Usiedli z godzinę temu, obie strony całkowicie świadome, do jak delikatnych negocjacji się zabierają. Więc praktycznie wszyscy byli przygotowani. Nawet Maxie G., co kompletnie ją zadziwiło z początku. Ale w miarę czas jak płynął, zrozumiała skąd się to wzięło. 452 gwizdnęła z jej biura jej notatki, tę zapisaną kartkę podczas jej snu. Za to chciała, by ktoś jej przywalił, że nie zdołała zauważyć Maxie w jej terenie. Zawiodła. I tak samo ‚przygotowanie’ Maxie G. kompletnie zawiodło w momencie, kiedy argumenty jakie wysuwała, a które znajdowały się na kartce, skończyły się. Było jeszcze kilka niezmiernie ważnych kwestii… sprawy, których nie zdążyła rozpisać. Właściwie na tej kartce znajdował się szkic tych negocjacji, jak przebiegną, co osiągnąć, o czym będzie mowa. Ta cholerna baba ukradła to jej i miała wrażenie, że Lucyfer śmieje się teraz w piekle. Ale w momencie, kiedy spotkanie przekroczyło ostatni punkt z jej zapisków, Maxie straciła niezmiernie szybko kontrolę nad sytuacją i jej kobiety, pozbawione zarówno przywództwa, jak i zawstydzone zachowaniem ich nowej alfy, straciły siłę głosu. Wszystko zmierzało ku kompletnej katastrofie. W jakiś genialny sposób Maxie G. zdążyła zaprzepaścić w kwadrans to co osiągnęli poprzednio. Co za cholerna baba.

Już nawet nie wiedziała, o co się teraz kłócili. Przestała nadążać za nimi.

Na uspokojenie Maxie nie miała praktycznie szans, więc pozostawało im uspokojenie Marka. Bezradnie rozejrzała się za samcami z jego oddziału, ale gdzieś ich wywiało. Potrząsnęła zdumiona głową i złapała równie zaniepokojone spojrzenie Seleny, żeńskiej alfy tego oddziału. Coś się działo z Markiem, jej spojrzenie mówiło wyraźnie. Jego partnerką była ludzka kobieta, Karen, co dodając do tematu tego sporu dawało bałagan nie z tej ziemi.

Nie mając już wyboru ruszyła z miejsca, by zablokować Marka od Maxie. Za sobą słyszała przekleństwa dwóch ze swojego oddziału i prawie natychmiast poczuła szarpnięcie Dave’a na swoim ramieniu. Zabolało, ale dzięki temu uniknęła w ostatniej sekundzie ciosu wymierzonego prosto w szczękę Maxie. Dziewczyna poleciała parę metrów do tyłu. Zamrugała w oszołomieniu, patrząc na Marka. Jej nos złapał bardzo silny zapach testosteronu. Co jest, przecież Maxie nie naruszyła jego terenu?

Teraz żałując, iż nie przysłuchiwała się awanturze, podniosła się z podłogi i niemal stoicko otrzepała ubranie, rzucając ciche ‚dzięki’ w stronę swojego wybawiciela.

Drzwi do sali nagle skrzypnęły, zwiastując czyjeś wejście. Wszyscy unieśli głowy i ze zdumieniem oglądali spokojny spacer uśmiechającego się od ucha do ucha Aleca. Właściwie to szczerzył zęby jak jakiś wariat, który wygrał los na loterii, a potem mu powiedziano, że wygrał pięć razy tyle, na ile wyznaczono główną nagrodę. Zerknęła na Dave’a porozumiewawczo, który mrugnął w odpowiedzi. Zdecydowanie za ten szalony uśmiech odpowiedzialna była Nem. Najwyraźniej nie tylko jej zdrowie się poprawiło… złapała bardzo niewyraźny, dziwny zapach na Alecu, kiedy przeszedł obok niej. To nie był zapach człowieka, ani transgenika. Był ledwie wyczuwalny, ale w niej adrenalina krążyła zbyt żywo, by uszedł jej uwadze. To było połączenie zapachu Aleca i czegoś jeszcze, dziwnego, niezwykłego, słodkiego. Dziecko, uświadomiła sobie nagle. Alec nosił zapach swojej córeczki na sobie, co znaczyło, że przynajmniej z nią miał fizyczny kontakt. Dzięki wam, o wszystkie dobre moce na tym świecie.

„Alec!” Maxie sapnęła ze skargą w głosie. Jem z dziką satysfakcją obserwowała puchnący nos rywalki, strużki krwi spływające po brodzie i włosy, potargane przy upadku.

„Hej, co słychać na froncie?”

Guevara rzuciła mu urażone spojrzenie. Jego zadaniem było ją chronić. Zadaniem każdego samca w jej oddziale, tymczasem żaden nie kiwnął nawet palcem, dyszała w środku. Nie złamała żadnego prawa, wręcz przeciwnie, broniła praw kobiet i oto co ją spotykało w zamian. Przynajmniej ta wredna Jemina też upadła… ale nie ważyła się na nią nawet spojrzeć.

Alec złapał gwałtowny, silny zapach testosteronu zanim jeszcze w ogóle wszedł do pomieszczenia. Każdy samiec emanował, ale oni wszyscy razem wzięci nie zbliżyli się nawet do poziomu, jaki wywietrzył ze strony Marka. Mark był alfą swojego oddziału, jedną z pierwszych w ciężkich czasach Manticore. Nigdy nie był agresywny wobec własnego rodzaju, a fakt, iż parzył się z ludzką kobietą sprawił dodatkowo, że nie był uwikłany w walki. Co najwyżej kiedy jakiś głupi człowieczek dotknął jego Karen. Ale z całą pewnością nie był agresywny wobec innych transgeników, tym bardziej kobiet. Co do diabła stało się z potrzebą ochrony własnego rodzaju? Weszła na jego teren, czy co?

Zerknął na nią. Nie wyglądała najlepiej. Złamany nos domagał się zimnego lodu i szybkiej interwencji lekarza. Nie sądził także, by inni mieli cierpliwość, by wytrzymać jej wzrastającą wściekłość.

Biedny transgenik na dyżurze w szpitalu, pomyślał z humorem, siadając na jakimś przypadkowym krześle. Mark ostrożnie wycofał się w stronę członków własnego oddziału.

„Nic ciekawego… tylko dyskutowaliśmy.” Jemina mruknęła.

Alec uniósł pytająco brew, nie przestając się uśmiechać i jednym okiem łypiąc na usadowionego obok niej Dave’a. Wyglądało na to, że jego przyjaciel jednak zdecydował się coś zrobić z tą patową sytuacją.

„Czy chcemy wiedzieć, co wywołało ten szczęśliwy uśmiech na twojej twarzy?” Maxie niemal splunęła. Myślała, że faceci, którzy walczyli o kobiety, nie mieli sypialni z obrotowymi drzwiami. Najwyraźniej jednak chyba się myliła. I prędzej ziemia się pod nią rozstąpi niż spyta o to jakąkolwiek inną kobietę.

„Ach nic.” Alec podrapał się z tyłu głowy niemal przypadkowo „Tylko spędziłem cały dzień na plaży z Rain i teraz muszę zrobić porządki w mieszkaniu.”

Maxie była zbyt zdumiona i wściekła, by zauważyć reakcję kobiet z jego oddziału. Szybko jednak schowały swoje uśmieszki, widząc pytające spojrzenia, które momentalnie posypały się ze wszystkich stron.

„Spędziłeś dzień z nim…” wskazała na Raina, który wyglądał na piekielnie rozbawionego w tej chwili „…a teraz idziesz do domu posprzątać.” powtórzyła niewiarygodnie, widząc jak Alec kiwa głową, a jego uśmiech staje się jeszcze szerszy „Wszyscy ostatnio zwariowali.”

Wzruszył ramionami, spojrzał na zegarek.

„No cóż, wygląda na to, że poranne spotkanie nie przyniosło żadnego porozumienia…” posłał pytające spojrzenie w stronę Jeminy, która z rezygnacją odbiła je w stronę Maxie G. Wiadomość, kto był winny, dotarła. „Skoro tak, proponuję uporządkować kilka nie cierpiących zwłoki spraw… i powiedzmy, że spotkamy się znów o dwudziestej w moim biurze?”

Wszyscy skinęli z ulgą głowami. Maxie w końcu podniosła się, klnąc pod nosem na obolałe ramię i rzucając wściekłe spojrzenia za Markiem, który bez słowa opuścił pomieszczenie. Selena stąpała zaraz za nim.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *