Przepraszam (19)

Rozdział dziewiętnasty: Zemsta według urooczego charakterku

Alec ziewnął. Był zmęczony jak diabli, mimo głębokiego, uzdrawiającego snu, jaki zafundowała mu obecność Nem przy jego boku tej nocy. Przecierając oczy pomyślał z utęsknieniem o drobnym, ciepłym ciałku tak przyjemnie przyciśniętym do niego, nosie wypełnionym jej zapachem, o samej świadomości, że jest tuż obok, ufna, miękka, tak wrażliwa i wystawiona. Niestety, przez tego cholernego Patricka zapowiadało się na to, iż w najbliższym czasie dzisiejsza noc się nie powtórzy.

Nie zrozumiał tego bezzwłocznie, ale potem to przyszło na jego myśl tak łatwo jak dwa plus dwa. Jemina mściła się na Nem, zabierając go z mieszkania, z łóżka, które podzielał z Nem, z jej ciepłego objęcia, pierwszego tak naprawdę od ponad roku, kiedy to utworzyli ich córeczkę… Jakim idiotą musiał być, by po prostu wejść w tryb obowiązku i zaufać Jem, że cokolwiek wyciągało go z mieszkania, było niezmiernie ważne?

Taa, zemsta. I teraz jej oczy, zaniepokojone, ale i pełne złośliwej satysfakcji obserwowały go z drugiej strony centrali. Niech cię szlag, Jemina. Kiedy się zorientował, było już za późno na powrót do mieszkania, a pośpieszny telefon do Tava zaowocował informacją, iż jego Nem się zmyła, skądkolwiek przyszła.

Nie wspominając o burkliwej dezaprobacie ze strony młodszego brata.

Jego własne działania mówiły mu, jak dużo zmienił się przez ten rok. Nie do końca lubił osobę, którą się stał, wpadał w nałogowe zachowanie często nawet sobie tego nie uświadomiwszy. Tylko przy Nem wydawał się jeszcze być sobą, dawnym facetem, kimkolwiek tam był. Jasne, robił głupoty. Ale to nawet była przyjemna odmiana, powrót do Nigerii. Tam też nieraz zrobił z siebie głupka.

Ich pierwszy pocałunek. Ledwie muśnięcie ust, ale po dziś dzień nie mógł wymazać tamtego smaku z pamięci. Była tak cholernie ciepła, miękka, słodka i zarazem pikantna…

„Ziemia do ciebie, Alec.” Rain wzniósł oczy do sufitu centrali, błagając miłosiernego Boga, by 494 wreszcie się obudził. Cokolwiek mu dzisiaj przeszkadzało i zajmowało jego myśli, nie należało do fizycznych ran. Podejrzewał, że pełne winy spojrzenie Jeminy odgrywało jakąś rolę w tym wszystkim.

Co za paskudna sytuacja. Ta suka chyba nie powiedziała, co się działo po jego odbiciu?

Jego wzrok przesunął się na Keriego. Z nim także działo się nie do końca dobrze. Po spłonięciu Manticore stał się bardziej zamknięty i milczący niż kiedykolwiek wcześniej i nikt praktycznie nie wiedział, jaki był jego problem. Być może stracił na misji potencjalną partnerkę, ale ich ostrożny zwiad nie zwąchał niczego.

Lecz sytuacja Jeminy i Aleca pokazywała niezbicie, że nawet wśród transgeników były rozmaite frakcje, nie do końca zgadzające się z oficjalnym nurtem. Rain nie miał pojęcia, co strzeliło do łba Biggsowi. Bynajmniej nie pragnienie dziewczyny dla siebie, nawet laik w tej pieprzonej dżungli wiedział, że zainteresowanie Langley Aleciem jest co najmniej równe temu, jakie on okazywał jej. Pomiędzy tą dwójką aż wrzało, nawet eskortowani zwyczajniacy to zauważyli. Zaś Biggs z doświadczenia wiedział, że szefowi dziewczyny nie do rady odbić. Lola była tego doskonałym przykładem…

Wyglądało jednak na to, że pani Langley miała całkiem niezłe powiązania… kosmici, świat przestępczy, szmuglowanie technologii. Całkiem pokaźna lista. Osobiście wątpił, by prócz urodzenia się inną, coś było z nią nie tak.

Tak naprawdę, wszystko, czego potrzebowali, dowiedzieli się w Nigerii. I to była prawda. Ale podejrzenia i wzajemne obwinianie się spaczyły ogólny osąd. Teraz Nem według transgeników była zimną suką, która podeptała serce szefa. Plotki rozsiewane przez żądną krwi Jeminę nie mogły poprawić opinii dziewczyny. Nie liczyło się, iż gdyby nie ona, byłby teraz martwy. O nie. Z całej tej akcji bardziej utkwiło im, że Patrick, niegdyś pokorny sługa Jeminy, teraz był pod rozkazami Nem, że nie szybko i bez litości pozbawili życia kilkunastu agentów NSA.

Jakby oni sami zrobili cokolwiek innego. Chociaż może tak. Byłoby inaczej. Ci bękarci cierpieliby o wiele bardziej niż umierając po czystych strzałach Patricka. Może odbierali życie bez litości, ale ich wrogowie mieli o tyle szczęście, że nie cierpieli przed tym niepotrzebnie.

Rain nie zauważył na nagraniach ani jednego człowieka, błagającego o litość, o życie. Transgenicy sprawiliby, że wiliby się w cierpieniach, każdy jeden błagałby czołgając się w najbardziej upokarzający sposób. Nawet po ponad roku od upadku Manticore wszyscy czuli to samo. Chęć zemsty, reakcję na wieloletnie cierpienia, upokorzenia, ból, krzywdę najbliższych, na bezustanny koszmar, w którym budziłeś się co rano. Życie w Manticore sprawiało, że właściwie misje witałeś z prawdziwa radością. To był po prostu raj na ziemi… za którym wszyscy tak piekielnie się stęsknili…

„O co chodzi?” Alec spojrzał na niego ze zmęczeniem. Rain zanotował, że chociaż miał podkrążone oczy i w ogóle cały jego organizm siadał, to jednak był o wiele zdrowszy niż być powinien tylko po jednym śnie. Środków przeciwbólowych nie chciał, więc jak w ogóle zasnął?

„Możemy porozmawiać na osobności?” Rain spytał pod wpływem impulsu. Alec kiwnął głową. „Wyjdźmy na zewnątrz. I tak wracam do siebie.”

~ * ~

Kyle nigdy w życiu nie klął tak bardzo. Obcy obcymi, transgeniczni transgenicznymi, wszyscy mogli iść do diabła, ale do jasnej cholery dlaczego mówili, że był odpowiedzialny za wybuch na posterunku?

Z czystą wściekłością wyciągnął spod łóżka torbę i zaczął otwierać szuflady. Chaotycznie wrzucał do niej swój niewielki dorobek. Nie, żeby w jego krótkim życiu zarobił kokosy czy zgromadził jakiś wartościowy majątek. To były drobiazgi, lecz ważne dla niego. Płyty, kilka książek, niekoniecznie o buddyzmie, jakieś trofea sportowe, ubrania… jego dłoń zawahała się nad nocnym stolikiem.

Podniósł zdjęcie. On i Liz, w szczęśliwych czasach przed nastaniem ery Maxa. To były naprawdę szczęśliwe czasy. Liz była śliczna, miała poczucie humoru, i co najważniejsze, wiedziała jak to jest być bezustannie ‚na widoku’. Bycie synem szeryfa w małym miasteczku nie wychodziło mu na dobre… ale z całą pewnością wciągnięcie w obcy chaos wyszło mu na złe.

Paradoksalnie, przez tyle lat przyjaźni z Liz, nie przyszło jej do głowy wciągnąć go w jej problemy. Kiedyś był zły, że ukrywa swoje pochodzenie z Langleyów, swoje bogactwo przed ludźmi z miasteczka, ale teraz rozumiał ją o wiele lepiej. Nie mogła rozgłosić wszem i wobec, że jest obcą. On tego nie wiedział przez wiele lat. I nie żałował. Paradoksalnie, nie wciągając go w swój sekret, Liz podarowała mu kilka słodkich lat niewiedzy o tym, co się działo we wszechświecie. Cenił to sobie jak nigdy wcześniej. Zwłaszcza, że przez transgeniczną idiotkę stracił właśnie pracę.

Biggs miał jednak racje, byli bardzo egoistyczną rasą. Robili, co chcieli, brali, co chcieli, nie pytając, co to przyniesie innym. Do głowy by im nie przyszło pomyśleć o konsekwencjach ich postępowania, że każde ich działanie oddziałuje na innych. Jakże podobne do Królewskiej Czwórki i jakże różne od Nem.

No, może przesadził. Z egoistycznych dzieciaków z samozwańczym liderem na czele powoli przeistaczali się w odpowiedzialnych ludzi. Nawet Max, na którego lubił zwalać wszystko, co złe. Po prostu dorastali i nauczyli się w końcu dostrzegać, że nie tylko ich problemy, jakkolwiek ważne, nie są pępkiem świata, że inni mają własne, nieraz tragiczniejsze i smutniejsze, bo nie do rozwiązania. W gruncie rzeczy bezpieczni w Roswell przez długie lata, nie zaznali niczego z tego, co opowiadała Liz o przejściach z wojskiem i oddziałami specjalnymi. Jej smutna opowieść o katastrofie macierzystego statku Nem, o wyparowaniu Kala i wybuchu Soriego… o każdym z ponad trzystu dorosłych kamahskich żyć, które zgasły na Nem, miała coś do powiedzenia. Miłego, śmiesznego, irytującego… cały kalejdoskop rozmaitych wspomnień w jej małej główce… poszukiwanie sensu życia przez Maxa i jego grupę wydawało się przy tym dziecinadą. Kyle nauczył się bardzo twardo ważnej lekcji od życia, że czasem lepiej nie znać odpowiedzi, nie posiadać pewnej wiedzy. Wyglądało na to, że Max zapewne oberwie jeszcze mocniej, nim raz na zawsze nauczy się tego. Ale cos niecoś docierało do niego. Widział to zwłaszcza w porównaniu z transgenicznymi… kolejna paczka dzieciaków jak-nie-z-tego-świata. Z jednej strony egoistyczni, nieświadomi swojego egoizmu przeważnie, co było bardziej przerażające niż nawet ich nadludzka siła, zwierzęce DNA i wojskowe wyszkolenie. Oni nie mieli pojęcia o więziach międzyludzkich, kierując się w tym względzie jedynie instynktem. A niestety, instynkt to nie było wystarczająco, by poradzić sobie na tym świecie i nie  zranić nikogo bliskiego. W tym wypadku jego. Nem. Malutką Rain. Marię. Prawdopodobnie Michaela, który zapewne już zdążył narozrabiać… I całą tę sytuację wywołała pojedyncza kobieta-transgenik! Aż skóra cierpła na myśl, co mogła wywołać cała ich banda.

Idąc dalej za tą myślą, sprawdził zawartość portfela. Nie za wiele. Na bilet lotniczy nie starczy, ale, ale… od czego ma się znajomości?

Uśmiechnął się nagle, czując przypływ ożywienia. Zwariowany plan uformował się w jego głowie. Wiedział, że był niemożliwy, nienormalny i kompletnie stuknięty… ale od czego są przyjaciele? Liz trzymała go całe długie lata od swojej obcej otchłani, będąc jednocześnie przy nim i nie odmawiając pomocy czy poparcia. Więc dlaczego on nie miałby teraz spłacić długu. Długu, z którego wielkości nigdy dotychczas nie zdawał sobie sprawy, który w miarę jak mijały lata znajomości z Królewska Czwórką objawiał mu się w pełnej krasie.

Pora utrzeć nosa kilkorgu osobom, które uważają się za coś lepszego od ludzi.

~ * ~

„No dobrze… nikt mnie nie pobije za naruszenie terenu?” Niko zażartował, patrząc z wysokości dachu na idącego zamyślonym krokiem Aleca. TC wcześniej było paskudnym śmietniskiem i teraz było odrobinę milsze, ale nadal wzdrygał się na myśl, że jego ukochana królowa miałaby tutaj zamieszkać. Nie ma mowy. Jeśli trzeba będzie, siłą namówią 494 do pozostania w starej siedzibie. Ostatecznie, od czegoś mieli umysłowe moce.

Naomi potrząsnęła głowa, z irytacją zauważając jak blisko krawędzi stoi czternastolatek. Psiakrew, od kiedy tylko się spotkali, jego brawura i nieostrożność gwałtownie i stale wpompowywały adrenalinę do jej krwi. Był irytującym, małym bękartem, który zdawał się żyć tylko po to, by móc wkurzać innych. Ale to nie była najgorsza sprawa. O nie. On wkurzał ją, ponieważ troszczył się o Nem. Jego troska była jak potężne ukłucie w sercu, ponieważ w głębi ducha doskonale zdawała sobie sprawę, że ten rodzaj troski i bezpieczeństwa, jakie dawał ten ledwie wyrosły z dzieciństwa chłopiec, powinien był zapewnić Alec. Poczucie winy i wstydu za swoją alfę przez ostatnie miesiące, kiedy zaznajomiła się z jego życiem w Seattle, było po prostu okropne, ale nie równało się w niczym z tym piekącym żądłem odczuwanym teraz czy wcześniej, kiedy spoglądała na drobniutkie, wyczerpane ciało Nem, na jej dłoń, nawet w takim koszmarnym stanie przytrzymującą przy sobie Rain.

Właściwie obcy nie byli tacy źli. Dawali jej dystans, o którego istnieniu większość jej pobratymców zdążyła zapomnieć. Nie byli pępkiem świata, chociaż mieli swoje problemy i losy ludzi ich nie obchodziły. Co jej się bardzo podobało w Kamahach to ich opiekuńczość wobec siebie. Troszczyli się o siebie w sposób zupełnie bezinteresowny, a ich stosunki wydawały się pozbawione agresji w przeciwieństwie do transgeników. Nie sądziła, by było różowo w ich systemie społecznym, ale z tego co słyszała, nie zabijali się tylko dlatego, że ktoś dotknął skojarzonej kobiety. Zaborczość dyktowało ich DNA, ale Naomi zawsze uważała, że są czymś więcej niż produktem laboratorium, że mogą być kimś więcej zarówno pomimo, jak i z powodu ich dziwnego koktajlu DNA.

Zmrużyła oczy, widząc jak Rain podąża za Aleciem. Nie miał szczęśliwej miny. Ciekawe, co się działo podczas jej nieobecności…

~ * ~

Bolało przerażająco strasznie.

To była jej pierwsza myśl. A właściwie to druga, ponieważ pierwsza i tak zawsze była wysłaniem zapytania o więź z Rain za każdym razem, kiedy wracała jej świadomość, obojętnie czy spała czy z innego powodu była przez chwilę poza obiegiem.

Rain była bezpieczna i gdzieś w pobliżu. Dobrze.

Usiłowała otworzyć oczy, ale szybko odkryła, że jej powieki były po prostu zbyt ciężkie by tego dokonać tak łatwo. Jej ciało z własnej woli zamykało się przed wolą jej umysłu i nie sądziła, by stało się tak przez przypadek.

Ze zmęczeniem usiłowała wydobyć z pamięci jakiś skrawek wspomnień, cokolwiek, co by naprowadziło ją na to, dlaczego była tak zmęczona, dlaczego nie mogła się zupełnie dobudzić… ale wyglądało na to, że jej własne ciało chroniło jej umysł przed kontaktem z otaczającym ją światem.

Chociaż nie do końca. Czuła bardzo, bardzo dokładnie tak silne palenie w dłoniach, jak nigdy wcześniej. Pieczęć była silna, ale to nie było dziwne. Przecież urosła niewiarygodnie od grudnia.

{Jest tam ktoś?}

Odpowiedziała jej tylko cisza. Z jej gardła z trudem wydobył się jęk. Nienawidziła ciszy. Potrzebowała czyjejś obecności przy sobie, potrzebowała czuć życie obok siebie, jakiekolwiek wzory energii… cokolwiek. Ale otaczała ją dziwaczna pustka pomieszana z bólem. Była tu sama i uczucie było po prostu bardziej bolesne i przerażające niż zaznała kiedykolwiek. Nienawidziła być sama, osamotniona. Samotność raniła ją zawsze. Chciała niczym małe dziecko mieć kogoś obok, chociażby fizycznie. Ale nawet na to nie chciało pozwolić jej ciało. Nie tylko nie dopuszczało głosów innych do jej myśli, ale nawet kasowało dostęp do struktur życiowych za pomocą królewskiej pieczęci. Nie wiedziała, gdzie się znajduje, nie czuła niczego prócz koszmarnego bólu dłoni.

Na jej ukochany dom, jakże pragnęła wrzasnąć we frustracji… zrobić cokolwiek, co udowodniłoby jej, że nie jest więźniem własnego umysłu, własnego przeznaczenia. Czy już za każdym razem kiedy zostanie poważnie ranna, pieczęć i jej ciało zdecydują za nią, za jej wolę, ducha, by dla zachowania jej rozumu i dla dobra rasy odizolować jej umysł, pamięć, wiedzę i władzę nad innymi od wszelkich złych czynników?

Nienawidziła, kiedy ktoś decydował za nią. Jej rodzice zrobili to za nią na Antarze. Kara zdecydowała się zabić ją, Rath zdecydował o jej ponownym zamrożeniu, a także o zerwaniu więzi. Rain z kolei zdecydowała o wykradnięciu jej własnemu bratu, ale kiedy zmierzały na Nem w stronę Ziemi, dała jej małej nienarodzonej świadomości wybór, czy chce być jej i Kala dzieckiem. Nigdy nie zapomniała tego słodkiego posmaku pierwszego wyboru, chociaż praktycznie nieświadomego. Ani tego, że nawet to zostało jej zabrane przez Antarian i ludzi.

Sprawy z Aleciem nie układały się wcale dobrze… tutaj, w tym ciemnym kącie umysłu, dopadało ją to bardzo mocno. Ciągle robiła jakieś głupie błędy. Już nie wiedziała co robić. Kiedy ufała swojemu szkoleniu, swojej obcej stronie, doprowadziła do ogromnej awantury i tylko śledzenie byłych kochanek Aleca uratowało go w ostatniej chwili przez śmiercią. Kiedy zaś postępowała tak, jak radziła Luisa, kiedy słuchała serca, on odwracał się od niej w jeszcze boleśniejszy sposób. Poszedł za Jeminą nawet praktycznie nie zapytawszy, po co. Jasne, że była sprawa Dave’a, ale nie musiał się zajmować tym teraz, natychmiast. Litości, zostawił ją w swoim łóżku… nawet w tej przeklętej seksownej sukience, przy której jego hormony dostawały świra… to był cios poniżej pasa. Wiedziała, że nie była Maxie. Nie była transgeniczką, nie mogła konkurować z tym, co tamta miała przyznane z samego urodzenia. Ale czy naprawdę była taka paskudna i zła, by chcieć się od niej uwolnić za wszelką cenę?

Skuliła się w sobie. Bycie obcym na tej planecie, na tym świecie, było nie tylko przekleństwem. Było niewybaczalnym błędem.

~ * ~

Łup…łup…łup…

Alec patrzył w przerażeniu jak Han turla się po metalowych schodkach, by w końcu upaść na podłogę centrali… po licznych kopnięciach ze strony Naomi. Solo stał obok i przyglądał się pokiereszowanej siostrze z równą złością, co napastniczka. Rain zmęłł w ustach jakieś przekleństwo i trzymał Aleca w mocnym uścisku.

„To sprawy między kobietami, Alec. Nie wtrącaj się. To nie należy do ciebie. Tylko pogorszysz sytuację. Zostaw je w spokoju. Żeńska alfa jest tu potrzebna.” wycedził, dając jednocześnie znak głową do Dave’a, który zresztą nie potrzebował wcale rozkazu, bo już był w połowie wyjścia z centrali.

Ale sytuacja już się pogorszyła, zanotował klnąc w duchu, widząc szalejącą w ich stronę Maxie G. aka nawrócony transgenik. Dziewczyna mogła mieć poparcie Aleca, uczyć się na nowo tego co inni znali naturalnie i być najwyższej zaszeregowaną kobietą w tym gronie, ale z całą pewnością była ostatnią osobą tutaj potrzebną. Nie miała pojęcia o tego typu konfliktach ani jak sprawić, by nie eskalowały do czegoś większego. Z drugiej strony sam fakt, iż tę sukę popierał Alec, świadczył, jak bardzo ich dowódca się zmienił. Oby wszystko z Nem ułożyło się po myśli, po jeśli ona nie potrafiłaby nawrócić go na dawnego 494, to nie wiedzieli, kto by mógł.

„Co do cholery?” wściekły głos Maxie zakłuł większość w uszy. Naomi skrzywiła się z dezaprobatą, ale nie przestała pomiatać koleżanką z oddziału. Skoro Michaelowi należało się nieco zabawy, to jej także, nawet jeśli miałaby za to później zapłacić.

„Nic.” uśmiechnęła się słodko do 452, ignorując jej próby powstrzymania. Jeśli myślała, że walcząc z nią po trzech miesiącach szkolenia albo nie fair albo cokolwiek jej tam przyszło, to był to czas najwyższy nauczyć ją rozumu. Nie cierpiała tej baby. Było w niej coś wyrachowanego, a już zwłaszcza w jej nagłym zwrocie w stronę Aleca. Kiedyś był dla niej najgorszego rodzaju gnojkiem. Och, teraz wciąż podtrzymywała tę fasadę, ale jak na jej gust, była zbyt blisko Aleca. I zapewne odegrała sporą rolę w przemianie 494 w Aleca.

452 wylądowała obok Han.

Kilka sekund później do centrali wparował Dave, ciągnąc za sobą Ky’a i Joan.

„Przeszkadzam?” spytał stoicko.

„To zależy!” powiedziała groźnie patrząc na Joan, która zasłoniła jej drogę do poturbowanej.

„Od tego, co do diabła robisz w Seattle?” teraz Ky był wściekły.

„Dokładnie.” przytaknęła słodko „Ktoś musi wbić jej do głowy trochę rozsądku, skoro wy zawiedliście.”

„O czym ty mówisz?”

„Han zabiła Marię DeLucę.”

Ky i kilkoro innych z oddziału alfy gwałtownie pobladło. Alec spoglądał to na jednego to na drugiego, zastanawiając się w duchu, co go ominęło.

„Nie wiem, skąd się tam wzięła, ale ta idiotka…” Naomi splunęła „…pomyliła Michaela z Rathisem.”

„Nem nas pozabija.” Ky jęknął, nie przejmując się ciskającym gromy szefem. Ostatecznie był tak poturbowany, iż ledwie żył jeszcze tej nocy.

Nicholas, oparty o framugę bocznego wejścia, obserwował z boku scenę. Wyglądało na to, że jego pragnienie rozrywki zostało ostatnimi czasy bardzo zaspokojone. Miał doskonały pokaz tego, jak przedstawiały się stosunki między poszczególnymi osobami w  tym transgenicznym świecie, jak pracowała ich dynamika grupy i jaką siłę i wpływ miała tak naprawdę Maxie Guevara.

Głupia, przeklęta baba.

„Hej.” usłyszał za sobą głos Tava. Uśmiechnął się pod nosem. Tav był inteligentnym facetem. Miał sporo cech, które utracił Alec przez ten ostatni rok. Odwrócił głowę w jego stronę i uniósł pytająco brew. Szybko też dostał pytanie. „Jak Nem?”

Zaskakujące. Tav nie miał pojęcia o wypadkach dzisiejszego ranka i katastrofalnym pogorszeniu jej stanu zdrowia. A telepatą raczej nie był.

„Czemu pytasz?”

„Rozmawiałem z nią rano. Odeszła… w nienajlepszym stanie.” odpowiedział z wahaniem „Alec znów nawalił.”

„Słyszałem.” Niko chrząknął z całkowitą dezaprobatą. Tav spojrzał na niego z ciekawością. Nigdy nie widział, by taki drobny gest mógł wyrażać aż taką pogardę. Facet zdecydowanie potrafił wyrażać, co chciał. Szkoda, że tak jasna nie była w tej dziedzinie Nem. Swoje sądy i opinie trzymała pod twardą maską i nie pozwalała nikomu zajrzeć pod nią bez jakichś własnych ukrytych intencji.

„Nie popierasz ich związku, nieprawdaż?”

Chrząknął w potwierdzeniu.

„Rathis popierał.”

Niko nie mógł powstrzymać parsknięcia pogardy.

„On poparłby dla Nem wszystko. To jego natura popierać wolę Nem.”

„Nem chciała wrócić do Aleca?” Tav otworzył buzię w szoku. Kilka osób obok, które mimowolnie słyszały przebieg rozmowy, także.

„Na początku… potem on sam doprowadził do tego, że ma go po dziurki w nosie.” Niko wzruszył ramionami. Też mi zaskoczenie… każdy idiota obecny tamtego wieczoru w Crash wiedziałby, jak bardzo iskrzyło się między tą dwójką. Ale z drugiej strony Ziemianie to idioci. „A rano to było tylko o jeden raz za dużo.”

Tav usiłował przetrawić sensacyjną informację, ale nie było łatwo. Nem chciała Aleca. Hip hip hurra… a gdzie fanfary?

„Gdzie jest teraz?”

„Daleko od TC.” mruknął beznamiętnie oglądając z rosnącą złością jak w końcu 494 interweniuje i zatrzymuje maltretowanie Han. To, co zaś wkurzyło go najbardziej, to wdzięczny uśmiech Maxie posłany prosto do Aleca.

Głupia baba.

A Alec był jeszcze głupszy, skoro wolał to ścierwo od jego królowej.

Oderwał się od ściany i skinąwszy głową na pożegnanie Naomi, wyszedł tylnymi drzwiami z centrali. Bez większego wysiłku wskoczył na dach i jeszcze szybciej niż oko zdumiałego Tava zdołało zarejestrować, wzbił się w powietrze.

„Uroczy charakterek, nieprawdaż?” skomentowała Naomi.

~ * ~

Alec nie zdążył się dokładniej przyjrzeć rezydencji, która przez wiele lat była domem jego Nem. Lecz i tak tych kilka pomieszczeń, przez które przeszedł w pośpiechu kierując się na plażę, utkwiło mu dokładnie w pamięci… i w dumie.

Wizja śliniących się do jego kobiety facetów szybko jednak wypędziła wszystko z jego głowy i jedyną pozostałą w niej myślą była zaborcza wściekłość i zazdrość. Po drodze przekroczył chyba wszystkie ograniczenia prędkości. Co do cholery podkusiło Nem, by iść na publiczną plażę, skoro miała swoją własną tuż pod nosem?

Dymiąc się w myślach zaparkował wreszcie na hotelowym parkingu. W myślach powtarzał wszystko, co przez ostatni tydzień usłyszał od Tava, ale tak naprawdę nie był do końca pewien, co powinien powiedzieć Nem. Przez cały ten czas, od kiedy tylko Naomi skończyła tłuc Han, a on dowiedział się o krzywdzie Nem, robił wszystko, byleby tylko nie myśleć o tym, jak boleśnie znów skończyło się to dla niej, że nie stanął na wysokości zadania. Czy gdyby został tamtego ranka w mieszkaniu, zamiast dać się podpuścić Jeminie, nie znalazłaby się w Roswell i nie usiłowała naprawić kolejnego błędu jego podwładnych? Trudno było uciec od tych myśli. Szczególnie podczas ostatnich dwóch dni, kiedy załatwiwszy sobie wolne od TC i od szalejącego w kampanii antytransgenicznej Normala, po prostu wsiadł na motor z zamiarem dotarcia do Kalifornii i błagania Nem, na kolanach, jeśli trzeba będzie, by do niego wróciła. Tylko przez pierwsze doby, kiedy nie znał stanu zdrowia Nem, a opowieści Naomi o bazie obcych i urządzeniach, do których Nem została podłączona, jeszcze podsycały to, umierał z niepokoju. Nie był w stanie się skupić na czymkolwiek. Wszystkie jego myśli wędrowały do Nem. Wiedział, że w tym stanie nie było z niego żadnego pożytku dla TC i innych. W centrali zapewne przyjęli z ulgą jego decyzję, by pojechać do Kalifornii. Miał tylko nadzieję, że dadzą mu wystarczająco wolnych dni, nie miał pojęcia bowiem ile czasu zajmie mu przekonanie Nem, by zechciała z nim rozmawiać.

Zdjął kask, ale nie zostawił go na maszynie. Lustrując uważnie przelewające się promenadą tłumy szukał małej, charakterystycznej postaci. Niko mówił, że powinna być na tej cholernej plaży, jak najbliżej hotelu. Więc w jaką ciemną dziurę wlazła ta drobna osóbka, że nie mógł jej znaleźć na tak ograniczonej przestrzeni?

Przetarł zmęczony oczy. Tydzień uzdrawiania to było jednak zbyt mało, by właściwie odpocząć po takich zranieniach. Wiedział, że był słaby, a mocno świecące słońce jeszcze pogłębiało ten stan. Nie chciał pokazywać się Nem w takim beznadziejnym stanie ale potrzeba zobaczenia jej była zbyt silna. Musiał ją zobaczyć, musiał upewnić się, że jest żywa, że nie zniknie zaraz jak mara.

Zamrugał z niedowierzaniem, kiedy mignęła mu w tłumie znajoma postać. Potrząsnął głową. Z wyczerpania chyba miał zwidy.

Jego podejrzenia jeszcze wzmocniły się, kiedy zobaczył niedaleko Portera. Tak, to halucynacje, stwierdził z niejakim niepokojem. Jego nos musiał złapać zapach tego skurwiela i wyczarować obraz Leeny niejako automatycznie. Ostatecznie, panna Carver nie żyła.

Otrząsnął się. Chociaż jeszcze niedawno życzył sobie z całego serca powrotu do Nigerii, to jednak zdawał sobie doskonale sprawę z faktu, że jego zmęczony umysł idealizował tamte czasy. Nie było żadnych obcych kłopotów, NSA depczącego mu po piętach, a niebezpieczeństwo było doskonałą wymówką, by trzymać się blisko Nem. Teraz Nem z własnej woli trzymała się z daleko. Wyciągnęła do niego dłoń kilkakrotnie a on jak ostatni osioł, chociaż to docenił, to jednak nie potrafił zrobić z tego odpowiedniego użytku. Więc czas najwyższy, by się zebrał i ponaprawiał przynajmniej część swoich błędów.

Podrapał się po głowie, w nagłym zrozumieniu, dlaczego Nem przyszła na publiczną plażę oraz dlaczego przy hotelu były takie tłumy. Lekarze bez granic, organizacja, która przywiodła Nem na misję do Nigerii na równi z chęcią troski o Hala, organizowała zbiórkę funduszy. Miał cichą nadzieję, że został w niej jakiś cień troski o niego i zdoła ją ubłagać, by z nim porozmawiała, nawet jeśli wciąż nie wiedział, co jej powie.

Bez większego trudu znalazł informację i zapytał o nią. Ale już wtedy wyłapał Patricka w letnim garniturze, przepychającego się przez tłum w jego stronę. Zanim zdążył się zorientować, ten chwycił go za fraki i wyprowadził z holu do jednego z bocznych korytarzy, używając najwyraźniej bardzo służbowego przejścia.

„Straciłeś rozum, McDowell?” warknął. Alec zamrugał. O co znowu biegało?

„Owszem, straciłem.” wzruszył ramionami z pozorną nonszalancją „Gdzie Nem?”

„Prowadzi wykład.” Patrick westchnął „Tu jest mnóstwo wojskowych i ludzi, którzy są z nimi powiązani. Pokażesz swoją facjatkę publicznie razem z nią, to będzie jej koniec.”

Serce Aleca zabiło głucho. Jeszcze nikt mu nie rzucił tak bezpośrednio w twarz, że stanowi zagrożenie dla Nem i dla ich córeczki.

„Trzymaj się w cholerę swój egoistyczny tyłek jak najdalej od niej. Od dziecka też. Nikt nie chce ciebie tutaj w jej życiu.”

Zostawił oniemiałego transgenika w bocznym korytarzu i dymiąc się, wrócił przed hotel. Miał ogromną nadzieję, że Nem nie skończy ze złamanym sercem i życiem, jak on, zanim go znalazła. Pamiętając jednak co się stało z jego własnym życiem z powodu żądań Jeminy, bardzo poważnie wątpił, by jego obawy się nie ziściły.

~ * ~

Nie wiedział jak długo szedł plażą, gapiąc się bezmyślnie na fale oceanu. Słowa Patricka bolały jak cholera. Fakt, iż to właśnie ktoś wcześniej skojarzony z transgenikiem je wypowiedział, dawało mu zupełnie nową perspektywę, nowe spojrzenie na sytuację. Nigdy nie uważał Jeminy za egoistkę, chociaż czasami jej zachowanie do najlepszych nie należało. O swojego faceta troszczyła się jak mało kto. Niejeden transgenik zazdrościł Patrickowi. Ale to było spojrzenie z boku. Jeśli Patrick uważał inaczej, a w dodatku uwierzył w jakiekolwiek słowa Biggsa, coś musiało być nie tak.

Ale co złego było w ich ochronności wobec swoich partnerów, wobec swoich rodzin i najbliższych? Zaborczość, czasem eskalującą zbyt szybko do żądzy mordu, to mógł zrozumieć. W ludzi nie uderzał dziki instynkt, każący każdemu transgenikowi trzymać innych facetów z dala od jego własnego wyboru. Ale jak to się miało do egoizmu i punktu widzenia Patricka, skoro każdy wiedział, że i tak kobiety ze względu na mniejszy dodatek zwierzęcego DNA nie reagowały jak kompletne świry? Jemin aniołem nie była, sam tego dopiero co niedawno doświadczył… usiłował znaleźć wspólny mianownik do którego odnosił się Patrick, ale niezmiernie ciężko mu to szło.

Inną sprawą było życie, do jakiego Nem przywykła. Wiedział, że była w stanie znieść każde warunki, ale ledwie przelotny widok luksusu jakim otaczali ją najbliżsi był niczym wiadro lodowatej wody. Nawet gdyby niewiarygodnie szybko udałoby mu się przerwać zabójstwa i prześladowania jego własnego rodzaju, to nigdy nie byłoby go stać na zapewnienie jej takiego standardu… chyba, że korzystaliby z jej majątku, a na to jego męska duma zdecydowanie nie chciała przystać. To był jego obowiązek chronić i zapewnić dobre warunki Nem.

A także nie odwracać się plecami i zostawiać samą, kiedy wyciągała dłoń, pomyślał sarkastycznie. Wciąż nie mógł pojąć, jak do cholery to zrobił… ale to zrobił i nie był z siebie dumny. Przez ostatnie tygodnie marzył po prostu by było tak, jak tamtej nocy. Rozmawiając, zamiast zerowej komunikacji i sporej dawki gorzkiego gniewu, leżąc z nią, mając te słodką świadomość, że kiedy obudzi się, będzie przy jego boku rano. Jakim cudem zdołał to wszystko schrzanić?

Tav miał rację, potrzebował pobudki. I mocnego kopniaka, kiedy jego własne ego przejmowało nad nim kontrolę.

Odwrócił się od wody i lawirując między wrzeszczącą gromadką maluchów zaczął iść w kierunku promenady.  Ze smutkiem pomyślał, ze jego własne dziecko prawdopodobnie nie może sobie pozwolić na swobodną zabawę. Raz, z obawy przed ujrzeniem przez inne dzieci kodu kreskowego, z drugiej zaś strony, z powodu zbyt słabego serca. A przecież zasługiwała na to, by móc się bawić swobodnie i bez żadnego strachu. Powinien był wcześniej się pozbierać i zacząć szukać informacji o Nem, być może znalazłby ją przed tym jak spotkała Biggsa i wszystko szlag trafił. Czy byłaby wtedy zdrowa? Prawdopodobnie.

Pogrążony w myślach z początku nie zareagował, kiedy wyczuł znajomy zapach. Ale to tam było, mamiąc go i wabiąc. Zaskoczony rozejrzał się dokładniej po pobliskim terenie. Przeważali młodzi ludzie, którzy mieli czas i ochotę wylegiwać się na kalifornijskiej plaży.

Poszedł powoli za zapachem, aż stał się znacznie intensywniejszy. Zignorował zachęcające uśmiechy grupki chichoczących nastolatek i okrążył ostrożnie wielki parasol przeciwsłoneczny, spodziewając się lada moment wyskoku szalejącego Onara. Ale nigdzie go nie było. Za to na kocu, zgięta ochronnie wokół małego dokazującego w powietrzu nóżkami diabełka, które radośnie zabulgotało na jego widok, spała Nem. Ale nie to odjęło mu mowę. Jej piękne, lekko opalone ciało spowite było jedynie w bikini.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *