Przepraszam (2)

Rozdział drugi: Światełko w tunelu

Rzucił plik zdjęć na środek stołu. Rozsypały się na wszystkie strony, ale każde było na tyle wyraźne i dobrze zrobione, iż nikt nie miał wątpliwości, kogo przedstawiają. Różnice były nieznaczne, głównie w wyrazie twarzy i ubiorze. To była ta sama osoba,  o której myśleli, że pochłonęła ją głębia oceanu.

„To jakiś chory żart?” Nick wymamrotał „Bliźniaczka?”

„Nie. Nem we własnej osobie. Sprawdziłem.”

„Rozmawiałeś z nią?”

„Żartujesz sobie? Żeby uciekła na drugi koniec świata?” zapytał z goryczą „Przy okazji dowiedziałem się paru ciekawych rzeczy. Zdjęcia są sprzed tygodnia, zrobione w miejscu, które najwyraźniej jest jej podstawową bazą, czy wręcz ukryciem.”

„Co masz na myśli? Przed kim się ukrywa?”

Przed transgenicznymi? Wisiało to w powietrzu.

„Uchodzi za zwyczajną dziewczynę, która czasem wyjeżdżała. W zeszłym roku najdłużej.” skrzywił się na myśl o plotkach, jakie go obiegły. Spanie z kolegą? Co to za grzech, specjalnie, że z tego, co widział, Kyle Valenti należał zdecydowanie do osób troszczących się o nią wręcz… nadmiernie. „Każdy wyjazd pokrywa się z jej pracą, uzupełniłem jej profil zawodowy. Setki zleceń, sporo dla czarnego rynku. Wróciła tam w październiku, na kilka dni, po czym znowu wyjechała. Teraz siedzi tam od marca czy coś koło tego. Niedługo.”

„Co ona tam robi?”

„Mieszka z rodzicami…” wciągnął głęboko powietrze, zanim dokończył zdanie „… i chodzi do szkoły.”

„Co…?” zduszone okrzyki zdumienia przebiegły przez pokój. Tylko Dave siedział rozparty w fotelu i gapił się na te zdjęcia. Rejestrował drobne zmiany w rysach twarzy. Zmęczenie malujące się w orzechowych oczach. Długie rękawy mimo wysokiej temperatury.

„Uchodzi za osiemnastolatkę, wróciła, by skończyć szkołę.” Ky uśmiechnął się przewrotnie „Ta mała jest naprawdę skubana. Ma podwójne tożsamości, używa ich zamiennie. Nem Hendricks-Langley istnieje rzeczywiście, Harvard przyznał jej doktorat sześć czy siedem lat temu. Ale Liz Parker, pod takim nazwiskiem jest znana w Roswell, zaistniała dopiero czternaście lat temu, kiedy bezdzietne małżeństwo Nancy i Jeff Parkerowie podobno ją adoptowali. Wszystkie papiery w instytucjach w Roswell się zgadzają, tylko w centralnym rejestrze krajowym nie ma żadnej wzmianki o tej adopcji. Dziewczynka dość często wyjeżdżała z matką, gdzie, nie zdołałem ustalić. Dopiero dwa lata na Harvardzie są udokumentowane. Wygląda na to, że Parkerowie nie byli w najmniejszym stopniu zdumieni geniuszem ich jedynaczki. Ba, nagle znaleźli ogromne fundusze, by zapewnić jej właściwy rozwój i dostęp do wiedzy.” spojrzał ciekawie na Dave’a „Najpierw zaczęła medycynę, ale coś się zmieniło i przerzuciła się na biologię. Hendricks-Langley zaprzestała przyjmowania jakichkolwiek ofert pracy w lipcu zeszłego roku, ale nie znaczy to, że nie napływają wciąż. Różne instytuty zabijały się o nią. Wygląda na to, że jej własny geniusz obrócił się przeciwko niej. Miała dwa starcia z wojskiem, z których jakimś cudem wyszła zwycięsko. Każda agencja i każdy terrorysta na tym globie chciałby ją dorwać. I, żeby było zabawniej, ma opinię całkowicie nieprzekupnej. Nigdy nie wiadomo, dlaczego przyjmuje tą a nie inną ofertę pracy i bynajmniej brała się nie tylko za trudne. A wszystko jeszcze przed osiemnastką.”

„Sądzisz, że poważnie…” Cece potrząsnęła głową w czystym zdumieniu „Jezu, to przecież jeszcze dziecko! Cośmy narobili?”

„Myślę, że jest nieznacznie starsza niż mówią jej papiery jako Liz Parker. Data urodzin jako Nem Hendricks-Langley jest chyba bliższa prawdy. Siedemnasty grudnia 2000 roku.”

„Dwadzieścia. Tak mówiła.” zamruczał Dave ze swojego miejsca „Myślę, że ktoś ją tam umieścił.”

„Sądzisz, że też jest zaprojektowana w jakimś laboratorium?”

Potrząsnął energicznie głową.

„Nieee.” Ky również zaprzeczył teorii „Myślę, że Manticore miało rację. Coś było w jej genetyce, co gwarantowało, że wyrośnie z niej geniusz. I najwyraźniej nie jest nowe dla agencji rządowych, słyszeliście Renfro na lotniskowcu: ‚w końcu po tylu latach widzę jednego z was w akcji, wiedzieliśmy, że Hal spotkał kogoś z was’. Więc przetrząsnąłem biografię Hala. Został zwolniony z wojska w 1947 roku. Zgadnijcie, gdzie. Eagle Rock Military Base, Roswell, Nowy Meksyk.”

„Tak. A Nem jest kosmitą.” Solo zarechotał „Ale Nem wyraźnie mówiła, że nigdy nie zdobyto żadnego z nich, w dodatku sugerowała wyraźnie, że ją pomylono z kimś z ‚Antaru’. Coś komuś świta? Z tego, co słyszałem, wojsko zdobyło dwóch żywych ufoludków, dwoje nie żyło w momencie katastrofy. I żaden z nich nie wyglądał jak człowiek, nawet nie mamy podobieństw we wnętrznościach.”

„Nie mówię, że jest kosmitą, poza tym wszyscy schwytani byli męscy, nieprawdaż? Ale może ktoś coś kombinował już wtedy z genetyką, podobnie jak Zaufani.”

„Albo miała genialnych rodziców.” Joan mruknęła „Debatujemy tutaj, nie mając żadnych podstaw do tego. Nie lepiej ją złapać i zadać parę pytań?”

„I przy najbliższej okazji sprowokować ją do ucieczki lub samobójstwa?” Rain wtrącił cierpko „Zamknąć drogę Alecowi? Teraz, kiedy mamy cud, o jaki się modlili wszyscy po cichu od spłonięcia Manticore?”

„Ty chyba nie sugerujesz…?” Cece spojrzała na niego z powątpiewaniem.

„Czemu nie? Warto spróbować.”

„Już raz zawiedliśmy.” przypomniał mu Ky.

„I?” Rain drążył dalej, patrząc po twarzach przyjaciół „Widzieliście, co się stało z Aleciem, hulajdusza, bawidamek. Dopiero zaczął się otrząsać. Pokażmy mu te zdjęcia, dostarczmy dowodów, że to naprawdę Nem i czekajmy na reakcję. Żaden z nas nie zna uczucia straty partnera. Co, jeśli można to naprawić?”

„Jeśli to sprawi, że Alec się wyjmie w końcu swój zakuty łeb ze spodni…”

Śmiech.

„… i dostaniemy z powrotem kogoś, kto zrobiłby wszystko byśmy byli żywi i bezpieczni, to ja jestem za. Cokolwiek, co przywróci mu wiarę i zaufanie we własne umiejętności.”

„I odciągnie od tych panienek w Crash.” dodała znacząco Cece, szturchając łokciem Han i Joan.

„Myślicie, że wciąż będzie jej chciał?”

„Kto wie? Nie dystansował się od niej, nigdy nie widziałam, by spróbował rozłączyć swoje instynkty od niej. Wręcz przeciwnie, pogrążał się w tym.”

„Co o Nem? Jacyś faceci w pobliżu?”

„Nie, żebym wiedział. Kilkoro przyjaciół. Poza tym, naprawdę myślicie, że nie podbiłby osiemnastoletniego dzieciaka, gdyby zechciał? TO musiałby być jakiś cholerny cud.”

„Wiesz, po dzisiejszym dniu zaczęłam wierzyć w cuda.” Cece mruknęła trzepocząc słodko rzęsami.

~ * ~

„Grecy mawiali, że przyjaciele to jedna dusza w dwóch ciałach.” Nem szemrała miękko do jasnej główki, spoczywającej w zagłębieniu jej ramienia. Lekki wiatr szumiał w koronie ogromnego dębu, pod którym obie spoczywały, niemal jakby przygrywał melodię do jej opowieści. Słońce rzucało jasne plamy na otwarte stronice książki, wydobywając jednocześnie krwawo-złotą barwę z wydawałoby się zupełnie czarnych, długich włosów. Dla przeciętnego obserwatora, wydawała się niemal jak anioł, młoda matka z twarzą rozjaśnioną miłością do małego dziecka.

Ale nie była. Właściwie była dokładnym przeciwieństwem, skonstatował Jeff, przemierzając bujną parkową murawę. Dzień należał do wyjątkowo ciepłych i obie panny Langley wybrały się na spacer. Do publicznego parku. Pokręcił głową w zdumieniu. Jak do diabła mogła tak narażać swoje jedyne dziecko? Wciąż pozostawało to dla niego niepojęte. Czasami sprawiała wrażenie wręcz psychopatki, skupionej na bezpieczeństwie jedynaczki, a czasem wykazywała tak dalece idącą beztroskę, że nawet Redgar niemalże interweniował. Nie, żeby drugi dorosły obcy mógł non stop przebywać z Nem, właściwie to nie mógł przebywać w ogóle, ale czasem więzi rasowe okazywały się znacznie silniejsze niż jakiekolwiek zakazy.

„Zamierzasz oglądać nas, aż skończę książkę?” dobiegł go cichy głos. Zaskoczony spojrzał na nią. Mógłby przysiąc, że nie zauważyła go. Ale z drugiej strony… cóż, może pomylił się sądząc o narażaniu się publicznie. Żyła na tej planecie wystarczająco długo i skoro potrafiła poradzić sobie nawet jako małe dziecko, to teraz kiedy miała powody do tego, tym bardziej chyba mogła być skupiona na bezpieczeństwie. Nigdy tego nie wiedział. Stanowiła zbyt skomplikowaną mieszankę nieśmiałości i małego dziecka z przerażająco pewnym siebie obcym. Nigdy nie wiedział, która strona wyskoczy w danej chwili. Niemniej od czasu, kiedy przyjechała do Roswell z dzieckiem, była jeszcze bardziej nieprzewidywalna. To naprawdę mieszało.

„Tylko się zastanawiałem.”

„Nad?” nawet nie podniosła głowy.

„Ojcem Rain.”

Westchnęła.

„Ile razy o tym rozmawialiśmy?”

„Ani razu. To ty zawsze kategorycznie odmawiałaś jakiejkolwiek odpowiedzi na nasze pytania.”

„To również nazywa się rozmowa.”

„Khm.” Potwierdził. Nigdy nie wygrywało się potyczek słownych z Nem. To była dziewczyna, która mimo swojego obcego pochodzenia potrafiła nabierać naiwnych turystów na zbyt długo leżące na słońcu zdjęcie lalki. Stosunek emocjonalny do sprawy niestety nie blokował jej inteligencji. I uporu. „Tym razem będzie inaczej.”

„Jak?” zapytała łagodnie, podnosząc w końcu głowę i patrząc na niego „Dlaczego miałoby być inaczej tym razem?”

Bingo, pomyślał Jeff. Ona nie jest niechętna rozmowie o nim. Tylko nie chce słuchać oskarżeń, które za każdym razem wysuwa przeciwko niej Nancy.

Westchnął i usiadł na kocu obok. Rain natychmiast straciła zainteresowanie książką i przeniosła swoje piękne, zielone oczy na niego. Mógłby przysiąc, że patrzy na niego uważnie, jakby chciała się zapytać, dlaczego denerwuje jej mamę. Psiakrew, jego wnuczka uważała go za zagrożenie. Znał to spojrzenie aż za dobrze. Znał je z dzieciństwa Nem, kiedy robił coś, co wiedziała, że nie spodoba się Kalowi. Wystarczało wówczas, że spojrzała. Tylko spojrzała. Przesunął się niewygodnie.

„Oglądałem wiadomości.”

Rain wtuliła się w matkę, sapiąc cichutko z zadowolenia, kiedy dłoń Nem automatycznie uniosła się do małych plecków. Była taka mała…

„Przesłuchanie w Senacie na temat transgeników.”

„Ach.” wymamrotała.

„Zawsze mnie zastanawiało, jak przyniosłaś do domu dziecko, kiedy Kal zawsze twierdził, że nie jesteście zdolni do rozmnażania z ludźmi.”

„Pewnie Nancy uważa, że powstała w próbówce i jest pierwszym krokiem do inwazji?” zaśmiała się sucho.

„Coś koło tego.” przyznał bez wahania. Na ten temat nie musiał kłamać, poza tym Nem była wystarczająco inteligentna, by pewne sprawy zrozumieć sama. Nancy była po prostu nadwrażliwa na sprawy obcych. Nawet jeśli miała w swoim domu jednego, nie dwoje obcych.

„A ty co uważałeś?” zapytała ciekawie, zdecydowanie ułagodzona jego spokojnym podejściem. Usiłowanie nauczenia obcego dziecka nieco ludzkości to jedno, ale przyjmowanie pod swój dach dzieciaka, które miało w sobie geny wytrenowanych, genetycznych maszyn do zabijania, jak transgeników określała telewizja, to coś zupełnie innego.

„Że są sprawy, o których nigdy nam nie powiesz, nawet jeśli byśmy je zrozumieli.” połaskotał Rain po małej rączce. Zagryzł wargę. „I cały czas się zastanawiałem, czy nie zrobiłem czegoś, co by to spowodowało.”

„Nie mówię o 494 ponieważ nie chcę, a nie dlatego, że nie mam nic do powiedzenia, tato. Dwa, Kamahowie rzadko wspominają nieżyjących. Zapomniałeś?” zapytała łagodnie. Powiedziała rodzicom, że ojciec Rain nie żyje. Hm, może właśnie dlatego sądzili, że jest z próbówki? Nie miało zresztą to dla niej znaczenia. Alec robił teraz to, co chciał. Był wolny od odpowiedzialności, wyrzekł się poznania swojego dziecka.

„Nie.” odpowiedział cicho „494?”

„Opis, oznaczenie, numer. Niektórzy mieli imiona, ale posługiwali się nimi raczej w tajemnicy przed zwierzchnikami. Był X5. Transgenicy wyglądający jak ludzie.”

„Och.” podrapał się po głowie, przywołując słabe wspomnienie „X5? Czy Kal nie wysłał przed dwunastu czy trzynastu laty Dana do zinwiligowania jakichś wojskowych oddziałów specjalnych o nazwie X5?”

„Ci sami.” przytaknęła „Nawet dość dobrze się znali.”

„Co za zaskoczenie!” parsknął śmiechem, znacznie złagodzony. Ale w następnej sekundzie przyszło kolejne pytanie. „Czy to przez 494 była ta cała awantura z pozostałymi Kamahami? Ponieważ był żołnierzem?”

„Nie. Naprawdę nie chcę mówić na ten temat, dobrze?”

Jeff skinął głową, nie mając żadnego wyboru. Przez te wszystkie lata nauczył się, iż o wewnętrznych sporach między sobą Kamahowie nigdy nie mówili. Różnili się zbyt od ludzi, ich psychika i pojmowanie świata były kolosalnie odmienne i chociaż znał ich reguły, nie miał żadnego pojęcia o co zazwyczaj biegało, kiedy dochodziło do sporów. A ta zazwyczaj spokojna i pokojowa rasa naprawdę potrafiła się kłócić między sobą, jeśli mieli powód.

~ * ~

Nagle coś złapało jego uwagę. Czy też raczej ktoś. Znajoma wysoka sylwetka, prosta, ale nie sztywna. Ciemne nieco przydługie już włosy i ciemne oczy. Prosto w niego, stał po drugiej stronie ulicy, z rękoma w kieszeni i obojętnym, znudzonym wyrazem twarzy. 494 nie widział go wiele miesięcy… ale wcześniej stykali się setki, jeśli nie tysiące razy. Był najczęściej spotykanym przez niego człowiekiem na zewnątrz Manticore, ponieważ koordynował akcje wojskowe transgenicznych. I mimo tych wszystkich długich godzin spędzonych w jego towarzystwie, nigdy, przenigdy nie widział jego w takiej postaci. Za każdym razem, kiedy przypominał sobie wysoką sylwetkę pułkownika Browna, przychodziło mu na myśl jedno słowo: żołnierz. Mężczyzna patrzący na niego z drugiej strony ulicy był wszystkim, tylko nie tym. I to było zdumiewające. Żadnej sztywności, surowego wojskowego stylu… Chryste, nigdy nie widział, by nawet o milimetr przekroczył przepisową długość włosów, teraz jego fryzurę mógł określić wręcz jako niedbałą.

Najbardziej jednak zaskakujące wydawało się wrażenie, jakie roztaczał wokół siebie. Brown był bardzo dobrym dowódcą i świetnym strategiem i przez siedem lat znajomości z nim nigdy nie widział, by któryś z jego podwładnych go nie szanował. Teraz jednak Browna otaczała aura czystej, surowej władzy. Do tego stopnia, że nawet zwykle nieświadomi tego typu spraw ludzie omijali go szerokim łukiem. Facet sprawiał, że przechodnie ustępowali mu z drogi. Powietrze wokół niego niemal drgało, zupełnie jakby dominował nad otoczeniem.

Tyle na temat jego domniemanej niskiej pozycji w Kamah…

Nagle jednak odwrócił się i Alec zrozumiał, że stracił jego zainteresowanie. Dopiero wówczas zrozumiał, że wstrzymywał oddech… na dość długo. Płuca domagały się powietrza. Obserwował w zdumieniu, jak Brown otacza ochronnym ramieniem jakąś kobietę, która właśnie wyszła z księgarni i idzie z nią do zaparkowanego niedaleko samochodu. Otworzył drzwi od strony pasażera i poprawiony wzrok Aleca uchwycił zwyczajną złotą obrączkę na jego palcu. I wtedy Brown podniósł wzrok, prosto na niego. Coś błysnęło w jego spojrzeniu, nie była to ani wrogość ani przyjaźń. Nie umiał tego nazwać, chociaż najwyraźniej było przeznaczone dla niego. Brown wsiadł do samochodu i minutę później pojazd zniknął za rogiem.

Alec wyrwał się z odrętwienia i natychmiast wyciągnął komórkę, wybrał numer i czekał na odpowiedź.

„Logan, kumpel, zrobiłbyś coś dla mnie?” rzucił bez wstępu. Cale’a zatkało na moment, ale dość szybko się otrząsnął. Bez względu na jego ostatnie dziwaczne zachowanie, Alec był przecież facetem Max.

„Cześć, Alec. Jak miło znów cię usłyszeć.” odpowiedział konwersacyjnym tonem „Czyżbyś miał do mnie prośbę?”

„Tak. Możesz sprawdzić dla mnie rejestrację samochodu?”

Teraz Logan był więcej niż zdziwiony. Był zszokowany. Transgenicy zazwyczaj sami załatwiali swoje sprawy, nie zwracając się o pomoc do innych. I Alec… Alec nigdy o nic nie prosił, co najwyżej robił jakiś mały interes na boku albo pakował się w środek kłopotów. I z całą pewnością nie przypominał sobie, by Alec kiedykolwiek zwracał się do niego z prośbą, niech żeby to przyznawać… Kompletny szok.

„Jasne, zadzwonię do Matta Sunga. Numer?”

„ST XC05. Może być związany z facetem o nazwisku Dan Brown lub jego żoną, której imienia nie znam. On był wojskowym, pułkownikiem, koordynował kilka spraw Manticore.”

„Ktoś cię ściga? Dać znać Max?”

„Nie, nie. Facet zna twarze 90% serii X5, gdyby maczał palce w ściganiu nas, dawno byśmy byli potrawką dla robaków.” podrapał się po nosie. No właśnie. Że też nigdy nie przyszło mu to do głowy. Dlaczego po pożarze Manticore wojsko nigdy nie zwróciło się do Browna o pomoc? Jak mało kto znał ich możliwości, ograniczenia, słabości. „Interesuje mnie z powodów prywatnych. Możesz to zrobić?”

„Gdyby to był zwykły facet, nie byłoby problemu. Ale jeśli to wojskowy, wygrzebanie danych może potrwać nieco dłużej.”

„W porządku. Daj znać, kiedy coś dostaniesz.”

Rozłączył się chwilę później i rozejrzał się po okolicy, patrząc na nią nowymi oczami. Nie wiedział, dlaczego, ale coś w postawie Browna przypominało mu Nem… w ostatnich chwilach. Ta sama duma emanująca z każdej komórki ciała, sposób przechylenia głowy, kiedy na coś patrzył… Klął w duchu dla niezauważenia takich oczywistych szczegółów wcześniej. W końcu Brown był najbardziej zainteresowany znalezieniem przyczyny szalonego pościgu przez nigeryjską dżunglę. Nie wnikał, dlaczego Manticore ścigało Nem.

Teraz, kiedy zobaczył Browna, wszystko nagle stało się takie oczywiste. Facet nie musiał szukać informacji, dlaczego Renfro chciała Nem. Facet wiedział, dumał Alec. Ten cholerny pułkownik wiedział od samego początku, że nie jest zwykłym biologiem. Wiedział, zanim wysłał tam transgenicznych. Przypomniał sobie jego słowa o Nem.

Dziewczyna używa nazwiska Hendricks-Langley, chociaż na misji jest znana tylko pod pierwszym członem. Nie można nic znaleźć o niej prócz oficjalnych dokumentów. Dziewczyna ma niesamowitą głowę, papiery jak marzenie. Tacy biolodzy nie lądują w International Release Services.

Niby zwykłe informacje… cholera, że też wcześniej nie zwrócił na to uwagi. Ale był zbyt pochłonięty zemstą na Max i własnym bólem, by analizować jego słowa. Brown oczywiście wiedział, co było w niej niezwykłego i wręcz dosłownie mu powiedział, że nie jest zwyczajną młodą kobietą… A on jak idiota nigdy tego nie zauważył. Brown ostrzegał go nawet, że mogą być wysłani po nią, ale nie, kiedy przychodziło do Nem, Aleca zawodziło wszelkie myślenie.

Westchnął i spojrzał na księgarnię, z której wyszła żona Browna. Być może w końcu już czas, by wziąć się w garść, by zalepić dziury w jego własnej niewiedzy i pogodzić się z faktem, że Nem odeszła. Z tą myślą pchnął szklane drzwi i od razu powitał go ogromny transparent, który niemal zwalił go z nóg.

„Dzisiaj Luise Hendricks-Brown podpisuje swoją najnowszą powieść.”

~ * ~

„Co się dzieje?” Jeff wszedł do pokoju córki i ogarnął szybkim spojrzeniem kilka walizek, które stały już pod ścianą. Nem systematycznie opróżniała półki z książek, papierów, próbówek, nawet pakowała sprzęt elektroniczny. Znaczyło to tylko jedno. „Dostałaś telefon?”

„Tak.” zazgrzytała zębami. Zmarszczył brwi i przyjrzał się jej uważniej. „To coś prywatnego?”

„Bardzo, bardzo prywatnego.” znów zazgrzytała zębami tak, że mimowolnie się wzdrygnął. Cokolwiek to było, sprawiało, że krew gotowała się w niej ze złości. Nawet sobie nie wyobrażał, co to mogło być. Nem nie bywała wściekła, póki nie chodziło o jej własną rasę lub coś związanego z Antarem. Ale nawet z całej palety ‚tych spraw’ można było policzyć na jednej ręce rzeczy, które ją wnerwiały do tego stopnia. „Przeprowadzam się do Seattle.”

„Co?” nie zdołał powstrzymać zszokowanego okrzyku. Nem zatrzymała się na chwilę i podniosła głowę w jego stronę.

„To będzie na dość długo, i zabieram ze sobą Rain.”

„Co zamierzasz?” spytał zmieszany kilka minut później, kiedy sprawne pakowanie dobiegło końca. Przywykła przez lata do przeprowadzek, ale nie na taką skalę, by wywozić połowę swojego pokoju. Zamierzała zostać w Seattle na dłużej. Dlaczego? Nie mógł pojąć. Prawdopodobnie z tego samego powodu, który podgrzewał jej gniew.

„Byłeś kiedyś zakochany, tato?”

Prawie upuścił nosidełko z Rain w środku, gdy padło to pytanie. Nem siadła w samym środku teraz dziwnie nagiego łóżka. Jej ramiona opadły w klęsce.

„Wiesz, że kocham Nancy…”

„Nie o taką miłość mi chodzi.” wykrzywiła się dość blado „O uczucie tak szalone, że każda uncja rozsądku wyparowuje z twojej głowy, kiedy wszystko wokół przestaje się liczyć prócz niego, kiedy łamie się zasady i ma się w sercu nadzieję, beznadziejnie dużo nadziei wbrew wiedzy, że to się nie skończy dobrze?”

Jeff musiał siłą powstrzymywać się, by nie podejść i nie objąć córki. Brzmiała tak… jak mała, przestraszona i zagubiona dziewczynka. Ale dobrze wiedział, że jego gest zostanie odczytany niewłaściwie. Nem nie rozumiała ludzkich emocji.

„Nie, nie byłem.” ostrożnie usiadł obok niej „Ale chciałbym…”

„Nie polecam. To nic fajnego.” parsknęła z goryczą „Naprawdę nic fajnego.”

Jeff tylko westchnął ciężko w duchu. Ludzie obawiają się obcych, że ich wyższa technologia i odmienność spowodowałaby inwazję i Bóg wie co tam jeszcze, tymczasem to obcy powinni się nas bać. Naszego pojmowania emocji.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *