Przepraszam (16)

Rozdział szesnasty: Nadzieja matką kochanków

Szok był prawdopodobnie większy niż w momencie ujrzenia jej żywej w Crash, podczas gdy w jego umyśle pozostawała wyryta koszmarna scena z lotniskowca. W jednej chwili gapił się na rysy na suficie, pełen ponurych rozmyślań, a w następnej widział ją dwa metry dalej, drobną, malutką, stojącą niepewnie w jego sypialni. Niepewnie! Ona! Ze wszystkich istot we wszechświecie była ostatnią, która mogłaby nie mieć prawa bycia w tym pomieszczeniu.

Stęsknił się za nią. Nawet w zwyczajnej prostej sukience i rozpinanym sweterku zapierała dech w piersi. Cokolwiek by nie nosiła, dodawało jej to uroku. Być może sekret tkwił w tym, jak się nosiła, obojętnie co miała na sobie, czuła się w tym swobodnie, w mundurze, w sukience czy w pantoflach na wysokich obcasie…

Zerknął na jej nogi i musiał wręcz powstrzymywać jęk. Cieniutkie rajstopy nie ukrywały oliwkowej skóry, a lekkie płócienne teńsówki doskonale podkreślały kształt stóp. Jej maleńkich, doskonałych stópek, które bez problemu zmieściłyby się w jego dłoni…

Przydałby mu się lodowaty prysznic. Najlepiej natychmiast o ile nie chciał zepsuć wszystkiego między nimi.

„Wiem, że jest za późno na to, by przeprosić.” mruknęła niepewnie, zakładając ręce na piersi w obronnym geście. Była zbyt zdenerwowana i pełna obaw, by sięgnąć czułkami do niego i zbadać jego wzory energii. Zamiast tego utkwiła przestraszony zielony wzrok w jego zabandażowanych ciasno żebrach. W jego tak silnym zazwyczaj ciele, teraz noszącym ślady nadużyć, lecz wciąż przyciągającym spojrzenia. Zwłaszcza jej. Po cholerę Kamahowie byli humanoidami?

Zamrugał zaskoczony. Ona przepraszała? Przecież to on narozrabiał, wypowiedział wiele raniących słów, do których nie miał najmniejszego prawa sięgać. Mimo wszystko to ona przyszła do niego, by przeprosić, by wyciągnąć rękę.

„Ale mimo wszystko jesteś tutaj.” wychrypiał, niepewny nawet jak wydostał z siebie coś na kształt zrozumiałego dźwięku. Jezu, coraz bardziej kochał tę drobną osóbkę z innej planety.

Poruszyła się niepewnie, przystępując z nogi na nogę, nie patrząc na niego. Jej nieśmiałość, jak i wyraźny strach przed jego reakcją, i miał usilne wrażenie, że głównie przed wyrzuceniem jej stamtąd, był po prostu słodki. Gdyby miał siły, sięgnąłby po nią bez najmniejszego słowa i zacałował na śmierć te drżące usta.

Westchnęła, wciąż nie podnosząc wzroku na jego twarz. Nie za bardzo miała odwagę, by to zrobić.

{Ok. Podstawy z podręcznika Jak rozmawiać z obcym humanoidalnym gatunkiem? Punkt numer cztery uprzejmej konwersacji?}

Patrzeć mu w oczy. Jęknęła w duchu. Nie najciekawsza rada, mądralo.

{Przynajmniej obniż się do jego poziomu. Stoisz nad nim. Górujesz. Nie najlepsza pozycja startowa w przeprosinach. Nie zostają one odebrane jako szczere, jeśli są wyemitowane z łaski.}

Wzięła głęboki, uciszający oddech i usiadła na kolanach obok łóżka. Sukienka raczej wykluczała siad po turecku. Z drugiej strony Alec wydawał się lepiej przyjmować ją w sukienkach… Ok. Dosyć tej niepewności.

„Tak, jestem. I przepraszam. Wiem, że powinnam bardziej postarać się o uprzedzenie ciebie, ale w tamtym momencie zawiadomienie ciebie nie wydawało się pierwszeństwem. Mój błąd. Masz takie samo prawo martwić się o Rain, jak ja. Może w tamtym momencie nawet większe, od kiedy to nie wiedziałeś, jak ciężką obstawę ma przez Antarian w mieście.”

Potrząsnął w zdumieniu głową. To on potrzebował przeprosić za to, że przez ułamek sekundy zwątpił w to, że jest w stanie ochronić ich dziecko. Robiła to nadzwyczaj skutecznie przez ponad rok, podczas gdy on nie potrafił nawet ochronić samego siebie i nieustannie pakował się w kłopoty.

„I…” przełknęła wyraźnie, podczas gdy jemu po prostu odebrało mowę „Przepraszam, że sama decydowałam. Rain ma nie tylko matkę, ale ojca także. Ale to naprawdę jest diabelnie ciężkie pamiętać, że nie musisz słuchać moich rozkazów czy poddawać się mojej woli jak całe zgraje Kamahów.” uśmiechnęła się nieśmiało „Poniosło mnie, kiedy dyktowałam ci swoją wolę. Ty też masz swoje instynkty, odmienne, ale są. Nic nie daje mi prawa wywyższać własne nad twoje, nawet jeśli ja nigdy wcześniej nie próbowałam zdusić w sobie zaborczości wobec niej czy maniakalnej ochrony, przy której transgenicy wydają się bandą przedszkolaków.”

Nie mógł się powstrzymać. Parsknął śmiechem.

„Nie żartuję.” zganiła go, ale na jej twarzy zagościł maleńki uśmiech. Taki maleńki. „Jest dla mnie niemożliwe, by to skontrolować i nie będę próbowała. To, co usiłuję powiedzieć…” przerwa na oddech „… że czasem zapominam, że inni nie tyle mają uczucia i instynkty, ale przede wszystkim prawo do nich. Masz prawo dostawać świra na myśl, że mogę mieć zieloną skórę i antenki. To wolny kraj…” dodała przewrotnie, ale już bez cienia wcześniejszego uśmiechu „Tylko… nie przekładaj tego na Rain, dobrze? Nie chcę, żeby płaciła za moje pomyłki, odmienność czy niezrozumienie przeze mnie czegoś. Czasem zbytnio koncentruję się na sobie i działam według własnych wartości, usiłując poustawiać wszystko według własnego widzimisię czy mojego treningu.”

Czuł, jak coś zaciska się mu wyjątkowo boleśnie w żołądku. Ona chyba nie myślała o sobie tak źle? Kto do cholery wbił jej to do jej ślicznej główki?

„Więc co teraz?” spytał ostrożnie, ale nadzieja już przeciekała do jego serca. Psiakrew, wtargnęła z siłą Niagary. Co takiego było w jego Nem, że potrafiła odwrócić parszywy los o 180 stopni? Przyszła do niego i wyciągnęła z kompletnego dna, chociaż to on zawinił i zranił ją, jak mało kto prawdopodobnie. Ją i ich dziecko.

„Nie wiem.”

Ale on już wiedział. Pamiętając o bolącym nadgarstku sięgnął niezwykle ostrożnie do jej dłoni. Dotyk jej ciepłej skóry był jak elektryczny wstrząs.

„Mogę cię uzdrowić.” mruknęła cichutko. Wodził palcami w fascynacji po gładkim jedwabiu, jakim wydawała się jej skóra. Tak miękka i delikatna i gładka.

„Nie trzeba.” skrzywił się mimowolnie, kiedy się cofnęła „Ból jest doskonałym przypomnieniem dla mnie, żeby być ostrożniejszym. To był mój błąd, stara niezałatwiona znajomość.”

Tak, niezałatwiona znajomość z odrzuconą kobietą, która wiedziała o kodzie kreskowym na jego karku. Nie miał jednak zamiaru rzucać tego w twarz Nem. I tak zachowała się fantastycznie. Jego kobieta była boginią. I zaledwie prosty dotyk jej dłoni był jak niebo.

„Och.” mruknęła. Był wdzięczny, że nie pyta o więcej szczegółów. W jego obecnym nieco zamroczonym zmęczeniem, ale i euforią stanie, nie był pewien czy zdołałby wymyślić sensowną odpowiedź.

Zaczęła się podnosić. Spanikowany zrozumiał, że jeśli czegoś zaraz nie zrobi, prawdopodobnie wróci tam, skąd przyszła, a jemu nie pozostanie nic oprócz bezradnego oglądania jej odejścia. Psiakrew, był słaby jak niemowlę.

„Co robisz?”

„Wracam do obcych czeluści.” westchnęła miękko, nie cofnął swojego uścisku na jej dłoni. Właściwie to ledwie tam był, słaby, ale był. Musiało go boleć jak diabli albo coś było z jego ręką.

„Nie idź jeszcze.”

„Alec, jest środek nocy. Mój łączny sen przez ostatnie dwa miesiące to niecałe piętnaście godzin!”

„Taaa, nie mogłaś spać bez mojego wybaczenia?” uśmieszek był na miejscu, mimo pokiereszowanej twarzy i Nem poczuła irracjonalną ochotę, by go scałować. Przeklęte hormony kamahskiej ciąży. To już jedna trzecia, uświadomiła sobie. Szczyt wariactwa, nic dziwnego, że mnie nosi.

„Nie, kończyłam to, co zostało do zrobienia po odlocie innych.”

Spoważniał nagle.

„Wiesz, że musimy o tym porozmawiać.”

„Wiem. Ale nie teraz, dobrze? Czuję się, jakby ktoś wyłyżeczkował mi mózg, a ty nie wyglądasz na wolnego od irytacji czy zmęczenia.”

„W porządku.” ziewnął mimowolnie, ale od razu usłyszał jej śmiech. Chryste, jak on zatęsknił za tym dźwiękiem…. prawie tak bardzo jak za nią.

„Widzisz?” jęknęła „Znowu cię ustawiam.”

„To tylko dlatego, że ci pozwoliłem.” łypnął na nią okiem.

„Acha.”

Nie wytrzymał. Parsknął śmiechem, ale zaraz z jego gardła wydobył się jęk bólu i rezygnacji.

„I kto tu potrzebuje snu?” spytała surowo.

„Zalecenia według doktor Langley?”

„Wiesz, ja naprawdę przerzuciłam się z medycyny na biologię.” ziewnęła „Wiedza Kamahów też robi swoje. Wszyscy humanoidzi są podobni, sen pozwala na maksymalną regenerację.”

„Humanoidzi?” jakoś ciekawość zwyciężyła nad znużeniem.

„Rasy humanoidalne.” wyjaśniła cierpko „Przyjmując wszystkich Manticorian za jedną rasę, na samej Ziemi jest osiemnaście ras. Dziewięć pochodzenia pozaziemskiego.”

„W tym Kamahowie?”

„A co, martwisz się o moją zieloną skórę?” zażartowała. Psiakrew, przyjemnie było z nim żartować, nawet jeśli to było na ten jakże śliski i drażliwy temat. W pokoju panował półmrok, on leżał bezradny na łóżku, światło sączyło się przez niewielką szparę w drzwiach, tworząc lekko romantyczny nastrój… Taaa, obce tematy i romantyzm… Przez moment zastanowiła się, co musiał sobie myśleć Tav, ale jakoś nie czuła najmniejszego sprzeciwu z jego strony. Raczej… zachwyt?

Potrząsnęła głową. Stres wyprawiał z nią dziwne rzeczy.

„A co, masz?” uśmiechnął się niewinnie.

„Nie.” potrząsnęła głową „Ale też nie wyglądam jak człowiek.” potężne ziewnięcie i próba jego stłumienia zdecydowanie złagodziło wydźwięk tych słów „Jestem zmiennokształtnym, w dodatku żeńskim, mam siedem powłok, więc potrafię przybrać dowolny znany mi kształt humanoidalny, z jakim zetknęli się Kamahowie w ciągu swojego istnienia. To, co widzisz, jest jednak moim podstawowym humanoidalnym kształtem, do którego ostatecznie muszę się cofnąć w którymś momencie, nie mogę utrzymywać innego wyglądu za długo. To jednak wygląd powłok, zapisany genetycznie, dziedziczony po rodzicach. Ostatnia, czy też pierwsza w zależności od której strony liczysz…” kolejne ziewnięcie „…jest prawidłowym wyglądem Kamaha. To ta zupełnie pod spodem, będąca ostatnią barierą.”

„Czemu wydaje mi się, że jest w tym haczyk?” zerknął na nią ciekawie.

„Owszem, jest. Podstawowy humanoidalny kształt nie jest zmienialny czy modyfikowany, to tak samo jak twój zapisany w genach wygląd. Kolor i struktura włosów, karnacja, oczy, kształt nosa czy kości policzkowych… po prostu wygląd. Mogę spędzić całe życie utrzymując się w tym kształcie i będzie to dla mnie równie naturalne, jak bycie w oryginalnym kształcie Kamaha.”

„Podwójna osobowość?” zażartował, chociaż zmęczenie dawało mu się we znaki. Ulga, że Nem jest tutaj, że nie jest daleko, że się nie wścieka na niego, wręcz przeciwnie właściwie i w dodatku rozmawiają swobodnie o obcych sprawach, wysyłała jednak wyraźny impuls do jego ciała, że to koniec alarmu i jego siły kurczyły się zastraszająco. Naprawdę potrzebował odpoczynku.

„Taaa… ale ludzie nie mają skrzydeł.”

Zerknął na nią spod opadających powiek.

„Skrzydła? Czy to żart?”

„Zgadnij.” uśmiechnęła się szelmowsko.

„Nie mam sił.” jęknął i ziewnął.

„No właśnie. Będziesz teraz grzeczny i zaśniesz?”

„A ty?”

„A mówią, że to kobiety są najbardziej upartymi istotami na Ziemi…” potrząsnęła głową w sarkastycznej niewierze „Wracam grzecznie do siebie.”

„Nie możesz krążyć nocą po ulicach Seattle; będę się martwił o ciebie.”

Wzniosła brązowe spojrzenie do sufitu. Brązowe. Jakoś zieleń zniknęła z jej oczu podczas ich rozmowy. Czuł niekłamaną satysfakcję. To znaczyło coś dobrego. Co prawda nie wiedział jeszcze co, ale kiedyś się dowie…

„Jak myślisz, czy ktokolwiek z ochrony na zewnątrz mnie zauważył? Poruszam się jak Kamah, pokonuję tysiące mil w ułamkach sekundy do określonego miejsca docelowego.”

„I tak będę się martwił.” ziewnął „Zostań tutaj. Wrócisz rano.”

„Poważnie?” spytała z takim zdumieniem, że miał ogromną ochotę rwać sobie włosy z głowy. I on myślał, że doszli do jakiegoś porozumienia! Chyba jednak różnice międzygatunkowe nie były tak ważne jak różnice międzykulturowe.

„Tak. Gwarantuję nie schrupanie ciebie na śniadanie. Jemina obiecała przynieść przydziały z TC.”

„Jestem straszną wiercipiętą.” zaprotestowała miękko, ale usiadła na brzegu łóżka i zaczęła rozwiązywać sznurówki swoich bucików. Miał ochotę podskoczyć pod sufit, ale nie sądził, by w jego stanie skończyło się to szczęśliwie.

„Jakoś nie zauważyłem tego nigdy.”

Zaczęła rozpinać guziczki sweterka. Usta Aleca nagle zupełnie wyschły.

„Bo byłam chora w Nigerii.” uśmiechnęła się z rozbawieniem „Rain to przy mnie aniołek.”

Chrząknął. Jakoś poważnie w to wątpił. Poza tym Nem musiała naprawdę mieć anielski charakter, skoro jednak jakoś potrafiła przejść ponad to, co wyprawiał, ponad wszelkie dzielące ich różnice i zadane wzajemnie rany.

Wyjęła z kieszeni komórkę i coś zmajstrowała przy niej, po czym położyła na nocnym stoliku.

„No co? Jestem młodą mamą, wiecznie pod telefonem.” ziewnęła.

„To musi być uciążliwe, ciągle na uwięzi, nie mogąc nic zaplanować czy wiecznie doglądać jej bezpieczeństwa.”

„Właściwie to nie… moje zdolności gwarantują mi, że mogę nadzorować ją z drugiego końca kraju, nawet śpiąc.”

„Nieźle.” zachichotał.

„Taaa…” ziewnęła. Odchylił koce i wsunęła się pod nie, pozostając przy tym w pewnej odległości od niego. Zwinęła się w kłębek.

Usiłował schować rozczarowanie, ale nie za bardzo mu to chyba wychodziło. Czego oczekiwałeś, idioto? Że rzuci się na ciebie jak króliczek? Musiała jednak coś wyczuć, ponieważ uniosła głowę pytająco.

„Nie zapomniałaś o czymś?”

„Hm?”

„Chustka.”

„Aaa…” mruknęła, jednym krótkim szarpnięciem zdejmując kawałek materiału i beztrosko rzucając gdzieś do wnętrza pokoju. Zachwycony obserwował jak ciemna, miękka kaskada opada na poduszkę.

„Granatowy? Niebieski?” nie mógł się oprzeć. Wiedział, że była wykończona, ale jednak… „W Nigerii też takie bywały.”

„Normalny u Hendricksów. Śpij, gaduło!” wymamrotała, nie otwierając tym razem oczu. Zafascynowany oglądał  jak jej twarz ucisza się, a umysł i ciało zapada w sen. Nigdy nie sądził, że tak prosta i naturalna czynność mogła być aż tak wyrazista.

Mimo wcześniejszych awantur, czuła się bezpieczna przy nim, nie miał co do tego wątpliwości… Ciepłe uczucie otuliło serce. Jego Nem czuła się bezpieczna obok niego. Przekręcił się na bok i wychylił się, by wciągnąć jej zapach, otulić się nim, jej ciepłem i obecnością. Zaufaniem. Uśmiechnął się. Jego nos wylądował w jej włosach. Wymamrotała coś przez sen i wtuliła twarz w zagłębienie jego szyi.

Zdecydowanie niebo.

Odetchnął głęboko, czując, jak jego własne ciało ucisza się i powoli odpływa w krainę snu. W końcu zapadł w być może najspokojniejszy i najgłębszy sen od lat.

~ * ~

Jemina weszła do centrali. Mimo, że zazwyczaj nad ranem panował tam spory ruch, tym razem świeciła pustkami. Wydarzenia z poprzedniej nocy nadwerężyły nerwy każdego. Kazała swoim kobietom oddać się luksusom spokojnego snu, zwłaszcza tym skojarzonym, zostawiając tylko konieczne straże. Dzięki temu przynajmniej uciszyłoby to część facetów, instynkt walki zostałby zdominowany przez instynkt ochrony. Rano prawdopodobnie bojowe nastroje będą mniej niż jedną dziesiątą tego, co kotłowało się przez cały cholerny dzień.

Nie wiedziała, co przeważało bardziej… złość czy wdzięczność wobec Nem. Pierwsza była wprost dzika wściekłość, agresja wręcz wisiała w powietrzu i o mały włos w tamtym szpitalnym korytarzu nie doszło do najprawdziwszego linczu. Kiedy jednak nastał ranek, Mole włamał się do bazy danych NSA i ściągnął filmy nadzoru, nastroje z wściekłości zaczęły zmieniać się poprzez prawdziwe przerażenie, ulgę, zdumienie… a wreszcie wdzięczność. Oglądanie tego, co agenci zrobili narkotyzowanemu 494 były ciężkie samo w sobie. Nikt nie miał wątpliwości, że być może jeszcze godzina, nie więcej, i straciłby życie. NSA nie chciało wydobyć informacji, oni chcieli go zabić w jak najbardziej bolesny sposób. I w czasie, który oni spędzili szukając go, nie mając nawet wskazówki, co się z nim działo, on zapewne modlił się już tylko o szybką śmierć.

Nem przynajmniej troszczyła się o niego o tyle, by wyciągnąć go z tego piekła. Co prawda nie uzdrowiła go – tutaj Jem mogłaby przysiąc, że winowajcą była raczej duma Aleca niż cokolwiek innego, wystarczyło wszakże, że Nem zobaczyła go tak pokonanego, słabego i bezbronnego – ale zatroszczyła się o to, by trafił w najlepsze ręce.

Video z nadzoru trochę zmieszało i to nie tylko ją.

Nem i Patrick nie zostawili ani jednej żywej duszy.

Zabili każdego, kto im się nawinął. Och, transgenicy zrobiliby zapewne to samo, ale oglądanie jak Patrick bez mrugnięcia okiem zabija dla jednego skinienia głowy Nem wywoływało kontrowersje. Był kiedyś żołnierzem, instruktorem, ale nie pozbawionym sumienia mordercą. Miała wielką ochotę skręcić kark Nem za to, co mu zrobiła, że spowodowała tę przemianę w nim. Nikt nie miał najmniejszej wątpliwości, że jej Patrick był na każde skinienie doktor Langley. Niedokładnie perspektywa, wobec jakiej spodziewała się stanąć.

Prędzej spodziewała się, że pewnego dnia znajdą gdzieś jego ciało albo usłyszą o jego śmierci. Ponad rok bez jakiegokolwiek kontaktu… wystarczył miesiąc bez jakiejkolwiek wiadomości na skrzynce kontaktowej, by uznano kogoś za martwego. Patrick potrafił się czasem zgłaszać co dzień. I nagle wszystko się urwało. Jedna zwykła wiadomość, że zmienia pracę i jedzie do Kalifornii. I koniec.

Och, szukali go. Ale wyglądało na to, że Patrick Onar zniknął bez słowa wytłumaczenia na kilka dni przed pożarem. Co gorsza, odkryli, że jego tropem podążała sekcja nadzoru Manticore. Na samą myśl wszystkim cierpła skóra. Patrick nie był jakimś człowiekiem skojarzonym do transgeniczki. Był jej, Jeminy, żeńskiej alfy. Najgorsze… najgorsze było współczucie w oczach Biggsa. A teraz wyglądało na to, że ten martwy skurwiel nie tylko namieszał między Nem a Aleciem, ale także i w jej prywatnych sprawach. Dobrze, że był martwy… rozszarpałaby go na setki drobnych kawałeczków. Mógł być sobie zastępcą samego Aleca, ale dla niej był teraz kimś, kto odebrał jej Patricka. Co do jasnej cholery było w tej ‚wiadomości’? I kiedy Biggs to zrobił?

Teraz rozumiała, jak zakręcony i pokonany musiał czuć się Alec. Jego najlepszy przyjaciel. Ale przynajmniej w przypadku Nem, powód był zupełnie jasny. Było tajemnicą poliszynela, że Biggsa za nią szalał na równi z szefem. Chyba tylko sam Alec nie wiedział. Z bardzo katastrofalnymi skutkami…

Uśmiechnęła się do Mole’a. Facet niemal bezustannie przesiadywał w centrali, miał chyba nawet swój zupełnie prywatny fotel. Był jednym z pierwszych, którzy zawitali na stałe w Terminal City i Jemina w duchu podziwiała go za pomysłowość. Potrafił sobie poradzić w świecie ludzi nawet z takim wyglądem.

„Hej.” mruknęła, na co w odpowiedzi dostała jedynie warknięcie spomiędzy zębów. Mole i kilku innych transgeników – rozmaita mieszanka gapiło się na ekrany. Nic nowego. Prawdopodobnie kolejna porcja powtórki z uratowania Aleca.

Lecz po pięciu minutach, oglądając ich dosyć rozbawione twarze, poległa i zajrzała przez ramię Dave’owi. Zobaczyła tylko znikającą sylwetkę Tava na monitorze pokazującym korytarz przed mieszkaniem Aleca.

„Co grali w kinie?” spytała ciekawie.

„Nem.” odpowiedzieli zgodnym chórkiem.

„Teraz to ja nic już nie rozumiem.”

„Spójrz na to…” Mole przełączył nagrania. Sylwetka drobnej, ciemnowłosej kobiety była słabo widoczna w ciemnościach, lecz nie miała problemów z rozpoznaniem Nem. Zresztą, kto mógłby do diaska przecisnąć się niezauważenie miedzy ich strażami, w dodatku w czerwonej sukience, jakiejś bluzie i teńsówkach.

„Śliczna jest.” zauważył Cody, 532, za co dostał dźgnięcie prosto w żebra od Dave’a.

„Trzymaj się z dala.”

„Pomarzyć nie można?” oburzył się wznosząc spojrzenie do sufitu.

„Tylko czy aż?” zarechotał Nick.

„No co? Chyba nie wierzycie, że bogata dziedziczka przyłączy się do wyjętych spod prawa? Zwłaszcza po tym, co namieszał Biggs. To musiało być wystarczająco paskudne.”

„Czy my mówimy o tej samej kobiecie, która spędziła 5 miesięcy na afrykańskiej misji jako wolontariusz, nie miała problemów z przeżyciem sama w dżungli pełnej rebeliantów, zanim ją znaleźliśmy, a poprzedniej nocy przywiozła nam zaginionego rannego szefa?” śmiał się dalej Nick.

„Dlaczego mam wrażenie, że wiesz więcej od nas?” Mole wyszczerzył zęby.

„Och, tylko dodałem dwa do dwóch… i zwróciłem uwagę, jak się ubiera.” wyszczerzył zęby łobuzersko i klepnął w plecy Dave’a „Będzie dobrze, zobaczycie. Jak tylko Alec pozbiera szczękę z podłogi… o ile już tego nie zrobił. Dobrze by było, żeby wreszcie się pozbierał.”

„Zmiataj stąd. Nie masz przypadkiem warty na szóstą?” Dave warknął, cofając się od silnego uderzenia, bynajmniej nie fizycznego.

„Tak jest!” Cody zasalutował i zwiał pod rzucającymi gromy wzrokiem kolegi. Jemina siadła na metalowych schodkach, uprzednio włączywszy ekspres do kawy. Bardzo przydatne urządzenie.

Pochyliła głowę. Mimo tej iskry nadziei, którą przed chwilą wlał w nich Mole i jego mania nagrywania nadzoru, musiała w sobie zwalczyć głos małej dziewczynki, która chciała zwinąć się gdzieś w kłębek albo ukryć w spódnicy mamy, czy poczuć chociaż czyjeś opiekuńcze ramiona. Niestety, wyglądało na to, że właśnie o te opiekuńcze ramiona przyjdzie jej stoczyć walkę trudniejszą niż walka Aleca o Nem.

I co u licha miał na myśli Nick? Co niezwykłego było w ubraniach Nem? Przypomniała sobie każdy z nich, ale nie widziała nic niezwykłego… czasem elegancka, czasem seksowna, czasem profesjonalna, a czasem po prostu mały dzieciak. Istny kalejdoskop. Co dziwnego mogłoby w tym być?

Ciekawe, czy będzie jednak z Aleciem. Bo jeśli wejdzie do ich społeczności, to być może zdetronizuje Maxie G. Ooooch, to było marzeniem Jeminy i prawdopodobnie 99% kobiet. Takie wspólne marzenie, wspólny cel niejednokrotnie trzymający je razem nawet wbrew odmiennym opiniom.

„Jem?”

Nie podniosła głowy na głos Dave’a. W centrali praktycznie zostali tylko oni i Mole. Wypije kawę, a potem zaniesie przydziały do mieszkania Aleca. Z całą pewnością w kuchni już się uwijali przygotowując kolejną porcję smakołyków dla szefa.

Ach, gdyby ją tak ktoś rozpieszczał. Jak Patrick, kiedyś…

„Co zamierzasz?”

Skrzywiła się z niechęcią.

„Czy muszę coś zamierzać?”

„Raczej tak. Nie możesz zostawić tak sprawy z Patrickiem.” w jego głosie pobrzmiewały lekkie tony współczucia. Nienawidziła współczucia.

„Poczekam, jak się ułoży między Nem i Aleciem.”

Milczał przez chwilę.

„Zamierzasz go odzyskać?”

„Może.” westchnęła ciężko „Z jednej strony najchętniej pobiegłabym prosto do niego, ale z drugiej… kiedy widzę z jakim uwielbieniem on patrzy na Nem, wnętrzności skręcają mi się ze złości i zazdrości i nie mogę się nie zastanawiać, czy zostawił mnie dla niej… A jeśli nawet nie dla niej, to dla kogo? Odszedł, nie zostawiwszy nawet słowa.”

„Słyszałaś go. Biggs…”

„Biggs…” parsknęła z pogardą „Wydaje się świetną wymówką, zwalać wszystko na niego, zwłaszcza, że nie żyje.”

„Nie słyszałaś go.” Dave powiedział w tak śmiertelnie poważnym głosie, że uniosła zaintrygowana głowę „Nie słyszałaś jego rozmowy z Aleciem. On to zrobił. Bez najmniejszej wątpliwości i nawet nie miał wyrzutów sumienia. Poróżnił Nem z Aleciem w sytuacji, kiedy ona go naprawdę potrzebowała…”

Pomyślał o malutkiej Rain. Jak do jasnej cholery Biggs mógł zrobić coś takiego? Nie ważne było, czy Alec zasługiwał. Miał prawo chociaż wiedzieć o córeczce! I co by się do jasnej cholery stało z Aleciem, gdyby dowiedział się o niej po jej śmierci? Nie wystarczyła Biggsowi próbka zachowania Aleca, kiedy stracił tylko Nem? Przecież było bardzo prawdopodobne, że to weźmie znacznie więcej niż przeprosiny wyprostowanie spraw między nimi nawet bez ingerencji tego kretyna.

„…przy swoim boku, zwłaszcza kiedy stawała wobec innych Kamahów, płacąc słoną karę za romans z nim, gdy tymczasem on latał za spódniczkami, całkowicie nieświadomie potwierdzając słowa Biggsa.”

Te wszystkie kobiety, za którymi latał Alec… albo one za nim, przede wszystkim… dziewczyna miała wystarczająco niewielką wiarę w ich związek i w siebie, by tylko to ich rozdzieliło. Co musiała czuć przez te wszystkie miesiące, kiedy dostawała raporty o Alecu? Czytając o kolejnej blondynce… albo co gorsza o Rachel Berrisford? Wiedząc, że gdzieś żyje inna młoda kobieta, która schwytała serce ojca jej dziecka? Że Rachel – człowieka akceptuje, ale Nem – kosmitki nie?

„Chociaż z jednej strony doskonale wiem, że z 494 zrobił się Alec McDowell i Biggs to widział znacznie wcześniej niż ktokolwiek z nas. Może dlatego to zrobił… ale też jednocześnie niemal pogrzebał szansę na to, że Alec znów stanie się 494, nie tylko naszym liderem, ale i całkiem przyzwoitym facetem. Biggs święcie wierzył w to, co mówił…” zamyślił się na chwilę „…i jak znam Nem, nie zdołał jej wcisnąć niczego prócz prawdy.”

„Co masz na myśli?” spojrzała na niego kompletnie zdumiona.

„To tylko ostrzeżenie… Dla ciebie i Patricka. Cokolwiek Biggs mu powiedział, nie mijało się z prawdą, Jem. I biorąc pod uwagę, jak facet się zmienił, Biggs zrobił kawał dobrej pracy manipulując faktami. Jeśli chcesz walczyć o niego, musisz mieć tą świadomość, że nie walczysz przeciwko kłamstwom, ale przeciwko temu, jak została mu przedstawiona prawda. Znasz przecież Patricka… zostawiłby ciebie bez słowa wyjaśnienia, nie sprawdziwszy najmniejszej szpileczki w historii Biggsa?”

„Może Biggs przechwycił wiadomość? Ostatecznie, kierował grupą poszukiwawczą.”

„Kto to wie?”

„Prawdopodobnie tylko Cece, ale ona nie piśmie ani słowa. Już wystarczająco została upokorzona w tej historii.” Jemina westchnęła ciężko „Przyjęła Biggsa, mimo, że dosłownie na jej oczach zakochał się w innej. Nie rozumiem jej zupełnie. Mnie trafiłby szlag ze złości i zazdrości.”

Dave chrząknął, nalewając im obojgu kawę.

„Mam wrażenie, że zrobiła jednak najlepsze, co mogła w tej sytuacji?”

„Myślisz?” przyjęła od niego kubek.

„Acha. Rzadko się widywało taki pokaz lojalności i zaufania, jaki ona dała jemu. A wierz mi, on to docenił.”

„Czy chcę wiedzieć, co znaczy to ostatnie zdanie?” mruknęła zrezygnowana.

„Nie sądzę… nie sądzę.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *