Przepraszam (18)

Rozdział osiemnasty: Towarzystwo Wzajemnej Adoracji

Jej mama mawiała, że czasem sytuacja bywa tak zła, że nawet zwymiotować ci się odechciewa.

Maria była ostatnia osobą, która przyznałaby rację swojej wojującej mamie. I to publicznie! Lecz w tej chwili marzyła jedynie by to dzikie zwierzę zostawiło ją w spokoju. Nic dziwnego, że ludzie chcieli ich zabić, skoro atakowali Bogu ducha winne, przypadkowe osoby. I co do cholery znaczyło, by zostawiła w spokoju Rathisa? W życiu nie słyszała podobnego imienia.

Każda komórka jej ciała była stłuczona. Nie wiedziała nawet jak utrzymuje się poziomo. Nawet oddychanie bolało, nawet bicie serca. Krew dudniła jej w uszach, zalewała oczy, czuła jej smak na języku, spływającą w gardle i czuła ją nawet w nosie… Żołądek wyprawiał nieprawdopodobne sensacje, ale na samą myśl o ruszeniu chociaż jednym małym mięśniem, a co dopiero o tak gwałtownej czynności, odechciewało się jej wszelkich konsekwencji mdłości.

Osunęła się bezwładnie na zimny chodnik. Czy był zimny? Już nie wiedziała, przestała czuć. Ogniste palenie licznych otarć i zadrapań zdominowało nawet walący ból głowy, mdłości i nieprawdopodobne skurcze w brzuchu. Płuca zbuntowały się, krew podrażniła ścianki gardła i zaczęła kaszleć.

Ból był potworny. Obojętnie jednak jak bardzo by się powstrzymywała, nie udawało się jej powstrzymać odruchu, zmaltretowane ciało odmawiało posłuszeństwa.

Ale ta bestia dalej atakowała. Zamknęła oczy, nie chcąc widzieć nadchodzącego kolejnego ciosu… ale przez to uczucie bólu jeszcze się potęgowało, chociaż dopiero co myślała,  iż gorzej być już nie może…

~ * ~

Kyle ziewnął i natychmiast zaczął kaszleć. Nieziemska godzina jak dla niego, jeśli chodziło o wstawanie, ale całkowicie normalna jeśli chodziło o powrót z imprez, tym razem nie była ani jednym ani drugim. Ale zmęczenie i niewyspanie zostało. Ostatecznie był tylko małym człowieczkiem, nie następnym wcieleniem Buddy.

Kiedy w końcu wykaszlał cały pył z płuc, otrzepał nieco włosy i jakimś cudem przejrzał na oczy, natychmiast zażyczył sobie w ogóle nie wracać do przytomności.

Ruina. Tyle mógł powiedzieć na pierwszy rzut oka, chociaż nie miał zbyt dalekiego pola widzenia. Ledwie parę metrów przed sobą za sprawą unoszącego się w powietrzu pyłu, drażniącego soczewki, nos, gardło. Kichnął, wiedząc, że jeśli nie zrobi czegoś za chwilę, to włażące nawet pod ubranie cholerstwo stanie się nie do zniesienia.

„Co do diabła?” wyszemrał z trudem. Strach powoli docierał do niego.

Posterunek był praktycznie ruiną, chociaż jeszcze pięć minut temu toczyła się tam najzwyczajniejsza działalność nadranna, czyli senne lenistwo dyżurującego delegata. Czyli jego. No, może za wyjątkiem osoby aresztowanej, ale nic nie tłumaczyło nagłego wybuchu… Transgenicy nie mieli obcych mocy, prawda? Tylko Nem miała… albo Misiek był zbyt zdenerwowany… nie, on nie wiedział, zganił się w myślach, jeszcze nie…

Kiedy ledwie pięć minut temu Nem wpadła do wnętrza, targając ze sobą niecodzienne towarzystwo, pomyślał, że dziwniejszego poranka w tym sennym miasteczku trudno wymyślić. Kosmitka przyprowadza transgeniczkę, która z kolei szamotała się, zupełnie jakby ktoś robił jej wielką krzywdę. Szok na jej twarzy, wściekłość, rana… rozmaite uczucia wymieszane na tym ślicznym obliczu. Mordercze spojrzenia rzucane Nem i innej transgeniczce, która ją trzymała, również nie uszły jego uwadze… Więzień została dosłownie ciśnięta w stronę celi przez baaardzo wściekłą obcą. Sekundę później zrozumiał powód.

Czwarty przybysz, wyglądający najwyżej na piętnastolatka, niósł Marię… Szaloną blond dziewczynę gwiezdnego chłopca. Kyle’owi krew zmroziła się w żyłach. DeLuca była cała posiniaczona, jej kończyny były ułożone pod dziwnym kątem, a całe ciało było wręcz otwartą raną…

„Kyle, koce.” głos Nem przedarł się przez jego szok „I coś miękkiego, by ją ułożyć.”

Nie było tego dużo, nie było to luksusowe, ale z prędkością błyskawicy wyciągnął kilka sztuk z szafy, w której przechowywano wyposażenie nielicznych cel. O nowego więźnia się nie zatroszczył; najwyraźniej to była napastniczka.

Już Nem się nią zajmie.

Tymczasem młody chłopak ułożył troskliwie Marię na biurku… ruchem dłoni zgarniając całe wyposażenie na podłogę. Więc był obcym. Nie nowość w tym środowisku, ale naprawdę nie zdążył przywyknąć do tych dzikich zmian w scenariuszu jego spokojnego życia. Szczególnie jeśli włączało to krzywdę jego przyjaciół.

„Max… ona potrzebuje Maxa.” wymamrotał, sięgając po telefon.

„Nie mamy tyle czasu…” Nem już zdejmowała sweter, przysuwając obrotowy fotel do biurka. Usiadła na piętach na jego siedzisku. „Jej serce już przestało bić. Przytrzymacie mnie?”

Drugi obcy był już za nią, chwytając ją jednym ramieniem tak, by wychylała się nad ranną dziewczyną… Światło wybuchło nagle i było tak intensywne, że praktycznie niemożliwe do wytrzymania. Ale Kyle patrzył, nawet gdyby miał oślepnąć. Nieprawdopodobne, niewiarygodne zjawisko przyciągało niczym magnes, nie mógł oderwać wzroku od fascynującego spektaklu. Jasne, zobaczył, jak Nem uzdrawia małe rzeczy, ale nigdy nie widział, by zawróciła kogoś z ‚tamtej strony’. Światło wydobywające  się z ciała Marii tańczyło, igrało wokół niej, zmieniając barwy, zmieniając intensywność… miał wrażenie, że jej skóra stała się przezroczysta, że widzi świetlną projekcję rozmaitych wewnętrznych organów, czasem jakiejś małej komóreczki… A wszystko w oszałamiającym tempie przesuwającego się przed jego oczami, być może aż tak szybko, jakby to nie zaistniało.

Widział wcześniejsze uzdrowienia i był zadziwiony… nie nawet tym, że Nem potrafiła przywrócić do życia. Jeśli mówiła, że jest do tego zdolna, tak musiało być. Zadziwiała prędkość, z jaką dokonywały się te przemiany. Dłonie Nem buchały energią, czuł jak włoski na karku stają dęba w intensywności tego. Napięcie w pokoju rosło z sekundy na sekundę, jak ciało Marii wchłaniało przeogromne ilości energii, a mimo to blond dziewczyna nawet nie drgnęła, nie otworzyła swoich ślicznych, pełnych życia oczu. Kyle powoli rozumiał, że każda uncja tej energii, ona przechodziła przez zmaltretowane ciało dziewczyny i leczyła tylko to, co było przyczyną śmierci, co sprawiało, że ciało nie było zdolne żyć i funkcjonować samo.

Energii było coraz więcej. Żarówki w pomieszczeniu pękły nagle, ale pomieszczenie było zalane światłem wydobywającym się zarówno z dłoni Nem, jak i z ciała Marii.

Oddech. Słaby. Delikatny. Potem następny. Drgnięcie na twarzy, potem gwałtowny, skręcający rysy grymas bólu. Kyle nawet nie zdawał sobie sprawy, że do tego momentu wstrzymywał swój własny oddech.

Cisza.

Niewiarygodna cisza panowała w całym pomieszczeniu. Wbrew napięciu i wyczuwalnej przeogromnej sile usiłującej naprawić martwe ciało i przywrócić do niego duszę, cisza wręcz kłuła w uszy. Jedynymi dźwiękami były oddechy, jedne ulgi, inne bólu, jeszcze inne szoku.

Nagle koniec. Oderwała dłonie.

Kyle znów wstrzymał oddech. Maria nie ruszała się. Zupełnie. Zniknęły poprzednie drobne oznaki życia. Nem oddychała ciężko, chrapliwie. Nagle dla wszystkich stało się jasne, że jedyne, co ją utrzymuje, to ramiona drugiego obcego… bardzo powoli cofał swój uścisk, a ona opierała się o oparcie fotela. Powieki Marii drgnęły delikatnie i Kyle wpatrywał się z kompletną fascynacją, jak na jego oczach zewnętrzne rany wypełniają się od środka światłem, a kiedy światło znikało, zostawiało niczym nie skażoną, doskonałą i gładką skórę. Jakby zupełnie nie było zranień, jakby śmierć dopiero co nie czyhała na nią pod postacią dziwadła zamkniętego w celi…

Nagle spadła… Nem spadła, tracąc oparcie fotela. Kyle nie zdążył odwrócić wzroku, tylko słyszał… a może przeczuł, przewidział w ostatnim ułamku sekundy ruch…

I nagle coś zmiotło ich wszystkich.

I to go sprowadziło do tego momentu. Powiódł wzrokiem po rumowisku, ale nie dostrzegł nikogo… Zupełnie nikogo. Wznosząc modły do Buddy o pomyślność zarówno dla Liz, jak i Marii i wszystkich ich dobrych sprzymierzeńców i o jak najgorszą karę dla tej paskudnej baby, która śmiała zaatakować jego szaloną przyjaciółkę, wygrzebał się w końcu z większości przygniatającego go gruzu.

Po minucie lub dwóch usłyszał słaby głos. Chwilę zajęło mu zlokalizowanie go. Pochodził z cel. Westchnął. Najwyraźniej obcy zostawili atakującą.

Pięknie. Jak on to wszystko teraz wyjaśni?

Ojciec był na urlopie, będzie musiał się użerać z innymi na służbie. Może jednak przy dobrych wiatrach hybrydy pomogą. Może nie mieli zdolności Tess do paczenia umysłu, ale psiakrew, to była chwila, w której był gotów oddać sporo za jakiekolwiek paranormalne zdolności, które wydostałyby go z tego bałaganu bez ciężkich konsekwencji w życiu zawodowym swoim i ojca.

Naprawdę, nie chciał, by przez nie-ludzkie zamieszanie kolejne pokolenia Valentich traciły pracę.

~ * ~

Han patrząc na szalejącego w ich stronę mężczyznę czuła, że jej czas jako żywej osoby kurczył się w niesamowitym tempie. Skuliła się, by być jak najmniej widoczna, ale to była marna strategia.

Jeśli byłeś wrogiem Michaela Guerina, byłeś skończony. Jakoś wątpiła, by różnił się zbytnio od swojego wcielenia jako Rathisa… Rathis był mściwym sukinsynem  i nie pozwalał nikomu dmuchać sobie w kaszę. Psiakrew, był chodzącą machiną wojenną, zimną, nieczułą, ale zarazem przewrotną, z zadziwiającym poczuciem humoru i przebłyskami najprawdziwszego geniuszu. Zobaczenie Rathisa z Nem, jak traktuje małą obcą, z nieprawdopodobną mieszaniną miłości, czułości, dumy i troski, tylko potwierdzało ją w poprzednim wyborze. Rathis miał serce, chociaż dla całego świata był sukinsynem jakich mało.

A ona sama ze wszelkich sił starała znaleźć się na tej króciutkiej liście osób, o które się troszczył. Niestety, jednym posunięciem, jednym posłuchaniem podszeptów zazdrości, instynktu terytorialnego, prawdopodobnie zniszczyła wszystko. Cała nadzieja wyparowała z niej kiedy napotkała jego spojrzenie.

Coś było różne. Zmarszczyła brwi. Rathis był różny. Dziwny. Ale nie dane jej było dokładnie dostrzec, co było różne.

Ogromna siła rzuciła ją przez całe pomieszczenie. Z głuchym łoskotem uderzyła w ścianę, czując jak twardo robi znaczne wklęśnięcie.

Och, boli. pomyślała Boli jak cholera.

I ma boleć… usłyszała w swojej głowie tak zimny głos, że wzdrygnęła się bardziej z jego tonu niż z faktu, że ktoś siedział w jej głowie. Nie ktoś. Rathis.

„Dlaczego zaatakowałaś Marię?” tym razem użył ust. To jednak wcale nie sprawiało, że jej sytuacja była lepsza. Nienawidziła kiedy patrzył na nią jak teraz. Jak na wroga, jak na jakieś ścierwo, niewarte jego bezcennej uwagi i czasu. Żyła pulsowała na jego skroni, nie musiała nawet czuć jego zapachu, by wiedzieć, że ledwo powstrzymywał żądzę mordu.

Szczerość… to właśnie powiedział Alec. Obcy lepiej przyjmują szczerość pod jakąkolwiek postacią. Wykrywają ją. Szczerość zapewnia przychylność… w jakiejkolwiek sytuacji.

Modliła się jak nigdy, by Alec dobrze zrozumiał słowa Nem. Przełknęła gulę w gardle i hardo uniosła podbródek.

Wówczas zrozumiała swój błąd. Znieruchomiała, gapiąc się na niego w szoku. Zrozumiała dokładnie, co było różne. Wszystko. To nie był Rathis. Obcy, lecz nie Rathis.

Zwiesiła głowę ze wstydem.

„Myślałam, że jesteś nim.” wyszemrała. Poczuła kolejne, mocniejsze niż poprzednio uderzenia. Ale tym razem nie przeleciała przez pomieszczenie, mocniej wbiło ją w ścianę. Skóra paliła. Kilka kości miała na pewno połamane. Ale to i tak nie dorównywało poczuciu winy, wstydowi i przerażeniu, jakie się w niej kotłowały. Jezu, to nie był Rathis. Praktycznie zabiła Bogu ducha winną dziewczynę. W dodatku taką, którą ta kopia kochała i troszczyła się bardziej niż Rathis kiedykolwiek o nią. Jeden dzień obserwacji jak on traktuje Marię DeLucę wysłał ją prosto do piekła zazdrości i wściekłości. Myślała, że rzucił ją dla tej laseczki. Powinna była jednak posłuchać Nem.

Ale tak trudno było pozwolić komuś odejść.

„Dlaczego?” ryknął. Wykrzywiła się, wrzask ranił jej uszy.

„Myślałam, że jesteś Rathisem.” wychrypiała. Miała zupełnie suche gardło.

„Czy chcę wiedzieć, co ten skurwiel znowu zrobił?” spuścił trochę z tonu i jego dłoń, skierowana groźnie w jej stronę, opadła.

Dłoń. Piekielnie groźna broń. Jednocześnie nie mogła powstrzymać wspomnień, co jakże podobna do tej dłoń robiła z nią. Zdusiła jęk. Nie zawsze doskonała pamięć była błogosławieństwem.

„Więc postanowiłaś zabić domniemaną ostatnią zdobycz Rathisa. Czemu akurat ją? Przecież Rathis traktował kobiety jak śmieci. Nie można go było zranić w ten sposób.”

Przełknęła. Michael przybrał na twarz znaczący uśmieszek.

„Zresztą nawet gdyby ktoś mu jakoś zdołał dokopać, nigdy nie dałby ci tej satysfakcji, ujrzenia swojego zwycięstwa.” mruknął pod nosem z nieznacznym zakłopotaniem. Michael Guerin i zakłopotanie? Chyba trafiła na inną planetę.

„Wstań, nie będę cię teraz atakował.”

Niepewnie podniosła się z podłogi i kuśtykając dotarła do kanapy. Wspaniały transgeniczny żołnierz pokonany przez nastoletniego obcego. No wspaniale, co by Alec na to powiedział?

Mieszkanie Valentich nie było luksusowe, ale kanapę mieli niebiańsko wygodną. Już zdążyła się o tym przekonać wcześniej. Jakiś kącik przyda się jej, bo bez wątpienia Guerin nie odejdzie bez odpowiedzi. Był chyba w gorącej wodzie kąpany.

„Przyjmuję, że jesteś transgenikiem.”

„Cóż za geniusz umysłu…” rzuciła sarkastycznie, choć nie było to najmądrzejszym jej posunięciem. Psiakrew, wstała w ogóle lewą nogą.

„Teraz już wiem, czemu Nem skapnęła się z jednym z was.” parsknął „Macie równie milutkie usposobienia co Pani Niedotykalska.”

Łypnęła na niego spod oka. Piekło jak diabli.

„Przypuszczam, że nie wiesz, gdzie teraz jest?”

„Czy ja jestem informacja?” warknął, siadając naprzeciwko niej i niecierpliwie stukając stopą o podłogę. Valentiemu się nie spieszyło, ale biorąc pod uwagę ten bajzel, który wstrząsnął całym miastem, raczej nie pozbędzie się ogona przez kilka godzin.

Siedzieli przez chwilę w milczeniu i Han obserwowała go spod przymkniętych powiek. Miał ogromnie dużo cech Rathisa, nie tylko jego wygląd, ale przede wszystkim gesty. To ją tak zmyliło. Wcześniej nigdy nie podeszła na tyle blisko, by wyczuć jego zapach. Zastanawiała się, ilu ludzi pomyliło go już z przesławnym szefem przemytników.

Lecz chyba żaden z nich nie zaatakował jego dziewczyny. Nic o tym nie słyszała. A Naomi, która siedziała w Roswell od tygodnia i pilnowała, czy Nem się gdzieś nie wychyla spod jakiegoś kamienia, nie była skora do rozgłaszania nowinek o panu Guerinie. 214 była prędzej skłonna, by zmusić ją do parzenia się z jakimś transgenikiem.

Czyjeś ręce na jej ciele, inne niż Rathisa? Brrr. Sama myśl wywoływała mdłości.

„Podejrzewam, że jakieś opatrunki dla mnie to zbyt wiele, by spytać?” mruknęła po pół godzinie. Zerknął na nią po raz pierwszy od czasu, kiedy usiadł. Najwyraźniej nie mógł na nią patrzeć. Całkiem nieźle. Przynajmniej ona miała okazję przyjrzeć się różnicom między nim a Rathisem. Młodszy. To była główna różnica. Spojrzenie Michaela wciąż było spojrzeniem nastolatka. Skrytym lecz jednak nie tak cynicznym i zimnym, jak jego starszego odpowiednika. Michael więcej cieszył się życiem.

Wzruszył ramionami i po chwili przyniósł z kuchni apteczkę.

„Potrafię uzdrawiać mniejsze ranki, ale nie wewnętrzne zranienia.”

Uniosła brew pytająco.

„Ale i tak cię nie uzdrowię.” uśmiechnął się ironicznie „Masz jakieś imię?”

Co to w ogóle za pytanie? Obruszyła się. Jasne, że miała. Co za gbur. Chyba jednak tak bardzo się nie różnili.

„Czy też wolicie te swoje numerki?”

Parsknęła.

„Nem przez większą część czasu nazywała Aleca 494. Mnie tam dawało to zawsze dreszcze. Jak wstęp do sztuki ‚Moje życia jako nastoletnia kosmitka’… czyli wiejmy przez rządowymi.”

Zamrugała. Chciał ją po półgodzinnym milczeniu zagadać na śmierć?

Ale z drugiej strony, to było interesujące, usłyszeć o Nem nazywającym Aleca według jego opisu. Ponieważ 494 był żołnierzem i transgenikiem, zaś Alec był młodym facetem w świecie, który nie do końca pojmował i usiłował się znaleźć w jakiejkolwiek roli prócz tej, której chcieli od niego.

Lecz prawdopodobnie pogrzebała tę szansę atakiem na Marię DeLucę.

~ * ~

Powiedzieć, że książę Nicholas był przestraszony było zdecydowanie przesadą.

Był przerażony jak nigdy w życiu.

Nie zatroszczył się nawet o to, by zmienić kształt, nie zatroszczył się o zamknięcie pomieszczeń, do których inni nie powinni zaglądać, nie poświęcił nawet najmniejszej, pojedynczej myśli, tym bardziej rozkazu do systemu sterującego bazą na Księżycu.

Razem z Kalem stali pochylali się nad nieprzytomnym ciałem królowej i drugim, małym płaczącym ciałkiem, desperacko przyciśniętym do niej. Fakt, iż Rain, zazwyczaj niewrażliwa na choroby swojej mamusi, reagowała tak rozpaczliwie, jeszcze dobitniej podkreślał grozę sytuacji.

Została jedna powłoka, ledwo, ledwo działająca. Niko nie był tak przestraszony w całym swoim dwunastotysiącletnim życiu. Przeżył zmianę kilku królowych, przeżył utratę Riki i Hotaru, przeżył zniszczenie Kamah, niemalże wybicie ich rasy, zadurzenie Zana w Nem, jej ciążę do obcego gatunku… wszystko był w stanie znieść, o ile to małe i drobne dziecko noszące na swych ramionach los ich rasy było bezpieczne i zdrowe. Dla niej gotów był zrobić wszystko, chociaż wcześniej widział ją ledwie kilka razy. Ale czuł. Jak każdy Kamah. Czuł połączenie do królowej. Coś, czego Nem jeszcze nie była świadoma, głównie ze względu na dotychczasową ich niewielką liczebność. Czy to było problemem? Gwałtowny wybuch takiej ilości energii musiał obudzić jakieś zdolności, coś gwałtownie wirowało w jej umyśle, kiedy uzdrawiała Marię.

„Nie koncentrowała się wystarczająco.” Kal potwierdził jego domysły „Chyba zacznę dziękować za chorobę Rain dobremu losowi.”

„Czemu?” obserwował, jak kuzyn pochyla się nad wątłym ciałem, podłączając maszyny. Atmosfera bazy była absolutnie sprzyjająca, wręcz jak na Kamah. Nawet gdyby ostatnia powłoka wysiadła, przeżyłaby. Lecz przywrócenie powłok przy słabych sercach było prawie niemożliwością. Następne dwa lata spędziłaby uwięziona w bazie, czekając na statki.

„Ustanowiła blok na własnej powłoce.”

„To możliwe u zielonookich?” zdumiał się szczerze „Zielonoocy nie mają barier, Kal.”

„Wiem. Coś mi tu nie gra.” mruczał, wykonując z troską swoje czynności „Coś zajmowało jej umysł, kiedy uzdrawiała Marię. Tymczasem ta ilość energii, jaką generowała, potrzebowała większego obszaru mózgu, by przetworzyć DNA człowieka.”

„Jej mózg jest niedożywiony?” Niko wyszemrał w niedowierzaniu „Jak?”

„Wysoki poziom agresji.” Kal przejechał dłonią po swojej łysinie „Negatywne uczucia w absolutnym nadmiarze, niepanowanie nad mocami, przy nieustannym wysiłku utrzymywania barier rozdzielających od córki, by nie czuła choroby matki. Powiedziałbym, klasyczne symptomy. Pieczęć się rozrasta zbyt szybko.”

Niko nie mógł uwierzyć, jak los mógłby się odmienić w ciągu kilku sekund. Kal nie mógł mieć racji. Mała miała ledwie osiemnaście lat!

„Jak?” wymagał odpowiedzi.

„Dobre pytanie.” czarne oczy spoczęły na mniejszym ciałku na posłaniu. Rain przestała płakać, jak tylko przez przewody popłynęła do powłok Nem życiodajna krew. „Sama tego nie robi.”

„Ktoś może siedzieć w jej umyśle. I sterować tym od środka.”

„Manipulacja? To by znaczyło, że atak Han był wręcz prowokacją.”

„Kto wie, czy od początku to nie było… Han była jedynym łącznikiem prócz Nem świata naszego i świata transgeników. A po grudniu, co się działo? Zaczęła pragnąć go na stałe, aż wreszcie doszło do porwania, które postawiło nas na nogi. Żadne z nas nie mogło jednak niczego znaleźć, włącznie z Nem.”

„Ktoś ją wykorzystał?”

„Ja bym stawiał na Rathisa.” Kal wzruszył ramionami „Wiedział, że momencie w którym znów nawiąże kontakt z córką, ty będziesz zobowiązany wypełnić przyrzeczenie złożone Karze, by go zabić. Jej pieczęć scala się z ciałem o wiele za szybko.”

„Majstrował więc przy tym.” wniosek był logiczny „Ale jak i kiedy? Jak to ma się do powłok?”

„Prawdopodobnie usiłował wzmocnić połączenie Nem z pieczęcią, zanim odziedziczy jego część. Chyba jednak nie mógł przewidzieć jak zły stan zdrowia…”

Oboje ucichli, patrząc jak maszyny powoli unoszą ciało ich królowej.

Jedna powłoka.

„Zamorduję sukinsyna.”

„Królowa nie podpisze wyroku śmierci na niego.”

„Doprawdy?” Niko spytał sceptycznie, a jego oczy momentalnie pociemniały „Zapominasz o jednym, Nem jest zielonooka.”

„Nie radzę ci kończyć tej myśli.”

„…i boleje nad przepaścią, jaka pojawiła się po grudniu. Jednocześnie jej potrzeba akceptacji i miłości od własnej rasy i rodziny jest nieskończona…”

„Jesteś skurwielem, Niko.” Kal mruknął miękko, niemal z rezygnacją.

„…więc dajmy jej to z innego źródła, które pomogło Rain. Ktoś może znów wykorzystać jej słabość, zielone oczy. Jak nie Rathis, znajdzie się ktoś inny, niekoniecznie ktoś od nas, mający dobre intencje, ale fatalne wyczucie czasu, ktoś, którego intencją jest wykraść technologie podróży.”

Zaskoczenie, jakie odczuwał Langley, wręcz odbiło się na jego twarzy.

„Rain ostatecznie pomogło tylko jedno.” mruknął cicho, gapiąc się na małe dziecko, bez trudu wspinające się po przewodach „Oboje wiemy, co dokładnie.”

„Co nie czyni sprawy wcale łatwiejszą.” Niko parsknął ironicznie.

„Nie. Ciekaw jestem tylko, co McDowell powie na nasze plany.”  Kal zaśmiał się nieznacznie.

„Wiesz co? Myślę, że się jednak ucieszy. On tak desperacko chce Nem, że nawet do Rain podchodzi po pierwsze jako do środka, który może zatrzymać ją przy nim. Może nieświadomie w gruncie rzeczy, ale jest w stanie zrobić naprawdę wiele.”

„Jaki facet by nie zechciał?”

„Taaa. Tylko żeby jeszcze ona to dostrzegła.” ‚czternastolatek’ znów pluł ironią.

„Dlaczego mam wrażenie, że chowasz w zanadrzu jakiś diabelski plan?”

Czarne oczy rozbłysły lekką złośliwością.

„Zawsze trzeba mieć plan. I plan awaryjny. I plan awaryjny planu awaryjnego. I dalej myśleć, że coś może się nie udać.”

„Jesteś beznadziejny.”

„Nie. Tylko kiedyś odwiedziłem nigeryjskie lasy i przybrałem postać Hala.” uśmiechnął się nieznacznie „Zgadnij, kiedy?”

Kal zmarszczył nos.

„Naprawdę nie chcę wiedzieć.”

Inkubator powoli wypełniał się srebrzystym płynem. Rain wygramoliła się ze środka i wdrapała się na ramiona dziadka. Jej zmartwione dziecięce spojrzenie spoglądało to na mamusię, to na drzwi, za którymi wyczuwała czyjąś obecność.

„Zapominasz, dlaczego u nas nie ma przypadkowych dzieci. Chyba wszyscy zapominacie. Brr, czuję się przez was jak staruszek. Nawet Nem musiała uzyskać echo pieczęci, by w jej ciele powstało życie. A wtedy jej nie miała.”

„Brr, czuję się przez ciebie jak niedouczony młokos.”

„Jestem szczęśliwy, mogąc świadczyć mi moje skromne usługi, o Wasza Królewska Wysokość.” zaironizował, przykładając dłoń do cienkiej ścianki inkubatora, który już się rozgrzewał „Tylko życzyłem sobie, by z jej oczu zniknęła krew. Miała pozwolenie na wszystko, Kal, na wszystko, co pomogłoby jej wyzdrowieć i jej instynkty wiedziały o tym. Wybrała utworzyć życie, z siebie i z niego, po czym wymazała to sobie z pamięci. Nigdy w życiu nie przypuszczałem, że nosicielka pieczęci naszej rasy zakocha się w innym gatunku.”

„Ale?” głos Kala był niepewny. Niko zawsze miał jakiś podtekst ukryty w swoich słowach. Zwłaszcza teraz, od kiedy wyczuwał Naomi w pobliżu.

„Dlaczego? Dlaczego ktoś, kto jest taką kwintesencją nas i jej życie jest dokładnym odzwierciedleniem tego, czego potrzebujemy, zwraca się do rasy, która nigdy nie powstałaby gdyby nie lądowanie w Roswell? Myślę, że mamy dużo pytań do Rathisa, nim Nem podpisze wyrok śmierci na niego. Nem zawsze słucha swojej kamahskiej strony. Nie zna innej alternatywy i nigdy nie będzie znała. Więc dlaczego, do cholery? Powinna zwrócić się do Soriego, tak, jak chciałeś.”

Rathis wybierał Ziemię jako miejsce docelowe dla Zana. A za Zanem my. Pomyślał Kal. Sugestia Niko była doprawdy śmiała. Ale… do cholery kto mógłby stworzyć rasę, zdolną do rozmnażania z Kamahami? Pojedyncze serce Rain było skutkiem choroby mamusi, nie genów Aleca. Kamahski genotyp był jak zamrożony, kiedy ciałko Rain rosło pod sercami matki… zupełnie tak, jakby ktoś zaplanował, iż ich dziecko będzie chore i to zmusi matkę do podjęcia baaardzo drastycznych kroków. Do dobrania się do pamięci genetycznej, co w efekcie doprowadziło wszakże do odtworzenia ich rasy.

Chyba jednak musiał zrewidować swój pogląd i przyznać rację Karze, gdy poprosiła Nicholasa o zabicie Rathisa, jeśli coś się jej stanie. Nikt inny nie miał nad tym skurwielem kontroli. Warto było zapłacić cenę, jaką zażądał za to Nicholas – zwolnienie z obowiązku posiadania potomstwa i znalezienia sobie żony… bo jeśli Rathis był zdolny do wykorzystania własnej córki do odtworzenia rasy w sytuacji, kiedy po prostu chcieli odejść w spokoju, to nie chciał myśleć, do czego on sam byłby zdolny, gdyby miał swoje biologiczne dziecko… Szczęśliwie, że Nem zaspokajała jego instynkt rodzicielski. Ale to nic nowego. Ona zawsze dostarczała Kamahom tego, co potrzebowali. Taka była natura i rola królowej.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *