Przepraszam (17)

Rozdział siedemnasty: Tajemnice

W pierwszej chwili, kiedy otworzył oczy, myślał, że to miraż. Złudzenie.

A Alec McDowell nie ulegał tak łatwo złudzeniom. Marzeniom być może, lecz nie złudzeniom. Przyjemna waga na piersi i fala ciemnych włosów, łaskocząca go w nos i podbródek, niewiarygodnie ciepłe i drobne ciało przyciśnięte do niego, słodki, zachwycający zapach… rzeczywistość dzwoniła do niego, ale obawiał się głębiej odetchnąć w obawie, iż ten ciemny anioł odfrunie w krainę jego marzeń sennych.

Schylił się nieznacznie i złożył mały pocałunek na czubku jej głowy. Spała tak spokojnie, tak ufnie, jakby nigdy w życiu nie robiła nic innego. Bardzo iluzoryczne wrażenie, ale jakże przyjemne… pasowała tak doskonale do jego boku!

„Nigdy nie przypuszczałam, że zdołam cię podejść…”

Zaskoczony podniósł spojrzenie i zobaczył Jeminę opartą o próg sypialni. Zdecydowanie za blisko. Naruszała jego prywatną przestrzeń.

„…ale wszystko jest inne, kiedy twój świat nagle zwęża się do jednej osoby. Nieprawdaż?” uśmiechnęła się, w pełni świadoma wiszącego nad nią niebezpieczeństwa. Szczęśliwie była kobietą, gdyby była mężczyzną Alec prawdopodobnie dostałby szału.

Bardzo powoli odetchnął. Nem wciąż spała spokojne i ufnie – rzecz niepojęta – w jego ramionach i nie wyglądało na to, by miała zamiar gdziekolwiek się ruszyć. Ciężko mu było jednak w to uwierzyć, myślał, że jeśli zamknie oczy, zniknie jak miraż, a wszelkie inne zmysły tylko go oszukują.

„Jest prawdziwa.” Jemina szepnęła miękko. Posłał jej kolejne zaskoczone spojrzenie.

„Skąd wiem? Sama się tak czuję.”

„O czym mówisz?” zmarszczył brwi.

„Pamiętasz coś z odzyskania ciebie?”

Potrząsnął przecząco głową. Był zbyt zamroczony bólem i jakimiś substancjami, które mu wstrzyknęli przy Crash, by zauważyć cokolwiek prócz zapachu Nem. Chociaż nawet to było cudem. Był świadomy, że jedną nogą był na tamtym świecie.

„Patrick żyje. Przyniósł cię razem z Nem do TC, a potem odeszli.”

Zatkało go. Patrick żył? O święci Pańscy… przecież to wywoła co najmniej jeden wielki pieprzony chaos, a w najgorszym razie skończy się śmiercią kilku transgeników.

Nagle ranek nie wydawał się już tak wspaniały.

Z ogromnym żalem wysunął się z ciepłego objęcia Nem, chociaż życzył sobie z całego serca, by móc pozostać w łóżku na zawsze. Ale jeśli Patrick żył, musiał uporządkować sprawy z Dave’m i dopilnować, by trójka nie skrzyżowała swoich dróg co najmniej aż nieszczęsny transgenik nie wyprostuje swoich uczuć. Inaczej polałaby się krew.

„Zdecydowałaś już?”

„Co jest do decydowania? Patrick jest mój.” uniosła zdziwiona brew. Alec tylko w duchu zaklął. To znaczyło, że Dave nie zrobił podejścia, a jej zdziwienie dodatkowo sugerowało, że nie było między nimi tej charakterystycznej, silnej więzi. Jeszcze nie wyczuwała jego zainteresowania, prawdopodobnie przez większą część tego roku rozjątrzała śmierć swojego partnera, tak jak on.

Chociaż on nie zamierzał zrezygnować z Nem, poradziłby raczej Jeminie, by się wycofała. Ale najwyraźniej nawet nie było decyzji.

Biedny Dave.

~ * ~

Nicholas miał ogromną ochotę się zabawić.

Space Needle nie ofiarowało za wiele atrakcji. Widok stamtąd był dosyć marny, zapach z wnętrza zaś jeszcze gorszy. Nicholas był starym, doświadczonym  Kamahem i potrafił się dostosować do warunków danej planety. Podejrzewał jednak, że nawet najmłodsza z Kamahów, Nemin, wyczułaby smród zbutwiałego drewna, uryny czy czegoś, co bardzo przypominało strach i śmierć.

Ale być może to był wydźwięk energii?

Właściwie to przyszedł tutaj z jednego konkretnego powodu. Zabawić się w detektywa. Ale co ciekawe było w szpiczastej, dziwacznej, zupełnie niecelowej budowli wybudowanej przez człowieka i przez człowieka porzuconej?

Tylko wzory energii. Dawne, liczne, poplątane, ślady emocji, które inne rozwinięte rasy widziały jako błyski. On, Nicholas, książę Kameni, był idealnym kandydatem do tego zadania, więc desygnował sam siebie do tej misji. Jednym z jego licznych, naprawdę nieprawdopodobnych talentów był bowiem gwałt umysłu.

Generalnie, grzebanie w umysłach innych nie należało do najprzyjemniejszych zdolności. Kiedy jednak narodziła się księżniczka Naramin, szybko zrewidował swoje poglądy. Uzdrawianie i władza nad życiem gatunku była o wiele cięższą, zostawiającą najgorszy rodzaj wyrzutów sumienia, zdolnością. By nie wspomnieć, że najbardziej okrutną. Los zawsze stawiał na drodze nosicielek pieczęci kogoś, kto był dla nich bardzo bliski i one nie mogły go uzdrowić. To zostawiało większą ranę w sercach kobiet z jego rodziny niż jakiekolwiek obrzydliwe wspomnienia innych ras mogły uczynić. Naramin została królową po śmierci matki, której nie mogła uzdrowić. Pięć tysięcy lat później urodziła dwoje dzieci, Karę i Kala i cała zabawa zaczęła się od początku… By wreszcie mieć swój tragiczny finał w losie Riki i Hotaru.

Nicholas był w gruncie rzeczy wdzięczny Nemin, że nie protestowała przeciwko zabraniu Rathisa. Może jeszcze nie rozumiała, ale być może za kilkaset lat zrozumie, czym tak naprawdę było wystąpienie przeciwko swojemu ojcu.

Ratunkiem. Czystym ratunkiem.

Żaden Kamah, który świadczył śmierci swojego dziecka, nie powinien mieć kolejnych. Żelazna, straszliwa zasada, której wielu nie rozumiało, przyjmując teoretycznie słuszne założenie, że kolejne dziecko uzdrowiłoby jego duszę. Praktyka przedstawiała się jednak o wiele straszliwiej, szczególnie, kiedy rodzice byli pozbawieni możliwości ochrony kolejnego potomstwa.

Rathis był dla nich spalony. Mógłby jednak żyć nadal na Ziemi, bezpieczny i informowany o życiu córki, gdyby kilkoro głupich, zwykłych Kamahów nie zdecydowało się, że czas na jego interwencję.

Negatywne emocje u zielonookich były zabronione na równi z morderstwem.

Ale żaden z nich nie miał większych doświadczeń z zielonookimi, albo też praktycznie wcale, za wyjątkiem Kala i Rain. Rain leżała w inkubatorze, dorastając teraz w oszałamiającym tempie, Kal robił wcześniej co mógł, ale szkoda i tak została wyrządzona.

Idioci.

Ale nie tylko szkoda na psychice Nem go martwiła. Bądź co bądź pewnego dnia wyliże się, lub też instynkt jej pomoże ustabilizować się psychicznie samej, o ile pozostanie z dala od własnej rasy. O nie, martwiły go inne czynniki, które wywoływały gwałtowne reakcje w niej.

Numerem jeden na tej liście była Maxie Guevara, suka, jakich mało. Osobiście Niko nie miał ochoty znaleźć się na jej liście ‚do zbawienia’. Zebrał przeogromną ilość informacji, pozostawała jednak jedna ważna luka.

Ben.

Zarówno on, jak i Nem po prostu wiedzieli, że była gwoździem do jego trumny. To było po prostu nienormalne, że dorosły transgenik, który trenował – nawet jeśli to były polowania i morderstwa – dał sobie złamać nogę jakiejś głupiej 452, czyli po prostu dać się pokonać. Więc to oznaczało jedno, że on ją chronił, że odczuwał instynktowną potrzebę ochraniania jej, była jego, nawet jeśli tylko w sensie, że należała do jego oddziału. To, co się stało tamtego dnia w lesie było niezmiernie intrygujące… dlaczego ona nie odczuwała takiego silnego instynktu ochrony tego, co było jej, dlaczego nawet nie postarała się wydostać go z lasu?

Gdyby działała, gdyby poddała się instynktom, wyciągnęłaby go z tego. Była żeńskim transgenikiem, bardzo silną alfą. Dałaby radę, dopływ adrenaliny, gwarantowany przez działalność instynktów ochronnych, wzmocniłby jej nadludzką siłę i zmysły. To była jedna dziwność, ale wcale nie tłumaczyła, dlaczego oboje z Nem czuli, że Maxie G była klucznikiem grobowca 493.

Nicholas lubił wyciągać wnioski z faktów, zanim dobrał się do czyjegoś umysłu. Lubił korzystać ze swojego doświadczenia, zmysłu obserwacji i kilku innych talentów. To gwarantowało mu trening, jakiego brakowało od czasu zniszczenia Kamah. Gwarantowało, że nawet w przypadku zawiedzenia jego generalnej zdolności, będzie w stanie przetrwać i wyjść zwycięsko.

Wskoczył do wnętrza, chłonąc rozmaite wzory i niesione przez nie wspomnienia.

Skrzywił się, czując charakterystyczne pomruki energii.

Zbyt wiele dzieci zostało poczęte na tym śmietnisku.

Błysk, jeden, pojedynczy, słaby i tak wątły, że nawet jego królewska krew nie interpretowała jego zbyt poprawnie i jasno.

Interesujące.

Obraz Bena, krwawiącego nieznacznie na twarzy – czy to było z ust? – skutego kajdankami wlał się do jego umysłu łatwo. Nie skupiał się na nim, pozwolił swojej głowie dryfować… i to dotarło do niego. Obraz drugiej osoby, Maxie G, której loki tańczyły dookoła och tak przekonanej twarzy…

Wniosek był tak zaskakujący i zarazem prosty, że niemal niemożliwy do uwierzenia.

Maxie G. odpowiadała za to, że instynkty ochronne Bena oszalały.

Z jednej strony prawie dorosły facet, kochający nad życie swoją rodzinę, ale borykający się ze zwierzęcą naturą w świecie ludzi, nie potrafiący zapanować nad potrzebą ochrony tejże rodziny, podczas gdy nie miał nawet pojęcia, gdzie ona jest.

Niebieska Pani.

Jego żołądek przewrócił się gwałtownie, kiedy w jego głowie pojawił się obraz kilkorga dzieci Manticore, jakiegoś strażnika dającego choremu na łóżku jakąś karteczkę…

Skupił na tym oczy.

Najświętsza Maria Panna z kochającym, otwartym sercem na dłoni?

‚Ona cię ochroni.’

Aż go ścisnęło w środku.

„Coś ty zrobiła, Guevara?” mruknął „Dlaczego w tobie ten obraz budził wstręt, podczas gdy w Benie było to jedyne, co jeszcze trzymało potrzebę ochrony ciebie i twoich sióstr w miarę pod kontrolą?”

Ale Space Needle było już czyste na tym temacie. Były inne błyski, ale żaden nie dotyczył Bena. Jakieś wspomnienia Maxie przychodzącej zbyt często do wysokiego miejsca, raz nawet Aleca, tropiącego ją…

‚Miłość jest do chrzanu.’

Kąciki jego ust podniosły się ironicznie. No co ty powiesz, Maxie? Nagle, raz w życiu zmądrzałaś?

Delikatny pisk jakże technicznie przestarzałego komunikatora zwanego telefonem komórkowym brzmiał w tym miejscu i w tym czasie nadzwyczaj na miejscu i nadzwyczaj akuratnie. Komórka tylko pasowała do tematu wywiadu, stukniętej transgenicznej udającej człowieka i śmietniska, do którego tak lubiła przychodzić.

Wysokie miejsca dają dystans. Pozwalają nie myśleć…

„O wyrzutach sumienia?” natchnęło go, a oczy rozbłysły złośliwie czernią. Rozejrzał się po pomieszczeniu. O tak. Niewinna Maxie G musiała zrobić coś, co przeraziło ją do szpiku kości i sprawiło, że tak bardzo zechciała być człowiekiem.

Nie tylko dla Logana.

W końcu go rzuciła, ale i tak przecież wciąż nie akceptowała tego, czym ją zrobiono. Nawet wiadomości Tava o walkach przyjęła jako prymityw. Było tak wiele rzeczy w naturze transgeników, które przyjmowała jako zwierzęce…

… i ktoś tutaj nadmiernie ucieszył się, słysząc od samej Jeminy, że męscy transgenicy mają znacznie więcej zwierzęcego DNA niż kobiety.

Coś w miarę brzydkiego z czasów, kiedy jeszcze Maxie, Ben i cała załoga byli w Manticore?

Myślał, że znał osobę, która mogłaby mu udzielić tej informacji. Może nie dokładnie tej jednej jedynej, ale musiało być coś powiązanego z morderstwami, Niebieską Panią i potrzebą ochrony, tak silnie uderzającą w transgeników.

Doskonale to rozumiał, bo sam był Kamahem i jego potrzeba ochrony Nem przed Rathisem wręcz wyrzuciła go z wieloletniego cienia. Niedokładnie coś, co planował tak szybko. Ale dla Nem zrobiłby wszystko.

Ben dla Maxie też?

Ale dlaczego w takim razie walczył z nią w lesie?

Potrząsnął głową. Zagadka się rozrastała.

Przyjął w końcu połączenie, ale nie odpowiedział mu nikt. Słyszał tylko głuche odgłosy i coś, co brzmiało jak nieprawdopodobne wrzaski bólu panny Marii DeLuca.

Westchnął. Wyglądało na to, że pilnowanie klona Rathisa włączało także uspokajanie rozhisteryzowanych ludzkich panienek. Miał tylko nadzieję, że Maria nie przypomina z charakteru Amy DeLuci. Inaczej Michael był biednym facetem.

Kiedy oczywiście skończy z blondynką.

~ * ~

Nem otworzyła oczy dokładnie dwie minuty po tym, jak wyczuła energię Jeminy i Aleca opuszczającego budynek.

Tyle na temat Aleca chcącego mnie w pobliżu, ponieważ odczuwa potrzebę ochrony mnie. Pomyślała ironicznie. Dla Kamaha nie do pomyślenia byłoby zostawienie śpiącej partnerki, szczególnie jeśli to byłaby pierwsza noc, zaufanie nie zostałoby ustanowione, a kobieta wyglądałaby na niewinne i bezbronne dzieciątko.

Potrząsnęła głową. Być może instynkty transgeników nie były wcale tak silne, jak przedstawiali inni albo po prostu instynkt Aleca nie włączał jej, tylko Maxie, do pojęcia rodzina i mój.

Co za popieprzona sytuacja.

Uprzedniej nocy myślała, że coś jednak osiągnęli. Wyglądało jednak na to, że to było pobożne życzenie jej serca lub złudzenie, wrażenie wywołane nastrojem. Albo jej niepokojem o Aleca.

Jak mało brakowało, żeby zginął.

Jego płuca były w strzępach, poprzebijane odłamkami pogruchotanych żeber, obrzęk mózgu z powodzeniem przejął to, co poprzednio robiły narkotyki. Zrobiła co mogła, przyśpieszając jego procesy uzdrawiania na własną rękę. Nawet zdziwiła się nieznacznie, z jaką łatwością jej to przychodziło i nawet nie poczuła bólu w dłoniach.

Zerknęła na nie. Nic. Ani śladu na gładkiej skórze.

Jestem mistrzynią.

{Oczywiście, że jesteś.}

Ach, to znowu ty.

{Tak. Nie mam co robić. Nudzi mi się coraz bardziej.}

Hm, więc postanowiłaś pourządzać sobie wycieczki krajoznawcze do mojego mózgu?

{Oczywiście… naprawdę zżerała mnie ciekawość, co z ciebie wyrosło.}

Aaa, kolejna wskazówka do łamigłówki.

Niemal usłyszała kobiecy śmiech.

Głos był tak znajomy, że wywołało to gwałtowny ból gdzieś w okolicy serc.

Ciepło jej tonu jest prawie takie same jak mamy.

Potrząsnęła głową. Jej emocje zaczynały wpływać na jej decyzje. A przecież nie powinny. To ona była tą odpowiedzialną, nieprawdaż?

Idź pobuszować na statkach.

{Hm, już byłam. Tylko na Dakerię mnie nie wpuścili.}

Westchnęła.

To z powodu Ratha.

{Wiem. Chciałam go odwiedzić.}

Dlaczego więc cię nie wpuścili? Dlaczego nie wpuścili twoich myśli?

{Może pewnego dnia… ale to mimo wszystko może nawet i lepiej, że go nie odwiedzam teraz. Moje pojawienie się tam obudziłoby w nim zbyt bolesne uczucia. Jest taki sam jak ty. Nie bierze dobrze utraty najbliższych.}

Tym bardziej ktoś powinien z nim być.

{Tak jest lepiej. Niektórych ran lepiej nie rozdrapywać, bo powstanie blizna.}

Hm, czyżbym słyszała ludzkie przysłowie?

{A co? Nie ty jedna uważasz, że coś jest w ich powiedzonkach.}

Lepiej zmykaj, Pani Powiedzonko. Idź odwiedzić Nicholasa. Czuję od niego… zabawny rodzaj energii.

{Taaak? Co Książę Kameni ostatni porabia?}

Kobiecy głos nosił ślady silnego zainteresowania.

Jest w Roswell. I jest zmieszany.

Ziewnęła i otworzyła ponownie oczy. Kobieta już nie pojawiła.

Sypialnia Aleca przywitała ją w całej swojej ponurości dnia. Ściany miały ohydny zielonkawy kolor, rysy i nie wiadomo co jeszcze. Przywodziło jej to na myśl wręcz biały pokój.

Nie myśl o tym.

Ale o czym? Że Alec pognał z Jeminą, ponieważ ona łaskawie chciała Patricka z powrotem. Powstrzymała parsknięcie. Między sytuacją Onara a jej były pewne podobieństwa… trudno było je ignorować, szczególnie, jeśli Biggs dosyć dużo uderzył w czuły nerw, mówiąc praktycznie same fakty okraszone osobistą opinią.

Początkowo zdumiewała ją niewiarygodna gotowość Patricka, by rzucić wszystko i się przyłączyć do Kamahów. Potem się przyzwyczaiła i powolutku nauczyła kilku niezmiernie ważnych kwestii. Przede wszystkim tej, że nie był ich własnością, miał swoje życie, swoje uczucia i marzenia i do niego należała decyzja, co z tym zrobić, do nikogo innego. Nikt od niego nie wymagał przecież, żeby rzucił wszystko i dostosował się do nowej sytuacji tylko dlatego, że Kamahowie uratowali jego życie.

Kiedy jednak przez ostatni tydzień rozmyślała o wczesnej, porannej wizycie Aleca zrozumiała pewną ważną kwestię. Patrick wcale nie przesadzał. W Manticore transgenicy wymagali od swoich partnerów całkowitego podporządkowania się, przystosowania do zasad panujących w transgenicznej społeczności. Kiedy w obozie dla uchodźców Alec wymagał, by zniknęła, dla niego, naprawdę miał to na myśli. Fakt, że z jednej strony chcieli chronić w ten sposób swoich partnerów, ale z drugiej strony to nie działało, szczególnie biorąc pod uwagę stan, w którym znajdował się Patrick po uratowaniu z rak agentów sekcji nadzoru Manticore.

Takiego bestialstwa i okrucieństwa nie widziała wiele. Antarianie, owszem. Ale ludzie? Ludzie byli przeważnie zbyt głupi, by robić takie rzeczy. Agenci Manticore jednak nie. Ta instytucja wywoływała w ludziach najgorsze, najpodlejsze instynkty.

Tak więc Patrick dostosował się do wymagań Jeminy.

A teraz Jemina chciała go z powrotem. Po tym, jak transgenicy bardzo jasno i wyraźnie dali do zrozumienia, co sądzą o ludzkim partnerze ich żeńskiej alfy. Co za galimatias.

Ale z nieszczęściem dla transgeniczki Patrick Onar nie był już tą samą osobą, co przed rokiem. Przede wszystkim podlegał jej i nie było żadnej siły ani istoty na świecie, która mogłaby przebić jej władzę nad Patrickiem. To był sposób działania pieczęci królewskiej. Patrick uznawał ją za swoją królową.

Królowa była wszystkim. Królowa była prawem. Zawsze i wszędzie.

Całkowite posłuszeństwo Patricka komplikowało sprawę wystarczająco boleśnie dla wszystkich zainteresowanych. Ale nawet ważniejszą kwestią pozostawała inna sprawa.

Kiedy przynieśli Aleca do szpitala w TC, początkowo nie zwróciła uwagi na wzory energii w Dave’ie. Kiedy jednak uległy całkowitej zmianie kiedy wyczuł w pobliżu Jeminę, nikt nie musiał jej tłumaczyć, co się stało przez ostatni rok.

Dave chciał ją dla siebie. Mocno, praktycznie boleśnie. Jego myśli były zaborcze wobec niej i nawet koncentrując się na ledwo żywym liderze, Dave zdecydowanie nie chciał jej w korytarzu pełnym nabuzowanych transgeników. Niebezpieczeństwo, że nastroje wezmą górę, w dodatku jej powodzenie – alfy zawsze się nim cieszyły – mogło sprowadzić na nią kłopoty o wiele szybciej niż cokolwiek innego.

Galimatias do kwadratu.

A ponadto wszystko Alec chyba oczekiwał, że dostosuje się do jego wymagań. Fakt, że spytał, co planuje… ale i tak wyszło w końcu na to, co on chce. Nieprawdaż?

Dokładnie tak, jak mówił Biggs w listopadzie.

~ * ~

Ok. Pora wstać.

Zsunęła się bezszelestnie z łóżka. Nie było późno, ledwie parę minut po szóstej rano i nie miała wątpliwości, że ulice Seattle świecą pustkami.

Tak, jakby w ogóle zamierzała na nie wychodzić.

Latem, kiedy było cieplej, o tej porze była już w środku spaceru z Rain. Pustki na ulicach, pustki w parku. Nawet transgenicy odsypiali, głównie jakieś nocne eskapady: balowanie, napady, włamania, jakieś drobne prace. Mniejsze tłumy oznaczały większe bezpieczeństwo. W przeciwieństwie do hybryd z Roswell nie potrzebowała ludzi dookoła, by się ukryć.

Co tu dużo mówić, nie przepadała za ludźmi, ale to nie było odkrycie stulecia. Nie lubiła ot tak sobie niknąć w tłumie. Można było być niezauważalnym nawet samemu na drodze. W tłumie zawsze istniała jakaś szansa ataku, obserwacji, albo że jakiś przypadkowy przechodzień cię zapamięta i pewnego dnia dowiedzą się w końcu ci, którzy nie powinni. Nie najciekawsza perspektywa.

Uchyliła drzwi sypialni, tylko po to, by odkryć Tava na kanapie, przerzucającego pilotem kanały w telewizji. Tak, ulubiona zabawka Aleca chyba nie do końca interesowała jego młodszego brata, bo jego oczy nie były zupełnie skupione na czynności czy kolorowym obrazie, tylko na jakimś punkcie w przestrzeni.

Ciekawe, co tak go martwiło.

Wbrew sobie poczuła, że sama się automatycznie martwi.

Niech żyją instynkty ochronne Kamahów. Teraz martwiła się nawet o wujka Rain. Po prostu… genialnie.

Ale też nie ukrywała, że młodszy brat Aleca miał w sobie wiele cech, które z ogromną chęcią widziałaby w ojcu swojego dziecka. I Alec je kiedyś posiadał, jako 494… ciepły, ochronny, z nutką ironii, ale i nie egoista, myślący przede wszystkim o innych, doskonale rozumiejący, że mieć władzę to znaczy nieść odpowiedzialność. Lecz niestety wyglądało, że razem z murami Manticore zniszczono nie tylko znienawidzone więzienie.

„Dzień  dobry.” skinęła mu głową. Wyłączył natychmiast telewizor i spojrzał na nią z zaskoczeniem.

„Dzień dobry. Chyba jednak jesteś opierzona.”

Drgnęła. Nigeria się kłaniała i jeden z rzadkich, szczęśliwych momentów beztroski z Aleciem. Myślała, że byli sami, kiedy ją budził. Lecz powinna wiedzieć lepiej. Zwłaszcza ze wspomnieniami Biggsa. Musieli działać w dużym stresie… Tylko tydzień na sfinalizowanie spraw między nimi. Ciekawe, co się działo za kulisami.

„Zawsze mnie ciekawiło, co kombinowaliście…” uśmiechnęła się nieznacznie „Ile przypadków było przypadkami?”

Odwzajemnił uśmiech. Był swobodny. Dobry znak.

„Jeden… lub dwa.” mruknął wzruszając ramionami „Śniadanie?”

Jej uśmiech zbladł nieznacznie.

„Nie staraj się wyprostowywać błędów swojego brata, Tav. To nic nie da.” potrząsnęła głową w dziwnej żałości, która zaczęła ją szybko ogarniać „Jest dorosły i sam może odpowiadać za swoje czyny.”

„Brzmi jakbyś go o coś oskarżała.” zauważył bystro.

„O nic nie oskarżam.” odparła z przymusem, chociaż nieznaczny uśmiech na jej ustach jakoś się jeszcze utrzymywał, wiwat królewskie geny i opanowanie „Może to zabrzmi bluźniersko… niemile i tak, jakbym pragnęła się odegrać… ale naprawdę mam już dosyć tej popieprzonej sytuacji.”

„Można to prosto rozwiązać.”

„Niby jak? Nie wyobrażam sobie, by Alec zaakceptował to, kim jestem i moje obowiązki, skoro tak gwałtownie zareagował na to głupie medialne przedstawienie.”

„Nie bardzo w niego wierzysz.”

„Nie wiem, w co wierzyć.” wzruszyła ramionami „Problem w tym, że Biggs miał rację. Patrick również dołożył swoje. Mam zobowiązania, Tav. Nie mogę znów przedłożyć dobra mojego dziecka nad nie.”

„Co się stało?”

„Poprzednim razem kiedy dokonałam wyboru… zapłaciłam ja. I mój brat.”

Tav gwałtownie wciągnął powietrze. Słowa Biggsa… przypomniał je sobie nagle. Zastanowiłeś się czasem, co ona musi myśleć i czuć każdego dnia, ze świadomością, iż jej ukochany przybrany brat zapłacił życiem za to, że złamała reguły i sprowadziła na świat nowe życie?

„To musiał być koszmar.” zauważył mimo to spokojnym, neutralnym głosem. Brown ich ostrzegał. Ona nigdy się nie przyzna. Naciskać też nie mógł. Nem nie lubiła być przyciśnięta do muru.

„Nie miałam zbytniego wyboru… teraz jakiś mam.”

„To znaczy?”

„Mam dwa lata wolne, zanim przywrócą mnie do obowiązku.” westchnęła „Jedyny powód dla nich, to Rain. Mój ojciec… stracił rozum, kiedy zginęło moje rodzeństwo. To jest piekielne niepowodzenie dla nas, nie ochronić tych, których kochamy. Instynkty dyktują nasze życie. Dla Kamahów dzieci są najważniejsze. Boją się, że ze mną może stać się to samo…” uśmiechnęła się smutno. Może jednak tak się nie stanie. Nie mogło tak się stać! „Więc zostałam zwolniona z większości obowiązków do czasu, aż Rain skończy trzy latka. Wówczas również przypada termin ostatecznej przeprowadzki. Mam wybór. Mogę związać się z Ziemią, ale to oznacza, że Alec musi zaakceptować cała tą obcą rzecz i nie może się sprzeciwić jakiejkolwiek mojej działalności w tym obszarze. Szczerze mówiąc… nie wyobrażam sobie tego.”

„Dlaczego?” zmarszczył brwi „Co takiego jest twoim obowiązkiem? Aleca trzeba kopnąć w tyłek, pozbiera się.”

Parsknęła.

„Nie wytłumaczę ci tego bez znajomości pewnych terminów… ludzkie odpowiedniki mojej funkcji… mogą wprowadzić w błąd. Ale tu chodzi o dużą, przeogromną dawkę odpowiedzialności. Im wyżej postawiony Kamah, im więcej ma genów i zdolności, tym wyżej w naszej hierarchii stoi i jest odpowiedzialny za coraz ważniejsze sprawy. Jeśli Alec tego nie zaakceptuje, ja po prostu sobie nie wyobrażam życie, gdzie z jednej strony będę odpowiedzialna tam, a z drugiej użerała się z jego wyniesioną z Manticore nienawiścią do obcych.”

Tava zatkało na moment.

„On cię nie nienawidzi.” wyszemrał łagodnie „Nigdy cię nie nienawidził.”

„Może kiedyś coś do mnie czuł. No i nie jestem ślepa, wiem jak wyglądam. Ale sprawy się zmieniły w momencie, kiedy dowiedział się o Rain. On mnie nienawidzi, że wpadliśmy, że przez to niejako wymusiłam na nim akceptację mnie, że jego instynkty nie pozwolą mu odwrócić się ode mnie. Że zabrałam jego wybór, możliwość by znalazł sobie kogoś wśród własnej rasy.”

„Kto ci to do cholery powiedział?” czy jego wargi były tak zdrętwiałe, jak mu się wydawało, a mózg tak ogarnięty szokiem? Jak do cholery Nemin mogła zyskać tak niewłaściwy pogląd na sytuację? Przecież jeszcze tej nocy sama przyszła i przepraszała, chociaż to Alec powinien pierwszy wyciągnąć rękę… zaraz, chwileczkę… Serce ścisnęło mu się. „To dlatego przepraszałaś. Myślisz, ze on cię nienawidzi za to i że przeniesie to na waszą córeczkę.”

Jak do diabła to wszystko mogło się tak rozwinąć, w taki absurd i wzajemne koło oskarżeń?

„Alec mi powiedział.”

Musiał powstrzymywać mdłości, słysząc ton smutku i rozgoryczenia w jej głosie. I on myślał, że Alec tydzień temu wydzierając się jak wariat na Nemin osiągnął szczyt chamstwa!

Porozmawiamy sobie, braciszku. Oj, porozmawiamy!

„Kiedy Rathis powiedział mu o dziecku, Alec przyszedł do mnie. Miałam ochotę go zakatrupić, bo ledwo co zasnęłam. Z początku szło dobrze, potem już gorzej… nie powiedział bezpośrednio ani słowa, ale całe jego zachowanie mówiło za niego. Zresztą nie dziwię mu się, sama nie lubię być do czegokolwiek zmuszana czy stawiana między ścianą a plutonem egzekucyjnym. Za dużo tego w moim służbowym życiu, bym tolerowała to w osobistym. Och, jasne, wiem, że jestem czasem egoistycznym, rozpieszczonym bachorem i ustawiam wszystkich po kątach.” uśmiechnęła się nieznacznie „Ale instynkt ochronny wobec Rain i tak zmywa to bez śladu. Postępuję według mojej własnej natury, tego, kim jestem i nie mam z tym problemów. Zawsze słuchałam mojej natury, nawet jeśli czasem nienawidziłam jej bardziej niż skurwiela, który zniszczył mój dom…”

Zamknął oczy. Jej ostatnie słowa uderzyły w nerw. Alec miał naprawdę pierdolone szczęście, ale jak na razie nie miał jaj, żeby to szczęście utrzymać w swoim życiu. On sam, ileż by dał, żeby Maxie była tak pogodzona ze swoją naturą, jak Nem i jeszcze trąbiła o tym dumą! Maxie akceptowała swoją transgeniczność dlatego, że przynosiła jej teraz korzyści. Nie sądził, by bez całego wsparcia oddziału tak łatwo dałaby się skaptować. Kochała żyć, zaprzeczając własnej naturze. Nienawidziła być pół-zwierzęciem, chociaż on sam to kochał. Był jaki był, dostał to od losu. Przecież od niego zależało, co zrobi z tym, a nawet mówiło to, jaka osobą jest, czy jest godny tego, czy jest wystarczająco silnym i odpowiedzialnym facetem… nie od opinii głupich ludzi dookoła to zależało.

Alec miał cholerne szczęście. Ale z całą pewnością nie chwili, kiedy utnie sobie z nim pogawędkę. Miłą pogawędkę. Miał dosyć jego gówna i kretyńskiego zachowania.

Biggs jednak miał częściowo rację. Alec nie zasługiwał na Nem. 494 tak, ale nie Alec.

„Ale Alec może mieć. Przeraża go inność Rain. Nie wiem, czy jest w ogóle sens walczyć z tym, co wam wpajali przez lata w Manticore.”

„Wiele z tego było wierutną bzdurą, oszustwem, jednym wielkim kłamstwem.” powiedział miękko, z nowo nabytym szacunkiem „Nie przekreślaj go tylko dlatego, że w tym piekle nauczono go wielu paskudnych uprzedzeń. Wiem, że Alec to nie 494…”

„Święta prawda.”

Uśmiechnęli się do siebie.

„Zanim się pojawiłaś w Crash… Przez cały ten rok był Aleciem McDowellem. Jedyne, co go trzymało przy dawnym 494, co wywoływało w nim tego samego faceta, jakim był przed pożarem, to szukanie informacji o tobie. Nie miał podejrzeń, że żyjesz, ale chciał odpowiedzi, nawet najbardziej bolesnych dla niego. Nie wiem, co by się stało, gdyby dowiedział się wcześniej o twoim nieziemskim statusie. Tylko… daj mu szansę. Potem przynajmniej nie będziesz mieć wyrzutów sumienia, że nie próbowałaś… i nawet sam pomogę ci skopać mu tyłek, jeśli nie podoła próbie.”

Parsknęła śmiechem. Obraz Aleca tłuczonego przez młodszego braciszka wydał się jej nagle niezwykle pociągający… westchnęła, czując wibracje telefonu w kieszeni. Spojrzała na wyświetlacz. Jak wspaniale… odebrała.

„Co się dzieje?”

„Maria jest poważnie ranna. Jeśli jej nie uzdrowimy, Han będzie miała na swoim sumieniu morderstwo.”

Czy chciała wiedzieć, co do diabła transgeniczka robiła w Roswell? Zdecydowanie nie.

„Zwiń wszystkich do bazy, ja zaraz przyjdę.”

„Rozkaz.”

Spojrzała na Tava, który zdążył się podnieść w kanapy i zaczął buszować po niewielkiej kuchni.

„Na pewno nie chcesz jakiegoś śniadania?”

„Kamahowie jadają dwa razy w tygodniu, chociaż w naszym naturalnym świecie moglibyśmy obejść się bez jedzenia przez całe życie.”

„Bujasz.”

„Niee.” ziewnęła. Nie była żadnym rannym ptaszkiem. W drzwiach rzuciła mu ostatnie spojrzenie. „Wiesz co?”

„Co?”

„Nie wiem, co jest bardziej zaskakujące po tym roku, jaki upłynął od Nigerii… Zniewieściały Alec czy mądry Tav.”

Musiał zbierać szczękę z podłogi.

Doprawdy, nigdy nie zrozumie kobiet.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *