Przepraszam (20)

Rozdział dwudziesty:  Nem, bikini i czerwony szlafrok

Maxie przeciągnęła się i usiadła na posłaniu. Po raz pierwszy od tygodnia jej głowa nie zabijała jej z rana. I to była miła odmiana, biorąc pod uwagę bardzo gwałtowne i nieprzyjemne dolegliwości, które przyszły razem z odkryciem tajemnej broni Sandmana. I musiała przyznać jedno. Całe to zamieszanie z jej doskonałym DNA było warte w zupełności zdolności, jakie ze sobą niosło.

To był przypadek, jak to odkryła. W momencie jednak gdy zrozumiała ich naturę, łatwiej jej było wyłapać momenty w których objawiały się wcześniej, tylko tego nie dostrzegała. Dotychczas. Jej twarz rozświetlił zadowolony, koci uśmiech. Przyszłość, nawet z tą całą Nem pałętającą się w pobliżu jej Aleca, wydawała się teraz naprawdę obiecująca. Obojętnie jak inteligentna czy niezwykła była ta baba, brakowało jej mądrości, by schwytać okazję, kiedy się nadarzyła. A teraz… dobrze, teraz Alec należał do niej. I nawet jeśli Alec nigdy nie rozłączył instynktów od Nem, zdoła sobie z tym poradzić. Ostatecznie, była transgenikiem. Kimś, kogo życzyli sobie dla Aleca. Nawet jeśli była zdrajcą w oczach większości, to jednak miała atut nad tamtą idiotką. Była transgeniczką, Alec nigdy nie będzie miał tego samego z Nem, co z nią. Musiała sprawić, by znów to widział. By znów jego instynkty były związane tylko z nią, a nie z tą okropną babą, która nie była na tyle inteligentna by pozostać martwa.

„Cóż to za uśmiech?” Cece weszła do sypialni, niosąc na tacy śniadanie. Uśmiech Maxie jeszcze bardziej poszerzył się.

„Nic szczególnego. Po prostu zadowolenie z życia.” wymruczała, niepomna zupełnie faktu, iż pogodny wyraz twarzy blondynki niknie jak ręką odjął. Była jednak zbyt dobrą aktorką by jej życzliwe skrzywienie ust drgnęło chociaż na moment. Ostatecznie, to ona sama zaprosiła Maxie na kilka dni do siebie. Przede wszystkim w nadziei by zostawiła Aleca samego sobie. Zawsze był nadzwyczaj cierpliwy wobec niej, ale cicha wieść puszczona przez Naomi za kulisami, iż Nem od kilku dni walczy o życie z całą pewnością zabrała jego spokój podczas gdy powinien odzyskiwać siły i nie zajmować się jeszcze na dodatek Maxie. Wieść rozchodziła się po TC powoli, ponieważ mało kto wierzył iż Han mogłaby narazić się w czymkolwiek związkowi Aleca i Nem, skoro była jego gorącą orędowniczką. Ale lodowate traktowanie, jakie dostawała od członków własnego oddziału zaczęło działać na wyobraźnię wielu opornych. Szczęśliwie dla sprawy, Maxie nie miała o tym pojęcia. I Cece była gotowa o to zadbać, zwłaszcza, że 452 była niechętna Nem i z całą pewnością zrobiłaby wszystko by Alec nadal poświęcał jej tyle czasu co wcześniej. A skojarzony Alec to Alec nie mający czasu. Nie wspominając o tym, że jak znała 494, tak będzie kochał spędzać każdą wolną chwilę ze swoją małą rodziną. Ostatecznie, marzył o tym od tak dawna, a teraz jeszcze los zesłał mu jak  z nieba śliczną córeczkę.

„Jakie plany na dzisiaj?” zaryzykowała ostrożne pytanie, mając w duchu niewielką nadzieję, że nie włączają ich alfy. Im później Maxie się dowie, tym lepiej. No, ale na jutrzejszy poranek było posiedzenie rady, w bardzo feralnym temacie. Dopiero zacznie się awantura. Aż truchlała na myśl o przebiegu tego wszystkiego. To nie będzie miłe dla żadnej transgeniczki skojarzonej z człowiekiem. A już szczególnie dla Jeminy. Sporo historii zostanie zweryfikowanych.

„Hm, myślałam, żeby odwiedzić Aleca. Nie widzieliśmy się kilka dni i mam sprawę do niego.”

Tak. Sprawę. Wybadać jaki jest jego prawdziwy stosunek do Nem. Od czasu uratowania z rąk NSA nie odzywał się praktycznie wcale na ten temat. Po prostu ignorował pytania a bardziej dociekliwym mówił bez ogródek co mogą sobie zrobić z ich troską. Prawdopodobnie sam był zmieszany. Ta Nem różniła się niewyobrażalnie od historii o słodkiej, ale odważnej pani biolog, jakie do znudzenia przelatywały przez TC. Aż się jej niedobrze robiło od tego.

Cece postanowiła zagrać neutralność i dużo dobrej woli. Ostatecznie to była członkini jej oddziału, nawet jeśli ją samą osobiście doprowadzała do białej gorączki tylko swoim istnieniem. Musiała chociaż zachować pozory. Maxie nie miała rozwiniętego instynktu kto był szczery, a kto nie. Co za idiotka.

„Alec przypadkiem nie pojechał na jakąś misję?” uniosła pytająco brwi. Maxie przesunęła się niewygodnie. Misja? To by tłumaczyło, dlaczego nigdzie go nie widziała ostatnio, ale do diaska, dlaczego nic o niej nie wiedziała? Była żeńską alfą, na litość boską!

„Chyba tak.” westchnęła z żalem „Nie wiesz przypadkiem kiedy wróci?”

Oby jak najpóźniej.

„Niee. To jakieś męskie sprawy. Chyba. Wiesz, jacy faceci są zakonspirowani o tym wszystkim.” Cece wzniosła oczy do sufitu. To akurat była stuprocentowa prawda. Nie wiedziała, kiedy wróci. To była męska sprawa, każdy transgenik na świecie chciał normalnie funkcjonującego 494 a nie jakieś zombie. Nierozwiązana sprawa Nem zaczęła poważnie wkurzać facetów, chociaż po kilku komentarzach ze strony Tava wyszło na jaw, że Alec znów namieszał nawet bez pomocy Han. Tav był tajemniczy i nie zdradzał ani słówkiem co się działo. Ale właśnie jego milczenie i zaciśnięte z dezaprobatą usta mówiły o wiele więcej. No i pełen winy wzrok Jeminy nie uszedł niczyjej uwadze. Mogło pójść o Patricka. Prawdopodobnie czwórka spotkała się gdzieś, Jem była zazdrosna o swojego eks, a Aleca szlag trafiał na samą sugestię pani doktor z kimś innym niż on.

To świetnie, Maxie pomyślała z zadowoleniem. To znaczyło, że mogła wydobyć z Tava informacje. On zazwyczaj był tym, który tłumaczył jej zawiłości ich protokołów zachowań uwzględniających nie tylko instynkty, ale i nawet różnice między żeńskimi i męskimi transgenikami. Nieraz łamał przy tym tabu. Mogła więc spytać go i teraz. Musiała tylko dobrze to rozegrać.

~ * ~

Rain bulgotała szczęśliwie, kiedy powoli, z największą ostrożnością Alec siadał na kocu. Część jego wrzeszczała, by rozejrzał się w poszukiwaniu Patricka albo kogokolwiek kto strzegł dwójki najcudowniejszych kobiet na tej planecie, ale nie mógł oderwać oczu od Nem. Jej świetlana karnacja była teraz lekko brązowa, ledwie muśnięta słońcem, zupełnie jakby pracowała na nią ledwie tego dnia. A może to był kolor skóry wywołany przez zmianę kształtu? Ponieważ już po pierwszym spojrzeniu mógł z niemałym zakłopotaniem powiedzieć, iż ciało Nem w bikini nie było ciałem Nem, które wrył sobie w pamięć kiedy jeden jedyny raz się kochali. Było w niej więcej miękkości i pełności. Ale to ostatnie zapewne zostało gwarantowane przez hormony kamahskiej ciąży. Jeśli ciało ludzkiej, jak i transgenicznej kobiety zmieniało się pod wpływem hormonów, to dlaczego u Nem nie miałoby wystąpić coś podobnego?

Nie, żeby narzekał. Właściwie to był zachwycony. Wszystko w tym małym ciałku było zachwycające i przyciągające go z niebywałą siłą. Nie mógł nigdy spamiętać, by reagował na jakąkolwiek kobietę tak jak na nią samym tylko oglądaniem. Ale też Nem była doskonałością sama w sobie. Drobna, a jednocześnie nie pozbawiona bardzo przyjemnych kobiecych krągłości. A jej skóra… musiał zdusić mimowolny jęk. Jaką wydawałaby się pod opuszkami jego palców? Jak aksamit?

Rain uśmiechała się nadal szeroko, co biorąc pod uwagę ich wcześniejsze czterogodzinne sam na sam, było zaiste cudem. Ale Rain była cudem i kiedy patrzył na jej zielone oczka, niewiarygodne połączenie Nem i samego siebie, czuł gwałtowny przypływ emocji. Ogromną, niemal duszącą miłość do tej małej istotki która samym uśmiechem potrafiła skraść jego serce. I paradoksalnie, niewiarygodne uczucie zaufania i dumy, kiedy tylko napotkał jej niemowlęce spojrzenie. Które utrzymywała nadzwyczaj długo. Więź, uświadomił sobie w niemałym zdumieniu. Jego nadzwyczajna córeczka sięgnęła do niego więzią, sama z siebie. Zaufanie mógł jeszcze zrozumieć, wyczuwała w nim ojca, nie mówiąc już o tym, że miał zapach zakodowany w jej własnym DNA i to z pewnością w jej maleńkim serduszku musiało budzić poczucie bezpieczeństwa, tak samo jak w nim potrzebę ochrony tego małego cudu życia. Ale duma? To go intrygowało.

Wierzgnęła nóżkami, zupełnie jakby wyczuwając jego pytanie i wątpliwość. Potem przytuliła się z powrotem do brzucha mamy, uśmiechając się przy tym z absolutnym zadowoleniem i ufnością, która chwytała go za serce. Patrzył jak przykłada swój malutki policzek do miękkiej wypukłości i zażyczył sobie głęboko w duszy, by móc samemu pewnego dnia zrobić to samo… by mieć do tego prawo. Teraz nie miał. Teraz.

Ignorując niemal już bolesną reakcję swojego ciała, usiadł na kocu, rzucając na piasek buty i kask. Wyłączył komórkę i wszystko, co mogłoby wydać jakiś dźwięk, po czym położył się obok Nem i Rain. Z głową podpartą na dłoni chłonął wzrokiem śpiącą twarz, ciemne włosy, upięte w jakiś skomplikowany kok. Chustkę miętosiła w malutkich rączkach Rain. Uśmiechnął się szeroko. Najwyraźniej tak samo jak on, wolała swobodną fryzurę, nie ukrywającej piękna mamusi.

Rain sięgnęła paluszkami do własnego noska, po czym wyciągnęła rączkę z uśmiechem do niego. Pochylił się z rozbawieniem, w następnej sekundzie czując jak niewiarygodna miękkość skóry dziecka ląduje prosto na jego nosie. Stłumił chichot rozbawienia, usiłując nie obudzić Nem. Z całą pewnością potrzebowała odpoczynku, skoro zasnęła z Rain w publicznym miejscu. Nie wątpił, że to tylko przez zły stan zdrowia. Kiedy Han opisywała mu, co się działo w Roswell, jego serce stanęło z przerażenia kilkakrotnie. Widząc Nem żywą było ogromną ulgą, ale wciąż pozostawała ogromna dawka niepokoju, którą wywoływał jej sen. Nigdy nie widział, by nie była czujna, kiedy to ona była odpowiedzialna za dziecko. Co się z nią stało po uzdrawianiu Marii? Myślał zmartwiony, rejestrując jednocześnie, jak płytki wydawał się jej oddech. Z każdą mijającą minutą wydawało mu się, że znajdował coraz liczniejsze ślady zagrożenia i był niespokojny.

Westchnęła miękko przez sen, przyciągając do siebie bliżej Rain, kiedy ta zaczęła machać dziko nóżkami. Zaskoczony Alec prawie rozbił nos o jej podbródek. W końcu westchnął, przysunął się bliżej dwóch ślicznych kobietek, otoczył je ramieniem i zamknął oczy zupełnie wyczerpany. Zmęczone ciało, czując znajomy zapach, ale i ogromną ulgę znajdowania ich obu bezpiecznych, wreszcie odprężyło się. Kochał Nem, ale życzył sobie, by nie było tylu niebezpieczeństw czyhających na jej młode życie. Inaczej zwariuje…

Oczy Nem otworzyły się leniwie na dźwięk czyjegoś śmiechu. Nicholas, uświadomiła sobie. W następnej sekundzie zrozumiała jednak, że nie na piersi kuzyna leży, lecz na… Alecu. A Rain siedziała sobie obok nich i wymachiwała radośnie łopatką do babek z piasku w jej kierunku.

„O nie…” jęknęła mimowolnie cichutko, nie miała ani grama energii by budować cokolwiek. Jej głos oczywiście obudził z kolei Aleca, który zamrugał szybko i jego ostrożne, pełne obaw zielone spojrzenie spoczęło na niej. Wkrótce jednak przeniósł je na Rain, która zaczęła już całkiem głośno domagać się ich uwagi uderzając plastikową łopatką o żółte wiadereczko w czerwone biedronki. Przestraszony, iż każe mu wynosić się w diabły, ale i zaintrygowany czego chce jego mały sequel, spojrzał niepewnie na Nem.

„Baba!” dobiegło go całkiem wyraźne słowo. Nicholas klapnął obok nich na kocu i podniósł do góry uparciuszka jak gdyby nie było nic niezwykłego w tym, że znajduje dwójkę młodych rodziców śpiącą sobie na plaży w swoich ramionach.

„Nie chcę nic mówić…” na twarzy Niko zakwitł uśmieszek „Ale minęła już pora kolacji. Susan się poważnie zmartwiła.”

Alec z niedowierzaniem spojrzał na słońce. Wciąż stało dosyć wysoko na niebie, ale z całą pewnością to był już wieczór. Mimo tego wciąż było ciepło. Kocham Kalifornię, kompletne przeciwieństwo Seattle, pomyślał z wisielczym humorem. Jeśli mógłby oglądać Nem w bikini codziennie, to gotów byłby przenieść centralę transgenicznych jeszcze tego samego dnia.

Dopiero po kilka sekundach dotarły do niego słowa obcego.

„Nem?” spytał pełen obaw. Ciemna głowa z powrotem spoczęła na jego ramieniu i nie mógł się nie ucieszyć tym. To było czyste niebo. I zadziwiająco nie ruszyła się praktycznie z jego objęcia, ani też nie strzepnęła jego dłoni dosyć swobodnie opierającej się na jej biodrze.

„Susan to kucharka.” wyjaśniła z rozbawieniem obserwując jak panika w jego oczach ustępuje mimowolnej uldze, iż nie złamał jakiegoś ich niepisanego prawa „Pracuje dla taty od 22 lat. Skopie nam tyłki, jeśli nie oddamy jej dziękczynnego hołdu, grzecznie wciśniemy w siebie podwójne kolacje i pójdziemy spać przed 22. Wtedy może łaskawie się zastanowi, czy nie uraczyć nas strychniną na śniadanie.”

Jego niedowierzające spojrzenie mówiło wszystko.

„Lepiej jej posłuchaj, McDowell. To prawdziwa herod baba.” Niko mrugnął do Aleca, zbierając zabawki Rain i ignorując chichoty rozbawionej ochrony; później policzy się z tymi idiotami, którzy ośmielili się psuć romantyczny nastrój tej dwójce. Później i bardzo boleśnie.

~ * ~

Herod-baba okazała się ku całkowitemu zdumieniu Aleca zupełnie drobną,  szczuplutką na oko pięćdziesięciolatką, stojącą w progu kuchni z dłońmi opartymi na biodrach i wzrokiem ciskającym naprawdę groźną dezaprobatę. Alec niemal zapomniał zamknąć buzię, kiedy widział, jak dosłownie Nem kładzie uszy po sobie i posłusznie niczym trzylatka kieruje się ku jadalni. Dokładnie tak jak rozkazała kucharka!

Czy to był alternatywny wszechświat? Zdecydowanie!

Podążył za nią, a Niko zniknął gdzieś z Rain. Prawdopodobnie przewinąć malutką. Geniusz jego córeczki wciąż go zadziwiał, ale nie sądził, by radziła sobie z czymś takim jak zużyta pieluszka. Dzięki Bogu, do tego wciąż potrzebowała rodziców.

Przeszli przez kilka pomieszczeń, aż Nem otworzyła jakieś francuskie okno i wyszła na taras, który przecięła szybkim, chociaż zmęczonym krokiem. Teraz już zupełnie zaintrygowany, podążył za nią jak wierny psiak.

Weszła na schodki i stukot jej obcasów odbijał się echem w jego głowie. Z podziwem patrzył na lekki ruch jej bioder, kiedy tak szła przed nim by w końcu otworzyć inne francuskie okno na piętrze rezydencji i weszła z powrotem do środka.

Zanim jeszcze znalazł się na delikatną firaną, zrozumiał, że nie była to jadalnia. To był pokój dziecinny. Chyba. W każdego kącika wyzierał do niego zapach Rain i paradoksalnie, o wiele silniejszy zapach Nem. Ogarnął wzrokiem pastelowe ściany, ozdobione dawnymi postaciami z klasyki bajek, wyższe ich partie i sufit usiane srebrnymi punkcikami, które zapewne w nocy imitowały rozgwieżdżony nieboskłon. W łóżeczku stojącym przy ogromnym łóżku, nie, czymś w rodzaju nasennej platformy, otoczonej ze wszystkich stron podestem, niewinnie spała przebrana Rain. Pokręcił ze zdumieniem głową. Zapewne jakieś obce czary mary.

Dopiero po drugim spojrzeniu zorientował się, że to nie pokój dziecinny… co pokój samej Nem. Najwyraźniej nic się tu nie zmieniło od czasów, kiedy ona była dzieckiem. Co najwyżej zawartość kilku półek, na których stały jakieś naukowe książki, jakieś biurowe drobiazgi i coś wyglądającego na zaawansowany sprzęt elektroniczny. Nie potrafił powiedzieć, co to było.

„Zaczekaj chwilę.” Nem po raz pierwszy zwróciła się do niego od kiedy się obudzili na plaży. Drgnął. To niedokładnie były słowa, które pragnął usłyszeć, ale hej, przynajmniej nie potraktowała go jakimś zabójczym obcym rentgenem i zostawiła w jednym kawałku.

Chyba naoglądał się w życiu za dużo kiepskich filmów o kosmitach. Szczególnie takich, gdzie widać zamki błyskawiczne w kostiumach aktorów.

Obserwował jak wysuwa szufladę i wyjmuje świeży ręcznik. Obraz nagiej skóry Nem, miękkiej i śliskiej od wilgoci, przemknął przez jego głowę. Wspomnienia z Nigerii wydawały się prześladować go ostatnio aż zbyt silnie. Nie potrzebował dodatkowego bodźca, by wiedzieć, że chce Nem. Ale jak na złość, fatum, czy też mała, uparta osóbka, miały inne zdanie.

Nie rzuciła na niego ani jednego spojrzenia, zanim zniknęła w łazience i przez kilka sekund był za to wdzięczny dobrym duchom. Inaczej zobaczyłaby chyba faceta na krawędzi totalnego obłędu.

Z ciężkim westchnieniem rzucił się na łóżko i zamknął oczy. Nadmiar adrenaliny w jego krwi powędrował w jedno konkretne miejsce na samą myśl o Nem i wodzie. Jakby już wcześniej nie miał cholernego problemu…

Małe, ciepłe łapki ścisnęły go mocno za szyję. Otworzył zamroczony oczy, tylko by odkryć, że leży rozłożony zupełnie na łóżku Nem, z Rain rozrabiającą na całego i Nem spoglądającą w ich stronę z niewiarygodnym ciepłem w oczach. Ile by dał, by już zawsze budzić się w taki sposób…

Jej prysznic musiał trwać całkiem długo, ponieważ jej skóra była zaróżowiona i wciąż pachniała wilgocią, a na ramiona rozsypywała się przewspaniała kaskada mokrych loków, uwydatniając kruchość postaci.

„Susan przyniosła nam kolację, ale nie wiedziałam, co zamówić dla ciebie.” mruknęła przepraszająco „Masz kurczaka.” wskazała na tacę na nocnym stoliku, której wcześniej jego zamroczony snem umysł nie spostrzegł; żołądek zaśpiewał entuzjastycznie na widok ogromnego talerza kurczaka w ostrym, chińskim sosie, białej góry ryżu i osobnej miseczki z surówką „Nie pogniewasz się, jeśli zjemy tutaj? Naprawdę nie chcę oglądać teraz twarzy ochrony.” zmarszczyła swoje brwi. Alec uśmiechnął się. Wyglądało na to, że Nem tak jak dawniej nie lubiła, gdy ktoś jej pilnował jak małego dziecka. Te przebłyski dawnej pani doktor wlewały w niego nadzieję, że nie pomylił się rok temu, że jednak coś do niego czuła… inaczej słowa Biggsa, obojętnie co niosły ze sobą, nie zraniłyby jej tak bardzo. Nieprawdaż? Przez tydzień miał za wiele czasu na myślenie.

„Nie szkodzi… a co z tobą?” spytał, przyjrzawszy się uprzednio tacy i odkrywszy iż poza posiłkiem dla niego, nie było tam praktycznie nic dla niej.

„Nie mogę jeść ludzkiej żywności.” uśmiechnęła się smutno, podchodząc do łóżka i siadając na krawędzi. Poły jej ogromnego, czerwonego szlafroka rozchyliły się niebezpiecznie, ukazując delikatną skórę uda. Alecowi nagle wyschły usta. „Żadna z moich powłok nie funkcjonuje, więc nie może filtrować związków chemicznych pochodzących z żywności. Ścisła dieta.”

„Biedactwo.” wymknęło mu się z ust, nim powaga jej słów dotarła do niego; przerażony zerknął na nią. Dlaczego więc była żywa i siedziała na wyciągnięcie ręki?

Jego niepewny wzrok był wręcz rozbrajający.

„Sztuczna powłoka. Kal mówi, że…” przełknęła ciężko. To nie były dobre wieści. „…że moje są martwe.”

Wina ciężko osiadła na dnie jego żołądka. Zamknął oczy nagle zmęczony.

„Powoli umierasz.” wymamrotał w poduszkę, niepewny nawet jakim cudem wydobył z siebie głos.

Zupełnie nieoczekiwanie dla niego uśmiechnęła się. Zamrugał, czy dobrze widzi.

„Hej, aż tak źle nie jest…” przyciągnęła do siebie Rain, całując jej małą blond główkę „Założono mi sztuczną powłokę. Ale wymagam natychmiastowego przeszczepu serca. Mój organizm nie wytrzymuje obciążenia.”

„Czy… da się to zrobić?”

Podniosła na niego spojrzenie.

„Nie w ziemskich warunkach. Za dwa lata z Neeilen, naszego nowego domu, przyleci zupełnie nowy frachtowiec specjalnie po mnie… Według szacunków naszych lekarzy, kiedy już postawię stopę na nowej planecie, zdążą odtworzyć się co najmniej trzy powłoki.”

„Och.” nie wiedział, co powiedzieć. Ulga, iż Nem jednak nie zejdzie z tego świata kontrastowała z przerażającą wizją jej gdzieś w dalekim kosmosie. Z Rain. I bez niego. „Jak daleko jest Neeilen?”

„Ponad pół roku lotu na maksymalnej szybkości królewskiego frachtowca, którym obecnie jest Dakeri.”

„Domyślam się, że królewski jest najlepszy i najszybszy?” spytał sucho.

„Aha. Ale jego medyczna część została przezbrojona. Wiezie obecnie zbyt cenny ładunek, by marnować nawet centymetr miejsca.”

Uniósł pytająco brew. Tylko potrząsnęła głową.

Ok. Ma nie pytać. Westchnął. Ale wydawało się, że Nem jednak chyba myślała o tym samym, co on. Przynajmniej tak wywnioskował z jej następnych słów.

„Nie martw się. Nie odetnę cię od Rain.” jej małe palce bawiły się loczkami na głowie ich córeczki; te zgrabne paluszki rok temu doprowadzały go na skraj czystego obłędu. Jezus Maria, jak on chciał po prostu sięgnąć ponad Rain do Nem, pociągnąć za pasek szlafroka, odsłonić ciepłe ciało schowane pod nim, skosztować ustami każdego skrawka jej aksamitnej skóry, zatopić się w jej gorącym wnętrzu…

„Alec, czy ty mnie w ogóle słuchasz?” rozbawiony głos Nem przerwał marzenie tak realne, iż niemal czuł jego smak na ustach. Brązowe spojrzenie Nem patrzyło na niego uważnie, ale z rozbawieniem.

„Przepraszam.” wymamrotał w poduszkę „Leżysz tutaj w samym szlafroku, wodząc mnie na pokuszenie, twój zapach wrzeszczy w mojej głowie ‚moja’, a że dla mnie to był długi czas…” jęknął, zastanawiając się, dlaczego to w ogóle głośno mówi. Nem nie musiała znać tych wszystkich szczegółów. Prawda? „Jestem tylko biednym facetem…”

Nie mówiła nic przez chwilę, więc zaryzykował nieśmiałe spojrzenie w jej stronę. Rain wierciła się przy jej szyi, wyprawiając naprawdę dzikie harce, usiłując rozsunąć poły szlafroka, zaś Nem dzielnie się broniła… ale zerkając na niego.

„Wiem, że to był długi czas.” szepnęła cicho, jakby bojąc się, że słowa zepsują nagły nastrój, jaki zapanował między nimi. Nie odniosła się do jego wcześniejszych słów i postanowił nie naciskać, ale to było tak diabelnie ciężkie, skontrolować się… marzył o niej tak długo, teraz była ledwie na wyciągnięcie dłoni. „Nie było nikogo od tamtego czasu.”

Jego usta wyschły zupełnie. Mówiła o sobie. Niemal jęknął z zadowolenia. Coś jakby wielotonowy blok spadł mu z serca. Przez ten ponad rok nie było nikogo innego?

„Zupełnie nikogo?” wychrypiał. Westchnęła… z żalem?

„Niezbyt pasuję do waszych standardów.” wymamrotała z prawdziwym zakłopotaniem, po czym dodała ze smutkiem „W ogóle do waszego świata. Nikt mnie tam nie chce.”

Wyczuwając nagle, że za jej słowami kryje się znacznie większe znaczenie, niż z pozoru mogłyby nosić, odważył się spojrzeć w jej oczy i praktycznie struchlał. Zieleń kryła smutek, jakiego jeszcze nie widział w niej.

„Dlaczego? Co takiego złego zrobiłam, co zrobiłam wam, że tamtą kobietę akceptujecie, a mnie nie? Nigdy nie wystąpiłam przeciwko, nie zdradziłam, nie wyłączałam cię umyślnie z życia Rain, a jednak… jednak…” jej głos zamarł „Dlaczego według was nie jestem wystarczająco dobra na mamę Rain?”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *